-Wysłano mnie tu nie bez powodu- oznajmiła cicho, opierając się o mur.- Szlachta chce uniemożliwić Vladowi dojście do władzy.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytał chłodno Cristian.
-To, że musimy się zjednoczyć. My, Korona Cierniowa i wszystkie Sfory, nieważne jak duże mają wpływy- powiedziała z namysłem paląc.
-Alfy nigdy się na to nie zgodzą- zauważył Cristian.
-Jeśli chcą dopełnić Kontraktu będą musieli- stwierdziła niechętnie.
-Jakiego Kontraktu?- Zapytałem wolno.
Cristian spojrzał na mnie nieprzytomnie spod przymrużonych powiek i przysunął dłoń do skroni. Drgnął, jakby kopnął go prąd, warcząc cicho:
-Przestańcie gadać...- W jego oczach pojawił się błysk. Nagle wyprostował się szybko i spojrzał w okno, a po chwili przybrał swoje drugie oblicze.
Jasnoszara sierść, stojące uszy i wilczy pysk, oraz olbrzymia zwierzęca postać. Wilk zawarczał i zarzucił łbem wskazując w stronę drzwi celi.
-Chce, żebyśmy szli za nim. Coś się dzieje- oznajmiła czarnooka.
-Jo, wychodzimy- rzuciłem w stronę metalowych wrót. Szczęknął zamek i cela została otwarta.
Wilkołak wyleciał biegiem i z trudem przecisnąwszy się w przejściu skierował się ku schodom w górę. Nie mając lepszego pomysłu wraz z Posłańcem Cienia pobiegłem za Cristianem.
Pusty o tej porze Plac Świętego Piotra sprawiał wrażenie wręcz wymarłego, a budynki wokół przytłaczały swoim rozmiarem powodując u postronnych obserwatorów uczucie wszechobecnej pustki i pewnego rodzaju bezsilności.
Zza jednej z kolumn wyłonił się wilk o białej maści i widząc Cristiana w zmienionej postaci szczeknął krótko. Zaraz wokół pojawiło się jeszcze dziesięcioro wilków o różnym umaszczeniu, a gdy zamrugałem ku nam szło dziesięciu mężczyzn i jedna kobieta.
-Gdzie twój Alfa?- Zapytała chłodno Cristiana.
-Przysłał mnie w zastępstwie- oznajmił chłopak obojętnie.
-Z jakiego powodu?- Wypytywała dalej.
-Helmut jest ciężko ranny- odparł z opanowaniem najmłodszy z braci Borgia.
-Czyli w tym wypadku nie macie prawa głosu- zauważyła. Chciała dodać coś jeszcze, ale przerwała jej Giulia mówiąc:
-Teraz unosisz się swoją żałosną i nic nie wartą dumą, ale poczekaj trochę: za kilka dni będziesz inaczej szczekać. Może nawet skamleć, Alfo nad Alfami- zauważyła czarnooka.
-Stul pysk, Krwiopijco- warknął najbliższy z facetów ten, który jeszcze chwilę temu przybierał postać białego basiora na niskich łapach.
-W porządku: mogę się zamknąć; ale to wy tego pożałujecie- wzruszyła ramionami wyciągając z plecaka kolejną butelkę z krwią. Otworzyła ją i duszkiem wypiła pół zawartości, a przez jej oczy przemknęła czerwona błyskawica.
Oczy kobiety zwęziły się w szparki, gdy podeszła do Posłańca Cienia. Przyglądała się nieufnie Giulii przez chwilę.
-Czy ty śmiesz mi grozić, marna półkrwi hołoto?- Zapytała lodowato.
Cristian wszedł pomiędzy obie kobiety i spojrzał na nieznaną mi wilczycę, mówiąc:
-Z całym szacunkiem, ale Ona może mieć rację, Alfo- powiedział spokojnie, lecz także nieco uniżenie.- Nie róbmy na złość komuś, kto może nam pomóc, skoro możemy tej pomocy potem potrzebować- oznajmił dyplomatycznym tonem.
-Nie przyszłam tu sprzymierzać się z naturalnym wrogiem, Beta- syknęła ostro.
Cristian odwrócił nas szybkim ruchem, mówiąc:
-Więc dajcie się zarżnąć w kolejnej wojnie między nami, jeśli Syn Smoka dojdzie do władzy- ruchem głowy dał nam znak do odejścia. Byłem zbyt zaskoczony, żeby go nie posłuchać, a Giulia również postąpiła, jak chciał Cristian.
Byliśmy coraz dalej, gdy kobieta odezwała się:
-Zaczekajcie- rzuciła za nami. Widocznie Cristian swoją zagrywką musiał coś ugrać, choć jeszcze nie wiedziałem, co nam to da.
