wtorek, 31 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXV Izolacja

Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Raf w dzinsach i  czerwonej kraciastej koszuli oraz sportowych butach prezentował się arcyseksownie.
-Znowu się na mnie gapisz- skomentował obserwując mnie spod krzaczastych brwi.
Poprawiłam zagięcie na jego koszuli, mówiąc:
-Miło patrzeć na takiego faceta. Cieszy oczy- powiedziałam unikając jego wzroku.
Wczorajszej nocy wiele się wydarzyło. Wspólne wygłupy, spacer po plaży i kąpiel w morzu. Potem małe co nieco na mieście, a wieczorem...
Na ostatnie wspomnienie wczorajszego wieczora poczułam, że czerwienię się, jak jakaś małolata. W łóżku było wspaniale, bo nigdy o niczym takim nie śmiałam nawet marzyć. Przedtem była tylko robota i banda Nocnych oraz brak jakichkolwiek szans na najmniejszą rozrywkę. Trzymanie na wodzy wszelkich uczuć i odruchów. Pilnowanie by nikt nie zauważył tej zmiany pomiędzy mną i Rafem.
Dłoń Rafaela na moim ramieniu była taka ciepła. Przysunął mnie bliżej ku sobie i pocałował lekko. Odwzajemniłam pieszczotę, bawiąc się jednym z dłuższych kosmyków jego włosów.
Rafael J. White
Jak nie znosiłem urlopów, tak ten był najlepszym, jaki mógł spotkać mnie w życiu. Wreszcie nie musiałem się ukrywać i mogłem się wyluzować.
Z każdym dniem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie chcę być już księdzem, a Gabriel miał słuszność, że nie widzę świata, poza Vix.
Poza moją Vix.
Nie mogłem uwierzyć, że po tylu latach smutnej pustki w moim beznadziejnym życiu, zjawił się ktoś, kto jednym spojrzeniem, czy gestem potrafił ją wypełnić tak, żebym na chwilę zapomniał, że owa pustka kiedyś istniała.
Objąłem ją mocniej i przytuliłem do siebie opierając czoło na jej ramieniu. Wiedziałem, że będę z nią szczęśliwy. W ogóle miałem szczęście, że ją poznałem.
-Rafael?- Zapytała przerywając ciszę.
Coś we mnie pękło. Jakiś mur. Obróciła się w moich ramionach i podniosła lekko moją głowę, a jej twarz przybrała wyraz głębokiego zadziwienia.
-Ty płaczesz...?- Zapytała półgłosem. Wyciągając dłoń otarła mi łzy z twarzy.
Płakałem, jak dziecko. Pierwszy raz od ponad trzydziestu lat.
-Co się stało, Raf?- Zapytała łagodnie srebrnooka, przyglądając mi się ze zmartwieniem.
-Ja... Ja po prostu...- próbowałem znaleźć odpowiednie słowa, by wyrazić swoje uczucia do niej.- Dzięki, że jesteś- odważyłem się powiedzieć po krótkiej chwili.
Na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech.
-To ja dziękuję, że mnie wtedy przygarnąłeś- odpowiedziała dając mi całusa.- Powinniśmy iść..- zauważyła takim tonem, jakby jednak wolała zostać w tych czterech ścianach.
Tę chwilę przerwało walenie do drzwi i alarmujący krzyk:
-Potwory!! Pomocy!- To był organizator wycieczki.
Rafael doskoczył i otworzył.
Roztrzęsiony facet z rozpędu wbiegł do środka i wpadł na szafę.
-Jakie potwory? Co się dzieje?- Zapytał Rafael ostro.
Tamten trząsł się jak osika i rozglądał na boki z przerażeniem, jakby nadal był w niebezpieczeństwie.
-Mów, co jest grane.!- Raf podniósł faceta do pionu i uderzył nim mocno o szafę.
-Zjadają ludzi w hotelu...- odkrzyknął niemal mężczyzna.
-Kto?
-Inni!- Odparł nie wiedząc, jak ich nazwać.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
-Vix, chyba mamy robotę- zwrócił się do mnie brunet.
Otworzyłam przepastną szufladę komody i rozpinając czerwono czarną, sportową torbę wyciągnęłam dwa pasy ze srebrną bronią. Rzuciłam jeden do Rafa, i zapinając na biodrach drugi wyciągnęłam kilkadziesiąt flakonów świętej wody.
Oniemiały czarnowłosy mężczyzna gapił się na nas.
-C-co t-to za broń? C-co w-wy ch-chcecie z-zrob-bić-ć-ć?-Zapytał jąkając się.
-Po prostu tu zostań i nikogo nie wpuszczaj- nakazałam wychodząc za Rafaelem.

Na korytarzu panowało pandemonium. Wszyscy uciekali w panice, potykając się i tratując wzajemnie. Kilkoro z nich leżało w kałużach krwi.
-Zaczynamy sprzątanie- szturchnęłam księdza i zabrałam się do pracy.
Rafael J. White
Wcisnąłem zapadkę, a kołek z metalicznym trzaskiem wyskoczył rozkładając się.
Zacząłem po łacinie odmawiać modlitwę. Idąc ku najbliższej Nocnej Istocie zastanawiałem się, jakim cudem pojawili się za dnia...
Niepokornie postukałem palcem w ramię bestii, mówiąc, ironicznie:
-Przepraszam, że przeszkadzam w obiedzie; ale czy mamusia ci nie mówiła, żebyś nie bawił się jedzeniem?- W ostatniej chwili zdążyłem uchylić się przed ciosem i staranować przeciwnika. Przerażona kobieta przyklejona do ściany, struchlała obserwowała wydarzenia.
Zdzieliłem go pięścią i zacząłem walkę czując przyspieszone bicie własnego serca. Roznosiło mnie od środka, bo brakowało mi tego od dwóch dni.
-Bójka!!!- Zarechotałem z niezmierzoną uciechą, rozprawiając się z następnymi. Miecz z wyprawą odrąbał kolejny czerep, a kiedy kołek raz po raz nie trafiał w cel pomagałem sobie pięścią lub butem.
Niedaleko Victoria z bronią w rękach trzymanych przez Nocnego, odchyliła głowę i przywaliła nią mocno przeciwnikowi.
-Au...- jęknęła zapodając mu kopa z półobrotu. Zaraz przebiła go kołkiem.
***
Pozostali Nocni zwiali. Obsługa hotelu zaprowadziła ocalałych do dużej jadalni. Organizator wycieczki został z nami.
Naznaczyłem krzyż nad stosem trupów, gdy Vix polewała je świętą wodą.
Oboje odskoczyliśmy przed buchającym ze zwłok błękitnym ogniem.
-W Imieniu Najwyższego Boga, uwolnić dusze od Wiecznego Ognia i Potępienia. Z prochu powstaliście, w proch się obrócicie. Jeśliście grzesznikami, sami do Piekła wrócicie- powiedzieliśmy równocześnie, ja i Vix.
-Czym oni byli? Skąd w ogóle wiedzieliście, jak ich załatwić??- Mężczyzna domagał się odpowiedzi.
Vix ruchem głowy wskazała w kierunku korytarza prowadzącego do hotelowej jadalni.

-Hasło?- Zapytał głos zza drzwi.
-Dzień. Odzew?- Zapytałem krótko.
-Słońce- na to słowo, drzwi się otwarły i zostaliśmy wpuszczeni.
Kilkadziesiąt osób było opatrywanych. Vix posłała mi wymowne spojrzenie. Skinąłem i rozdzieliliśmy się.
Sprawdzałem uważnie, czy u żadnego z rannych nie ma śladów po ugryzieniu.
-Vix, mamy coś niepokojącego?- Rzuciłem w kierunku popielatowłosej.
-Żaden nie jest zakażony, a u ciebie?- Odparła.
-Dzięki Bogu, nikt- odparłem krótko.
-CZY KTOŚ WRESZCIE WYJAŚNI NAM, CO SIĘ TU STAŁO??!!- Wypalili organizator wycieczki i właściciel hotelu.
Otworzyłem z psyknięciem puszkę jagodowego napoju i upiłem potężny łyk.
-Sanguisuga noctem- oznajmiła niechętnie Victoria.
Wszyscy zebrani ostrzelali ją spojrzeniami pełnymi niepokoju i trwogi.
-Co to takiego?- Odważył się zapytać właściciel hotelu.
-Wampiry- oznajmiła od drzwi Ta kobieta.

Watashi no Akuma Rozdział XXV Izolacja

Musiałem paść ze zmęczenia, bo kiedy znów otworzyłem oczy, za wielkim oknem powoli zapadał zmrok.
Odetchnąłem głębiej, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Zapada noc- szepnąłem do siebie. Poprawiłem rozczochraną czuprynę i przecierając twarz zrozumiałem coś, co bardzo mnie zaskoczyło.
Zmęczenie zniknęło. Wraz z zachodzącym słońcem ból ustąpił, a ja poczułem się silniejszy i mniej otępiały.
Podszedłem do szyby i spojrzałem w dół. Niebo pokrywało się fioletem i purpurą, słońce powoli znikało za horyzontem aż wreszcie wszędzie zapanowała ciemność upstrzona światłami miasta.
Przesunąłem kolczyk językiem i z dziecięcym zaciekawieniem obserwowałem kręcących się na dole ludzi. Nie musiałem wytężać wzroku, bo widziałem o wiele lepiej, niż zwykle. Słuch również się wyostrzył: uszy wychwytywały każdy, nawet najdrobniejszy szmer. To było ciekawe, ale i równocześnie czułem przed tym lęk.
Jednak moje pragnienie nadal rosło z minuty na minutę.
Przygryzłem wargę i nagle poczułem ostry ból. Syknąłem i przyłożylem palce do wargi przeklinając cicho, a gdy je odsunąłem na dłoni widniała rozmazana kropla krwi.
Na ten zapach aż zakręciło mi się w głowie z pragnienia. Niepewnie podniosłem zakrwawione palce i...
Z równowagi wybił mnie trzask odryglowywanych drzwi. Obróciłem się na pięcie i przejechałem językiem po zębach.
-Kurwa mać- zakląłem czując rażący piorun bólu w górnej szczęce.
Zapach osoby zza drzwi był jeszcze słodszy i o wiele bardziej przyjemny...
Instynktownie, gotów do ataku czekałem aż otworzą się drzwi....

Nie dałem przeciwnikowi szansy i, gdy wszedł do środka rzuciłem się nań. Przygniatając go do ściany wyszczerzyłem kły zamierzając zatopić je w nim.
Zatopić w kimś kły...?
Zaskoczony ogarniającymi mnie myślami powoli puściłem siostrę Anastazję i cofnąłem się z rozchylonymi ze zdziwienia ustami.
Oparłem się plecami o gołą ścianę i patrzyłem na nią zdumiony własnym kompletnie nieracjonalnym zachowaniem.
-Gabrielu...?
-Ja...- przerwałem, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. W tym momencie moje serce przeszył rozdzierający ból, a w żyłach poczułem przejmujący chłód, jakby ktoś przetoczył mi lodowatą krew. Zachwiałem się na nogach i zamrugałem zaskoczony.
Spojrzenie zakonnicy świdrowało mnie na wskroś. Podchodziła do mnie powoli. Przylgnąłem mocno do muru, mówiąc szeptem:
-Nie podchodź...- Zacząłem powtarzać błagalnie nie spuszczając z niej wzroku.- Proszę... Nie zbliżaj się... Nie podchodź...
Zakonnica nie posłuchała mnie. Zacisnąłem kurczowo dłoń na wbitym w ścianę haczyku, prosząc, żeby przestała iść w moją stronę.
-Pragnienie odbiera ci rozum- powiedziała ze współczuciem, obserwując moje oczy.
-Odsuń się- woń krwi zaczęła mnie oszałamiać. Próbowałem to w jakiś sposób kontrolować, ale wiedziałem, że przegrywałem tę swoistą walkę z samym sobą.
Pachniała... W obecnym położeniu przyrównywałem ten aromat do najbardziej odurzających perfum. Upajałem się nim, choć przeżywałem niesamowite tortury, jakbym zamiast żył miał w sobie gałązki cierni.
Nadal z plecami przyklejonymi do ściany panicznie przesunąłem się w bok usiłując zwiększyć dystans między nami. Zagoniła mnie w róg pokoju i odcięła mi drogę ucieczki.
-Musisz to przezwyciężyć, Gabriel- powiedziała cicho delikatnym i śpiewnym głosem, a mnie ogarnęło znienawidzone uczucie osaczenia.
Jęknąłem, zaciskając powieki; gdy jej ciepła dłoń dotknęła mojej twarzy, a siostra Anastazja lekko głaskała opuszkami mój policzek.
-Nie dam rady- szepnąłem ze smutkiem i rezygnacją odwracając wzrok.- Już dłużej nie wytrzymam.. Pić...- Wyszeptałem z jękiem bólu, bo każdy centymetr ciała palił mnie, jakbym płonął żywcem...
Powolutku uniosłem powieki i zaciskając dłoń na jej nadgarstku, wykonałem obrót i przycisnąłem ją do muru, przysuwając twarz do jej dłoni i wdychając chciwie tę pełną słodyczy woń.
-Pić... Umieram...- zupełnie straciłem kontak z otaczającą mnie rzeczywistością. Potrafiłem wykrztusić z siebie tylko te dwa słowa. Wariowałem. Miałem wrażenie jakbym miał gorączkę i majaki. Pragnąłem tego zapachu i równocześnie dusiłem się nim. Wszystko we mnie skręcało się z bólu, który był już nie do wytrzymania.
Żeby się otrzeźwić oparłem czoło o zimną ścianę i uderzyłem w nią kilka razy dłonią. Odsunąłem się od zakonnicy.
-Idź stąd... Błagam cię, odejdź- wyjęczałem odpychając ją od ściany i od siebie. Zdążyła objąć palcami moją twarz i przytknąć czoło do mojego. Była tak blisko, że mógłbym się napić...
-Walcz z tym- powiedziała cicho, z naciskiem, zaglądając mi w oczy.
Sięgnąłem do boku jej habitu i zacisnąłem na czymś dłoń. Zaczęło parzyć, ale nie poddałem się i wyjmując to z jej kieszeni wepchnąłem przedmiot w rękę siostry zakonnej.
-Zrób to- powiedziałem świszczącym szeptem, zaciskając jej palce na srebrnym kółku i kierując szpic w stronę swojej piersi.- Dłużej nie wytrzymam...
-Nie mogę. Nadal jesteś jeszcze jednym z nas- oznajmiła krótko. Potrząsnęła mną i uderzyła mocno moimi plecami o ścianę.- Weź się w garść i walcz- powiedziała z chłodem, odchodząc. Trzasnęła zasuwa drzwi.
Znów zostałem sam na sam ze swoim pragnieniem. W dużej celi z doskonałym widokiem na miasto.
I śladem słodkiego zapachu krwi, który doprowadzał mnie do szaleństwa...
***
Coraz bardziej poirytowany krążyłem po celi. Pełne udręki godziny wlokły się w nieskończoność, a ja próbowałem walczyć z suchością w ustach i torturami ciała, gdy nagle drgnąłem, a moje plecy wygięły się w łuk, jakby coś mi w kręgosłupie trzasnęło. Zza moich warg wyrwał się wrzask.
Oparłem czoło na zimnej szybie oddychając głęboko. Przez te kilka godzin już kilka razy wykręcało mnie z pragnienia.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdybym chciał mógłbym stąd wyjść bez wysiłku, bo wiedziałem że po ugryzieniu Lei mam więcej siły fizycznej, ale od biskupa wiedziałem, że jeśli wytrzymam pragnienie przez trzy dni nie skończę tak, jak Pachołki Vlada.
-Chłopak ciągle wrzeszczy- usłyszałem tuż zza drzwi mojej celi głos Snowa.
-Właściwie dlaczego tak ci na nim zależy, Jack?- Zapytał nagle Torres.
-Zależy? To po prostu miły szczeniak, lubię go- odparł Snow spokojnym tonem.
-A może lubisz jego talent?- Zapytał dziwnym tonem kapłan Joseph.
-Nie o to chodzi- zaprzeczył Snow.- Zwyczajnie kogoś mi przypomina.
-On? Niby kogo?- Torres był szczerze zdziwiony.
Na długą chwilę zapadło milczenie.
-Mnie- oznajmił w końcu Snow cichym głosem.
-Myślisz, że ma aż tak silną duszę?- Zapytał Joseph z niedowierzaniem.
-Ma, jestem tego prawie pewien- oznajmił biskup.
[***]
Poranek, drugiego dnia zamknięcia wdarł mi się pod powieki kłując mnie w oczy. Byłem słaby, obolały i zwyczajnie wyczerpany, a każdy zapach krwi wdzierający się do celi strasznie kusił, doprowadzając mnie do granic obłędu.
Leżałem na podłodze i przez szparki w powiekach patrzyłem w sufit.
Słońce leniwie wytaczało się na niebo, a ja czułem już powoli ogarniającą mnie przemożną senność. Powieki zaczynały robić się coraz cięższe.
Uciekałem w sen, by chociaż na krótką chwilę odpocząć od rozrywającego mnie bólu. Kiedy jednak nie spałem, całym sercem pragnąłem śmierci... Może to nieracjonalne, ale nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi takiego cierpienia.
Wszystko nagle zniknęło, a mnie odcięło zupełnie...

