środa, 29 lipca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXVII "Chodzący za dnia"

Giulia wyciągnęła z kieszeni kartonik i ustami wyjęła papierosa. Przypalając go, zmrużyła oczy zaciągając się głęboko.
-Wysłano mnie tu nie bez powodu- oznajmiła cicho, opierając się o mur.- Szlachta chce uniemożliwić Vladowi dojście do władzy.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytał chłodno Cristian.
-To, że musimy się zjednoczyć. My, Korona Cierniowa i wszystkie Sfory, nieważne jak duże mają wpływy- powiedziała z namysłem paląc.
-Alfy nigdy się na to nie zgodzą- zauważył Cristian.
-Jeśli chcą dopełnić Kontraktu będą musieli- stwierdziła niechętnie.
-Jakiego Kontraktu?- Zapytałem wolno.
Cristian spojrzał na mnie nieprzytomnie spod przymrużonych powiek i przysunął dłoń do skroni. Drgnął, jakby kopnął go prąd, warcząc cicho:
-Przestańcie gadać...- W jego oczach pojawił się błysk. Nagle wyprostował się szybko i spojrzał w okno, a po chwili przybrał swoje drugie oblicze.
Jasnoszara sierść, stojące uszy i wilczy pysk, oraz olbrzymia zwierzęca postać. Wilk zawarczał i zarzucił łbem wskazując w stronę drzwi celi.
-Chce, żebyśmy szli za nim. Coś się dzieje- oznajmiła czarnooka.
-Jo, wychodzimy- rzuciłem w stronę metalowych wrót. Szczęknął zamek i cela została otwarta.
Wilkołak wyleciał biegiem i z trudem przecisnąwszy się w przejściu skierował się ku schodom w górę. Nie mając lepszego pomysłu wraz z Posłańcem Cienia pobiegłem za Cristianem.

Pusty o tej porze Plac Świętego Piotra sprawiał wrażenie wręcz wymarłego, a budynki wokół przytłaczały swoim rozmiarem powodując u postronnych obserwatorów uczucie wszechobecnej pustki i pewnego rodzaju bezsilności.
Zza jednej z kolumn wyłonił się wilk o białej maści i widząc Cristiana w zmienionej postaci szczeknął krótko. Zaraz wokół pojawiło się jeszcze dziesięcioro wilków o różnym umaszczeniu, a gdy zamrugałem ku nam szło dziesięciu mężczyzn i jedna kobieta.
-Gdzie twój Alfa?- Zapytała chłodno Cristiana.
-Przysłał mnie w zastępstwie- oznajmił chłopak obojętnie.
-Z jakiego powodu?- Wypytywała dalej.
-Helmut jest ciężko ranny- odparł z opanowaniem najmłodszy z braci Borgia.
-Czyli w tym wypadku nie macie prawa głosu- zauważyła. Chciała dodać coś jeszcze, ale przerwała jej Giulia mówiąc:
-Teraz unosisz się swoją żałosną i nic nie wartą dumą, ale poczekaj trochę: za kilka dni będziesz inaczej szczekać. Może nawet skamleć, Alfo nad Alfami- zauważyła czarnooka.
-Stul pysk, Krwiopijco- warknął najbliższy z facetów ten, który jeszcze chwilę temu przybierał postać białego basiora na niskich łapach.
-W porządku: mogę się zamknąć; ale to wy tego pożałujecie- wzruszyła ramionami wyciągając z plecaka kolejną butelkę z krwią. Otworzyła ją i duszkiem wypiła pół zawartości, a przez jej oczy przemknęła czerwona błyskawica.
Oczy kobiety zwęziły się w szparki, gdy podeszła do Posłańca Cienia. Przyglądała się nieufnie Giulii przez chwilę.
-Czy ty śmiesz mi grozić, marna półkrwi hołoto?- Zapytała lodowato.
Cristian wszedł pomiędzy obie kobiety i spojrzał na nieznaną mi wilczycę, mówiąc:
-Z całym szacunkiem, ale Ona może mieć rację, Alfo- powiedział spokojnie, lecz także nieco uniżenie.- Nie róbmy na złość komuś, kto może nam pomóc, skoro możemy tej pomocy potem potrzebować- oznajmił dyplomatycznym tonem.
-Nie przyszłam tu sprzymierzać się z naturalnym wrogiem, Beta- syknęła ostro.
Cristian odwrócił nas szybkim ruchem, mówiąc:
-Więc dajcie się zarżnąć w kolejnej wojnie między nami, jeśli Syn Smoka dojdzie do władzy- ruchem głowy dał nam znak do odejścia. Byłem zbyt zaskoczony, żeby go nie posłuchać, a Giulia również postąpiła, jak chciał Cristian.
Byliśmy coraz dalej, gdy kobieta odezwała się:
-Zaczekajcie- rzuciła za nami. Widocznie Cristian swoją zagrywką musiał coś ugrać, choć jeszcze nie wiedziałem, co nam to da.
Zdecydowałem się iść za przykładem młodzieńca i wraz z nim oraz Giulią zawróciłem ku wilkom.
-Widzę, że jednak można się dogadać, Ofelio Cortez- zauważył.
-Robię to wszystko tylko przez wzgląd na Helmuta, skoro to on wezwał Zgromadzenie- odparła i skłoniła lekko głowę.
-Powinienem przekazać ci prawo do decyzji, jako trzeciej w starszeństwie Alfie- zauważył, jakby mu nie zależało.
-To nie będzie konieczne. Skoro, jako beta, zastępujesz Helmuta, on musi ci bardzo ufać- reszta jej towarzyszy zaczęła się cicho burzyć. Zwróciła się ku nim i prychnęła tak jakoś wilczo, a reszta uciszyła się szybko.
-To nie tylko kwestia zaufania. Nie każdy Alfa wymusza posłuszeństwo swoich podwładnych siłą- odparł uprzejmie Cristian.
W tym momencie najbliższy facet przybierając wilkołaczą formę rzucił się na Cristiana. Ten nadal w ludzkiej postaci w ostatniej chwili uskoczył z zasięgu szczęk i pazurów.
-Nie chcę z tobą walki, Stefano- oznajmił raz za razem unikając ataków rudego cielska. Znów uskoczył i odepchnął basiora w stronę najbliższej z kolumn.
-Zwrotny skurwiel- mruknąłem z podziwem, obserwując i zastanawiając się, jak Cristian z tego wybrnie, jednak tuż za nami odezwał się cichy ton głosu.
-Dość- powiedział władczo omiatając wzrokiem całe zamieszanie. Rudzielec grzecznie cofnął się od Cristiana i pochylił lekko łeb z cichym pomrukiem. Brat Gabriela i reszta również lekko skłonili głowy.
-A pan to kto, przepraszam?- Zapytałem zaskoczony i odrobinę zawiedziony nieznajomego szatyna o granatowych oczach mniej więcej w wieku Grossa lub nieco młodszego, prawdopodobnie obcokrajowca.
-Opiekun tej bandy zwierzaków- ostatnie słowo wbrew pozorom zamiast pogardliwego brzmienia, miało bardziej pieszczotliwy wydźwięk.
***
-Kim jest ten dziwny facet?- Zapytałem cicho Cristiana, prowadząc wszystkich do biskupa Snow'a.
-James, zastępca głównego Alfy w Zgromadzeniu. Spoko gość- odparł wywracając oczami.
-Jak na Wilkołaka- stwierdziłem kwaśno.
-To było bardzo miłe- rzucił z tyłów głos wspomnianego, z przekąsem.
-Wyczulony słuch- rzucił przepraszająco Cristian.

Zeszliśmy do podziemi, w których mieściła się największa sala. Zauważyłem, że James z wyraźnym zaciekawieniem przygląda się galerii zabytkowej broni na swoją rasę.
-Piękny, ale nie chciałbym nim oberwać- skomentował wpatrując się w ciężki topór o srebrnym ostrzu z podziwem.
-Ciekawi cię broń?- Zdziwiłem się, sądząc, że facet ma nierówno pod sufitem.
James omiótł mnie pełnym namysłu spojrzeniem granatowych oczu o trochę dzikim wyrazie.
-Jako historyka interesuje mnie wszystko, co ma tego rodzaju wartość. Broń szczególnie. To XIII-sty wiek?- Spytał tonem znawcy.
-Dokładnie tysiąc dwieście czterdziesty ósmy rok- odpowiedziałem z lekkim zdumieniem.
Staliśmy chwilę w milczeniu, czekając na Snow'a i trzech kardynałów. Cristian oparty o mur wlepiał wzrok w małą biblioteczkę stojącą przy południowej ścianie. Giulia wydawała się wyjątkowo znudzona, a reszta wilków stała w grupie i nie wiedząc, co począć spoglądała na siebie.
Zastanawiało mnie, dlaczego Cristian trzyma się na uboczu. Dostrzegłem też, że James również ukradkiem obserwuje brata Gabriela. Zastępca głównego Alfy miał nieco dziwną minę.
-Co jest?- Zapytałem zaskoczony jego zachowaniem.
-Cristian to najciekawszy wilk ze wszystkich- odezwał się tak cicho, bym tylko ja mógł usłyszeć.- Intryguje mnie.
-Serio?- Zaciekawiłem się nagle.
-A co? Nigdy nie zauważyłeś, że jest trochę inny, niż wszyscy z nas?- Zapytał powoli.
Przypomniałem sobie wydarzenie sprzed kilku miesięcy. Pierwszy raz, kiedy ujrzałem wielkiego jasnoszarego wilka, który w kwaterze Hydry pazurem wydrapał swoje inicjały, wydawało mi się niepojęte, że jakiś wilkołak posiada tak stalowe nerwy i samokontrolę, bo większość Ścierw na sterydach, które dane mi było widzieć były zepsute i zupełnie pozbawione człowieczeństwa.
-W sumie zauważyłem- przyznałem ukradkiem obserwując Cristiana.
W tym momencie rozmowa się urwała, bo do środka weszli Snow i kardynałowie, a zaraz za nimi Vix. Dostrzegłem, że jest czymś zaniepokojona i przypuszczałem, co to może być.
Zajęliśmy miejsca przy długim prostokątnym stole
Gabriel, zwany Uczniakiem
Kilka godzin później opuściliśmy podziemia i poszliśmy do kancelarii biskupa Snow'a, a ja zastanawiałem się, czemu ta dziewczyna uciekła na sam dźwięk mojego nowego głosu.
-Kurwa- zakląłem przysłuchując się własnemu głosowi, który brzmiał kompletnie inaczej. Krótko mówiąc był swego rodzaju połączeniem dwóch naszych głosów: mojego i Nicolae... Nadal ochrypły, choć również głęboki i delikatnie melodyjny.
Słońce padające z okien wpadło mi w oczy, oślepiając mnie na krótką chwilę. Wtedy uświadomiłem sobie, że coś tu nie gra i, choć jeszcze nie miałem pojęcia, czym jest to "coś"; zaczęło mnie to strasznie niepokoić.
Zmrużyłem oczy, rozmyślając jakim cudem nie boję się czegoś, co wcześniej budziło we mnie ataki paniki.
Wtedy to poczułem. Ten uścisk w klatce piersiowej,  jakby czyjaś pięść chciała zgnieść mi serce. W ostatniej chwili zdążyłem oprzeć dłonie na najbliższym blacie i pochylając się zacząłem haustami nabierać powietrza.
-Gabriel, wszystko okej?- Zapytał Młody podchodząc.
-Nie wiem...- odparłem zdezorientowanym tonem, oddychając głęboko. Podniosłem głowę i prostując się powoli wbiłem wzrok w Rafa.- Co ta ruda właściwie powiedziała?- Zapytałem, nie wiedząc, czy w ogóle chcę to wiedzieć.
-Ogień Boży. To powiedziała Posłaniec Cienia- wyjaśnił kardynał Steward.
-Co to właściwie znaczy?- Domagałem się odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie podczas pobytu w celi pytania i liczyłem, że to może być pierwszym krokiem do zrozumienia, co się w zasadzie ze mną stało.
Kątem oka obserwowałem Victorię. Wydawała się bardzo zmartwiona moim stanem. Być może była nawet przestraszona tą moją nagłą zmianą. W sumie nawet we mnie budziło to olbrzymi niepokój- co ja chrzanię?- byłem tym wszystkim przerażony.
Czy zmieniłem się w jednego z Nocnych? Czy będę taki sam jak Pachołki Vlada? A może nawet zwariuję z pragnienia czegoś, czym normalnie bym się po prostu brzydził?
Mój wzrok był bardziej wyostrzony- zrozumiałem to dopiero, po przeanalizowaniu wielkości czcionki na grzbiecie książki i tego, że patrząc na nią z odległości około czterech metrów widziałem wyraźnie litery, których w normalnym stanie nawet nie miałbym możliwości dostrzec, a co dopiero odczytać.
-I jakim cudem kopem wyjebałem drzwi z zawiasów?- Zapytałem sam siebie zamyślony.
-Nie mów, że tylko te- stwierdzenie Rafa wyrwało mnie z rozmyślań.
Zamrugałem oczami w głębokim oszołomieniu, bo zrozumiałem coś ogromnie ważnego.
-Rafael, ty chyba nie myślisz, że...? O, kurwa mać...- Jak z procy wybiegłem z kancelarii, a Raf za mną.
Rafael J. White
Przeskakiwał po trzy, cztery stopnie naraz, a zza jego warg wyrywała się wiązanka stłumionych przekleństw.
-Niech to szlag... Cholera- mruczał zdyszany.- Kurwa... Kurwa... Kurwa!.- Nagle zahamował ostro i potknął się o leżącą na posadzce cegłę, po czym zaliczył twarde lądowanie. Zaraz piszcząc gumowymi podeszwami czarnych adidasów pozbierał się z płyt podłogi i pobiegł dalej w stronę celi mrucząc z przerażeniem w oczach:
-Obym nie zrobił tego, co myślę, że mógłbym zrobić...- Nagle zatrzymał się z piskiem butów, a jego oczy przybrały wielkość piłeczek ping-pongowych. Wyszedłem zza niego i to zobaczyłem.
Metalowe drzwi celi leżały na podłodze w towarzystwie kilkunastu bezładnie leżących wokół cegieł: jednych pojedynczych, innych nadal sklejonych wiekową zaprawą murarską. Po wyglądzie muru w miejscu, gdzie były owe drzwi bardziej obstawiałbym działanie jakiejś bomby, niż ingerencję zwykłego człowieka...
-Boże Miłosierny- wyszeptałem na widok takiego ogromu zniszczeń.
-To mało powiedziane- odezwał się zza sterty cegieł słaby głos, na dźwięk którego Gabriel aż podskoczył.
-Ksiądz Joseph...- Wypalił i szybko zaczął odrzucać cegły. Rzuciłem się do pomocy w odkopaniu przyjaciela spod resztek czegoś, co wcześniej musiało być częścią muru wokół pogiętych, zmaltretowanych drzwi.- Nic się księdzu nie stało??
-Chyba mam złamaną rękę...- odparł Jo z naszą pomocą podnosząc się na nogi. Był podrapany, zakurzony i miał pewnie kilkanaście siniaków.
Gabriel podszedł do rozwalonej wnęki i niepewnie zajrzał do celi.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Nicolae Bordeyan
To, co zobaczyłem wprawiło mnie nie tyle w szok, co w olbrzymie osłupienie.
Rozwarłem gębę widząc w celi otwarte kajdany leżące w centrum prawie nienaruszonego solnego słońca, oraz krzyż i złotą tarczę z wizerunkiem jakiegoś...
Świętego? Anioła? Nie miałem pojęcia.
-J-Jak...?- Wyszedł z moich ust drżący szept. Nie mogło mi się to pomieścić w głowie... Nie potrafiłem pojąć, jakim cudem zrobiłem tu taki... Rozpierdol, bo nie wiadomo było, jak to inaczej nazwać.
-Boże Święty, co się tu stało..??- Zapytało za nami kilku Księży Judasza.
-Rozpierdol- odpowiedziałem niezbyt przytomnie, starając się oswoić z faktem; że to zdarzenie, choć nie do końca w to wierzyłem, to moja sprawka...

-Dobra...- odezwałem się krążąc po gabinecie lekarskim w skrzydle sypialnianym Księży Judasza, gdzie opatrywano księdza Josepha.- Może mi ktoś powiedzieć, jak wyważyłem kopniakiem pancerne drzwi??!- Zapytałem sfrustrowany tymi coraz bardziej kuriozalnymi zdarzeniami.
-Sami chcielibyśmy to wiedzieć- odparł Pan Zarozumiały powoli.
-Niech to jasny szlag...- Zakląłem ze złością. Znów poczułem ten bolesny ścisk w piersiach i jęknąłem chwiejąc się na nogach.
-Siadaj- Rafael widząc, co się ze mną dzieje, siłą posadził mnie na jakimś krześle i poprosił, by lekarz mnie obejrzał.
[***]
-Jak mi Bóg miły, nigdy nie widziałem takich wyników badań- stwierdził lekarz, gdy siedzieliśmy z Rafem w jego Gabinecie.
Szczerze mówiąc, wolałem nie zostawać sam ze swoją potencjalną ofiarą. Po pierwsze, dlatego, że nie wiedziałem, czym tak naprawdę jestem, a po drugie, bo po prostu cholernie mocno się bałem zostać sam z tym, co mogłoby mnie czekać.
-Co pan doktor chce przez to powiedzieć?- Zapytałem bardzo ostrożnie.
-Wyniki są znakomite, mimo że pan pali i pije absynt od...
-Palić zacząłem jak miałem szesnaście, a absynt piję od ośmiu lat. Może dlatego, że nie przesadzam- zauważyłem, że Rafael przewrócił wymownie oczami.
-Ile dziennie?- Zapytał powoli doktorek udając, że nadal analizuje wyniki.
-Niecałą paczkę i flaszkę dziennie- Raf wiedział, że kłamię, więc stłumił parsknięcie śmiechem nagłym atakiem kaszlu. Spojrzałem na niego karcąco wzrokiem typu "nie wkop mnie" i spojrzałem spowrotem na lekarza pełnym niewinności wzrokiem.
-Niezłe kłamstwo, ale nie nabiorę się na tak słaby trik- oznajmił starszy facet, a Rafael prawie wpadł pod biurko ze śmiechu.
Tym razem doktorek mnie zaskoczył. Dłuższy czas wlepiałem w niego gały, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.
-Nikt nie pojawia się u mnie bez powodu- stwierdził ze spokojem lekarz.

Watashi no Akuma Rozdział XXVI Posłaniec Cienia

Rafael J. White 
Zrezygnowano z dzisiejszego zwiedzania. Poprosiłem właściciela hotelu, aby nie wzywał policji, jednak chyba był zbyt zdenerwowany całą dziwnością tego, co się wydarzyło i zapewne nawet o tym nie pomyślał. 
Kiedy wszedłem do pokoju Vix właśnie zwijała skórzany pas, zamierzając odłożyć go na miejsce. 
-Kim ona była?- Choć byłem przygotowany na to pytanie, zdawało mi się, że mówi je dziwnym tonem. Szybkim ruchem rozpiąłem swój pas i przesunąłem w palcach jedno ze srebrnych ostrzy. 
-Nie mogę ci powiedzieć, więc nie pytaj; Vix- odpowiedziałem cicho.
Ze złością wrzuciła pas do torby.
-Coś cię z nią łączy?- Zapytała nie odwracając się.
Westchnąłem ciężko. 
-To nie tak, Vix- odparłem cierpliwie. 
Nie mogłem jej o tym powiedzieć. Złożyłem przysięgę. 
Dawno temu, jeszcze jako diakon, zostałem wybrany przez poprzednika na jedną z najwyższych funkcji Księży Judasza. Posłaniec Światła był jedyną osobą, która mogła kontaktować się z czystymi sanguisuga noctem i negocjować z nimi w każdej dziedzinie. Byłem tak zwanym delegatem Watykanu, którego nie można było tknąć, jednak na wszelki wypadek wyspecjalizowałem się i dążyłem do całkowitej perfekcji w walce. 
-A niby jak?- Zapytała starając się nie okazywać uczuć. 
Oparłem jej ręce na ramionach i całując ją w szyję powiedziałem cicho:
-Nie mogę o tym mówić. Złożyłem przysięgę i, jeśli ją złamię- wbrew swojej woli przerwałem.
-To co?- Zapytała ostro strzepując moje dłonie ze swych ramion. Odeszła i padła na fotel, kładąc nogi na niskim stoliku.
-Victoria... Ta przysięga nie pozwala mi mówić, choćbym nawet chciał- próbowałem inaczej jej to wytłumaczyć.
-Nie wierzę ci- powiedziała wprost nie patrząc na mnie.- Myślałam, że zawsze będziesz mówić mi o wszystkim- zarzuciła mi.
Poczułem w sercu ukłucie żalu. Mimowolnie zacisnąłem zęby, by nie dopuścić do głosu swojej niepokornej duszy i nie powiedzieć czegoś, czego mógłbym potem żałować.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Zapadła cisza. Czułam na sobie wzrok tych bladoniebieskich tęczówek. 
To prawda, że byłam strasznie zazdrosna o kobiety, które znał, a o których nic nie wiedziałam, bo obawiałam się, że któregoś dnia zostawi mnie dla jednej z nich i zostanę całkiem sama. 
Bałam się samotności. Po utracie wspomnień z poprzedniego życia byłam naprawdę samotna i zdana tylko na siebie. Za żadne skarby nie chciałam, żeby to się powtórzyło.
Rafael J. White 
-Kochasz jakąś inną kobietę?- Przerwała moje ponure rozważania.
Poderwałem głowę i wstrzymując na chwilę oddech wpatrywałem się w nią porażony niemożebnym zdumieniem. 
-Ani by mi to przez myśl nie przeszło- wyszeptałem na wydechu, patrząc na nią z rozszerzonymi z zaskoczenia oczami. Szybkim krokiem podszedłem do Victorii i przykucnąłem przy niej, biorąc jej dłonie o długich, smukłych palcach.- Nigdy w życiu nie czułem nic takiego do żadnej innej, poza tobą Victoria- oznajmiłem szczerze, głaszcząc lekko jej palce. 
-Nieprawda- coraz bardziej traciłem jej zaufanie.
-Boże Miłosierny...- Zabolało. Cholernie.- Victoria, proszę przestań tak mówić- powiedziałem z bólem. 
-Będę mówiła, co będę chciała- rozzłoszczona wyrwała dłonie z moich i odwróciła głowę w obrażonym geście.
-Dobrze, możesz mówić, co ci się podoba- ustąpiłem z żalem, że mnie odtrąciła. Wstając, odsunąłem się i zacząłem zdejmować koszulę, żeby założyć o wiele wygodniejszy t-shirt.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Chociaż byłam na niego wściekła, nie potrafiłam przestać na niego patrzeć. 
Nie mogłam oderwać oczu od jego pleców i szerokich, umięśnionych barków. Opadające na kark dłuższe brązowe włosy zdawały się jeszcze ładniejsze w blasku słońca. Grzebał w torbie podróżnej szukając czegoś na przebranie. Od okna powiał lekki wiaterek, czochrając mu włosy i wtedy to zauważyłam.
W centrum karku Rafa widniał czarno biały około pięciocentymetrowy tatuaż.Przedstawiał ażurowy wzór barokowego krzyża otoczony napisem: "Boże daj mi siłę, abym mógł robić wszystko, czego ode mnie zażądasz, a potem żądaj; czego chcesz!" 
Rafael J. White
Chciałem, żeby Vix zobaczyła ten krzyż. 
Była to pieczęć przysięgi, którą złożyłem jako Posłaniec Światła i, która była tak potężna, że nie pozwalała mi mówić i nakazywała utrzymywać tajemnicę.
-Prześpię się dziś w fotelu- powiedziałem z rezygnacją wciągając na siebie t-shirt. 
Odwróciłem się i dostrzegłem, że Vix szybko odwróciła oczy. Nie skomentowałem tego, nie chcąc jej jeszcze bardziej rozzłościć.
Chociaż wyglądała pięknie, kiedy była wkurzona, była jeszcze piękniejsza, gdy na tej twarzy gościł spokój. Te srebrne, jak księżyc tęczówki, ilekroć czułem na sobie jej wzrok sprawiały, że ogarniało mnie niesamowite uczucie spokoju, a także czułem wobec niej pokorę. Wolałem słuchać Victorii, niż mówić o sobie, bo nie chciałem się wywyższać ponad innych. Czasami jednak bywałem niepokorny i popisywałem się przed Vix, aby jej zaimponować, czy zwrócić na siebie jej uwagę. Mój charakter po złożeniu przyrzeczenia stał się bardzo przeciwstawny, raz posłusznie przyjmowałem rozkazy, a czasem wybuchałem gniewem i buntowałem się przeciwko wszystkiemu. Wykazywałem zupełnie przeciwne cechy: pokora i pycha, nieczystość i skromność, zazdrość i życzliwość oraz gniew i spokój. Czułem się cały czas przez kogoś lub coś kontrolowany; jakbym nie do końca posiadał wolną wolę.
***
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-Chryste...- szepnął z przymkniętymi oczami, niepewnym tonem, we śnie moszcząc się wygodniej w fotelu. 
Spoglądając na niego ukradkiem zastanawiałam się, czy nie chciał, czy naprawdę nie mógł o tym mówić. W pewnym momencie naszej rozmowy coś, jakby go powstrzymało od powiedzenia tego, co miał zamiar powiedzieć. 
I ten tatuaż na jego karku, o którym przedtem nie miałam pojęcia...
Żałowałam tego, że się się pokłóciliśmy. Kochałam go, nie z wdzięczności, ale dlatego, że był kimś, kto potrafił mnie zrozumieć nawet wtedy, gdy nie rozumiałam samej siebie. Chciał dla mnie jak najlepiej. Po koszmarach uspokajała mnie sama jego obecność w pokoju, a te bladoniebieskie oczy patrzące na mnie spod krzaczastych brwi i łagodny tembr głosu dawały nawet większe bezpieczeństwo, niż obejmujące mnie silne ramiona.
Wstałam z łóżka i podchodząc do fotela, na którym spał musnęłam wargami jego szczękę, szepcząc smutno...
Rafael J. White
-Przepraszam, Raf- szepnęła cicho, a ja poczułem opuszki jej palców na swojej twarzy. 
Przebudziłem się, ale nie otwierałem oczu. Zależało mi na niej, ale nie wiedziałem, czy jej również na mnie zależy. 
Od zawsze byłem sam, jakby moje własne przeznaczenie skazało mnie na ten stan rzeczy. Były lata, kiedy okropnie tego nienawidziłem, jednak były też i takie, w których owo wyobcowanie było wręcz błogosławieństwem.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-Jakbym sam nie wiedział, czego właściwie chcę- powiedział szeptem, niepewnie.
Przysiadłam przy nim i pieszczotliwym ruchem odsunęłam zbłąkany kosmyk z jego twarzy.
-Moja kochana Vix- szepnął przez sen z pewnym przywiązaniem.
W piżamie usiadłam mu na kolanach i oparłam głowę na jego piersi. Przytuliłam się, bo podświadomie chciałam poczuć jego ciepło i bliskość.
Przez sen objął mnie ramieniem i oparł skroń na mojej.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Ostatni dzień mojej kwarantanny nie zapowiadał się ciekawie. Leżałem plackiem na materacu, nie mogłem mówić, a każdy najdrobniejszy ruch sprawiał ogromny ból. 
Nie wierzyłem ani w niebo, ani w piekło, ale jeśli te miejsca by istniały, bardziej liczyłbym na to, że za wszystkie krzywdy trafię właśnie do piekła. 
Z zamkniętymi oczami zastanawiałem się nad swoim dotychczasowym życiem i zadawałem sobie wiele pytań. Ilu ludzi przeze mnie się nacierpiało? Jak wiele krzywd i w imię czego wyrządziłem? Czy istnieje cokolwiek, czym mógłbym się usprawiedliwić? 
I to jedno, najważniejsze: czy ojciec będzie w stanie mi wybaczyć? 
W tym momencie usłyszałem trzask rygla i kroki. 
-Posłaniec Cienia nie powinien przychodzić bez zapowiedzi- zauważył kardynał Lombardi z niechęcią. 
Delikatny dotyk kobiecej ręki sprawił, że zapłonąłem z bólu. Jej zapach był taki... Kuszący. Jakbym szedł spać nieźle nawalony. 
-Powinniście przekazać go Sabatowi- oznajmiła ignorując uwagę purpurata.- Przemienia się i nie możecie nic na to poradzić- zawyrokował jej głos obojętnie. Usłyszałem stuk szkła o jedną z bransolet i poczułem szyjkę butelki przy spierzchniętych wargach oraz zapach krwi. 
Kiedy ją przechylała, ostatkiem sił zamachnąłem się mocno i wytrąciłem szkło z jej palców, a sekundę później flaszka roztrzaskała się o ścianę roznosząc wokół woń słodkiej krwi. Z przeraźliwym wrzaskiem zwinąłem się w kłębek i podnosząc się niezdarnie próbowałem się od niej odczołgać, ale będąc zbyt słaby padłem spowrotem na materac.
