Rafael J. White
Cristian wypytywał o sprawy czysto zawodowe, czyli krótko mówiąc o moje samopoczucie.Stwierdziłem, że to omdlenie to nic wielkiego i czuję się dobrze, więc to bez sensu, żebym zawracał mu głowę. Z kolei on odparł, że to jego praca, skoro już jest lekarzem.
-Uparciuch z ciebie. Zupełnie, jak z twojego braciszka- skomentowałem, co widocznie go rozbroiło, bo parsknął wesołym śmiechem.
-Właściwie, jak stałeś się wilkołakiem?- Zapytałem zupełnie nie myśląc, co robię.
Cristian nagle spoważniał. Przez chwilę wpatrywał się w okno, po czym odparł:
-Byłem w niewłaściwym miejscu o nieodpowiedniej porze- wzruszył ramionami.
-Czyli tak to sobie tłumaczysz?- Zapytałem chcąc go sprowokować.
Cristian zapiął z trzaskiem torbę i podniósł głowę.
-Właściwie to nie. Zna ksiądz powiedzenie: ciekawość to pierwszy stopień do piekła?- Zapytał uprzejmie.- Byłem ciekawym szczylem i ta ciekawość się odwdzięczyła. Nie mam żalu do Helmuta- powiedział cicho i spokojnie.- Lepiej niech się ksiądz zgłosi na badania kontrolne- dodał i zamknął za sobą drzwi.
-Badania kontrolne, jasne doktorku- mruknąłem do siebie z przekorą.
-Co, udupił cię?- Zapytał ze śmiechem Gabriel.
-Mnie nikt nigdy nie udupi- burknąłem udając wkurzonego.
-A ja?- O psiu!. Vix zawsze wiedziała, kiedy wejść.
-Cholera. Zaczęło się- mrugnąłem porozumiewawczo do Gabriela, a ten wymownie wywrócił oczami.
-No, raczej- skomentował całe zajście wyluzowanym tonem.- Pan Zarozumiały pewnie wystraszył się myszy lub czegoś podobnego- dogryzł mi.
-Za to Pan Tępa Mózgownica nie boi się niczego- zakpiłem spoglądając nań ironicznie.
-Nie, no.. Jednak się czegoś boję- przyznał udając powagę, a Vix szczerze zdumiona skakała po nas oczami.
-Czego?- Zapytałem imitacją zaciekawienia.
-Twojego zrzędzenia- rzucił zielonooki i wraz z Victorią zaczęli dławić się ze śmiechu.
Nie wiedziałem jeszcze, że Gabriel opracował tajny plan wlepienia nam: mnie i Vix przymusowego urlopu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Wyciągnąłem z Cristiana kilka rzeczy o stanie zdrowia Rafaela, więc mogłem spróbować trochę pomóc losowi.-Co ty właściwie kombinujesz, Gabe?- Zapytał podejrzliwie mój brat.
-Nic- odpowiedziałem zachowując spokój, choć w środku aż trząsłem się na samą myśl o zaaranżowaniu randki Vix i Rafa.
-Uważaj, bo ci uwierzę- skomentował ironicznie Cristian.- Mało ci jeszcze kłopotów?
-Od moich kłopotów to ty się odczep- udałem wkurzonego i zmierzyłem młodego wzrokiem.
-Bo co? Przywalisz mi?- Wydął wargi spoglądając na mnie jakby z wyższością.
-Nieźle się odgryzasz, jak na przerośniętego wilczka- wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu i dostałem szturchańca w ramię.
-Oni chyba rozumieją się bez słów, nie?- Spytał nagle.
-Też to zauważyłeś?- Tym razem nie udawałem, byłem szczerze zdziwiony.
Cristian rozwalił się na łóżku w mojej komnacie i wbił oczy w sufit.
-Trudno nie zauważyć- skomentował spokojnie.- Ona chyba bardzo go lubi... Pewnie więcej, niż lubi..- dodał zamyślony.
-Kto kogo lubi, albo nie lubi?- Zapytała niespodziewanie Vix od progu.
Cristian spojrzał na mnie, a ja na niego i równocześnie prychnęliśmy cichym śmiechem, próbując rozładować to dziwne napięcie po pytaniu popielatowłosej.
-Gadaliśmy o znajomych ze wsi- pospieszył z pomocą Cristian niewinnym tonem.
Vix obserwowała go dłuższą chwilę z dziwnym wyrazem twarzy.