Sen...
Dryfuję w lodowatym morzu. W trakcie sztormu. Woda marszczy się i układa we wzburzone, spienione fale. Próbuję płynąć, znaleźć jakikolwiek brzeg; ale to niemożliwe, bo jestem...
Jestem na środku morza. Chłód przenika mnie do kości i jestem coraz bardziej zmęczony...
Gdzie jestem? Nie mam bladego pojęcia, ale wiem jedno. Jeśli nie utonę, to zabije mnie wychłodzenie.
Patrzę na niebo, chmura przeszła na bok. Na lodowatą toń padł mglisty blask księżyca, a z moich ust wyrwał się okrzyk zaskoczenia.
Morska woda nie była taka, jak zwykle.
Jej barwa... To nawet nie była woda!
Ale, jeśli nie woda, to co takiego??
Rozejrzałem się wokół z niepokojem. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć ten sam odcień czerwieni- tak intensywnie czerwony, że niemal czarny...
-Kto raz zasmakował krwi, nigdy się nie nasyci- usłyszałem we śnie jękliwy głos z oddali.- Wieczne pragnienie, którego nie sposób ugasić..- Zawodził głos.- Krzycz. Cierp. I czekaj na Dzień Sądu...
Na skraju snu usłyszałem głos Cristiana...
Rozmawiał z pilnującym mnie księdzem.
-Co z moim bratem? Gdzie go zamknęliście?- Pytał rozdrażniony.
Z moich ust wyrwał się jęk obrzydzenia. Krew Cristiana, jako jedyna, cuchnęła i to tak okropnie, że mnie obrzydzało.
-Nie możesz tam wejść- mówił pilnujący mnie dzisiejszego dnia Giaccomo. Zawtórowały temu szelest i szuranie butów.
-Co się dzieje z Gabe'em?- Cristian wręcz wysyczał pytanie. Im bliżej był metalowych drzwi, tym mocniejszy smród czułem.
Mój młodszy brat...
Cuchnął padliną.

Zanim Giaccomo odciągnął zasuwę drzwi, byłem gotów do tego, żeby rozszarpać tego, przerośniętego kundla...
W tamtej chwili popełniłem błąd. Przestałem walczyć z tym czymś we mnie i zacząłem uznawać ową morderczą naturę za sprzymierzeńca.
Drzwi otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem.
-Gabriel- mój młodszy brat wpatrywał się we mnie z troską.- Boże, nie... Wypuśćcie go.
Giaccomo powstrzymał go od wejścia do celi, a z moich ust, na sam dźwięk wezwania Boga, wyrwał się pełen wrogości syk.
-Jeśli Watykan wypuści Gabriela, będzie za późno- w ostatnim momencie wyciągnął swoją kosę i powstrzymał mnie od ataku.- Chcesz, żeby twój brat zmienił się w To i zaczął zabijać?
Nie obchodziły mnie żadne próby perswazji. Pragnienie chyba już całkowicie mną zawładnęło. Piekący ból przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Stałem się drapieżnikiem, a to; co wcześniej uważałem za udrękę, teraz mogło mi pomóc w cierpliwym polowaniu na zwierzynę.
Księżulkowie nie mają racji. Jeśli nie będę pić, to chyba się wykończę. ZwariujęNiepotrzebnie się poddałem. Pragnienie może mnie zabić.
Miliardy myśli przechodziły przez mój umysł i, choć głód krwi był nie do wytrzymania, drżąc czekałem na odpowiednią okazję do ataku i ucieczki.
-Gabriel...- Cristian chciał podejść, ale Giaccomo próbował mu na to nie pozwolić. Z wyjątkowym opanowaniem czekałem na to, aż wybuchnie między nimi szarpanina.

Teraz!.
Szarpiąc drzewiec glewii pociągnąłem go gwałtownie ku szybom i jak oparzony pędem wybiegłem z celi.
-Muszę się stąd wydostać- szepnąłem biegnąc korytarzem. Moje nowe zmysły znów były przytępiałe, a ból z każdym krokiem rozrywał mnie od środka.

Potrzebuję krwi... 
Natychmiast..
Inaczej oszaleję.

W ostatniej chwili przekradłem się pod nosem księży i z impetem naparłem na drzwi.
Zamknięte.
-Niech to szlag!- Warknąłem z pasją słysząc za sobą kroki kilku par butów. Panicznie szukałem rygla, klucza, czegokolwiek, by otworzyć bramę.
-Gabriel, poddaj się. Nie uciekniesz- Zamarłem, gdy zza grupy Księży Judasza wyszedł kardynał Lombardi z dwoma mieczami w rękach.

Wszystko nagle stało się odrealnione, jakbym stał gdzieś z boku i przyglądał się tym wydarzeniom.
Co ja, do cholery, robię? Dlaczego tak się zachowuję? Przecież jeszcze nie minęły trzy dni... Nadal jestem zakażony...! Niebezpieczny! 

-Gabrielu, dobrze wiesz, że żaden z nas nie chce tego robić- Lombardi podjął drugą próbę przekonania mnie, żebym nie robił nic głupiego.
Jednak moje ciało zupełnie przestało mnie słuchać. Spiąłem się i ruszyłem na kardynała.
Grupa uzbroiła się. Dostrzegłem mojego brata. Biegł z prawego korytarza, a ja musiałem zaatakować zanim...
Łup!
Zawirowało mi w oczach i z impetem uderzyłem bokiem o podłoże. Zaraz przewróciłem się na plecy, by wstać, ale nie zdołałem wykonać żadnego ruchu czując na piersiach potężne łapska i przykrą woń padliny w nozdrzach.
Podniosłem wzrok z łap i niemal tuż przed moimi oczami pojawił się wielki wilczy łeb z szarą sierścią i ślepiami w znajomym kolorze. Z kufy wydobywał się cichy, ostrzegawczy warkot.
Przestając szczerzyć kły ostrożnie podniosłem drżącą rękę i wplotłem palce w sierść na karku Cristiana, który wpatrywał się we mnie pod zmienioną postacią. Futro wilka nastroszyło się lekko i zaskomlił cicho patrząc na mnie ze smutkiem.
Otoczony wplotłem drugą dłoń i spojrzałem w ślepia wilkołaka smutno.
-Zwiążcie mnie i zamknijcie, kardynale Lombardi- poprosiłem cicho.
***
Cela.
Usiadłem pod ścianą, w której zamontowane były haki i wyciągnąłem rękę, by sprawdzić, jak dobrze są zamocowane w murze. Metal sparzył mi palce.
Oparłem się o mur i spojrzałem na Giaccomo:
-Przygotowali już łańcuchy?- Zapytałem krótko, ignorując zmartwienie w oczach młodszego brata.
-Tak- potwierdził cicho.
Wśród ciszy, która zapadła w zamyśleniu obserwowałem zachód słońca. Już wiedziałem, że nie chcę taki być; że cokolwiek by się działo wolę iść do piachu, niż być Nocnym.
-Na pewno tego chcesz?- Z rozmyślań wyrwało mnie pytanie księdza.
Spojrzałem na niego z determinacją.
-Wolę to, niż bycie jednym z Nich- powiedziałem patrząc mu w twarz.
Łysol w sutannie zastanowił się przez chwilę, ale zdecydował się zadać kolejne pytanie:
-Łączyło cię coś z osobą, która ci to zrobiła?- Zapytał.
Słysząc podzwanianie idących łańcuchów przesunąłem palcami po śladach na szyi, mówiąc cicho:
-Tak. Byłem kiedyś w związku z tą kobietą- odpowiedziałem z niechęcią, widząc jak ksiądz Joseph i kilku zakonników wchodzą z łańcuchami. Torres trzymał w palcach Biblię, a na jego ramionach wisiała stuła.
Po zamocowaniu łańcuchów wyciągnąłem ręce na boki i pozwoliłem założyć sobie bransolety. Ksiądz Torres zaczął swoją modlitwę, a ja szarpnięciem jeszcze raz sprawdziłem haki.
-No, to do zobaczenia pojutrze- rzuciłem spokojnie, pogodzony z losem.
-Gabriel- kiedy księża wyszli, Cristian przyklęknął przy mnie i wziął mnie za rękę.- To naprawdę konieczne?- Zaniepokoił się.
-Tak. Jeśli przeżyję bez krwi jeszcze tę i jutrzejszą noc będę zdrowy- wyjaśniłem mu.
Szczerze mówiąc sam chciałem w to wierzyć.
Od kiedy dowiedziałem się, że Cristian jest wilkołakiem, nie potrafiłem normalnie rozmawiać z nim na ten temat. Bałem się w ogóle poruszać tę kwestię, ponieważ sądziłem, że mój brat nie do końca ma nad tym kontrolę.
-Wiesz, że nie o to mi chodzi- odpowiedział cicho.
Skinąłem głową w milczeniu i uśmiechnąłem się słabo, mówiąc:
-Jestem twardy, Młody. Wytrzymam- klepnąłem go pocieszająco w ramię.
-Na razie- pożegnał się wcale nieuspokojony.

Późnej nocy zaczęły się męczarnie. Ich początek był całkiem niewinny- do niegroźnego kłucia w piersi i głowie, oraz przyspieszonego bicia serca zdążyłem się już przyzwyczaić. Ból głowy też nie robił na mnie większego wrażenia.
Jednak dzisiejsza noc była zupełnie inna i to nie, dlatego że nie było gwiazd na niebie. Powietrze było dziwnie stojące, gęste i ciężkie; a księżyc przeszedł z ostatniej kwadry do pełni.
Oddychając głęboko próbowałem nabrać normalnego powietrza. Czułem, jak się duszę i to nie tylko z powodu głodu krwii. Moje ciało na każdy nawet najmniejszy dźwięk instynktownie sztywniało, przedramiona pokrywała gęsia skórka podnosząc mi włosy na rękach, a oczy nie tracąc czujności obserwowały miasto w dole.
Odczuwałem niepokój. W stojącym powietrzu kłębił się czyjś strach.
Choć nadal bolało i chciałem krzyczeć, teraz nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Kolejny szelest sprawił, że drgnąłem szybko. Na zewnętrznej stronie okna wylądowała sowa. Zaczęła stukać dziobem w szybę...
-Wynoś się.!- Zasyczałem ze złością, szukając wokół siebie czegoś, czym mógłbym przegonić ptaszysko. Moja dłoń namierzyła garść kamyków.- Zjeżdżaj.!- rzuciłem jednym w szybę, podzwaniając kajdankami.
Ptak wbił we mnie żółte ślepia o przerażająco ludzkim wyrazie. Cisnąłem w okno kolejnym kamykiem, a on znowu zaczął uderzać dziobem w szkło.
-Damonie, wrócisz do domu. Prędzej, czy później- ten głos... Usłyszałem go w samym centrum swojej głowy, jakby Leah potrafiła mówić do moich myśli. Do mnie samego na odległość. a ten irytujący, dziobaty szkodnik zaczął walić w szybę coraz mocniej.
Łomotanie przebiło się do mojej bolącej głowy, jeszcze bardziej potęgując wcześniejszy ból. Ze zdławionym wyciem zasłoniłem dłońmi uszy kładąc się na starym materacu i błagając, żeby to wredne ptaszysko przestało jebać w tę pieprzoną szybę.

Musiałem stracić przytomność, bo kiedy otworzyłem oczy, zaczynało świtać.
Wreszcie ta cholerna sowa odleciała w diabły- pomyślałem starając się nie myśleć o pragnieniu.
W ustach miałem sucho jak na arabskiej pustyni. Wstający dzień przywrócił u mnie uczucie głębokiej ospałości i ociężałości. Potrzebowałem rozprostować kości, ale nie mogłem się zebrać, by wstać z materaca. 

środa, 25 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXV: Izolacja

Wróciłem do pokoju i skierowałem się do łazienki. Marzyłem o gorącym prysznicu i równie gorącej kawie, ale najpierw musiałem się ogolić...
Spojrzałem w lustro. Mimo, że spałem całą noc czułem się wyjątkowo zmęczony. Ostrożnie dotknąłem małych ranek na szyi, ale zaraz z sykiem cofnąłem palce.
Czułem się dziwnie. Odkręciłem kran i chciałem nabrać dłońmi wody, ale nagle i zupełnie wbrew sobie cofnąłem je gwałtownie.
W pierwszej chwili nie zrozumiałem własnego zachowania. Przecież nie bałem się wody.! Niepewnie znowu zbliżyłem palce ku chłodnej cieczy, płynącej z kranu i wsunąłem je w nią.
Wtedy poczułem okropny, kłujący ból i zdławiłem cisnącą się na usta wiązankę przekleństw patrząc w oszołomieniu na swoje ręce. Na palcach pojawiły się czerwone plamy, jakbym zanurzył je we wrzątku.
-Co jest, do...?- Zapytałem sam siebie zdumiony.
Wtedy spojrzałem w okno, a dzienne światło zaczęło palić. Zakląłem soczyście przez zaciśnięte zęby i cofnąłem się w cień, za wnękę.
Przez kilka minut próbowałem zrozumieć, co się ze mną dzieje...
Zaschło mi w gardle i strasznie rozbolała mnie głowa. Poczułem się ciężki jak blok ołowiu. Nadal oszołomiony mrugałem oczami patrząc na swoje odbicie w lustrze.
-To nie jest normalne- powiedziałem do siebie, zakręcając szybko kran.
Na widok wody czułem nieuzasadniony strach, graniczący niemal z panicznym przerażeniem. Światło słoneczne doprowadzało mnie do szału. Głowa pulsowała bólem, jakby ktoś wciskał mi oczy do środka. Zachwiałem się i starając się trzymać w cieniu wyszedłem z łazienki. W pokoju w sekundzie doskoczyłem do okna i chwytając zasłonę szarpnięciem zaciągnąłem ją odcinając dostęp światła do komnaty.
Usiadłem na łóżku i ukrywając na chwilę twarz w dłoniach usiłowałem pojąć, co mi jest.

Wodowstręt.
Nagła wrogość do dziennego światła..

Usłyszałem otwierające się drzwi i zerwałem się na równe nogi wlepiając wzrok w jedną z zakonnic. Przełknąłem głośno, czując niespotykany wcześniej i jednocześnie przyjemny zapach, i wyraźnie dostrzegłem w ciemności jej postać, a także...
Usłyszałem dziwne, miarowe dudnienie.
Zmarszczyłem czoło, starając się uspokoić, jakoś ogarnąć to wszystko...
Mimo pogrążonego w mroku pokoju widziałem ją bardzo wyraźnie. Każdy szczegół był niesamowicie wyrazisty, choć staliśmy kilka metrów od siebie.
W ostatniej chwili ominąłem wzrokiem krzyż, jakbym miał na ten symbol uczulenie.
Ten zapach sprawił, że poczułem niepokojący i porażający ciało głód. Starałem się za wszelką cenę opanować to niecodzienne odczucie.
-Wszystko w porządku?- Zapytała siostra Anastazja, przyglądając mi się uważnie.
-Nic mi nie jest- odparłem bardzo zachrypłym głosem, ale ta smakowita woń zaczynała mnie rozpraszać.
Minęła mnie i podchodząc do okna wyciągnęła palce w stronę tkaniny na karniszu. Nie wiem, dlaczego; ale chwyciłem ją za ramię i szybkim ruchem odciągnąłem siostrę od okna. Poczułem identyczne dudnienie, jak to, które słyszałem przez ten cały czas.
Moja dłoń zadrżała, a ja poczułem przechodzący mnie dreszcz.
-Nie odsłaniaj- zacząłem odsuwając się szybko.
Odwróciła się zaskoczona.
-Przecież jest piękny dzień- zaczęła zaskoczona.
-Ani się waż- przerwałem jej z rozdrażnieniem, ale nagle uspokoiłem się i przeprosiłem że wstydem.
-Dziwnie się zachowujesz, na pewno wszystko z tobą dobrze, Gabrielu?- Zapytała bardzo ostrożnie.
-Ja...- Zza moich warg wydobył się jęk.
Jeszcze nigdy w swoim życiu nie czułem tak okropnego bólu. Oparłem się bokiem o ścianę. Nogi ugięły się pode mną i osunąłem się na podłogę zaciskając powieki. Dziwny, bolesny głód rozrywał mnie od środka.
-Gabrielu...- przyklęknęła przy mnie i wyciągnęła rękę, ale warknąłem ostro:
-Nie dotykaj mnie.!- Nagle zamilkłem widząc w jej oczach swoją twarz.
Moje oczy...
Stały się czarne i bez dna.
Zakonnica szybko pobiegła do drzwi.
***
Po kwadransie kilku księży pojawiło się w komnacie.
Któryś złapał mnie za twarz i odwrócił moją głowę na bok.
-Ma ślady- oznajmił, przyglądając mi się. Między resztą duchownych przeszedł szmer cichej rozmowy, z której zdołałem jedynie wychwycić pojedyncze słowa.
Był to głos biskupa Snowa.
-Jesteś pewny, że może być zakażony, Jack?- Zapytał ksiądz Joseph.
-Niewykluczone. Musimy go odizolować- oznajmił z niepokojem.
Poderwałem głowę i wbiłem zdziwiony wzrok w biskupa, starając się cokolwiek z tego zrozumieć.
Jestem czymś zakażony? To znaczy, że jestem chory? Czy to wyjaśnia moje zachowanie? 
Szybkim ruchem chwyciłem go za sutannę i przyciągając mocno do siebie, zapytałem:
-Co mi jest?? Co się ze mną dzieje?- Poczułem przy skroni lufę pistoletu i rozluźniłem uścisk.
-Od kiedy masz rany na szyi?- Odpowiedział pytaniem.
-Od wczoraj- odparłem zgodnie z prawdą.- Co mi jest?
Snow przez jakiś czas obserwował mnie w milczeniu.
-Opuść broń, Damien i zostawcie nas na chwilę samych- zwrócił się do mierzącego do mnie księdza i reszty duchownych. Kątem oka dostrzegłem, że dłoń z bronią opadła do boku. Biskup zwrócił oczy spowrotem na mnie.
Księża skinęli głowami i opuścili komnatę.
-Zostałeś ugryziony, wiesz co to znaczy?- Zapytał z niepokojem obserwując mnie uważnie.
Pokręciłem odmownie głową wpatrzony w niego pytająco.
Odetchnął głębiej.
-Widzę, że już masz światłowstręt- zauważył spoglądając na zaciągniętą zasłonę.- Coś jeszcze ci dolega?
Zastanawiałem się, czy powinienem powiedzieć mu o tych dziwacznych objawach i, czy nie wpędzi mnie to w większe kłopoty.
-Woda... Ona...- odezwałem się szukając w głowie odpowiedniego określenia.- Jakby mnie od niej odrzucało- wyznałem z namysłem.- Wszystko mnie boli i widzę... Zbyt wyraźnie. Jakby- wzruszyłem ramionami, nie do końca wiedząc, jak to ująć.
Wyciągnął ze mnie wszystko o moim obecnym stanie, a kiedy skończyłem mówić, odezwał się cicho:
-Musimy cię odizolować, Gabrielu. Będzie to trwało trzy dni. Szczerze mówiąc wiele rzeczy może ci się nie spodobać- zauważył spokojnie.
-Róbcie, co musicie- odparłem próbując opanować przechodzące mnie dreszcze.

Zabrano mnie do pustej komnaty oświetlonej dziennym światłem.
Stanąłem w progu i ze strachem cofnąłem się gwałtownie, pytając ochryple:
-Co wy chcecie zrobić??- Byłem zdezorientowany. Chcieli, żebym znowu musiał czuć ból. Ostrożnie cofnąłem się o kolejny krok i wpadłem na Giaccomo, który pilnował, żebym nie mógł uciec. Wykręcił mi ramię do tyłu. Broniłem się przed wejściem do skąpanego w świetle dnia pokoju.
-Musisz pokonać zakażenie- oznajmił popychając mnie w stronę wejścia. Siłowałem się z nim i choć wiedziałem, że księża chcą mi pomóc, sam widok światła budził we mnie olbrzymie, niepohamowane obrzydzenie.
-Nie wejdę tam. W życiu- odwarknąłem z panicznym przerażeniem.
-Powiedziałeś, że zrobisz, co będzie trzeba- oznajmił Giaccomo.
-Ale nie to...!- Warknąłem protestująco.
-Wybieraj: albo poddasz się odosobnieniu; albo jutro się zmienisz i będę musiał cię zabić- oznajmił Snow ostro.
Oddychałem ciężko. Głowa chciała mi pęknąć, a suchość w ustach była nieznośna. Umierałem z bólu i pragnienia, a na widok wody odczuwałem tylko i wyłącznie odrazę...
Spojrzałem na swoje buty i przestałem się wyrywać. Z trudem zdołałem zacisnąć zęby i zrobić pierwszy krok...
Zatoczyłem się i oparłem ramieniem o framugę drzwi... Z ogromnym wysiłkiem przeszedłem próg, oddychając ciężko z bólu... Tuż za nim potknąłem się o własne nogi i wylądowałem na podłodze, słysząc zamykające się drzwi, którym zawtórował szczęk rygla.
*** 
Z całych sił próbowałem powstrzymać się od wrzasków, ale nic z tego.
Byłem słaby i spragniony, a moje gardło zdarte od krzyku.
Leżąc w niemal całkowitym bezruchu, podniosłem ręce i ukryłem głowę w ramionach.
-Dopa...dnę cię i zabi...ję, Le..ah- wyszeptałem boleśnie.
Wiedziałem, że to było jedyne słuszne rozwiązanie; bo gdybym w moim obecnym stanie kogoś zaatakował, gdybym chociażby zasmakował krwi...
Doczołgałem się do ściany.
Jeszcze nie miałem pojęcia, że to nocą będzie się działo najgorsze.

Watashi no Akuma Rozdział XXIV Dhampir Leah

Ukrywając Glocka w kaburze, przeskoczyłem schody i chwytając za barierkę wyhamowałem ostro, zanim grad kul zrobiłby ze mnie sito.
Vix wrzasnęła raz jeszcze, a po chwili usłyszałem okrzyk bólu jednego z Hydr i zdławione przekleństwo z jego ust.
-Ty dziwko...!- Zasyczał, a Victoria przeleciała tuż przed moimi oczami i uderzyła w jeden z posągów.
Terkot automatów ucichł, a tamten szedł w stronę półprzytomnej popielatowłosej. Ze skroni i draśniętych kulami ramion Vix spływała czerwona ciecz.
Kiedy był w moim zasięgu, moja ręka, zwinięta w pięść- totalnie wbrew mojej woli- wystrzeliła do przodu i zdzieliła delikwenta prosto w zęby. Zatoczył się i oparł na ścianie odzyskując równowagę.
-Król powrócił- zarechotał paskudnie Egzekutor zwany Bianco, którego walnąłem.
-Jak śmiałeś nazwać ją w ten sposób, ty żałosny, zawszony, bezużyteczny, obmierzły psiarku?!- Moje ciało... Aż poczułem dygotanie, spowodowane wściekłością mojego alter ego.
Szafirowe oczy omiotły Hydry lodowatym spojrzeniem, a członkowie oddziału cofnęli się o krok.
Tym razem Nicolae już niepodzielnie panował nad moim ciałem. Lżył, kopał i zupełnie na oślep okładał Bianco, póki ten nie wyzionął ducha.
Po wszystkim leżący trup wyglądał koszmarnie. Jego twarz była zmasakrowana tak, że nikt (prócz świadków) nie mógłby go rozpoznać.
Hydry wpatrywały się we mnie w milczeniu, kilku z dwudziestu pięciu ludzi podniosło broń. Mimo, że nie mogłem się odezwać, ani kontrolować swojego ciała, byłem w pełni świadomy tego, co się działo.
-Jeszcze nie zrobił z was wszystkich swoich psów- Wydobył się zza moich warg niski i melodyjny głos Nicolae.
-Kim jesteś?- Zza grupki facetów wyłoniła się szczupła sylwetka nastolatki. Blondynki o zielonych oczach. Miała ona na imię Francesca i była szpiegiem organizacji.
Moje nogi poruszyły się.
Kilka kroków potem stałem tuż przed niższą od siebie dziewczyną i trzymałem ją mocno za gardło.
-Waszym koszmarem- oznajmił moimi wargami Nicolae Bordeyan, zaciskając mocniej  moje palce na gardle blondynki.
Nagle wykonał ręką zamach i rzucił nią o ścianę. Zawtórował temu trzask rozbijanej czaszki, a z jej ust wraz ze strużką krwi wydobyło się ostatnie tchnienie.
Bordeyan wykrzywił moje wargi w drwiącym uśmiechu rozglądając się po pełnych trwogi twarzach wrośniętych w podłogę Hydr.
Dwóch najmłodszych rangą rzuciło pistolety maszynowe cofając się przezornie.
-Zejdźcie mi z oczu, pókim dobry- rozkazał rozgniewany Bordeyan.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Wiedziałam, że to nie jest Gabriel.
Ta osoba, kimkolwiek była i skądkolwiek ją znałam, była naładowana gniewem i okrucieństwem.
Spanikowane Hydry uciekły w popłochu, a on podszedł i przyklęknął przy mnie.
Ciemnobłękitne tęczówki zastąpiła świetnie znana mi zieleń, a ciało młodego mężczyzny odzyskało te pełne gracji i pewności  kocie ruchy. Szybkim ruchem wcisnął broń w kabury i przyklęknął przy mnie.
-Krwawisz- powiedział ten zachrypły ton, zdejmując kurtkę.
Zdjął koszulkę i przyciskając ją do mojej skroni założył spowrotem kurtkę. Oderwał dwa skrawki i opatrzył resztę moich zranień.
-Przytrzymaj- nakazał biorąc mnie na ręce. Uśmiechnął się po swojemu, dodając- znając Rafaela na pewno palnie mi obszerne kazanie. Gorsze jest to, że nie do końca będzie ono dotyczyło "wiary i boskiego planu"- zauważył kwaśno opuszczając willę.

Mijający nas ludzie, a w szczególności kobiety, z wyraźnym zaciekawieniem obserwowały widoczny zza rozpiętej skóry skrawek torsu młodzieńca.
Gabriel idąc nie przejmował się tym zbytnio, raz po raz pytając, czy dobrze się czuję.
-Rany... Łeb nie szklanka- westchnęłam słabo, obserwując go uważnie spod półprzymkniętych powiek.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Dostrzegłem, że na mnie patrzy; ale starałem się nie zwracać na to uwagi, chociaż przypuszczałem, że będzie chciała wiedzieć, czego była świadkiem.
Jednak pytanie, które usłyszałem z jej ust prawie ścięło mnie z nóg z zaskoczenia.
-Mówiłeś poważnie to o tym "fetyszu z paskami"?- Odwróciła wzrok czerwieniąc się jak piwonia.
Przystanąłem zaskoczony tym, że z tych wszystkich niewiarygodnych rzeczy, Victoria zapytała akurat o tę najmniej ważną.
Wbrew sobie parsknąłem wesołym śmiechem.
-Co, jak co; ale myślałem, że wiesz, kiedy kłamię, a kiedy mówię całkiem serio- zauważyłem, gdy przestałem się śmiać.- Oczywiście, że kłamałem; żeby rozwścieczyć Leę- wyjaśniłem spokojnie- co nie zmienia faktu, że to byłoby ekstra doświadczenie.
Podniosła rękę i znowu zarobiłem plaskacza.
-Zjeżdżaj, obrzydliwy zboczeńcu!- Wypaliła głośno z wyrzutem, a mijani przez nas przechodnie spoglądali na nas z niemałym zainteresowaniem.- Jesteś naprawdę obrzydliwy...- Dodała ciszej, zniesmaczona.
Ruszyłem z miejsca.
-Czuję się dotknięty...- powiedziałem, próbując uspokoić drżenie spowodowane tłumionym śmiechem.
***
-Na Miłosiernego Stwórcę; w coś ty ją znów wpakował??- Warknął na wstępie Pan Zarozumiały.
Wzniosłem wzrok w górę mrucząc wymownie:
-No, zaczyna się- powiedziałem ironicznie.
-Zadałem pytanie, Tępa Mózgownico- Rafael nie miał zamiaru ustąpić.
-To moja wina- odezwała się zbolałym głosem Vix- nie powinnam śledzić Gabriela...
Rafael J. White
Gabriel miał równie zbaraniały wyraz twarzy, co mój.
-Chyba za mocno uderzyłaś się w głowę- powiedział z troską do Vix.
Starałem się nie skomentować tego, że jest półnagi i nie pytać o to, gdzie jego ubranie, ale wtedy usłyszałem z boku chichoty i szepty.
Młode nowicjuszki spoglądając dyskretnie na blondyna komentowały szeptem, chichocząc.
-Muszę coś na siebie założyć. Gorszę siostrzyczki- zauważył mierząc grupkę zakonnic zamyślonym wzrokiem. Przekazał mi Vix i ruszył do swojego pokoju, a siostry bezwstydnie wlepiały oczy w jego odsłoniętą klatkę piersiową i wyrzeźbiony na kształt sześciopaka brzuch.
-Cholerna łajza- westchnąłem kręcąc głową z niedowierzaniem, gdy Vix, przyciskając dłonią do skroni tkaninę, oparła głowę na mojej piersi. Rozpoznałem w niej porozrywany czarny t-shirt Gabriela.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Zamknąłem drzwi komnaty i podszedłem do torby.
Wiedziałem, że Leah, skoro w jakiś sposób żyje, będzie próbowała się na mnie mścić i zamierzałem jej to uniemożliwiać jak tylko się dało.
Rzucając kurtkę na fotel rozpiąłem torbę i wyciągnąłem z niej podkoszulek.
Wtedy drzwi uchyliły się lekko i usłyszałem chichoty przeplatane szeptami.
Wciągnąłem na siebie ubranie poprawiając kolczyk i nagle odwróciłem się ku drzwiom.
Śmiechy, piski i szybkie kroki uciekających spod nich zakonnic sprawiły, że i mnie naszła ochota na śmiech.
-Siostrzyczki- prychnąłem trzęsąc się z tłumionej wesołości.
-Boże Miłosierny... Nawet zakonnice powariowały, Eminencjo- Rafael, który miał wyjechać z Vix następnego dnia, dobrze grał zwyczajnego księżulka.
-Ciekawe, przez kogo; White- zauważył biskup Snow.
-Hmmm. Na pewno to blondyn, z kolczykiem w wardze, a imię jego- zaczął Raf z udawanym zastanowieniem.
-Gabriel- Wypaliło kilka męskich głosów rżąc wesoło.
-Bóg szerokich barów i kaloryfera- zakpił głos księdza Josepha.
-A ty skąd to niby wiesz?- Zdziwił się Snow.
-Tajemnica- odpowiedział wymownie Torres, zza drzwi dostrzegłem, że puścił oczko do Rafa, który w odpowiedzi przewrócił oczami.
***
Po obiedzie.
Jakoś nie mogłem znaleźć sobie miejsca.
Spacer. Książki. Łóżko, czy nawet absynt nie pomagały mi stłumić dziwnego niepokoju, który czułem od kiedy ponownie ujrzałem Leę.
-Jak mogłem cię kiedyś pokochać?- Zapytałem wpatrując się w pogniecione zdjęcie wyjęte z portfela. Kolejny raz przechyliłem do ust butelkę z absyntem i przełknąłem łyk, krzywiąc się.
Kochałem ją z całego serca, dopóki jedno jej słowo nie skrzywdziło mojego ojca.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
-Zaborcza suka- powiedział cicho. Uniósł wzrok znad kartonika, który trzymał w dłoni i zapatrzył się na przeciwległą ścianę.
Gabriel siedział na łóżku, a zielone oczy i wyraz twarzy ukazywały jego głębokie zamyślenie. W prawej ręce trzymał opartą na materacu butelkę zielonego płynu, z lekko startą etykietą opatrzoną napisem: "absynth, kraj pochodzenia: Czechosłowacja, alk. 70% obj."
-Niech cię diabli- upił potężny łyk i skrzywił się, na pewno nie tylko z powodu mocy i goryczy trunku, ale i, dlatego, że nadal jeszcze posiadał jakieś uczucia.
Chociaż wydawałoby się, że Gabriel z wierzchu jest osobą twardą, zimną i nieczułą jak lodowa bryła; to czasami potrafił- mimo tego, kim był- okazać się bardzo dobrym i ciepłym w usposobieniu człowiekiem.
Nagle zamrugał i spojrzał wprost na mnie. Z zaskoczenia aż podskoczyłam.
-Boisz się mnie- odezwał się po długiej chwili odwracając wzrok. Wbił oczy w stertę książek leżących na blacie biurka.
Podeszłam i usiadłam obok niego mówiąc:
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Nie ciebie. Jego- powiedziała cicho. Zabierając mi absynt, strzeliła dość duży łyk i przełknęła nawet się nie krzywiąc.- Właściwie nie wiem, czemu on tak mnie przeraża; skoro mam wrażenie, że skądś go znam i mogę mu zaufać- zwierzyła się cicho.
Zabrałem jej butelkę i napiłem się.
-Na pewno możesz mu zaufać- oznajmiłem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że mówię coś bardzo dziwnego.
-Tak sądzisz?- Zapytała z nutą wątpliwości w głosie, przeczesując dłonią napuszone włosy popatrzyła na mnie niepewnie.
-Zdążyłem już trochę poznać moje Alter ego, więc myślę, że tak- przyznałem upijając kolejny łyk zielonej wróżki.
-To dosyć dziwnie brzmi- powiedziała dokładnie to samo, co sam o tym wszystkim myślałem.
-Racja- przytaknąłem z zastanowieniem, przechylając butelkę z zamiarem napicia się, ale Vix znowu wyciągnęła mi ją z ręki i golnęła sobie. Po przełknięciu trunku przez jej twarz nie przemknął żaden grymas.
-Nie krzywisz się. Piłaś kiedyś absynt?- Zapytałem patrząc na nią z boku ze zdziwieniem.
-Nie mam pojęcia. Może w poprzednim życiu- zauważyła oddając mi flaszkę.
Zapadła dłuższa cisza, w której oboje pogrążyliśmy się we własnych myślach. Po jakimś czasie poczułem jej długie palce na mojej szyi, dokładnie w miejscu dwóch małych ranek.
-Powinieneś je opatrzyć- powiedziała z troską i zakłopotaniem.
-Nic mi nie będzie- zbyłem spoglądając na popielatowłosą.- Naprawdę- zapewniłem widząc jej zatroskany wyraz oczu.

Następnego dnia.
-Pogoda pod psem- mruknął, Rafael ziewając.
-Właśnie, psiaczku- zakpiłem wychodząc z komnaty.
Raf zmierzył mnie rozdrażnionym spojrzeniem, mówiąc złośliwie:
–Wpół do piątej rano, a nasz śpioch tryska niesamowitą energią? Dziwnie to podejrzane- zauważył, zarzucając sportową torbę na ramię.
-Wyjeżdżasz dokądś na urlop?- Zapytałem zupełnie niewinnie.
-Wyjeżdżamy- na dźwięk potwierdzenia Vix z trudem stłumiłem cisnący się na wargi tryumfalny uśmieszek i rzuciłem:
-Farciarze. Ci to się nigdy nie nudzą- skomentowałem wyluzowanym tonem z dłońmi w kieszeniach bluzy.
Rafael J. White
Obserwując zielonookiego blondyna, doszedłem do bardzo dziwnego wniosku- coraz bardziej podejrzewałem, że maczał palce w ostatnich wydarzeniach bezpośrednio związanych ze "zdjęciem konkursowym" i ową kopertą.
Gorsze było to, że nie miałem nawet nikłych dowodów, a tym bardziej żadnej pewności, czy faktycznie to właśnie Gabriel jest w to wszystko zamieszany.
-Powiedział ten farciarz, który z powodzeniem zwiewa nie tylko przed policją, ale i z każdej opresji- stwierdziłem przewracając oczami.
Vix z zaskoczeniem skakała po nas oczami, a Gabriel odparł:
-Jakiś ty troskliwy, Księżulku- powiedział z przekąsem mrużąc lekko oczy.- Życzyłbym miłego wolnego, ale z tobą to raczej niemożliwe- odciął się swobodnym tonem.
-Podziękowałbym, gdyby nie to, że mam wrażenie jakbyś coś o TYM wiedział- powiedziałem to celowo, żeby zobaczyć, jak zareaguje.
Jednak zielonooki uśmiechnął się z wyjątkowym politowaniem, mówiąc w odpowiedzi:
-Jesteś jak zawsze wredny i zarozumiały.
-Odezwał się ten tępy i skromny- rzucił, odchodząc przeciągnął się z lubością.
-Dupek- mruknąłem patrząc za nim i Vix.

poniedziałek, 23 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIV Dhampir Leah

Szafirowooki przyglądał mi się przez pewien czas z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Poczułam silny chwyt jego dłoni na ramieniu i usłyszałam jego głos:
-Uciekaj i nie oglądaj się za siebie- nakazał ten niski głos, a druga dłoń wepchnęła mi w palce srebrny pistolet.
Nie chciałam go posłuchać, ale jednocześnie czułam, że to jedyne, co mogę w tym momencie zrobić.
Zdecydowałam się postąpić, jak chciał "szafirowooki Gabriel"; więc odwróciłam się chcąc odejść. W ostatniej chwili odwrócił mnie ku sobie i przycisnął mocno do piersi.
-Biegnij do wyjścia- szepnął mi do ucha ten cudownie łagodny głos.
-Kimkolwiek dla mnie jesteś, ufam ci- powiedziałam cicho, sama nie wiedząc, co w danej chwili czułam.
Nie odpowiedział. Zamiast tego popchnął mnie delikatnie w stronę, z której przyszłam...
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Nicolae Bordeyan
Moja Pani...
-Dlaczego pozwoliłeś mi znowu przejąć kontrolę nad sobą?- Zapytał mnie.
-Bo dzięki temu mogę ją ochronić- odparłem zapalając papierosa. Głęboko zaciągnąłem się dymem i sterowany przez niego podszedłem do Lei.
-Nie chcesz, żebym ją zabił- powiedział w zamyśleniu.
-Dla niej to odpowiednia kara za to, co zrobiła- powiedziałem cicho.
Leah coraz bardziej zdezorientowana i przerażona wpatrywała się we mnie, nie rozumiejąc, jakim cudem słyszy dwa różne, męskie głosy i patrzy na nią dwoje różnych w barwie oczu.
Nicolae znał swoją moc i zdecydowanie wiedział, jak nią rządzić, nie krzywdząc przy okazji swego gospodarza.
-Dla takich, jak ona samo to, czym jest to kara- oczy w mojej twarzy wpatrywały się w Leę bezlitośnie. Moja dłoń chwyciła mocno jej twarz, i podniosła biuściastą, krótkowłosą lekko w górę. W jej oczach odbiły się dwie ciemnobłękitne kule.
-Obyś zdechła z głodu, a twoje ścierwo rozsypało się w piach. Pozdrów swego pana od Nicolae Bordeyan'a- oznajmił i puszczając ją zmusił mnie do odejścia.
Nie rozumiałem, z jakiego powodu przedstawił się Lei. Po to, by jeszcze bardziej ją przerazić? Czy dlatego, że wiedział coś, o czym sam nie miałem pojęcia?
Jednak nie miałem czasu się nad tym zastanowić, bo usłyszałem krzyk Victorii.
Mimo, że Nicolae nadal mną kierował, pobiegłem w tamtą stronę wyciągając broń z kabury.
***
Kilka korytarzy i schodów później ukrywając Glocka w kaburze, przeskoczyłem kolejne schody i chwytając za barierkę wyhamowałem ostro, zanim grad kul zrobiłby ze mnie sito. 
Vix wrzasnęła raz jeszcze, a po chwili usłyszałem okrzyk bólu jednego z Hydr i zdławione przekleństwo z jego ust.
-Ty dziwko...!- Zasyczał, a Victoria przeleciała tuż przed moim nosem i uderzyła w jeden z posągów.
Terkot automatów ucichł, a tamten szedł w stronę półprzytomnej popielatowłosej. Ze skroni i draśniętych kulami ramion Vix spływała czerwona ciecz.
Kiedy był w moim zasięgu, moja ręka, zwinięta w pięść- totalnie wbrew mojej woli- wystrzeliła do przodu i zdzieliła delikwenta prosto w zęby. Zatoczył się i oparł na ścianie odzyskując równowagę.
-Król powrócił- zarechotał paskudnie Egzekutor zwany Bianco, którego walnąłem.
-Jak śmiałeś nazwać ją nazwać ją w ten sposób, ty żałosny, zawszony, bezużyteczny, obmierzły psiarku?!- Moje ciało... Aż poczułem dygotanie, spowodowane wściekłością mojego alter ego.
Szafirowe oczy omiotły Hydry lodowatym spojrzeniem, a członkowie oddziału cofnęli się o krok.
Tym razem Nicolae już niepodzielnie panował nad moim ciałem. Lżył, kopał i zupełnie na oślep okładał Bianco, póki ten nie wyzionął ducha.
Po wszystkim leżący trup wyglądał koszmarnie. Jego twarz była zmasakrowana tak, że nikt (prócz świadków) nie mógłby go rozpoznać.
Hydry wpatrywały się we mnie w milczeniu, kilku z dwudziestu pięciu ludzi podniosło broń. Mimo, że nie mogłem się odezwać, ani kontrolować swojego ciała, byłem w pełni świadomy tego, co się działo.
-Jeszcze nie zrobił z was wszystkich swoich psów- Wydobył się zza moich warg niski i melodyjny głos Nicolae.
-Kim jesteś?- Zza grupki facetów wyłoniła się szczupła sylwetka nastolatki. Blondynki o zielonych oczach. Miała ona na imię Francesca i była szpiegiem organizacji.
Moje nogi poruszyły się.
Kilka kroków potem stałem tuż przed niższą od siebie dziewczyną i trzymałem ją mocno za gardło.
-Waszym koszmarem- oznajmił moimi wargami Nicolae Bordeyan, zaciskając mocniej  moje palce na gardle blondynki.
Nagle wykonał ręką zamach i rzucił nią o ścianę. Zawtórował temu trzask rozbijanej czaszki, a z jej ust wraz ze strużką krwi wydobyło się ostatnie tchnienie.
Bordeyan wykrzywił moje wargi w drwiącym uśmiechu rozglądając się po pełnych trwogi twarzach wrośniętych nogami w podłogę Hydr.
Dwóch najmłodszych rangą rzuciło pistolety maszynowe cofając się przezornie.
-Zejdźcie mi z oczu, pókim dobry- rozkazał rozgniewany Bordeyan. 
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Wiedziałam, że to nie jest Gabriel.
Ta osoba, kimkolwiek była i skądkolwiek ją znałam, była naładowana gniewem i okrucieństwem...
Spanikowane Hydry uciekły w popłochu, a on podszedł i przyklęknął przy mnie.
Ciemnobłękitne tęczówki zastąpiła świetnie znana mi zieleń, a ciało młodego mężczyzny odzyskało te pełne gracji i pewności kocie ruchy. Szybkim ruchem wcisnął broń w kabury i przyklęknął przy mnie.
-Krwawisz- powiedział ten zachrypły ton, zdejmując kurtkę.
Zdjął koszulkę i przyciskając ją do mojej skroni założył spowrotem kurtkę. Oderwał dwa skrawki i opatrzył resztę moich zranień.
-Przytrzymaj- nakazał biorąc mnie na ręce. Uśmiechnął się po swojemu, dodając- znając Rafaela na pewno palnie mi obszerne kazanie. Gorsze jest to, że nie do końca będzie ono dotyczyło "wiary i boskiego planu"- zauważył kwaśno opuszczając willę.