-Zabierz ją ode mnie- powiedziałem drżącymi wargami, trzęsąc się z bólu.
-Zapraszam do wyjścia z celi, Giulio Alighieri- powiedział wyczekująco Lombardi- inaczej będę musiał potraktować cię bardzo nieuprzejmie.
Jej zapach... Pod jego wpływem czułem jakby każda z żył zawiązywała się w supeł, a mój żołądek targały głodowe torsje. 
Miałem już tego dosyć. Szczerze pragnąłem uwolnić się od tego straszliwego bólu. Ukradkiem wyciągnąłem z jednej z bransolet szpilę służącą za rodzaj zamknięcia i obracając parzący palce srebrny szpikulec, ledwo go widząc nadziałem się na niego tłumiąc jęk.
-Gabriel!- Lombardi zaczął wołać... Kogoś.

Nie wiem, ile czasu umknęło od tego wydarzenia, ale uniosłem powieki i zobaczyłem, że jest południe.
Wtedy dotarło do mnie, że się nie udało. Nie trafiłem w serce... 
-Kurwa...- Zakląłem wściekły na siebie, patrząc przez szparki w powiekach na oślepiający blask za szybą. 
-Co z nim?- Zapytał zaniepokojony Lombardi. 
-Pół centymetra w lewo i Gabe byłby martwy- oznajmił cicho Cristian. Po chwili wstał i pchnął kogoś wojowniczo.- Co cię tu przywiało, zdziro?
-Może mógłbyś do mnie nie szczekać, cuchnący padlinożerco?- Zapytała obojętnie nieznajoma.
-Cristi... Odpuść...- Na chwilę odzyskałem możliwość mówienia.
-Zbliż się do niego jeszcze raz, a rozszarpię cię na strzępy- zagroził wrogo Cristian w kierunku nieznajomej.
-Proszę bardzo. Wtedy Alfa Padliny w ramach kary same cię wykończą- powiedziała wyzywająco. 

Kolejne kroki. 
-Boże Miłosierny, co się tu odwala?- Pan Zarozumiały??!- Jezu Chryste, znowu ty?
-Znasz ją?- Zdziwił się Cristian, przytrzymując mnie. 
-Tęskniłeś, że tak szybko wróciłeś do domciu, Księżulku?- Mimo paskudnego samopoczucia nie omieszkałem mu dogryźć.
-Próbowałeś iść i żuć gumę równocześnie, a przy okazji potknąłeś się i wpadłeś w tarninę?- Odciął się wyjątkowo złośliwie.
-Przynajmniej jedno zostało po staremu- rzucił wymownie Lombardi do Giaccomo.
-Gdzie Vix?- Zapytałem krótko, wiedząc że muszę oszczędzać siły.
-Na górze- przyklęknął przy mnie.- Co ci się stało?
Otworzyłem szerzej oczy i spojrzałem na Rafaela. W nozdrzach czułem zapach jego krwi, co cholernie zapiekło w gardle. Cristian sięgnął po jakiś zastrzyk.
-Cristian, tylko nie morfina...- spojrzałem błagalnie na brata.
Rafael J. White
Gabriel wyglądał fatalnie. Po łańcuchach i zakrwawionym srebrze zrozumiałem, że coś jest z nim nie tak.
Wszyscy wyszli, a ja zostałem; żeby pomóc Cristianowi. Liczyłem też, że Gabriel wyjaśni, co się z nim dzieje.
Młodszy brat zielonookiego w skupieniu zszywał ranę.  Po chwili oparł dłoń na ramieniu Gabriela, mówiąc:
-Może zaboleć- ostrzegł po czym polał szwy święconą wodą. Zza warg Gabriela wyrwał się skowyt i dziesięciominutowa wiązanka przekleństw.
-Kurwa, zajebana mać. Skurwysyństwo.. Niech to szlag.!- Zakończył z bólem w głosie.
-Gabriel- zacząłem, ale Cristian powstrzymał mnie wzrokiem.
-Powinien odpocząć. Przynajmniej na tyle, na ile to możliwe- powiedział tonem lekarza troszczącego się o pacjenta.
-Rozumiem, ale chciałbym się dowiedzieć, co jest grane- odparłem z naciskiem.
-Możemy pogadać gdzieś, gdzie nie ma Victorii?- Zapytał gestem żegnając się z bratem. Gabriel skinął głową.
-Jasne- rzuciłem krótko, wychodząc z celi. 

Podziemne archiwum Watykanu. 
-Dlaczego nie chcesz by tu była?
-Nie ja. Gabriel tego nie chciał- jego odpowiedź odrobinę mnie zdziwiła.- Poprosił o to.
-Co z nim?- Zapytałem zupełnie bez sensu.
-Od kiedy cię to interesuje? Przecież nie lubisz Gabe'a- stwierdził wolno.
-To nie tak. Lubię go, ale czasami po prostu się nie zgadzamy- oznajmiłem szczerze.- Serio: fajny z niego dzieciak, ale... Różnica charakterów. On... Jesteśmy zupełnie inni...
Cristian roześmiał się, jakbym powiedział coś zabawnego lub niedorzecznego. Uniosłem brwi pytająco.
-Wcale nie znasz mojego brata. Nie tego prawdziwego- oznajmił, gdy już przestał rżeć jak kretyn.
Osłupiałem i przez pewien czas przyglądałem się w milczeniu młodszemu bratu ex Egzekutora Hydry.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytałem z olbrzymim zdziwieniem.
Dwudziestopięciolatek drasnął mnie szybkim spojrzeniem.
-Gabriel jest skrytym facetem.
-Chyba chciałeś powiedzieć: bezpośrednim- odpowiedziałem nieco zaskoczony.
-Nie. On się broni tą bezpośredniością- Cristian opierając się o regał z ksiegami raportów, wpatrywał się w cegły przeciwległego muru.- Kiedyś był zupełnie inny- dodał ponuro.
-Co się z nim dzieje?- Zapytałem.
Cristian spojrzał na mnie z boku, mówiąc.
-Jest tam już trzy dni i nic się nie zmienia. Zamknięcie nic nie pomaga i, chociaż próbuje z tym walczyć... Jest jeszcze gorzej, Rafael. Nikt nie powie tego głośno, ale Gabriel... On staje się jednym z Nich- powiedział cicho nerwowo obracając na nadgarstku gumową bransoletkę.
Cofnąłem się powoli.
-Jak to??
-Ma ślady... Nie wiem, skąd; ale.. Chciał się zabić, bo powiedział... Powiedział...- Cristian urwał nagle i zacisnął zęby.- Gabriel nie chce być jednym z nich.
Osłupiałem pod wpływem nadmiaru faktów.
-Zaraz... Przewiń. Gabriel został ugryziony i od trzech dni jest pod nadzorem, a zamiast być coraz lepiej, jest zupełnie odwrotnie?- Zapytałem zdumiony.
-Właśnie- potwierdził ponuro. Bez słowa ruszyłem do drzwi.- Dokąd idziesz? 
[***]
Kiedy dotarłem do celi, drzwi były otwarte na oścież. Słychać było kilka podniesionych głosów.
Wszedłem z rozpędu i nagle nogi wrosły mi w próg.
-Ojcze Święty- zacząłem z czcią, czując że Cristian wpadł na mnie. Po chwili ten stan oszołomienia minął i podszedłem do papieża, chcąc należycie go powitać. Nie pozwolił mi i znacząc krzyż na moim czole powiedział:
-Zostań i zrób, co możesz- powiedział patrząc mi w oczy.
Nie mogąc wykrztusić z siebie słowa, skinąłem głową. Postać w białej sutannie i piusce minęła mnie wychodząc.
Giaccomo i Joseph skracali łańcuchy kajdanek. Kiedy skończyli Jo podszedł i zapytał:
-Dasz sobie radę sam?
Zamrugałem i spojrzałem na starego przyjaciela mówiąc krótko:
-Nie mam wyboru, Jo.
-Przyniosę, co potrzebne. Cristian, pomóż mi- zwrócił się do brata Gabriela, a ten niechętnie wykonał prośbę.

Pół godziny później w celi pojawił się brezentowy worek wojskowy.
Gabriel otworzył oczy i podnosząc głowę spojrzał na mnie czarnymi oczami.
-Czemu mnie po prostu nie zabijesz?- Drgnąłem słysząc w jego słabym głosie żal.
-Bo Victoria by za tobą tęskniła- skłamałem i wróciłem do grzebania w worku. Zacisnąłem dłoń na wiązanym pakunku i wyciągnąłem go.
Rozwiązałem sznurek. Święcona sól. Postawiłem ją obok i zacząłem wyjmować resztę potrzebnych rzeczy.
Srebrny krzyż, poświęcona sól, brewiarz i szkaplerz z wizerunkiem archanioła Gabriela.
-Co robisz?- Zdziwił się Cristian.
-Próbuję go ratować- rozsypałem sól tworząc z niej półokrąg, przed którym wysypałem także imiona przykutego, pomiędzy którymi ułożyłem krzyż i szkaplerz.- Musisz zostawić nas samych.
-Rozumiem, choć tego nie chcę- odpowiedział patrząc na półprzytomnego brata smutno. Po chwili odwrócił się i zniknął za metalowymi drzwiami.
-Skłamałeś, Raf- byłem niezmiernie zaskoczony, że w tym stanie mógł jeszcze mówić. Te wygłodniałe, czarne oczy wpatrywały się we mnie dziwnie spokojnie.- Nie znosisz mnie, bo jesteś zazdrosny o Vix i boisz się, że ją skrzywdzę..
-To nie tak- zacząłem zaskoczony.
-A niby jak.? Od kiedy się znamy, traktujesz mnie jak piąte koło u wozu. Obrywam za byle co. Niby czemu pozwoliłeś Victorii mnie uczyć, skoro sam mógłbyś to robić?
-Przestań mówić głupoty- żachnąłem się.- Może i jestem o nią zazdrosny, ale Victoria sama poprosiła, żeby móc cię uczyć. To wszystko było zaplanowane, bo wiedzieliśmy, że nas śledzisz- nie pozwoliłem mu dojść do słowa, kontynuując.- Sprawdziłem cię i dowiedziałem się o tobie wszystkiego, czego potrzebowałem; ale wiem coś jeszcze.
-Niby co?- Zapytał próbując zachować obojętność.
-Nie jesteś do końca tak zepsuty, jak o sobie mówiłeś- oznajmiłem spokojnie, otwierając brewiarz.- Zamknijcie kazamaty- zwróciłem się do księdza posiadającego klucze.

Na każde boskie wezwanie Gabrielem wstrząsały dreszcze, a zza warg wyrywał się wrogi syk.
Modliłem się uparcie, nawet wtedy, gdy pod wpływem niemożliwego wiatru półokrąg z soli zmienił się w słońce niszcząc imiona egzorcyzmowanego i tworząc z nich promienie. Pozostałe drobinki soli zasypały szkaplerz i krzyż.
-Lepiej byłoby doprowadzić to do końca, albo go zabić- odezwała się Giulia.
-W Watykanie nie masz prawa głosu, poza sprawami Sabatu- upomniałem ją obojętnie.
Gabriel powoli uniósł powieki.
-To nie ma sensu, Księżulku- uśmiechnął się słabo, a te czarne oczy przez moment przybrały znajomy zielony odcień. Zaraz znowu tęczówki przeistoczyły się w czarne kule.
-Morda, Tępa Mózgownico. Wyjdziesz z tego- oznajmiłem chłodno, przeszukując modlitewnik.
Nic. Gorączkowo szukałem innej modlitwy, która mogłaby...
Odezwały się dzwony. Blondyn poderwał głowę i spojrzał tępym wzrokiem w okno. Giulia obserwowała go uważnie. Sam ze zdziwieniem pojąłem, że ten dźwięk nawet go nie ruszył, a sanguisuga noctem wręcz nie znoszą bicia dzwonów.
-Niemożliwe- szepnęła zdumiona.
Chłopak sięgnął ręką i biorąc garść soli, przesypał ją między palcami patrząc w zamyśleniu na wirujące w powietrzu drobinki. Żaden z nich nie mógł dotknąć poświęconych rzeczy.!
-Co jest, do...?- Zacząłem powoli.
Spojrzał na Giulię, a oczy po raz kolejny zmieniły kolor. Tym razem na ciemny błękit.
-Trzymaj się z dala ode mnie, ty cuchnąca krwią bestio- powiedział melodyjny głos, a ja aż zachłysnąłem się tlenem.
-Kim jesteś, żeby mnie obrażać, ty...?- Zaczęła ze złością robiąc krok w stronę półokręgu.
Nicolae Bordeyan powrócił. Dźwignął się z podłogi i zanim zdążyłem ogarnąć całą sytuację, chwytając Giulię za gardło trzasnął nią mocno o mur.
Kopnęła go i wyrwała się. Sekundę później oplótł jej łańcuch wokół szyi i przyciągnął ją spowrotem.
-Czy wyraziłem się dość jasno?- Zapytał lodowato i groźnie.
Od drzwi rozległa się przyciszona kłótnia, a po chwili Cristian wpadł do środka, stanął jak wryty, po czym cofnął się w tył.
-Niech mnie pchły zagryzą- wypalił w głębokim oszołomieniu, wpatrzony w to niewytłumaczalne zjawisko.
Tamten odepchnął od siebie Posłańca Cienia z miną pełną obrzydzenia i zwrócił oczy na młodego lekarza.
-Witaj, Wilczku- rzucił pieszczotliwym tonem. 
Obserwowałem Cristiana. Stał z rękoma skrzyżowanymi na piersi i przyglądał się ciemnoniebieskim oczom.
-Cześć, Duszku- burknął nie kryjąc niechęci.- Skoro już jesteśmy po powitaniu, oddaj mi brata- powiedział chłodno.
-Gabriel Damon potrzebuje odpoczynku- zaczął ze spokojem Nicolae.
-Jakby cię to obchodziło!.- Syknął poirytowany Cristian.
-Chyba źle się wyraziłem: Gabriel chce odpocząć- poprawił się z naciskiem. Zwrócił wzrok na mnie.- Krąg solny pomaga.
-Czy Gabriel czegoś potrzebuje?- Zapytałem zaniepokojony, bo nieco obawiałem się Alter ego blondyna.
-Wiesz, dlaczego tak cierpi, a przemiana nie dochodzi do skutku?
Pokręciłem odmownie głową, zastanawiając się, co on wie, czego ja nie wiem.
-Woda święcona. Obalił flakon, zanim został ugryziony- oznajmił nadal spokojnym tonem.
Cristian spojrzał na mnie pytając, o co tu chodzi; jednak nie spuściłem oczu z sobowtóra, pytając:
-Co może się stać?
Lazurowe tęczówki spojrzały na mnie z zastanowieniem.
-Istnieją dwie możliwości: dojdzie do niepełnej przemiany, albo Gabriel Damon umrze z wycieńczenia- przemyślał własne słowa i drgnął- jest jeszcze trzecia opcja: jako druga dusza mogę mu pomóc; ale to będzie kosztować.
-Ile?- Zapytał ostro młodszy brat Gabriela.
-Co zamierzasz zrobić?- Zapytałem krótko.
Nicolae Bordeyan uśmiechnął się diabelsko.
-Jedyne, co można zrobić to zabić Leę Grayson.
-Byłą Gabe'a? Po co?- Zapytał zaskoczony Cristi.
-To ty ją znasz?- Zdziwiłem się.
-Taa. Pamiętasz tę lekarkę ze szpitala? Powęszyłem trochę i okazało się, że należy do Hydry. Vincenzo przyskrzynił ją tydzień temu. Podobno w Hydrze nazywali ją Myszą- opowiedział pokrótce.- Z kolei parę miesięcy temu, wykradła z chłodni patologa zwłoki kobiety- uniosłem brew, pytając co to ma wspólnego z Gabrielem.- Widzisz ten trup był Wężem i nie uwierzysz, jak się nazywała.
-Chyba nie Leah Grayson?- Zapytałem wiążąc fakty.
-Bingo- powiedzieli równocześnie Cristian i Nicolae.
-Z tego, co wyśpiewała Mysz wynika, że Leah przez dłuższy czas była dawcą dla wampira- powiedział z obrzydzeniem Cristian.
-Kielichem, ignorancie- poprawiła Giulia z ostentacyjnym prychnięciem.
-Na pewno wiedziała, że Gabriel spróbuje ją ukatrupić, więc wymogła na tym krwiopijcy...- kontynuował, ignorując uwagę rudej.
-Nie mogła tego wymusić. Nie na nim- przerwał mu rzeczowo Bordeyan.
Cristian spojrzał na niego obojętnie.
-Niby skąd możesz to wiedzieć?- Zapytał z niedowierzaniem.
-Otóż stąd, że tym krwiopijcą, z którym Leah zawarła układ jest Vlad Draculea. Właściwie układ jest tu złym określeniem, bo ta kobieta...- Nicolae przerwał na chwilę, by zebrać myśli, ale Giulia dokończyła za niego mówiąc:
-Leah musiała się Vladowi wyjątkowo przysłużyć- oznajmiła ze spokojem.- Dla wszystkich sanguisuga noctem, On jest tym samym, czym dla praktykującego katolika Bóg. Czym dla ciebie Alfa, kundlu- dodała z pogardą wobec Cristiana.
-Wisi mi twoje "kundlowanie"; Wampirku- odparł obojętnie chłopak- a wracając do tematu, co w tym Draculei jest takiego ciekawego, że na sam dźwięk tego imienia trzęsiesz się ze strachu?- Uśmiechnął się drwiąco.