Zdecydowałem się iść za przykładem młodzieńca i wraz z nim oraz Giulią zawróciłem ku wilkom.
-Widzę, że jednak można się dogadać, Ofelio Cortez- zauważył.
-Robię to wszystko tylko przez wzgląd na Helmuta, skoro to on wezwał Zgromadzenie- odparła i skłoniła lekko głowę.
-Powinienem przekazać ci prawo do decyzji, jako trzeciej w starszeństwie Alfie- zauważył, jakby mu nie zależało.
-To nie będzie konieczne. Skoro, jako beta, zastępujesz Helmuta, on musi ci bardzo ufać- reszta jej towarzyszy zaczęła się cicho burzyć. Zwróciła się ku nim i prychnęła tak jakoś wilczo, a reszta uciszyła się szybko.
-To nie tylko kwestia zaufania. Nie każdy Alfa wymusza posłuszeństwo swoich podwładnych siłą- odparł uprzejmie Cristian.
W tym momencie najbliższy facet przybierając wilkołaczą formę rzucił się na Cristiana. Ten nadal w ludzkiej postaci w ostatniej chwili uskoczył z zasięgu szczęk i pazurów.
-Nie chcę z tobą walki, Stefano- oznajmił raz za razem unikając ataków rudego cielska. Znów uskoczył i odepchnął basiora w stronę najbliższej z kolumn.
-Zwrotny skurwiel- mruknąłem z podziwem, obserwując i zastanawiając się, jak Cristian z tego wybrnie, jednak tuż za nami odezwał się cichy ton głosu.
-Dość- powiedział władczo omiatając wzrokiem całe zamieszanie. Rudzielec grzecznie cofnął się od Cristiana i pochylił lekko łeb z cichym pomrukiem. Brat Gabriela i reszta również lekko skłonili głowy.
-A pan to kto, przepraszam?- Zapytałem zaskoczony i odrobinę zawiedziony nieznajomego szatyna o granatowych oczach mniej więcej w wieku Grossa lub nieco młodszego, prawdopodobnie obcokrajowca.
-Opiekun tej bandy zwierzaków- ostatnie słowo wbrew pozorom zamiast pogardliwego brzmienia, miało bardziej pieszczotliwy wydźwięk.
***
-Kim jest ten dziwny facet?- Zapytałem cicho Cristiana, prowadząc wszystkich do biskupa Snow'a.
-James, zastępca głównego Alfy w Zgromadzeniu. Spoko gość- odparł wywracając oczami.-Jak na Wilkołaka- stwierdziłem kwaśno.
-To było bardzo miłe- rzucił z tyłów głos wspomnianego, z przekąsem.
-Wyczulony słuch- rzucił przepraszająco Cristian.
Zeszliśmy do podziemi, w których mieściła się największa sala. Zauważyłem, że James z wyraźnym zaciekawieniem przygląda się galerii zabytkowej broni na swoją rasę.
-Piękny, ale nie chciałbym nim oberwać- skomentował wpatrując się w ciężki topór o srebrnym ostrzu z podziwem.
-Ciekawi cię broń?- Zdziwiłem się, sądząc, że facet ma nierówno pod sufitem.
James omiótł mnie pełnym namysłu spojrzeniem granatowych oczu o trochę dzikim wyrazie.
-Jako historyka interesuje mnie wszystko, co ma tego rodzaju wartość. Broń szczególnie. To XIII-sty wiek?- Spytał tonem znawcy.
-Dokładnie tysiąc dwieście czterdziesty ósmy rok- odpowiedziałem z lekkim zdumieniem.
Staliśmy chwilę w milczeniu, czekając na Snow'a i trzech kardynałów. Cristian oparty o mur wlepiał wzrok w małą biblioteczkę stojącą przy południowej ścianie. Giulia wydawała się wyjątkowo znudzona, a reszta wilków stała w grupie i nie wiedząc, co począć spoglądała na siebie.
Zastanawiało mnie, dlaczego Cristian trzyma się na uboczu. Dostrzegłem też, że James również ukradkiem obserwuje brata Gabriela. Zastępca głównego Alfy miał nieco dziwną minę.
-Co jest?- Zapytałem zaskoczony jego zachowaniem.
-Cristian to najciekawszy wilk ze wszystkich- odezwał się tak cicho, bym tylko ja mógł usłyszeć.- Intryguje mnie.
-Serio?- Zaciekawiłem się nagle.
-A co? Nigdy nie zauważyłeś, że jest trochę inny, niż wszyscy z nas?- Zapytał powoli.