Mijający nas ludzie, a w szczególności kobiety, z wyraźnym zaciekawieniem obserwowały widoczny zza rozpiętej skóry skrawek torsu młodzieńca.
Gabriel idąc nie przejmował się tym zbytnio, raz po raz pytając, czy dobrze się czuję.
-Rany... Łeb nie szklanka- westchnęłam słabo, obserwując go uważnie spod półprzymkniętych powiek.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Dostrzegłem, że na mnie patrzy; ale starałem się nie zwracać na to uwagi, chociaż przypuszczałem, że będzie chciała wiedzieć, czego była świadkiem.
Jednak pytanie, które usłyszałem z jej ust prawie ścięło mnie z nóg z zaskoczenia.
-Mówiłeś poważnie to o tym "fetyszu z paskami"?- Odwróciła wzrok czerwieniąc się jak piwonia.
Przystanąłem zaskoczony tym, że z tych wszystkich niewiarygodnych rzeczy, Victoria zapytała akurat o tę najmniej ważną.
Wbrew sobie parsknąłem wesołym śmiechem.
-Co, jak co; ale myślałem, że wiesz, kiedy kłamię, a kiedy mówię całkiem serio- zauważyłem, gdy przestałem się śmiać.- Oczywiście, że kłamałem; żeby rozwścieczyć Leę- wyjaśniłem spokojnie- co nie zmienia faktu, że to byłoby ekstra doświadczenie.
Podniosła rękę i znowu zarobiłem plaskacza.
-Zjeżdżaj, obrzydliwy zboczeńcu!- Wypaliła głośno z wyrzutem, a mijani przez nas przechodnie spoglądali na nas z niemałym zainteresowaniem.- Jesteś naprawdę obrzydliwy...- Dodała ciszej, zniesmaczona.
Ruszyłem z miejsca.
-Czuję się dotknięty...- powiedziałem, próbując uspokoić drżenie spowodowane tłumionym śmiechem.
***
-Na Miłosiernego Stwórcę; w coś ty ją znów wpakował??- Warknął na wstępie Pan Zarozumiały.
Wzniosłem wzrok w górę mrucząc wymownie:
-No, zaczyna się- powiedziałem ironicznie.
-Zadałem pytanie, Tępa Mózgownico- Rafael nie miał zamiaru ustąpić.
-To moja wina- odezwała się zbolałym głosem Vix- nie powinnam śledzić Gabriela...
Rafael J. White
Gabriel miał równie zbaraniały wyraz twarzy, co mój.
-Chyba za mocno uderzyłaś się w głowę- powiedział z troską do Vix.
Starałem się nie skomentować tego, że jest półnagi i nie pytać o to, gdzie jego ubranie, ale wtedy usłyszałem z boku chichoty i szepty.
Młode nowicjuszki spoglądając dyskretnie na blondyna komentowały szeptem, chichocząc.
-Muszę coś na siebie założyć. Gorszę siostrzyczki- zauważył mierząc grupkę zakonnic zamyślonym wzrokiem. Przekazał mi Vix i ruszył do swojego pokoju, a siostry bezwstydnie wlepiały oczy w jego odsłoniętą klatkę piersiową i wyrzeźbiony na kształt sześciopaka brzuch.
-Cholerna łajza- westchnąłem kręcąc głową z niedowierzaniem, gdy Vix, przyciskając dłonią do skroni tkaninę, oparła głowę na mojej piersi.
Rozpoznałem w niej porozrywany czarny t-shirt Gabriela.

piątek, 20 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIV Dhampir Leah

Najpierw szok.
Chwilę potem niedowierzanie.
Zaraz po nim zaprzeczenie.

Nie potrafiłem przyjąć tego do wiadomości.
Leah żywa? To wykraczało poza moje rozumowanie.
-Zabiłem cię- powiedziałem w końcu wyjątkowo spokojnym tonem.- Sam poderżnąłem ci gardło. Jesteś martwa- starałem się przekonać również samego siebie, że sobie tego nie wymyśliłem...
-To prawda, Damonie- nie spodziewałem się takiej odpowiedzi.- Strasznie bolało, wiesz?- Zapytała takim tonem, jakby to było zwykłe skaleczenie.
Po sekundzie stałem oparty o jedną ze ścian, a Leah przyciskała mnie sobą do muru. Zajrzała mi głęboko w oczy, a przez jej tęczówki przemknął czerwony błysk.
Nie mogłem odwrócić wzroku, ani się poruszyć.
W tym nowym wydaniu miała w sobie coś takiego... Diabelskiego.
Jakąś demoniczną siłę, która mnie przerażała i obezwładniała.
-Sprawię, że do mnie wrócisz- oznajmiła, a zza rozchylonych i wygiętych w uśmiechu warg dojrzałem odrobinę dłuższe, niż reszta zębów, kły.- Będziesz mój. Na wieki wieków i do końca świata- szepnęła uwodzicielsko.
Odepchnąłem ją i podnosząc broń oddałem kilkanaście strzałów w jej korpus.
-Nigdy. Prędzej piekło zamarznie- Warknąłem zimno.
Roześmiała się wesoło, gdy dziury po kulach zaczęły się goić.
-Oszczędzaj amunicję. Mnie nią nie zabijesz- odpowiedziała nadal chichocząc.
Nikt się nie pojawił, choć Hydry na pewno usłyszały strzały. Gorączkowo rozmyślałem, dlaczego nikogo nie ma.
Dziwne, ale naprawdę cholernie bym się ucieszył, gdyby któryś się zjawił... 
Gdzie są te cholerne łajzy??!- Pomyślałem spanikowany.
-Będziesz mój- kontynuowała szeptem, gdy wypuściłem broń z rąk znów znalazła się tuż przede mną i  unieruchomiła mnie. Przytrzymała mi nadgarstki i chwyciła w usta zamek bluzy, po czym zaczęła go rozpinać.
Oblałem się zimnym potem i zacząłem prosić los o jeszcze jedną szansę.
-Mmmm- zamruczała Leah podnosząc na chwilę wzrok, lecz nagle zamarła w bezruchu, jakby coś wytrąciło ją z równowagi.
Usłyszałem ciche kroki...
Leah wypuściła z ust blaszkę zamka i zwróciła twarz w kierunku odgłosu.
-To dla niej mnie rzuciłeś?- Zapytała głosem pełnym zazdrości i pogardy, wpatrzona w wylot korytarza.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Gabriel stał przyciśnięty do ściany. Ta kobieta zwróciła wzrok spowrotem na niego i musnęła wargami jego szczękę. Robiąc to, patrzyła na mnie kątem oka, a kącik jej ust uniósł się w pełnym podłości uśmieszku. Na podłodze leżała broń Gabriela.
-Naprawdę smacznie pachniesz, Damonie- powiedziała głośnym szeptem z uznaniem. Blondyn spróbował ją odepchnąć, ale uderzyła nim mocno o ścianę i zbliżając twarz do jego szyi wciągnęła nosem powietrze.- Twoja krew to więcej, niż cukier i woda. Już prawie czuję ten przesłodki smak- szepnęła mu do ucha z podnieceniem. Wystawiła czubek języka i przesunęła nim po jego szyi. Gabriel poruszył się niespokojnie z przestrachem na twarzy, starając się ją odsunąć.

-Chcesz się napić, Leah?- Zapytał nagle zupełnie spokojnym głosem, wychylając się ostrożnie w jej stronę.
Drasnęła go szybkim spojrzeniem, a na jej twarzy odbiło się duże zaskoczenie.
-Gabriel, nawet nie próbuj tego robić- ostrzegłam go ze złością.
Czarnowłosa spojrzała na niego jakby z boku.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Leah przez dłuższą chwilę obserwowała mnie rozmyślając nad czymś głęboko.
-Mogłabym przestać się z tobą bawić, Kotku- oznajmiła.- Nadal pamiętam, co mi zrobiłeś, Damonie- przesunęła palcami po bladej szramie na gardle.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Wbrew sobie uśmiechnął się do niej kusząco, mówiąc wyjątkowo swobodnie:
-Jeszcze całkiem niedawno bardzo lubiłaś się ze mną bawić, Skarbie- odpowiedział natychmiast, a ona poluźniła chwyt na jego nadgarstkach.- Pamiętasz, gdy krzyczałaś, jak to dobrze ci ze mną w łóżku?
Otworzyłam usta i wlepiałam oburzone spojrzenie w zielonookiego blondyna z kółeczkiem w wardze. Tamta kobieta z gniewu aż wciągnęła z sykiem powietrze.
-Co. To. Ma. Do. Rzeczy?- Wysyczała.
Gabriel roześmiał się wesoło i szepnął coś do jej ucha. Zmierzyła go morderczym  i pełnym nienawiści spojrzeniem.
-Była jeszcze lepsza w łóżku, niż ty... Powiem więcej: była boginią seksu. Może ma mniejsze piersi, niż twoje, ale przysporzyły mi wczorajszej nocy sporo frajdy- nie wiedziałam, o czym Gabriel bredzi; bo byłam w stu procentach pewna, że nigdy z nim nie spałam; ale opowiadał o tym kobiecie z takim ożywieniem, że sama poczułam wstyd i niesmak tak wielki, jakbym naprawdę spała z Gabrielem.
-Była gorąca i gotowa na wszystko, wiesz?- Mówił dalej blondyn, starając się doprowadzić czarnowłosą do furii.- Myślałem, że zwariuję, kiedy popchnęła mnie na łóżko. Widzisz, to fetyszystka: strasznie lubi dominować nad facetami. Jeszcze nigdy nie czułem się przez kogoś zarówno tak upodlony i podniecony równocześnie...- w tym momencie spojrzał wprost na mnie, a ja zrobiłam się czerwona jak burak.
Gabriel przerwał na chwilę, udając, że zbiera myśli.
-Myślałem, że robiłem już w łóżku wszystko, ale cholernie się pomyliłem, Leah- zwierzył się, a krótkowłosa wpatrywała się w niego próbując opanować wzrastające uczucie gniewu.- Chcesz wiedzieć, co najbardziej sprawia jej przyjemność w pościeli?- Zapytał zaciekawionym tonem, ruchem głowy wskazując na mnie.
-Co takiego...?- Zapytała nieufnie obserwując jego twarz i oczy.
-Paski- Gabriel odchylił głowę i mrużąc oczy spojrzał na kryształy najbliżej wiszącego żyrandola.- Miałaś kiedyś klamrę paska na szyi?- Zapytał retorycznie.- To było zajebiste doświadczenie. Bycie związanym, podduszanym i traktowanym jak najgorszy śmieć przez zboczoną, cudną cycatkę przebraną za zakonnicę. Jak piesek: karcony i grzmocony. Rany...! Nawet nie wiesz, jak chcę to powtórzyć...!- Powiedział uradowany.
Tamta zaczęła się trząść, blada jak trup. Zacisnęła mocniej dłonie na przegubach młodego mężczyzny, aż zbielały jej kostki.
-Rozszarpię ci gardło, psie!- Warknęła z szaleństwem w oczach.- Będziesz zdychał...
-Lubi też gryźć i drapać... Mmmm- zamruczał z przyjemnością, by jeszcze bardziej doprowadzić ją do szału.- Jak jestem dobrym pieskiem, dostaję całusa, ale jak nie...- Jego głos nagle stwardniał- każe mi warczeć i szczekać. Niedawno mieliśmy takie nieporozumienie w hotelu: obsługa myślała, że mamy w pokoju psa i nakryła nas na...- Gabriel nie skończył, bo rozchylił usta, a źrenice rozszerzyły się z bólu.
Chciałam pójść na nią z pięściami, ale warknęła ostro:
-Jeszcze krok, a go zabiję- zagroziła zimno. Nagle jednak gwałtownie się wyprostowała, a zza jej warg wydobył się cichy, trzeszczący dźwięk.
Odsunęła się od blondyna i puściła jego nadgarstki, a jej twarz wykrzywił ból. Wpatrzona w Gabriela z niedowierzaniem oparła się o przeciwległą ścianę korytarza i osunęła się po niej na podłogę.
Wtedy Gabriel dostał ode mnie w twarz.
-Za co?- Zapytał podnosząc pistolety, które po chwili wepchnął w kabury.
Chwyciłam jego twarz i obracając jego głowę obejrzałam szyję. Widniały na niej dwa, małe ślady, które zaczęły puchnąć.
Kobieta z bólem obserwowała Gabriela, ale ten nie patrzył na nią.
Jego oczy znów miały szafirową barwę...

poniedziałek, 16 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIV: Dhampir Leah

Gabriel, zwany Uczniakiem
Opróżniając jeden z flakonów wsunąłem go do kieszeni i ostrożnie pchnąłem zdrowym ramieniem niedomknięte drzwi. Podnosząc spluwy wszedłem do Pieczary, rozejrzałem się uważnie.
Pusto i cicho, a jednak czułem się przez kogoś cały czas obserwowany. Obróciłem się wokół własnej osi i wszedłem na schody prowadzące na pierwsze piętro.
Na półpiętrze przeszedł mnie dziwny chłód aż wstrząsnął mną dreszcz.
Wbiłem wzrok w górne piętra willi i dostrzegłem ją. Tę dziewczynę. Szła na samą górę pewnie trzymając pistolety maszynowe.
Była już w trakcie trzeciego odliczania.
Nie miałem pojęcia, dlaczego ciągle odlicza od stu w tył...
Jest psychopatką? Czy może jest szalona, ale niezbyt groźna? Dokąd idzie i...
Skąd tak dobrze zna rozkład budynku??
***
To wszystko było dziwne i równocześnie podejrzane.
Nie spotkałem się z żadnym Hydrą, choć krążę po domu od prawie godziny.
Kiedy wyszliśmy na trzecie piętro, zniknęła mi z zasięgu wzroku, zakląłem szeptem i nagle poczułem na swoich plecach czyiś dotyk.
Spiąłem się i zesztywniałem, gdy czyjeś wargi przesunęły się po mojej szyi, a tuż przy uchu usłyszałem kobiecy szept; którego miałem już nigdy nie usłyszeć:
-Jesteś, jak zawsze słodki, Damonie- szepnęła i pociagnęła nosem, wzdychając jakby poczuła pyszny zapach.
Stałem sztywno wyprostowany, starając się pojąć, jakim cudem słyszę ten głos, skoro własnoręcznie zabiłem jego posiadaczkę. Poza tym dziewczyna, za którą szedłem wyparowała.
-Kim jesteś i skąd mnie znasz?- Zapytałem krótko, próbując uspokoić nerwy.
-Smacznie pachniesz- zignorowała moje pytanie, a ja wzdrgnąłem się czując pod ubraniem nienaturalnie lodowate palce, prześlizgujące po moim torsie i brzuchu.
Wyrwałem jej się robiąc duży krok do przodu i zwróciłem się ku niej mierząc w nią z luf.
Wtedy z moich ust wyrwał się jęk.
Ona...
TA dziewczyna.
Stała w tym samym miejscu i uśmiechała się dziwnie.
Nie wierzyłem w to, co słyszałem.
Ten głos w swojej barwie był tak bardzo chłodny i znajomy...
-Kim jesteś i skąd mnie znasz?- Powtórzyłem poprzednie pytanie, wpatrzony z niedowierzaniem w krótkowłosą postać o intensywnie niebieskich oczach.
-Tęskniłam za tobą, Kotku...- szepnęła uwodzicielsko.
W umysł wkradł się strach. Nigdy wcześniej nie odczuwałem tak olbrzymiego lęku przed stojącą mi na drodze osobą.
Cofnąłem się od niej o kilka kroków, ale nagle poczułem, że wpadłem na kogoś plecami.
-Nie uciekaj.. Jestem taka samotna, Kotku- objęła mnie ramionami zamykając w stalowym uścisku.
Mój oddech stał się szybki i płytki, a ciało zaczęło drżeć. Ledwie mogłem utrzymać w palcach broń. Szczękałem zębami z przerażenia nie wierząc własnym zmysłom.
Ten blady ślad na jej gardle, który przed chwilą widziałem...
-To niemożliwe... Nie możesz być nią...- Powiedziałem w głębokim oszołomieniu. Serce waliło mi jak młot, a w uszach słyszałem szum własnej krwi.- Ona jest martwa. Martwa- zacząłem powtarzać drżącymi wargami to jedno słowo, nie potrafiąc wykonać żadnego ruchu.
-Nie podobam ci się taka? Zawsze mówiłeś, że było mi ładniej w krótszych włosach, Kotku- całowanie po szyi jeszcze mogłem znieść, ale gdy poczułem jej język sunący delikatnie w górę i w dół wzdłuż głównej żyły...
Przymknąłem na chwilę oczy, starając się uspokoić drżenie i dzwonienie zębów wywołane przez strach.

Uratowałem kobietę, którą wcześniej zabiłem...  

sobota, 14 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIII Niebezpieczne uczucie

Gabriel, zwany Uczniakiem 
Mój plan wypalił w stu procentach, teraz tylko czekać aż "zakochane gołąbki" wyjadą w podróż, która miała odbyć się za kilka dni i trwać bite dwa tygodnie, co dawało mi czas na rozprawienie się z Vladem i ewentualną liczbą przerobionych na jego posłuszne pachołki Hydr. Zamierzałem w tym czasie dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe i w odpowiednim momencie wyciągnąć z rękawa asa, czyli moje Alter ego oraz przy odrobinie szczęścia, spróbować pozbyć się Vlada.
Nicolae Bordeyan, jak dotąd, nie ujawnił się Vladowi w całości. Tymczasowo działał z ukrycia, czego nie potrafiłem zrozumieć.
-Boisz się go, czy co...?- Mruknąłem w zastanowieniu. Sięgnąłem po butelkę absyntu i przytknąłem wylot do ust lecz zanim zdążyłem się napić, mój wewnętrzny bliźniak postanowił się odezwać.
-Gdybyś znał go osobiście, a nie tylko z opowieści, również bałbyś się księcia- stwierdził.
-Kto to się wreszcie odezwał?- Zakpiłem.
-Jeszcze nie wiesz, do czego Książę jest zdolny się posunąć, żeby dojść do celu- zignorował mój przytyk kontynuując, jednak kiedy nie odpowiedziałem, rozmowa się urwała.
Podniosłem się z łóżka do pozycji siedzącej, poczułem piekący gorąc i sięgnąłem do obandażowanego ramienia zaciskając zęby z sykiem bólu. W zamieszaniu podczas sprzątania Hydr zmienionych w Nocnych, przypadkowo dostałem kulkę z broni Chenga.
Wyciągnąłem z szufladki ciemną saszetkę wyglądem przypominającą kosmetyczkę i sięgnąłem do niej po środki opatrunkowe. Zmyłem krew i zdezynfekowałem ranę absyntem, po czym założyłem nowy opatrunek.
Zaraz potem narzuciłem na siebie koszulkę i cienką, czarną bluzę. Opuszczając nogi na podłogę sięgnąłem po spodnie i skarpetki. Tydzień temu glany poszły w odstawkę i zmieniłem buty na sportowe (obowiązkowo czarne) adidasy, które właśnie wsunąłem na stopy i zabrałem się za wiązanie sznurówek.
Wtedy usłyszałem otwierające się drzwi. Drgnąłem i szybko ukryłem zużyty opatrunek w folii, którą wepchnąłem do kieszeni. Spokojnie zamknąłem zamek saszetki i wrzuciłem ją na dno szuflady.
-Gabriel, możemy pogadać?- Głos Rafaela sprawił, że prawie odetchnąłem z ulgą.
-O czym to Pan Zarozumiały chce ze mną gadać, hm?- Zapytałem prostując się, i ukrywając zaciekawienie pod maską zdziwienia.
Rafael zdecydował się wejść wgłąb komnaty. Stanął pod ścianą i oparty o nią spojrzał na mnie kątem oka nieco bardziej podejrzliwie, niż zwykle.
-Nie wiesz?- Udał swobodny ton nadal przyglądając mi się. Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi, przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było mnie stać, tym samym nie pokazując; że doskonale wiem, czego ma dotyczyć ta rozmowa.
-Ktoś- Rafael starał się mówić spokojnym tonem- wysłał nasze zdjęcie: moje i Vix na konkurs dla par- powiedział nadal siląc się na spokój.
-Cooo takiego??- Wybuchnąłem najbardziej zdziwiony tonem, jakim umiałem wpatrując się w Rafa rozszerzonym ze zdumienia wzrokiem, perfekcyjnie grając, że nie mam o niczym pojęcia.
Rafael nadal obserwował mnie podejrzliwie.
-Wydaje mi się, że tylko ty mogłeś wpaść na taki szalony pomysł- oznajmił, poprawiając mankiety sutanny wwiercał się we mnie bladoniebieskimi oczami próbując wywrzeć na mnie presję, żebym się przyznał.
Zachowując się zupełnie normalnie, sięgnąłem po absynt i upiłem potężny łyk.
-Nic o tym nie wiem- powiedziałem po krótkiej chwili wpatrując się w okno.
-Nie próbuj udawać świętoszka...- zaczął groźnie.
-Niczego nie udaję, zarozumiały księżulku- przerwałem mu nieco ostrzej, niż miałem zamiar, zrywając się z łóżka na równe nogi.
Rafael nadal obserwował każdy mój ruch, jakby sądził, że w pewnym momencie się zdradzę. Po dłuższej chwili westchnął ciężko i skierował się do drzwi mówiąc:
-Nie myśl, że ci wierzę; Gabriel- oznajmił odchodząc.
-Rób, co chcesz; Rafael. I tak nie macie wyjścia- wymamrotałem z uciechą, gdy jego kroki ucichły.
Wyszedłem z pokoju i poszedłem na dół, kierując się do refektarza na śniadanie.
***
Pocieszony toną różnorodnych kanapek i mocną, czarną kawą, zapatrzyłem się w korytarz, rozmyślając nad tym, jak pozbyć się wszystkich polujących na Vix.
Po dłuższej chwili wstałem i dziękując za śniadanie zniknąłem w korytarzu, czując na swoich plecach wzrok Victorii.
-Niedługo wszystko, czego się boisz zniknie- mruknąłem idąc z dłońmi w kieszeniach bluzy.
Zapatrzyłem się na coś za oknem i wpadłem na kogoś. Zaskoczony szybko odskoczyłem i omiotłem oczami postać, z którą się zderzyłem.
Ładna młoda kobieta, o krótkich czarnych włosach i kontrastujących z nimi oczach w barwie intensywnie niebieskiej. Szczupła i sięgająca mi wzrostem do brody.
Rozpoznałem ją natychmiast i wytrzeszczyłem oczy. Zamierzałem ją przeprosić, ale głos uwiązł mi w krtani. Potrafiłem tylko gapić się na nią, jak idiota.
To była ONA. Dziewczyna, której podczas swojego egzaminu ocaliłem życie.
Patrząc na nią poczułem się bardzo dziwnie. Jakby to spotkanie było w jakiś sposób odrealnione, a zawstydzona, młoda kobieta, którą widziałem przed sobą była utkana z dymu i mgły...
-Niech mnie wszyscy diabli- wyszeptałem zdumiony.
-Przepraszam, że na pana wpadłam- powiedziała cicho.
-Nic się nie stało- odpowiedziałem nadal stłumionym z zaskoczenia głosem.- To ja przepraszam. Nie patrzyłem, gdzie idę...- szybko przesunąłem się na bok i pozwoliłem jej przejść.
Obejrzała się na mnie jeszcze przez ramię dziękując mi uprzejmym uśmiechem, a ja miałem wrażenie, jakby jej widok przykuł mi nogi do podłoża.
Dopiero, gdy zniknęła za zakrętem odzyskałem kontrolę nad swoim ciałem i ruszyłem dalej w stronę swego pokoju.

W ciągu dnia niewiele się działo. Z rękoma za głową leżałem w poprzek łóżka oglądając poranne wydanie wiadomości i układając w głowie plany A i B, z których ten drugi miał być na wypadek pierwszego niepowodzenia i zastanawiając się nad swoim dotychczasowym życiem.
Byłem świadomy, że je schrzaniłem i rozumiałem, że mojej rodzinie będzie trudno wybaczyć mi to, co robiłem dawno temu- sam wielu rzeczy nie potrafiłem sobie wybaczyć.
Zwłaszcza tamtego dnia.
-Gdybym cię udusił...- Warknąłem cicho rozzłoszczony, oczami wspomnień widząc czwartego Egzekutora, Azjatę zwanego Shin'ichi.
W tej samej chwili na ekranie telewizora pojawiły się zakłócenia, a po pewnym czasie pojawił się zupełnie inny obraz.
Obraz, który bardzo dobrze znałem.
Wnętrze Domu Hydry.
Ta sama kobieta z dwoma pistoletami maszynowymi w gotowości i zaciętym wyrazem twarzy szła pewnym krokiem korytarzem.
Odliczała.
Od stu w tył.
-Znowu mam zwidy, czy co; do diaska...?- Zapytałem sam siebie zamyślony.
-To nie zwidy- podskoczyłem na łóżku słysząc głos Victorii- Na wszystkich kanałach leci to samo.
Zerwałem się na nogi i podchodząc do biurka wziąłem broń i zakładając szelki wsunąłem klamki w kabury. Ubierając skórzaną kurtkę wypchałem kieszenie flakonami święconej wody oraz wziąłem kołek i Krucyfiks.
-Dokąd idziesz?- Zapytała popielatowłosa z niepokojem.
-Zostań tu- odparłem nie odpowiadając na jej pytanie. Minąłem ją szybkim krokiem.
Chwyciła mnie za ranne ramię. Z trudem zdławiłem bolesny syk i wyrwałem jej się. Odwracając się na pięcie wymierzyłem w nią lufę broni mówiąc:
-Ani się waż za mną iść, Victoria- powiedziałem groźnym tonem, a potem odszedłem.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a ja powoli otworzyłam dłoń, którą usiłowałam zatrzymać Gabriela.
Widniała na niej rozmazana plama krwi. Był ranny, a mimo to zdecydował się iść do "Pieczary"; gdziekolwiek to jest.
Nie wiedziałam, co robić. Posłuchać go, czy...?
-Niech to szlag- zaklęłam niepewna, co mam robić.
Zależało mi na Gabrielu, ale kiedy wymierzył we mnie broń, zobaczyłam w jego oczach coś, co ogromnie mnie zmroziło.
Jego zielone tęczówki na kilka sekund zastąpił ten dziwnie mi drogi, ciemny błękit, a kiedy znów pojawiła się w nich zieleń, w ich wnętrzu tkwiło uczucie, jak gdyby mówił: nie będę miał żalu, jeśli zginę w twojej obronie.
Sama nie do końca wiedziałam, co konkretnie czuję do Gabriela. Był dla mnie bardzo ważną osobą, choć nie za bardzo rozumiałam, dlaczego.

środa, 11 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIII Niebezpieczne uczucie

Poranek w Watykanie pełen był niespodzianek. Starałem się to ukryć, ale zastanawiało mnie, jakim cudem Katie wstała ze stosu, skoro była martwa.
Usiadłem na łóżku i sięgnąłem po butelkę absyntu. Odkręciłem i upiłem potężny łyk, czując gorycz napoju.
-Cholera jasna, jak to się mogło stać...?- Zapytałem sam siebie.- Przecież skręciłem jej kark i dla pewności odstrzeliłem łeb...
Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Czy Vlad zrobił takimi wszystkie Hydry!? A może ludzie, których zmieniał w Nocnych musieli spełniać jakieś odpowiednie kryteria?
-Nie zapędzałbym się z wnioskami na twoim miejscu- zauważył cichy głos. Zwróciłem oczy w kierunku okna i dostrzegłem księdza Josepha.
-Co się stało z tamtą dziewczyną, którą wtedy uratowałem?- Zapytałem po długiej chwili.
-Żyje.
Jakoś mnie to nie uspokoiło, bo kiedy ją ostatnio widziałem... Przed oczami stanął mi widok dwóch śladów na jej szyi i czerniejące żyły.
-Jest jedną z Nich?- Zadałem kolejne pytanie.
Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem, jakby zastanawiał się, czy mówię poważnie.
-Nic jej się nie stało. Właściwie, co chcesz przez to powiedzieć?- Zdziwił się.
Westchnąłem cicho.
-Ona... Miała ślady na szyi i... Nie wiem, jak to powiedzieć; ale wlałem jej w gardło święconą wodę, zrobiłem jej krzyż na czole i....- przymknąłem na moment oczy i otworzyłem je.
Joseph Torres zamaszyście odwrócił się od okna i długi czas obserwował mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Rafael miał rację, że jest w tobie coś niepokojącego- tym razem to mnie ogarnęło zdumienie. Gapiłem się nań mrugając oczami, jakby nagle zaczął mówić w obcym języku.
-Niepokojącego, czyli?- Zapytałem zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać.
-Od zawsze jesteś niewierzący?- Zapytał mnie nagle.
-Wychowałem się w katolickiej rodzinie, ale jakoś nigdy nie czułem się specjalnie wierzący- wzruszyłem ramionami.- Co to ma, w sumie, do rzeczy?
Siwowłosy i ciemnooki proboszcz wpatrywał się we mnie z namysłem.
-Szczerze mówiąc, żaden z nas nie wpadłby na takie szalone pomysły. Nie dość, że uważałbym za wariactwo wmusić w ugryzionego świętą wodę, to jeszcze potraktować nią innego Nocnego- stwierdził powoli.- Taa, rozmawiałem z Rafaelem na twój temat- wyprzedził moje kolejne pytanie.
-To wy się znacie?
-Sporo czasu, bo koło trzydziestu lat z hakiem- przyznał z cichym śmiechem.- Przyjaźnimy się- wyjaśnił spokojnie.
-Z tym zarozumialcem? Da się?- Wypaliłem, zanim pomyślałem, co gadam.
Siwowłosy zaczął się śmiać wesoło. Chyba dostał ataku rechotu, bo nie mógł przestać.
-Raf... Zarozumiały? A to dobre! - Powiedział dusząc się z wesołości.
-Przecież to prawda. Rafael to zarozumiały facet- obruszyłem się.
-Pan Tępa Mózgownica, jak zawsze swoje- zauważył od drzwi Rafael.- Cześć, Jo- rzucił do Torresa.
-Snujesz się, bo cię wykopali?- Zapytał uszczypliwie ciemnooki.
-Dzięki niektórym- stwierdził urażony brunet ziewając.- Jestem upierdliwy, bo się nudzę.
Już niedługo, będziesz miał karuzelę wrażeń, wierz mi, Księżulku- pomyślałem z uciechą, ale nic nie powiedziałem.
-Lepiej się czujesz?- Wstałem z łóżka i zakładając czarny podkoszulek przetarłem twarz i poprawiłem kolczyk w wardze, by nie zahaczyć nim o materiał.
-Mnie naprawdę nic nie jest, co wyście się tak uparli?- Jęknął rozkładając ręce z porażką, jakby nie miał sił na wałkowanie tego tematu. 
-Nic, tylko... Byłoby nudno bez tych docinek i widoku twojej wrednej facjaty, Rafael- przyznałem z wytrącającym z równowagi uśmieszkiem i złapałem moją własną zapalniczkę, którą we mnie rzucił.
-Przyganiał kocioł garnkowi- odciął się ironicznie.
-Vix nie daje ci żyć, że taki jesteś?- Uśmiechnąłem się pojednawczo, a on przewrócił oczami z dziwną miną.
Usłyszałem kroki biegnącej Vix. Zaaferowana srebrnooka wpadła na Rafa i cofnęła się z czymś w palcach. Tym czymś okazała się biała koperta.
Czyżby to było to, o czym myślę...?
-Musimy pogadać, Raf- głos Victorii brzmiał wyjątkowo tajemniczo.
-O czym?- Zdziwił się brunet.
-Co to za koperta?- Zaciekawiłem się nagle.
-Po prostu chodź, Raf- pociagnęła go za sobą i wyciągnęła z komnaty, nie odpowiadając mi.
Joseph westchnął patrząc za nimi, jakby o coś się martwił. Po chwili jednak spojrzał na zegarek na nadgarstku i aż podskoczył. 
-Cholera, msza- syknął wychodząc szybkim krokiem. 
Rafael J. White
-O czym chciałaś pogadać?- Zaniepokoiłem się.
Victoria obróciła się ku mnie i pomachała mi kopertą przed nosem.
-Koperta jest aż tak ważna?- Zapytałem kwaśno, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
-A tak, bo wyobraź sobie, że to nie byle jaka koperta- zasyczała z niemałą irytacją mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.- Co cię podkusiło, żeby wysłać nasze zdjęcie na jakiś głupi konkurs dla par?- Rozzłościła się, starając się mówić jak NAJCISZEJ. 
Cofnąłem się kilka kroczków w tył i gapiąc się na popielatowłosą, jak na wariatkę wychrypiałem:
-CO TAKIEGO? JAKIE ZDJĘCIE? O CZYM TY BREDZISZ?- Wypaliłem zszokowany, nie pojmując, o co jej właściwie chodzi.
-No, nie mów; że nie wiesz... Raf, wszystko wszystkim, ale nie udawaj głupiego- odpowiedziała złośliwie.
Tym razem oszołomienie zastąpiło uczucie złości i niesprawiedliwości. Naprawdę nie wiedziałem, o czym mówiła, a tym bardziej o co mnie podejrzewała Vix. 
-Nie wiem, o czym mówisz. Nie wysyłałem żadnego zdjęcia. Na żaden konkurs. Chyba cię pogięło- odpowiedziałem z naciskiem.
-Co było na tym zdjęciu?- Nie uwierzyła mi. 
-Nie mam zielonego pojęcia- starałem się zachować spokój, próbując zrozumieć, co jest grane. 
Wpatrując się we mnie otworzyła list i rozwijając go wbiła wzrok w kartę, a jej oczy przybrały wielkość piłeczek golfowych. Przez kilka minut wpatrywała się w kartkę i poruszała wargami ogarnięta szokiem.
-Boże Miłosierny... Rafael: ja cię po prostu zamorduję- powiedziała drżącym głosem.
-Mnie? Niby za co?- Burknąłem ostro.
Srebrnooka opadła na fotel opuszczając rękę z listem i przymknęła oczy ze zbolałą miną.
-Co było na tym zdjęciu?- Powtórzyła pytanie starając się uspokoić.
-Naprawdę nie wiem, na Miłosiernego Stwórcę- odparłem rozdrażniony.
-Przestań kłamać, Raf...
-Kiedy ja naprawdę nie mam pojęcia, o co ci chodzi! Nie wiem nic o żadnym zdjęciu, a już na pewno nie o jakimś konkursie, Victoria!.
-W porządku: łaskawie cię uświadomię- zerwała się z siedziska i pokazała mi ten list z przypiętą doń spinaczem fotografią, która przedstawiała naszą dwójkę w dość intymnej sytuacji. Wybałuszyłem oczy i długo gapiłem się na prostokącik przedstawiający mnie samego przytulającego siedzącą na łóżku przerażoną Vix, podpisany na odwrocie: Zawsze przy tobie. 
Gabriel, zwany Uczniakiem 
-Pierwszy raz widzę to na oczy- przyłożyłem mocniej ucho do drzwi pokoju Victorii i usłyszałem szept Pana Zarozumiałego. 
-Naprawdę?- Tym razem głos srebrnookiej złagodniał. 
-Oczywiście, że tak... Nigdy bym nawet nie pomyślał, żeby coś takiego zrobić- powiedział nadal szeptem, a ja zachichotałem cicho. 
Zapadła długa cisza. 
-Przepraszam cię- powiedziała w końcu cicho Vix. 
Cholera, powiedz wreszcie, czy wygraliście ten konkurs!- Pomyślałem z nerwowym wyczekiwaniem. 
-I co z tym konkursem?- Zapytał Rafael. 
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Objął -Musimy pogadać, Raf- głos Victorii brzmiał wyjątkowo tajemniczo.
-O czym?- Zdziwił się brunet.
-Co to za koperta?- Zaciekawiłem się nagle.
-Po prostu chodź, Raf- pociagnęła go za sobą i wyciągnęła z komnaty, nie odpowiadając mi.
Joseph westchnął patrząc za nimi, jakby o coś się martwił. Po chwili jednak spojrzał na zegarek na nadgarstku i aż podskoczył. 
-Cholera, msza- syknął wychodząc szybkim krokiem. 
Rafael J. White
-O czym chciałaś pogadać?- Zaniepokoiłem się.
Victoria obróciła się ku mnie i pomachała mi kopertą przed nosem.
-Koperta jest aż tak ważna?- Zapytałem kwaśno, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
-A tak, bo wyobraź sobie, że to nie byle jaka koperta- zasyczała z niemałą irytacją mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.- Co cię podkusiło, żeby wysłać nasze zdjęcie na jakiś głupi konkurs dla par?- Rozzłościła się, starając się mówić jak NAJCISZEJ. 
Cofnąłem się kilka kroczków w tył i gapiąc się na popielatowłosą, jak na wariatkę wychrypiałem:
-CO TAKIEGO? JAKIE ZDJĘCIE? O CZYM TY BREDZISZ?- Wypaliłem zszokowany, nie pojmując, o co jej właściwie chodzi.
-No, nie mów; że nie wiesz... Raf, wszystko wszystkim, ale nie udawaj głupiego- odpowiedziała złośliwie.
Tym razem oszołomienie zastąpiło uczucie złości i niesprawiedliwości. Naprawdę nie wiedziałem, o czym mówiła, a tym bardziej o co mnie podejrzewała Vix. 
-Nie wiem, o czym mówisz. Nie wysyłałem żadnego zdjęcia. Na żaden konkurs. Chyba cię pogięło- odpowiedziałem z naciskiem.
-Co było na tym zdjęciu?- Nie uwierzyła mi. 
-Nie mam zielonego pojęcia- starałem się zachować spokój, próbując zrozumieć, co jest grane. 
Wpatrując się we mnie otworzyła list i rozwijając go wbiła wzrok w kartę, a jej oczy przybrały wielkość piłeczek golfowych. Przez kilka minut wpatrywała się w kartkę i poruszała wargami ogarnięta szokiem.
-Boże Miłosierny... Rafael: ja cię po prostu zamorduję- powiedziała drżącym głosem.
-Mnie? Niby za co?- Burknąłem ostro.
Srebrnooka opadła na fotel opuszczając rękę z listem i przymknęła oczy ze zbolałą miną.
-Co było na tym zdjęciu?- Powtórzyła pytanie starając się uspokoić.
-Naprawdę nie wiem, na Miłosiernego Stwórcę- odparłem rozdrażniony.
-Przestań kłamać, Raf...
-Kiedy ja naprawdę nie mam pojęcia, o co ci chodzi! Nie wiem nic o żadnym zdjęciu, a już na pewno nie o jakimś konkursie, Victoria!.
-W porządku: łaskawie cię uświadomię- zerwała się z siedziska i pokazała mi ten list z przypiętą doń spinaczem fotografią, która przedstawiała naszą dwójkę w dość intymnej sytuacji. Wybałuszyłem oczy i długo gapiłem się na prostokącik przedstawiający mnie samego przytulającego siedzącą na łóżku przerażoną Vix, podpisany na odwrocie: Zawsze przy tobie. 
Gabriel, zwany Uczniakiem 
-Pierwszy raz widzę to na oczy- przyłożyłem mocniej ucho do drzwi pokoju Victorii i usłyszałem szept Pana Zarozumiałego. 
-Naprawdę?- Tym razem głos srebrnookiej złagodniał. 
-Oczywiście, że tak... Nigdy bym nawet nie pomyślał, żeby coś takiego zrobić- powiedział nadal szeptem, a ja zachichotałem cicho. 
Zapadła długa cisza. 
-Przepraszam cię- powiedziała w końcu cicho Vix. 
Cholera, powiedz wreszcie, czy wygraliście ten konkurs!- Pomyślałem z nerwowym wyczekiwaniem. 
-I co z tym konkursem?- Zapytał Rafael. 
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Objął mnie i lekko przycisnął do swojej piersi. W sutannie wyglądał jeszcze bardziej seksownie, niż normalnie. 
Przenikliwe, bladoniebieskie oczy świeciły lekko w półmroku, gdy przyglądał mi się z troską. 
-Urwę łeb temu, kto wykręcił nam ten numer- powiedział ten łagodny tembr, kołysząc mnie w ramionach. 
Rafael J. White 
Podniosłem jej twarz i popatrzyłem w te srebrne oczy, z przyzwyczajenia przesuwając palcami po szramie na skroni Victorii. 
Choć jeszcze chwilę temu się kłóciliśmy, bardzo pragnąłem ją teraz całować i dotykać. Pachniała morską bryzą i topionym woskiem. 
-To zdjęcie, ktokolwiek je zrobił zgarnęło pierwsze miejsce- odpowiedziala cicho na moje poprzednie pytanie.
Od drzwi usłyszałem szelest i dziwny, stłumiony odgłos, jakby ktoś próbował się nie zaśmiać, a potem pospieszne kroki.
Nie mogąc się powstrzymać pocałowałem ją mocno i namiętnie. Te oczy na chwilę rozszerzyło zdumienie i strach, ale kiedy chciałem się odsunąć i wypuścić ją z rąk... Przyciągnęła mnie i mocno wpiła się wargami w moje. Całowała coraz łapczywiej i goręcej, zahaczając ustami o szczękę i płatek ucha, drugą dłonią rozpinając mi sutannę.
Spiąłem się i chciałem się odsunąć.
-Chcę tylko popatrzeć- szepnęła cicho, kojąco. 
-Vix... Nie powinniśmy... Nie tutaj- odszepnąłem przestraszony.
-Wiem, ale to silniejsze ode mnie- wyznała z niespotykaną dotąd szczerością. 
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Raf nie odpowiedział. Nastrój nagle prysł, a ja odsunęłam się pozwalając mu zapiąć guziki.
-Właściwie dlaczego musimy się ukrywać, jakbyśmy byli...- zaczęłam niezadowolona.
-Zbrodniarzami- przytaknął ponuro.- Nie chciałbym, żeby przez to, że jestem księdzem, ktoś oskarżył cię, bo sprowadziłaś mnie na złą drogę- powiedział cicho i odwrócił wzrok.- Czasami wolałbym, żeby nas przyłapali- przyznał- i to nie dlatego, że czuję się winny, bo wcale się tak nie czuję. Po prostu chciałbym przestać robić tę całą, cholerną szopkę- Zniecierpliwił się.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc kiwnęłam tylko głową na znak zrozumienia, bo czułam się dokładnie tak samo.  i lekko przycisnął do swojej piersi. W sutannie wyglądał jeszcze bardziej seksownie, niż normalnie. 
Przenikliwe, bladoniebieskie oczy świeciły lekko w półmroku, gdy przyglądał mi się z troską. 
-Urwę łeb temu, kto wykręcił nam ten numer- powiedział ten łagodny tembr, kołysząc mnie w ramionach. 
Rafael J. White 
Podniosłem jej twarz i popatrzyłem w te srebrne oczy, z przyzwyczajenia przesuwając palcami po szramie na skroni Victorii. 
Choć jeszcze chwilę temu się kłóciliśmy, bardzo pragnąłem ją teraz całować i dotykać. Pachniała morską bryzą i topionym woskiem. 
-To zdjęcie, ktokolwiek je zrobił zgarnęło pierwsze miejsce- odpowiedziala cicho na moje poprzednie pytanie.
Od drzwi usłyszałem szelest i dziwny, stłumiony odgłos, jakby ktoś próbował się nie zaśmiać, a potem pospieszne kroki.
Nie mogąc się powstrzymać pocałowałem ją mocno i namiętnie. Te oczy na chwilę rozszerzyło zdumienie i strach, ale kiedy chciałem się odsunąć i wypuścić ją z rąk... Przyciągnęła mnie i mocno wpiła się wargami w moje. Całowała coraz łapczywiej i goręcej, zahaczając ustami o szczękę i płatek ucha, drugą dłonią rozpinając mi sutannę.
Spiąłem się i chciałem się odsunąć.
-Chcę tylko popatrzeć- szepnęła cicho, kojąco. 
-Vix... Nie powinniśmy... Nie tutaj- odszepnąłem przestraszony.
-Wiem, ale to silniejsze ode mnie- wyznała z niespotykaną dotąd szczerością. 
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Raf nie odpowiedział. Nastrój nagle prysł, a ja odsunęłam się pozwalając mu zapiąć guziki.
-Właściwie dlaczego musimy się ukrywać, jakbyśmy byli...- zaczęłam niezadowolona.
-Zbrodniarzami- przytaknął ponuro.- Nie chciałbym, żeby przez to, że jestem księdzem, ktoś oskarżył cię, bo sprowadziłaś mnie na złą drogę- powiedział cicho i odwrócił wzrok.- Czasami wolałbym, żeby nas przyłapali- przyznał- i to nie dlatego, że czuję się winny, bo wcale się tak nie czuję. Po prostu chciałbym przestać robić tę całą, cholerną szopkę- Zniecierpliwił się.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc kiwnęłam tylko głową na znak zrozumienia, bo czułam się dokładnie tak samo. 

wtorek, 10 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIII Niebezpieczne uczucie

Dwa dni później.
Grupa księdza Josepha liczyła dziesięć osób w tym trzech seminarzystów i jedną (nawet całkiem całkiem) zakonnicę.
-To jest Gabriel. Tymczasowo będzie z nami pracować- oznajmił na odprawie Joseph Torres, poprawiając koloratkę.
-Miło mi- rzuciłem spokojnie, poprawiając kabury z bronią. Zabrałem broń Bellotto i przywłaszczyłem ją sobie po tamtej nocy. Dokupiłem kilka pełnych magazynków na czarnym rynku, więc na razie nie musiałem się niczym przejmować.
-Jesteś w seminarium?- zaciekawił się, starszy z księży, imieniem Giaccomo.
Nie miałem pojęcia, jak wybrnąć, więc powiedziałem prawdę:
-Jestem ateistą- odparłem uprzejmie.
-Ateista. Niezłe ziółko wyhaczyłeś, Jo- rzucił ironicznie do Torresa.
-Raf i Mistrz jednogłośnie stwierdzili, że jest dobry- rzucił przez ramię dowódca tego specyficznego oddziału. Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem.- Podczas swojego egzaminu ocalił dziewczynę- stwierdził z podziwem.
-Szczerze mówiąc, to ciekawe, co z nią- ostatnio coraz częściej myślałem, co się właściwie stało z tą dziewczyną. Sam odpaliłem szluga i zaciągając się dymem zapatrzyłem się na ulicę.
Wtedy zauważyłem pięcioosobową grupę.
-Smoki- sapnąłem, z przyzwyczajenia sięgając do boku.
Mijali nas, gdy nagle jeden z nich odłączył się od grupy i podszedł, rzucając:
-Gdzie diabeł nie może, tam Króla pośle- zauważył.
-Lau cię przysłał, Cheng?- Zapytałem obojętnie.- Czego chcesz?
-Szef chce pogadać- oznajmił, a księża i zakonnica wpatrywali się we mnie.
-Powiedziałem już, że odmawiam. Pozdrów Lau'a i zjeżdżaj- syknąłem.
Zaatakował mnie. Po chwili leżał poskładany na chodniku z bronią przy skroni.
-Jesteś głuchy, czy po prostu nie wiesz, co znaczy: zjeżdżaj?- Zapytałem chłodno, odpychając go.- Deteike, zasshu no musuko! (Zjeżdżaj, synu kundla)- Choć dość łatwo uczyłem się języków to ich szczekanie było wręcz paskudne.
Zmierzył mnie rozwścieczonym spojrzeniem i odszedł naburmuszony.
-Kim był ten żółtek?- Zapytała zakonnica.
-Członkiem chińskiej mafii- odpowiedziałem patrząc za Chengiem.
Po reszcie przeszedł szmer szeptów, a ja nagle drgnąłem, jakby kopnął mnie prąd i bez słowa wyjaśnienia puściłem się biegiem za Chińczykiem, ponieważ zrozumiałem, że w półświatku dzieje się coś, co mogłoby mi być wyjątkowo nie na rękę.
-Przeklęte Hydry- złorzeczyłem z bronią w rękach, za sobą usłyszałem biegnących księży i zakonnicę. Wówczas zupełnie bez namysłu zahamowałem i w ostatniej chwili szybkim ruchem wciągnąłem Giaccomo za załom budynku i wyjrzałem dyskretnie.
Miałem dobrego nosa. Pomiędzy Chengiem i jego bandą, a Trzema Łbami Hydry toczyła się burzliwa rozmowa pełna wyrafinowanych przekleństw.
-Szefa to nie obchodzi- odwarknął poirytowany Cheng.- Jeśli ta dostawa się nie znajdzie, wszyscy gorzko tego pożałujecie. Macie na to godzinę- zagroził chłopiec na posyłki, czyli Cheng.
-Skąd on wziął broń?- Zapytał szeptem ksiądz Torres tuż za mną.
-Śmiesz grozić Hydrze, ty zawszony, chiński brudasie?- Warknęła Katie ostro, a Smoki podniosły automaty.
Zacisnąłem zęby, ale jej głos sprawił, że ostatnie wspomnienia wróciły. Ręce, w których trzymałem klamki zaczęły mi drżeć, jak nałogowemu alkoholikowi, myśli pędziły w głowie, a ja miałem tę zdzirę i...
Tylko wziąć ją na celownik i pociągnąć za cyngiel..
W tym momencie zdążyłem się ukryć przed spojrzeniem Katie. Przylgnąłem do muru i podniosłem ręce z bronią, ale...
Zawahałem się.
-Gabriel, wszystko w porządku?- Szepnął jeden z seminarzystów.
Zmierzyłem go zamyślonym spojrzeniem, zastanawiając się. Kusiło mnie odpłacić się Hydrze za to, że odważyła się tknąć moją rodzinę, ale...
Poprawiłem chwyt i znów wyjrzałem, a wtedy...
Katie, jakby zmieniła się w zwierzę. Cheng w ostatniej chwili odskoczył, a ciszę rozdarł terkot broni maszynowej.
Opadła mi szczęka. Zupełnie nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć wypadłem zza węgła i zacząłem strzelać.
-Nażryj się ołowiu, potworze- Syknąłem lecz nagle świat zakręcił mi się przed oczami i leżałem na ziemi unikając kłów innego z Hydr.
-Pachołki Vlada, kurwa wasza mać- podrzuciłem broń w dłoni i chwytając za lufę zdzieliłem wampira kolbą w skroń i odrzucając go od siebie zrobiłem unik. Uciekając przed gradem kul wstałem i doskoczyłem do jednego ze Smoków, po czym wytrąciłem mu automat z ręki.
-Co ty, kurwa, robisz?!- Wrzasnął rozwścieczony.
-To nic nie da, więc przestańcie, kurwa, strzelać!- Odkrzyknąłem odpychając go.
Schowałem klamki i wyciągnąłem z buta krzyż, a z kieszeni kołek, który wyskoczył po wciśnięciu zapadki.
Kopniakiem odrzuciłem Chenga i przywaliłem paskudzie z pięści.
Giaccomo przeleciał obok i wpadł na kolejną z tych piekielnych istot zmiatając ją z nóg. Zaraz odciął poczwarze łeb jakąś kosą.
-To jest GLEWIA! Ludzie!- Poprawił niecierpliwie i zajął się kolejnym.
***
-Skąd wiedziałeś, że to na nich polujemy?- Zapytał zaskoczony Torres.
-Nie wiedziałem- zaprzeczyłem cicho, wsuwając złożony Krucyfiks w but. Kołek ukryłem w kieszeni płaszcza i przez chwilę obserwowałem płonący stos, po czym poszedłem w stronę Chińczyków.
Cheng i dwójka ocalałych Smoków siedzieli pod ścianą ściskając kurczowo broń palną i rozglądając się z niepokojem na boki, jakby chcieli przygotować się do odparcia kolejnego ataku Nocnych. Cheng patrzył na księży, którzy znacząc w powietrzu krzyż mruczeli coś przez chwilę.
-Czym oni byli, Borgia?- Zapytał dziwnym tonem.
Błękitny ogień wystrzelił w górę, a Cheng spojrzał w tamtą stronę ze strachem mrucząc coś pod nosem.
-Nawet jakbym Ci powiedział, nie uwierzyłbyś- stwierdziłem.
Ksiądz Joseph podszedł do nas i spojrzał na trzech kitajców.
-Co to było?- Zapytał jeden z towarzyszy Chenga roztrzęsiony.
-Kim oni byli?- Odpowiedział pytaniem Joseph.
-Hydra. Konkurencja w naszej profesji- odparł Cheng podnosząc się spod ściany.
-Wiem, że jesteście z Triady- ksiądz wyciągnął z kieszeni papierosa i odpalając go zapatrzył się na dogasający ogień.
Do jego skroni przykleiła się lufa automatu, zaraz wymierzyłem w Azjatę swojego Glocka.
-Opuść broń, Cheng- nakazałem lodowato i groźnie, z palcem opartym na spuście. Zero reakcji.- Wiesz, że ja nie chybiam...- Palec przez chwilę zadrżał na spuście, ale cudem się opanowałem.
Wtedy zobaczyłem coś, co sprawiło, że poczułem ogromny strach.
Z powoli dogasających płomieni podniosło się jedno z ciał. Przyłożyło osmalone kości palców do czaszki i poruszyło nią. Zawtórował temu upiorny trzask nastawianych kręgów szyjnych, a nagie kości zaczęły pokrywać się w wybrakowanych fragmentach mięsem. Stawy zyskały nowe ścięgna, a ciało na końcu przyoblekło się w skórę.
Oczy Nocnej Istoty błysnęły szkarłatem, a ta skierowała kroki wprost ku mnie i po chwili stanęła przede mną w pełnej okazałości: zupełnie tak samo, jak wyglądała przed spaleniem.
Rozpoznałem ją od razu.
-Katie- wyszeptałem porażony zdumieniem, zwracając ku niej drugą lufę.
-On jest mym Panem. On też moim Bogiem- zaczęła powtarzać trzeszczącym głosem.
Proboszcz Joseph splunął z pogardą, mówiąc:
-Nie przyrównuj go do Boga- powiedział zimno, głosem pełnym furii.
Księża i seminarzyści zaczęli odmawiać coś po łacinie.
-[...]sicut in caelo et in terra- z każdym wersem mówili z coraz większą mocą i wiarą w swoje zwycięstwo.
Skojarzyłem modlitwę.
-Chleba naszego, powszedniego daj nam dzisiaj- kontynuowałem cicho, zaniepokojony- i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy- równocześnie opuściłem obie klamki- naszym winowajcom...- wypuściłem z rąk pistolety i w ciągu kilku sekund uzbroiłem się w kołek i Krucyfiks.- W Imieniu Najwyższego Boga; uwolnić dusze od Wiecznego Ognia i Potępienia- szybkim ruchem rozłożyłem Krzyż i zamachnąłem się mocno.- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, jeśliś grzesznikiem: sam do Piekła wrócisz- kołek jakby bez udziału mojej woli po raz drugi przebił serce kobiety.- Przebaczam ci, Łbie...- Przekładając kołek do lewej ręki, podbiłem butem broń i chwytając gnata wpakowałem w nią jeszcze pół magazynka, mówiąc cicho- przebaczenie jest najtrudniejsze: pozdrów Hydry w Piekle, Katie Carlson...
Truchło wylądowało na ziemi, a kilka uderzeń serca potem zmieniło się w popiół.

czwartek, 5 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIII Niebezpieczne uczucie

Rafael J. White 
Cristian wypytywał o sprawy czysto zawodowe, czyli krótko mówiąc o moje samopoczucie.
Stwierdziłem, że to omdlenie to nic wielkiego i czuję się dobrze, więc to bez sensu, żebym zawracał mu głowę. Z kolei on odparł, że to jego praca, skoro już jest lekarzem.
-Uparciuch z ciebie. Zupełnie, jak z twojego braciszka- skomentowałem, co widocznie go rozbroiło, bo parsknął wesołym śmiechem.
-Właściwie, jak stałeś się wilkołakiem?- Zapytałem zupełnie nie myśląc, co robię.
Cristian nagle spoważniał. Przez chwilę wpatrywał się w okno, po czym odparł:
-Byłem w niewłaściwym miejscu o nieodpowiedniej porze- wzruszył ramionami.
-Czyli tak to sobie tłumaczysz?- Zapytałem chcąc go sprowokować.
Cristian zapiął z trzaskiem torbę i podniósł głowę.
-Właściwie to nie. Zna ksiądz powiedzenie: ciekawość to pierwszy stopień do piekła?- Zapytał uprzejmie.- Byłem ciekawym szczylem i ta ciekawość się odwdzięczyła. Nie mam żalu do Helmuta- powiedział cicho i spokojnie.- Lepiej niech się ksiądz zgłosi na badania kontrolne- dodał i zamknął za sobą drzwi.
-Badania kontrolne, jasne doktorku- mruknąłem do siebie z przekorą.
-Co, udupił cię?- Zapytał ze śmiechem Gabriel.
-Mnie nikt nigdy nie udupi- burknąłem udając wkurzonego.
-A ja?- O psiu!. Vix zawsze wiedziała, kiedy wejść.
-Cholera. Zaczęło się- mrugnąłem porozumiewawczo do Gabriela, a ten wymownie wywrócił oczami.
-No, raczej- skomentował całe zajście wyluzowanym tonem.- Pan Zarozumiały pewnie wystraszył się myszy lub czegoś podobnego- dogryzł mi.
-Za to Pan Tępa Mózgownica nie boi się niczego- zakpiłem spoglądając nań ironicznie.
-Nie, no.. Jednak się czegoś boję- przyznał udając powagę, a Vix szczerze zdumiona skakała po nas oczami.
-Czego?- Zapytałem imitacją zaciekawienia.
-Twojego zrzędzenia- rzucił zielonooki i wraz z Victorią zaczęli dławić się ze śmiechu.
Nie wiedziałem jeszcze, że Gabriel opracował tajny plan wlepienia nam: mnie i Vix przymusowego urlopu.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Wyciągnąłem z Cristiana kilka rzeczy o stanie zdrowia Rafaela, więc mogłem spróbować trochę pomóc losowi.
-Co ty właściwie kombinujesz, Gabe?- Zapytał podejrzliwie mój brat.
-Nic- odpowiedziałem zachowując spokój, choć w środku aż trząsłem się na samą myśl o zaaranżowaniu randki Vix i Rafa.
-Uważaj, bo ci uwierzę- skomentował ironicznie Cristian.- Mało ci jeszcze kłopotów?
-Od moich kłopotów to ty się odczep- udałem wkurzonego i zmierzyłem młodego wzrokiem.
-Bo co? Przywalisz mi?- Wydął wargi spoglądając na mnie jakby z wyższością.
-Nieźle się odgryzasz, jak na przerośniętego wilczka- wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu i dostałem szturchańca w ramię.
-Oni chyba rozumieją się bez słów, nie?- Spytał nagle.
-Też to zauważyłeś?- Tym razem nie udawałem, byłem szczerze zdziwiony.
Cristian rozwalił się na łóżku w mojej komnacie i wbił oczy w sufit.
-Trudno nie zauważyć- skomentował spokojnie.- Ona chyba bardzo go lubi... Pewnie więcej, niż lubi..- dodał zamyślony.
-Kto kogo lubi, albo nie lubi?- Zapytała niespodziewanie Vix od progu.
Cristian spojrzał na mnie, a ja na niego i równocześnie prychnęliśmy cichym śmiechem, próbując rozładować to dziwne napięcie po pytaniu popielatowłosej.
-Gadaliśmy o znajomych ze wsi- pospieszył z pomocą Cristian niewinnym tonem.
Vix obserwowała go dłuższą chwilę z dziwnym wyrazem twarzy.
-Właściwie to przyszłam, bo Snow wzywa cię do kancelarii- powiedziała ze zmęczeniem.
Wstając wymieniłem zdziwione spojrzenie z bratem.
-Wiesz, czego on chce?- Zapytałem starając się utrzymać obojętny ton głosu.
-Nie mam pojęcia- sapnęła zniecierpliwiona wychodząc.
-Gdzie idziesz?- Zapytałem idąc za nią.
-Do Rafa- odparła nie odwracając się.
-Nie myślisz, że możesz sobie bardziej nagrabić?- Zapytał z zaciekawieniem Młody.
-Będę ostrożny- szturchnąłem go odchodząc.

Zapukałem i wszedłem do kancelarii. Snow i trzej znani mi z widzenia kardynałowie już na mnie czekali.
-Pochwalony- rzuciłem próbując się nie uśmiechnąć.- O co chodzi?
-Na wieki wieków- odparli duchowni.- Ksiądz Torres poprosił o dołączenie cię do jego ekipy.
Zastanowiłem się. To nazwisko było mi skądś dziwnie znajome.
-Torres... Torres. Gdzieś już słyszałem to nazwisko- zastanowiłem się na głos.- Zaraz, czemu dołączenie?
-Cristian przekazał nam informacje o stanie zdrowia proboszcza White'a. Poprosił też, żeby ktoś przypilnował, żeby Rafael zrobił badania i...- odezwał się kardynał Lombardi.
-I padło na Victorię- wywnioskowałem.
Jupi! Wszystko układało się według mojego planu, ale jeszcze nie czas spocząć na laurach.
-W porządku, jeśli muszę- westchnąłem udając niezadowolonego.
Snow przyglądał mi się nieco podejrzliwie.
-Dziwi mnie, że przyjmujesz to tak spokojnie- zauważył obserwując mnie bardzo uważnie.
-Życie to loteria. Zwłaszcza, jeśli jest się byłym przestępcą- odparłem zupełnie poważnie z dłońmi w kieszeniach bluzy.- Poza tym, Rafael słucha się tylko Vix. Nawet, jakbym sam z nim został, skończyłoby się to nie ciekawie.. Co ja bredzę: chyba obaj byśmy się zatłukli..- stwierdziłem z przekonaniem.
Duszpasterze wymienili zaskoczone spojrzenia.
-Odniosłem zgoła inne wrażenie- stwierdził w tej chwili Lombardi patrząc mi w oczy.- Wydawało mi się, że wasza współpraca się rozwija.
-Jak dla mnie to wszystko idzie jak krew z nosa. Ja i Rafael mamy zdecydowanie odmienne charaktery- stwierdziłem zdystansowanym tonem.
-Odmienne to mało powiedziane- odezwał się od drzwi... Rafael.- I, gdybym miał być szczery: to przez ciebie stale zgrzyta. Poza tym, który to był taki troskliwy, że postanowił bez pytania mnie o zdanie, wykopać mnie na urlop?- Zmierzył marsowym wzrokiem zgromadzonych.
-Nie mówiłem, że tak będzie?- Mruknął Snow do jednego z kardynałów.
-Ksiądz Rafael, jak zawsze niepokorny- zauważył uszczypliwie Lombardi.
-A, owszem. Z całym szacunkiem, Ekscelencjo, ale nie dam się wykopać. Wszyscy tutaj wiecie, co znaczy dla mnie urlop.
-A, co tak właściwie znaczy?
Rafael westchnął głośno poirytowany.
-Boże Miłosierny, wy chcecie mnie zwyczajnie udupić!.- Jęknął rozzłoszczony.
Kardynałowie wymienili zdziwione spojrzenia, Snow westchnął ciężko, a ja z trudem wstrzymywałem cisnący się na usta uśmiech i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
-Nie ma żadnych dyskusji, Rafael- oznajmił Snow nieznoszącym sprzeciwu tonem.
-Ale...- brunet próbował jeszcze protestować, jednak biskup przerwał mu mówiąc:
-Nie zachowuj się, jak rozpuszczony bachor; White- syknął zły, a ja nie mogąc się powstrzymać zjechałem po ścianie i siedząc na podłodze wyparowałem wesołym śmiechem, przez co zarobiłem krzywe spojrzenie od Rafa.
Jupi. Mój plan jest na dobrej drodze do powodzenia!