-Właściwie to przyszłam, bo Snow wzywa cię do kancelarii- powiedziała ze zmęczeniem.
Wstając wymieniłem zdziwione spojrzenie z bratem.
-Wiesz, czego on chce?- Zapytałem starając się utrzymać obojętny ton głosu.
-Nie mam pojęcia- sapnęła zniecierpliwiona wychodząc.
-Gdzie idziesz?- Zapytałem idąc za nią.
-Do Rafa- odparła nie odwracając się.
-Nie myślisz, że możesz sobie bardziej nagrabić?- Zapytał z zaciekawieniem Młody.
-Będę ostrożny- szturchnąłem go odchodząc.
Zapukałem i wszedłem do kancelarii. Snow i trzej znani mi z widzenia kardynałowie już na mnie czekali.
-Pochwalony- rzuciłem próbując się nie uśmiechnąć.- O co chodzi?
-Na wieki wieków- odparli duchowni.- Ksiądz Torres poprosił o dołączenie cię do jego ekipy.
Zastanowiłem się. To nazwisko było mi skądś dziwnie znajome.
-Torres... Torres. Gdzieś już słyszałem to nazwisko- zastanowiłem się na głos.- Zaraz, czemu dołączenie?
-Cristian przekazał nam informacje o stanie zdrowia proboszcza White'a. Poprosił też, żeby ktoś przypilnował, żeby Rafael zrobił badania i...- odezwał się kardynał Lombardi.
-I padło na Victorię- wywnioskowałem.
Jupi! Wszystko układało się według mojego planu, ale jeszcze nie czas spocząć na laurach.
-W porządku, jeśli muszę- westchnąłem udając niezadowolonego.
Snow przyglądał mi się nieco podejrzliwie.
-Dziwi mnie, że przyjmujesz to tak spokojnie- zauważył obserwując mnie bardzo uważnie.
-Życie to loteria. Zwłaszcza, jeśli jest się byłym przestępcą- odparłem zupełnie poważnie z dłońmi w kieszeniach bluzy.- Poza tym, Rafael słucha się tylko Vix. Nawet, jakbym sam z nim został, skończyłoby się to nie ciekawie.. Co ja bredzę: chyba obaj byśmy się zatłukli..- stwierdziłem z przekonaniem.
Duszpasterze wymienili zaskoczone spojrzenia.
-Odniosłem zgoła inne wrażenie- stwierdził w tej chwili Lombardi patrząc mi w oczy.- Wydawało mi się, że wasza współpraca się rozwija.
-Jak dla mnie to wszystko idzie jak krew z nosa. Ja i Rafael mamy zdecydowanie odmienne charaktery- stwierdziłem zdystansowanym tonem.
-Odmienne to mało powiedziane- odezwał się od drzwi... Rafael.- I, gdybym miał być szczery: to przez ciebie stale zgrzyta. Poza tym, który to był taki troskliwy, że postanowił bez pytania mnie o zdanie, wykopać mnie na urlop?- Zmierzył marsowym wzrokiem zgromadzonych.
-Nie mówiłem, że tak będzie?- Mruknął Snow do jednego z kardynałów.
-Ksiądz Rafael, jak zawsze niepokorny- zauważył uszczypliwie Lombardi.
-A, owszem. Z całym szacunkiem, Ekscelencjo, ale nie dam się wykopać. Wszyscy tutaj wiecie, co znaczy dla mnie urlop.
-A, co tak właściwie znaczy?
Rafael westchnął głośno poirytowany.
-Boże Miłosierny, wy chcecie mnie zwyczajnie udupić!.- Jęknął rozzłoszczony.
Kardynałowie wymienili zdziwione spojrzenia, Snow westchnął ciężko, a ja z trudem wstrzymywałem cisnący się na usta uśmiech i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
-Nie ma żadnych dyskusji, Rafael- oznajmił Snow nieznoszącym sprzeciwu tonem.
-Ale...- brunet próbował jeszcze protestować, jednak biskup przerwał mu mówiąc:
-Nie zachowuj się, jak rozpuszczony bachor; White- syknął zły, a ja nie mogąc się powstrzymać zjechałem po ścianie i siedząc na podłodze wyparowałem wesołym śmiechem, przez co zarobiłem krzywe spojrzenie od Rafa.
Jupi. Mój plan jest na dobrej drodze do powodzenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz