poniedziałek, 30 listopada 2020

notka

 Kon'nichiwa minna! 

Staram się wrzucać na bieżąco, ale różnie to wychodzi

Dzisiaj kolejne wpisy poszły 

miłego czytania 

Arigatou 

Oyasumi

Watashi no Akuma 2 Rozdział IX: Kłamstwa i kłamstewka

 Rafael J.White

Yennefer czytała książkę, a Jo siedział obok i układał kazanie na jutrzejszą mszę. 

Siedziałem nieopodal przy biurku otaczając dłońmi kubek gorącej kawy. 

-Myśli ksiądz, że na pewno tak będzie dla niej lepiej?- Zapytała nastolatka zza lektury. 

-Taką mam nadzieję; ale nie do końca wiem, czy to dobry pomysł- westchnąłem ciężko. 

Yennefer rzuciła tom na stolik, a Jo na dźwięk głuchego trzasku aż się wzdrygnął. 

-Nie podoba mi się to- powiedziała z przekonaniem.- Co, jeśli Victoria w końcu dowie się prawdy?- Zapytała rozsądnie. 

Sam się tego obawiałem. Znałem Vix trochę czasu i wiedziałem, że nienawidzi być okłamywana. 

-Nie wiem, co wtedy- westchnąłem ciężko. 

Yennefer wstała i podchodząc do fortepianu podniosła pokrywę klawiszy. Zagrała kilka nut. 

-Kompletny dupek z niego- mruknęła siadając przed instrumentem. Po chwili pokój wypełniła wolna melodia, którą rozpoznałem od razu. 

Marsz pogrzebowy Chopina. 

Jo podniósł głowę i spojrzał na nastolatkę. 

-Nie wiedziałem, że potrafisz grać na zepsutym fortepianie- zauważył. 

-Naprawiłam go- odparła nieco speszona, a muzyka zamarła. 

-Jak to naprawiłaś?- Obaj zdumieni wymieniliśmy spojrzenia. 

-Nooo... Dociągnęłam trochę struny i poprawiłam młoteczki... No, potrafię to i owo- odparła czerwona, jak burak unikając naszego wzroku. 

Wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł. 

-Jo, przypomniałem sobie; że szukasz organisty- zagadnąłem starego przyjaciela.- Myślisz o tym samym, co ja? 

Victoria, partnerka księdza Rafaela

Cześć Vix, 

U mnie w porządku, więc nie musisz się o nic martwić.

Tutaj czas płynie wolniej. Strażnicy nie są tacy źli. Wiem, że nadal możesz być na mnie zła za moją decyzję, ale nie mm nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz.. 

Jak wiesz mój wyrok to dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia w więzieniu o zaostrzonym rygorze. 

Nie skarżę się. Poza paskudnym żarciem nie jest tutaj tak źle, jestem zdrów. Nie mogę pisać zbyt dużo; bo cenzura w kiciu jest uczulona. Ci ludzie chyba nie mają życia. 

Wiem, że trudno ci się z tym wszystkim pogodzić, ale tak jest lepiej dla nas obojga. To dobry los dla mordercy, którym jestem. 

Wiem, co myślisz. Nie zaprzeczaj mi, bo taka właśnie jest prawda... 

Beze mnie Raf na pewno jest o wiele mniej nerwowy, niż zwykle. Powinnaś zapomnieć, ułożyć sobie życie na nowo. Przepraszam i dziękuję za wszystko. 

Gabriel



Jego list był taki... Oschły. Ostatnie spotkanie też nie lepsze. Odrzucał mnie i zachowywał się tak, jakbym nic dla niego nie znaczyła; i czułam się przez to okropnie. Obwiniałam się, że mogłam go powstrzymać. Jakoś przemówić mu do rozumu, ale czy bym mogła? W końcu to my sami kierujemy własnym życiem. 

Mimo to czułam, że w jakiś sposób zrobił mi to wszystko wbrew swoim uczuciom. Wbrew sobie, bo błędnie uważał, że to dla mojego dobra. 

Dla mojego dobra??! 

Kopnęłam ze złością w biurko i zaczęłam chodzić po komnacie w tę i spowrotem, próbując stłumić złość i żal. Był dupkiem, ale go kochałam i nie chciałam go stracić, jednak stojący w drzwiach i mający dziwny wyraz twarzy Rafael utwierdził mnie w przekonaniu, że stało się coś niedobrego. Przy nim stała Yennefer. 

Ja i Raf długo patrzyliśmy sobie w oczy. Był blady, a jego twarz ściągnięta. 

Wchodząc do środka zacisnął wargi w wąską kreskę. Podszedł i kładąc mi dłoń na ramieniu usadził mnie na fotelu, mówiąc: 

-Muszę ci coś powiedzieć- odezwał się cicho. Miał nieco ostrzejszy głos, więc był czymś zdenerwowany. 

Zdezorientowana zwróciłam wzrok na Yen, ale ona również była poważna, jak nigdy wcześniej.

-Raf, co się dzieje?- Zapytałam wpatrując się w oboje z niepokojem. 

Brunet nabrał powietrza w płuca i po chwili wypuścił je z cichym świstem. 

-Gabriel...- Głos dziwnie mu drgnął.- Gabriel nie żyje. 

Rafael J. White 

Victoria długo i w ciszy trawiła moje kłamstwo, po czym wybuchnęła: 

-Ty chyba sobie żartujesz- powiedziała z niedowierzaniem. 

-Niestety nie. Uczniak odszedł...- Naprawdę bolało, że musiałem ją okłamywać, ale...

To była typowo męska przysięga i żaden z nas nie mógłby jej złamać. 

Przepraszam, Vix... Wybacz mi, Boże Miłosierny... 

Gabriel... Dotrzymałem słowa. 

Gabriel, zwany więźniem 

Wiem i dziękuję, Raf... 

Przepraszam, Vix..

Quia cecidi peccatis tres.

Upadłem za trzy grzechy. Trzecim byłaś ty, Victorio.. 


-VICTORIA!- Spadłem z koi i szybko sięgnąłem do kartonu po Cerbera. 

Zostały mi ostatnie cztery piersiówki. Dante ostrzegał mnie przed tym. 

[...] chociaż lepiej popłynąłbyś pijąc... 

Pomieszane wonie współwięźniów z celi sprawiały ból.. Kolejny raz oparłem się pokusie i sięgnąłem po ukrytą pod kocem lodówkę.. 

-Co robisz..?- Spytał Chwast, a jego ciemne oczy wwierciły się we mnie. 

-Nie twój interes- miałem jeszcze pare butelek zwierzęcej krwi i oszczędzałem je na tak zwaną "czarną godzinę". Cicho zamknąłem lodówkę i ułożyłem się spowrotem na koi. 

-Nie mogę zasnąć- skłamałem. 

-Przez tę Piękną?- Zapytał od razu. 

Zerwałem się i jęknąłem obejmując się ramionami... 

Ciągle ten rozrywający mnie ból.. 

Przyrównywalny do okropnej agonii. 

-CRIIIISTO!- Zawyłem, chociaż pragnąłem stłumić w sobie ten okropny ból.- Boże Miłosierny...! 

Strażnicy pojawili się niemal od razu.

[...] chociaż lepiej popłynąłbyś pijąc...- Głos ze wspomnień doprowadzał mnie do obłędu. 

-Hej, co ci jest??- Jeden ze strażników odepchnął Chwasta, ale zanim zdzielił go pałą wyrwałem się i przyjąłem cios na siebie. Ból był nie do zniesienia i zanim klawisz zdzielił mnie drugi raz zacisnąłem dłoń na atrybucie władzy klawisza, a kiedy mocniej zacisnąłem palce, pałka rozpadła się na pół, a okruchy wysypały się zza moich palców. 

Osunąłem się na kolana i obejmując się ramionami zaryłem szczęką w podłogę celi... Moim ciałem targały głodowe torsje. Przechodziły mnie dreszcze, a krew w żyłach niemal zamarzała... 

Zza moich warg nie można było usłyszeć niczego, poza okropnym wyciem. 

Głód palił moje żyły. 

-Czy to właśnie nazwałeś piekłem, Dante?- Zapytałem z bólem, wpatrzony w sufit celi.- TO JEST TO TWOJE PIEPRZONE PIEKŁO??! VICTORIA...!

Victoria, partnerka księdza Rafaela

VICTORIA...!

Gwałtownie zerwałam się ze snu i usiadłam na łóżku tłumiąc wrzask. We śnie wyraźnie słyszałam głos Gabriela. 

Czy wypowiedział moje imię przed swą...? 

O, Boże Miłosierny... 


Mocnym ruchem pchnęłam drzwi kaplicy i ignorując ławki padłam na kolana w piżamie. 

-Victorio, czyś ty na głowę upadła? Co to za strój..?- Zdumiał się kardynał Steward. 

-Bóg nie patrzy na ubranie, tylko na to co mam w sercu- oznajmiłam smutno, ale bez wstydu; choć miałam na sobie cienką, białą koszulę nocną podszywaną na udach i ramiączkach krwistoczerwoną koronką. 

-Grzeszysz, córko- oznajmił cicho. 

-Właśnie chcę się wyspowiadać- odparłam śmiało.- Ja już nie wiem, co jest prawdą; a co snem; ekscelencjo... Naprawdę nie wiem- wyszeptałam niepewnie.- Rafael powiedział, że Gabriel...- Pochyliłam głowę, bo nie chciałam, żeby ktoś poza Rafem widział, że płaczę. 

Rafael J. White 

-Tak, i do nas dotarła ta smutna informacja- powiedział cicho kardynał grając swoją rolę.- Podobno Gabriel przed śmiercią wyznał grzechy i przyjął sakramenty. 

-Gabriel był ateistą. Kto go spowiadał?- Zapytała Vix. 

-Proboszcz White- oznajmił Steward cicho. 

-Jak Gabriel odszedł?- Zapytała z rozpaczą; próbując wstrzymać szloch. 

-Spokojnie. Poprosił, abym go dobił- wiedziałem, że to odpowiedni moment, by wtrącić się do rozmowy. 

Dostałem od niej siarczysty policzek, ale zabolał o wiele mniej, niż kłamstwa; którymi ją karmiłem. 

-JESTEŚ PODŁYM... PODŁYM ŁAJDAKIEM! JAK MOGŁEŚ TO ZROBIĆ...?!- Spodziewałem się wybuchu tego niszczycielskiego wręcz gniewu, ale (choć z trudem) utrzymałem pokerową twarz. 

-Nie mogłem odmówić mu ostatniej posługi. Nie tylko jako prezbiteriusz, ale i człowiek- powiedziałem ze wzrokiem utkwionym w podłodze kaplicy. 

-Jesteś potworem, Rafael- wyrzuciła mi krztusząc się łzami. 

Trochę pokrzyczy.. Popłacze i wreszcie zapomni- wspomniałem słowa Gabriela ponuro. 

-Myślisz, że nie jest mi z tym ciężko?- Zapytałem z goryczą, dobrze grając swą rolę- Nie jestem Deus ex-machina, na Miłosiernego Stwórcę...!. Victoria...- powiedziałem łagodnie, wyciągając do niej rękę. 

-Nie dotykaj mnie!- Odwarknęła ostro odsuwając się z obrzydzeniem w tych srebrnych tęczówkach. 

-Victoria- nadal kłamiąc spuściłem głowę, ale ona minęła mnie bez żadnego słowa. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Wróciłam do pokoju i ubierając się otarłam łzy rękawem grubej bluzy. Czułam się okropnie i miałam ochotę wyć z rozsadzającego mi serce bólu. Nawet łzy nie pomagały mi pozbyć się tej beznadziei. 

Ktoś miarowo zapukał do pokoju. Poznałam, że to Rafael, ale nie chciałam go widzieć. 

Byłam na niego wściekła. Jak mógł zrobić coś tak okrutnego i podłego wobec mnie?. 

Pukanie ucichło, a potem usłyszałam powoli oddalające się kroki księdza. 


Usiadłam na zeschłej, nieośnieżonej trawie opierając się o tył płyty jakiegoś Valentine'a. Pod jego grobem leżał bukiecik ciętych herbacianych róż. Jak na zimowy chłod nadal wyglądał na świeży. Przypomniałam sobie, że kiedy Gabriel był na wolności, nie przechodził obojętnie właśnie obok tego grobu. Nie miałam odwagi zapytać go wtedy, kim był ów człowiek i czy był Gabrielowi w jakiś sposób bliski, a teraz już nigdy się tego nie dowiem. 

-To takie podobne do Damona- obok mnie odezwał się głos Yen. Siedziała na grobie obok i patrzyła w dal.- Umrzeć jak kompletny idiota i do samego końca być pieprzonym dupkiem- dokończyła z cichym westchnieniem podrzucając jeden ze swych noży. 

Spojrzałam na nią z boku smutno. 

-Gabriel nie był dupkiem.- zaprzeczyłam cicho. 

-Ale zachowywał się jak dupek. Nie powinnaś mieć żalu do księdza Rafaela- odezwała się, obracając w palcach herbacianą różyczkę patrzyła na nią, a na jej twarzy gościł smutek. 

-Jak to nie? Raf sam przyznał się, że dobił Gabriela- odburknęłam obrażona. 

Yennefer zerwała się z nagrobka tak szybko, że aż się przestraszyłam. Z kwiatem w palcach patrzyła przez chwilę na księżyc. 

Zeskoczyła z poziomej płyty i podchodząc usiadła obok i obejmując mnie ramieniem zajrzała mi głęboko w oczy. 

-Posłuchaj- powiedziała bardzo cicho.- Znałam Damona sporo czasu i nikt, nawet Wąż, nie znaczył dla niego tyle; co ty. Nikt- w tej chwili w głosie miała ten sam chłód, co Gabriel, kiedy spotkaliśmy faceta, którego nazwał Lau'em. 

-Yennefer.. Kim jest Lau?- Zapytałąm.

Dziewczyna bardzo powoli zwróciła twarz w moją stronę. 

-Skąd znasz przywódcę Smoków?- Zapytała, a jej twarz, jak na dziewczynę z Mafii, pełna była strachu. 

-Znali się z Gabrielem- to imię ciągle sprawiało mi niewyobrażalny ból, bo.. Kiedy je wymawiałam, serce ściskała niewidzialna pięść, a gardło zaciskało uczucie ogromnego żalu... 

-Za założyciela Hydry, Lau szkolił Damona. Potem odszedł i stworzył Smoki- odpowiedziała beznamiętnie.- Staliśmy się konkurencją, ale Damon mimo tego zawsze szanował Lau'a. 


Moje drzwi zawsze są dla ciebie otwarte...- Chińczyk zwracał się do Gabriela z pewnym uczuciem, mimo że blondyn dwa razy go obraził. 


Podjęłam decyzję bez zastanowienia. 

-Chcę spotkać się z Lau'em- oznajmiłam wstając. 

Czarnowłosa z siwym pasmem włosów po jednej stronie twarzy spojrzała na mnie z przerażeniem, jakby sądziła; że oszalałam. 

-Nie ma mowy! Smoki nie dopuszczą nas do swojej Głowy- oznajmiła. 

-Jakich nas? Idę tam sama- ruszyłam z miejsca.

Yen złapała mnie za ramię i obróciła ku sobie. Nawet się nie zorientowałam, że mam przy tętnicy jeden z jej noży, ale ona... Miała szpic kołka przy piersiach. 

-Smoki cię zabiją- powiedziała z chłodem.- Jeżeli nie masz Lotosu, nie masz czego tam szukać- dodała grobowo. 

-Mówisz o tym?- Zza grubej bluzy wyciągnęłam breloczek z motywem smoka z orientalnym kwiatem na nozdrzach. 

Yen zamarła w bezruchu, szepcząc samymi wargami: 

-Skąd to masz..?- Bardzo powoli, jakby w zwolnionym tempie, opuściła nóż. 

-Gabriel...- Z trudem zapanowałam nad drżeniem głosu.- Przysłał mi to, zanim... 

-Rozumiem- powiedziała cicho.- Idziemy- rzuciła z chłodem. 


Watashi no Akuma 2 Rozdział VIII Pragnienie

Gabriel, zwany więźniem

Po tygodniu wróciłem do twierdzy i od razu stanąłem przed naczelnikiem więzienia. 

-Rozkujcie go i zostawcie nas samych- nakazał Bonetti, a strażnicy wykonali swoją robotę i odeszli. 

-Nowe metody tortur?- Zapytałem kwaśno. 

-Chcę wiedzieć, kim ty właściwie jesteś, Borgia- oznajmił pan i władca tego całego bajzlu obserwując mnie na równi z zaintrygowaniem, jak i przestrachem. 

Spojrzałem mu prosto w oczy i upiłem łyk Cerbera. 

-Powinien to pan zostawić w spokoju dla własnego bezpieczeństwa- oznajmiłem nie pokazując po sobie żadnych emocji. 

-Wiesz, że muszę utrzymać was wszystkich w ryzach- odwarknął groźnie- a twoja choroba rzuca się w oczy. 

-To nie jest choroba, Naczelniku- oznajmiłem nadal obojętnie, a starszy jegomość aż zakrztusił się powietrzem. 

-Więc, jak niby mam to nazywać? Jak mam określić to, że pijesz zwierzęcą krew, potrafisz zmusić kogoś, żeby zrobił co będziesz chciał i te inne, niepojęte rzeczy?. Musiałem sporo przekręcić w ostatnim raporcie, a zwłaszcza to, że miałeś przy sobie niebezpieczny przedmiot. 

-To nie przedmiot, tylko srebrny kołek- odparłem z chłodem. 

-Chcesz, żeby strażnicy cię złamali?- Zapytał z diabelskim błyskiem w oku. 

-Prośby zawiodły, więc przechodzimy do gróźb?- Zakpiłem.- Nie boję się oberwać pałą, a nie jesteście zdolni mnie zranić, a tym bardziej zabić. 

-Każdego można zabić i upozorować samobójstwo lub nieszczęśliwy wypadek- był z niego kawał upartego sukinsyna. 

-Mnie nie zabijesz byle czym i byle jak- powiedziałem.- Gdybym nie nauczył się anielskiej wręcz cierpliwości i kontroli nad sobą, rozniósłbym w pył ten burdel- ciągnąłem chłodno- potrafię nie tylko nakłonić ludzi, żeby robili, co chcę. Mam też kilka innych zdolności. Serce ci wali ze strachu- zagadnąłem wyjątkowo lekkim tonem- uspokój się, bo padniesz na zawał, naczelniku- odsłoniłem w uśmiechu wydłużające się kły ale nie chciałem go skrzywdzić, tylko trochę nastraszyć. 

Rozchylił usta. Wpatrując się we mnie z trwogą trząsł się jak osika na wietrze. 

-Gadaj kim jesteś, albo każę moim podwładnym tak ci dokopać, żebyś pamiętał przez miesiąc- warknął rozdrażniony. 

-I tak oto z gróźb przechodzimy do wzbudzania postrachu i szastania swoją władzą- odparłem znudzonym tonem podrzucając dość masywnego, kryształowego orła. 

-Odłóż to na miejsce- rozkazał zimno. 

Tym razem posłuchałem i odłożyłem bibelot na biurko. 

-Nie chce pan wiedzieć, kim jestem- trafiła kosa na kamień, bo byłem bardziej uparty od niego.- Gdybym wiedział, że pan nie odpuszcza, skasowałbym pamięć wam wszystkim, a nie tylko paru lekarzom- okrążając biurko jednym szarpnięciem posłałem biurowy fotel wraz z siedzącym na nim szefem zakładu karnego pod ścianę, a po chwili przyklęknąłem spokojnie przy facecie, a w jego oczach dojrzałem moje w barwie krwi. Długo i w ciszy patrzyłem w oczy mężczyzny, wwiercając się wzrokiem w jego umysł i duszę. 

-Cofnij się, bo wezwę strażników- zaczął starając się zapanować nad ogarniającym go lepkim przerażeniem. Odrobinę przyspieszony rytm jego serca zmienił się w galop, a mężczyzna oddychał ciężko i trząsł się, a na jego czole skroplił się pot.

Nadal w milczeniu go obserwując, bardzo powolutku przejechałem językiem po górnych kłach i poczułem rażący ból, gdy wysunęły się mocniej. 

Smakowita woń kusiła nie do opisania. Była przesłodka i przyprawiała mnie o zawroty głowy, wzmagając to nieprzyjemne odczucie i doprowadzając do szaleństwa. Upijałem się samym zapachem, który rozpalał moją nienasyconą żądzę do białości i ledwie nad sobą panowałem. Krew naczelnika nie była samym cukrem zmieszanym z wodą- była czymś zdecydowanie smaczniejszym.. 

-Odsuń się, Borgia, dobrze ci radzę- Drżący głos wybudził mnie z letargu i nieco zaskoczony zamrugałem szybko powiekami, a potem odsunąłem twarz od jego. 

-Przepraszam, naczelniku- odparłem schrypłym głosem i cofnąłem się za biurko próbując przywołać się do porządku. 

Na zapach tej krwi prawie dostałem szału. Rozproszył mnie do tego stopnia, że na kilka długich minut utraciłem nad sobą kontrolę i prawie zapomniałem, że przysiągłem sobie nigdy nie napić się ludzkiej krwi. Zmarszczyłem czoło i brwi starając się dociec, jak doszło do tego, że moim ciałem na dłuższy czas zawładnął instynkt krwiopijcy. 

Bonetti z wahaniem wstał z obrotowego krzesła. Jednak zaraz po chwili odzyskał spokój i swój sadyzm, którego wszyscy tutaj się obawiali. 

-Nie patrz na mnie spode łba, morderco- oberwałem pałką w żebra, ale nawet nie poczułem bólu. Nadal stałem w bezruchu i wlepiając w niego nieruchomy wzrok, zastanawiałem się, jak mogłem przestać nad sobą panować.

-Czyżby ktoś użył na mnie Wpływu?- Zapytałem sam siebie na głos. 

-O CZYM TY BREDZISZ??- Zapytał głośniej wstrząśnięty Bonetti. 

-Nie, to niemożliwe- byłem tak zamyślony, że zignorowałem jego pytanie. Sięgnąłem po piersiówkę i zupełnie nagle w dłoń złapał mnie mocny skurcz. Palce zacisnęły się mocno i zmiażdżyły manierkę, która rozpadając się rozbryzgała wokół narkotyk. Części naczynia rozprysnęły się raniąc wnętrze mojej dłoni i opadając na podłogę. Większe z nich z głuchym trzaskiem rozleciały się po podłodze, a zapach mieszanki ziół rozniósł się po pomieszczeniu otrzeźwiając mnie i odpędzając na jakiś czas pragnienie.

-J-Jak...?- Wyszeptał wstrząśnięty, rozglądając się po okruchach i szczątkach naczynia leżącego na podłodze. Potrząsnął mną mocno.- Jak to się stało?? 

-Niech pan wezwie strażników, żeby zabrali mnie do celi- powiedziałem cicho. Musiałem zająć czymś ręce, więc zacząłem zbierać odłamki piersiówki. 

-Zostaw to, kto inny się tym zajmie- oznajmił krótko.- Odprowadzić więźnia- rzucił do zamkniętych drzwi, a po chwili pojawili się klawisze. 


W dzisiejszym planie dnia była kąpiel w łaźni. Każdy blok więzienia liczył około stu lub dwustu ludzi, a faceci siedzący przez lata za kratami byli wątpliwej orientacji seksualnej. 

-Idzie nasza sexy Diablica!- Rzucił ten, z którym parę dni temu urządziłem sobie bójkę w stołówce. Wykonał ordynarny gest, jakby posuwał niewidzialną panienkę.- Wykąp się ze mną przystojniaku...! 

Większość bloku zarechotała paskudnie, a ja bez słowa zacząłem zdejmować "szaraczka", jak ochrzcili uniform kiciarze. Zdjąłem spodni t-shirt. 

-No! Jaka milutka już się nie może doczekać!- Prowokował mnie dalej, ale kiedy ściągnąłem koszulkę śmiech zamarł wszystkim na ustach. 

Po chwili nerwowej ciszy rozległy się szepty, a ja czułem; jak każdy pożera wzrokiem piękną, a zarazem paskudną mitologiczną bestię o trzech łbach, którą nosiłem na plecach. 