Przypomniałem sobie wydarzenie sprzed kilku miesięcy. Pierwszy raz, kiedy ujrzałem wielkiego jasnoszarego wilka, który w kwaterze Hydry pazurem wydrapał swoje inicjały, wydawało mi się niepojęte, że jakiś wilkołak posiada tak stalowe nerwy i samokontrolę, bo większość Ścierw na sterydach, które dane mi było widzieć były zepsute i zupełnie pozbawione człowieczeństwa.
-W sumie zauważyłem- przyznałem ukradkiem obserwując Cristiana.
W tym momencie rozmowa się urwała, bo do środka weszli Snow i kardynałowie, a zaraz za nimi Vix. Dostrzegłem, że jest czymś zaniepokojona i przypuszczałem, co to może być.
Zajęliśmy miejsca przy długim prostokątnym stole
Gabriel, zwany Uczniakiem
Kilka godzin później opuściliśmy podziemia i poszliśmy do kancelarii biskupa Snow'a, a ja zastanawiałem się, czemu ta dziewczyna uciekła na sam dźwięk mojego nowego głosu.
-Kurwa- zakląłem przysłuchując się własnemu głosowi, który brzmiał kompletnie inaczej. Krótko mówiąc był swego rodzaju połączeniem dwóch naszych głosów: mojego i Nicolae... Nadal ochrypły, choć również głęboki i delikatnie melodyjny.Słońce padające z okien wpadło mi w oczy, oślepiając mnie na krótką chwilę. Wtedy uświadomiłem sobie, że coś tu nie gra i, choć jeszcze nie miałem pojęcia, czym jest to "coś"; zaczęło mnie to strasznie niepokoić.
Zmrużyłem oczy, rozmyślając jakim cudem nie boję się czegoś, co wcześniej budziło we mnie ataki paniki.
Wtedy to poczułem. Ten uścisk w klatce piersiowej, jakby czyjaś pięść chciała zgnieść mi serce. W ostatniej chwili zdążyłem oprzeć dłonie na najbliższym blacie i pochylając się zacząłem haustami nabierać powietrza.
-Gabriel, wszystko okej?- Zapytał Młody podchodząc.
-Nie wiem...- odparłem zdezorientowanym tonem, oddychając głęboko. Podniosłem głowę i prostując się powoli wbiłem wzrok w Rafa.- Co ta ruda właściwie powiedziała?- Zapytałem, nie wiedząc, czy w ogóle chcę to wiedzieć.
-Ogień Boży. To powiedziała Posłaniec Cienia- wyjaśnił kardynał Steward.
-Co to właściwie znaczy?- Domagałem się odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie podczas pobytu w celi pytania i liczyłem, że to może być pierwszym krokiem do zrozumienia, co się w zasadzie ze mną stało.
Kątem oka obserwowałem Victorię. Wydawała się bardzo zmartwiona moim stanem. Być może była nawet przestraszona tą moją nagłą zmianą. W sumie nawet we mnie budziło to olbrzymi niepokój- co ja chrzanię?- byłem tym wszystkim przerażony.
Czy zmieniłem się w jednego z Nocnych? Czy będę taki sam jak Pachołki Vlada? A może nawet zwariuję z pragnienia czegoś, czym normalnie bym się po prostu brzydził?
Mój wzrok był bardziej wyostrzony- zrozumiałem to dopiero, po przeanalizowaniu wielkości czcionki na grzbiecie książki i tego, że patrząc na nią z odległości około czterech metrów widziałem wyraźnie litery, których w normalnym stanie nawet nie miałbym możliwości dostrzec, a co dopiero odczytać.
-I jakim cudem kopem wyjebałem drzwi z zawiasów?- Zapytałem sam siebie zamyślony.
-Nie mów, że tylko te- stwierdzenie Rafa wyrwało mnie z rozmyślań.
Zamrugałem oczami w głębokim oszołomieniu, bo zrozumiałem coś ogromnie ważnego.
-Rafael, ty chyba nie myślisz, że...? O, kurwa mać...- Jak z procy wybiegłem z kancelarii, a Raf za mną.
Rafael J. White
Przeskakiwał po trzy, cztery stopnie naraz, a zza jego warg wyrywała się wiązanka stłumionych przekleństw.
-Niech to szlag... Cholera- mruczał zdyszany.- Kurwa... Kurwa... Kurwa!.- Nagle zahamował ostro i potknął się o leżącą na posadzce cegłę, po czym zaliczył twarde lądowanie. Zaraz piszcząc gumowymi podeszwami czarnych adidasów pozbierał się z płyt podłogi i pobiegł dalej w stronę celi mrucząc z przerażeniem w oczach:-Obym nie zrobił tego, co myślę, że mógłbym zrobić...- Nagle zatrzymał się z piskiem butów, a jego oczy przybrały wielkość piłeczek ping-pongowych. Wyszedłem zza niego i to zobaczyłem.
Metalowe drzwi celi leżały na podłodze w towarzystwie kilkunastu bezładnie leżących wokół cegieł: jednych pojedynczych, innych nadal sklejonych wiekową zaprawą murarską. Po wyglądzie muru w miejscu, gdzie były owe drzwi bardziej obstawiałbym działanie jakiejś bomby, niż ingerencję zwykłego człowieka...
-Boże Miłosierny- wyszeptałem na widok takiego ogromu zniszczeń.
-To mało powiedziane- odezwał się zza sterty cegieł słaby głos, na dźwięk którego Gabriel aż podskoczył.
-Ksiądz Joseph...- Wypalił i szybko zaczął odrzucać cegły. Rzuciłem się do pomocy w odkopaniu przyjaciela spod resztek czegoś, co wcześniej musiało być częścią muru wokół pogiętych, zmaltretowanych drzwi.- Nic się księdzu nie stało??
-Chyba mam złamaną rękę...- odparł Jo z naszą pomocą podnosząc się na nogi. Był podrapany, zakurzony i miał pewnie kilkanaście siniaków.
Gabriel podszedł do rozwalonej wnęki i niepewnie zajrzał do celi.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Nicolae Bordeyan
To, co zobaczyłem wprawiło mnie nie tyle w szok, co w olbrzymie osłupienie.
Rozwarłem gębę widząc w celi otwarte kajdany leżące w centrum prawie nienaruszonego solnego słońca, oraz krzyż i złotą tarczę z wizerunkiem jakiegoś...Świętego? Anioła? Nie miałem pojęcia.
-J-Jak...?- Wyszedł z moich ust drżący szept. Nie mogło mi się to pomieścić w głowie... Nie potrafiłem pojąć, jakim cudem zrobiłem tu taki... Rozpierdol, bo nie wiadomo było, jak to inaczej nazwać.
-Boże Święty, co się tu stało..??- Zapytało za nami kilku Księży Judasza.
-Rozpierdol- odpowiedziałem niezbyt przytomnie, starając się oswoić z faktem; że to zdarzenie, choć nie do końca w to wierzyłem, to moja sprawka...
-Dobra...- odezwałem się krążąc po gabinecie lekarskim w skrzydle sypialnianym Księży Judasza, gdzie opatrywano księdza Josepha.- Może mi ktoś powiedzieć, jak wyważyłem kopniakiem pancerne drzwi??!- Zapytałem sfrustrowany tymi coraz bardziej kuriozalnymi zdarzeniami.
-Sami chcielibyśmy to wiedzieć- odparł Pan Zarozumiały powoli.
-Niech to jasny szlag...- Zakląłem ze złością. Znów poczułem ten bolesny ścisk w piersiach i jęknąłem chwiejąc się na nogach.
-Siadaj- Rafael widząc, co się ze mną dzieje, siłą posadził mnie na jakimś krześle i poprosił, by lekarz mnie obejrzał.
[***]
-Jak mi Bóg miły, nigdy nie widziałem takich wyników badań- stwierdził lekarz, gdy siedzieliśmy z Rafem w jego Gabinecie.
Szczerze mówiąc, wolałem nie zostawać sam ze swoją potencjalną ofiarą. Po pierwsze, dlatego, że nie wiedziałem, czym tak naprawdę jestem, a po drugie, bo po prostu cholernie mocno się bałem zostać sam z tym, co mogłoby mnie czekać.-Co pan doktor chce przez to powiedzieć?- Zapytałem bardzo ostrożnie.
-Wyniki są znakomite, mimo że pan pali i pije absynt od...
-Palić zacząłem jak miałem szesnaście, a absynt piję od ośmiu lat. Może dlatego, że nie przesadzam- zauważyłem, że Rafael przewrócił wymownie oczami.
-Ile dziennie?- Zapytał powoli doktorek udając, że nadal analizuje wyniki.
-Niecałą paczkę i flaszkę dziennie- Raf wiedział, że kłamię, więc stłumił parsknięcie śmiechem nagłym atakiem kaszlu. Spojrzałem na niego karcąco wzrokiem typu "nie wkop mnie" i spojrzałem spowrotem na lekarza pełnym niewinności wzrokiem.
-Niezłe kłamstwo, ale nie nabiorę się na tak słaby trik- oznajmił starszy facet, a Rafael prawie wpadł pod biurko ze śmiechu.
Tym razem doktorek mnie zaskoczył. Dłuższy czas wlepiałem w niego gały, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
-Nikt nie pojawia się u mnie bez powodu- stwierdził ze spokojem lekarz.