-Qui...a- zaczął dukać jeden z zapuszkowanych niemrawo, próbując odczytać treść napisu ze wstęgi pod hydrą.

-Quia ceccidi in peccatis tres- rzuciłem z pamięci, zdejmując spodnie. Zostałem w samych slipach i przyjrzałem się starej bliźnie na nodze. 

-Jeszcze nam poligloty w pudle brakowało. Proszę, proszę- Pedzio roześmiał się drwiąco podchodząc, żeby bliżej przyjrzeć się tatuażowi na moich plecach.- Niezłe zwierzątko. Domowe?- Zakpił. 

-Jaki jest z tobą problem, człowieku?- Zapytałem ignorując jego kpiny. Zamarł w bezruchu, zaskoczony, a reszta ludzi obserwowała nas. Pośród głuchej ciszy słyszałem bicia serc i oddechy innych i czułem pomieszaną woń krwi. Odwróciłem się na pięcie i spojrzałem mu prosto w oczy.- Lubisz młodszych facetów, czy po prostu kobiety się ciebie brzydzą?- Zapytałem tonem niewiniątka nie spuszczając z niego wzroku.- To, że zazdrościsz mi boskiego wyglądu i stale do mnie zarywasz, nie znaczy; że jestem tobą równie zainteresowany.- uśmiechnąłem się pogardliwie. 

-To znaczy co?- Zapytał przytkany, tępym tonem. 

-W skrócie: ZJEŻDŻAJ PEDZIU. Zapomniałem, że do kretynów mówi się powoli i dużymi literami- przeciągnąłem się mocno. Jego pięść świsnęła w powietrzu, zrobiłem unik i szybko odwzajemniłem się tym samym. Dostał prosto w zęby i splunął krwią i wybitym zębem. 

Niemal poczułem na języku ten intensywny, słodki i metalicznie pyszny posmak. Zakręciło mi się w głowie z mieszanki bólu i przyjemności, i cofając się szybko, oparłem się o jedną ze ścian, przymykając oczy i krzywiąc się. 

-Wszystko gra, Diablica?- Chwast ruszył krok w moją stronę,  ale warknąłem ostro: 

-Nie zbliżaj się!.- Zacisnąłem dłoń na jednej z rurek, by utrzymać równowagę, a kiedy odzyskałem spokój zdjąłem slipy i wchodząc pod najbliższy natrysk odkręciłem lodowatą wodę. Pierwszy kontakt z zimną cieczą sprawił, że zatrząsł mną dreszcz. 

Chwilę potem jednostajny szum wody był słyszalny ze wszystkich natrysków. 

Opierając przedramię o pokrytą płytkami ścianę pochyliłem głowę i spojrzałem na swoje stopy. To był już drugi atak głodu tego samego dnia i ten był o wiele gorszy, niż w biurze naczelnika. Na widok krwi mój wzrok wyostrzał się do granic możliwości, a oczy nabierały bestialskiego wyrazu. Przez kark, wzdłuż kręgosłupa przechodziło mrowienie, a kły i głowa pulsowały ostrym bólem. Miałem ochotę przyciągnąć go i rozszarpać jego tętnicę, słysząc w uszach miarowe dudnienie tłoczących krew serc. Ogarniała mnie irytacja. 

Trzasnąłem lekko pięścią w płytkę i zakląłem cicho. Lodowata woda powoli tłumiła żądzę, która skrywała się, żeby uśpić moją czujność, by w najmniej odpowiednim momencie zaatakować i pozbawić mnie tej słabszej, ludzkiej części mojej natury.

niedziela, 29 listopada 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział VIII: Pragnienie

Zabolało.
Jakby ktoś wyrywał mi z ciała żyły. 
Ta jedna woń... Zapach Naczelnika. Oni nie będą mogli mnie powstrzymać, jeśli oszaleję z głodu. 
-Anioł... Pozwól mi stąd wyjść! CHRYSTE... TO BOLI! 
Kilku strażników mnie unieruchomiło, a jeden z nich sięgnął po piersiówkę w mojej kieszeni... 
-Nie chcę Cerbera!- Wytrąciłem klawiszowi z ręki butelczynę, która pofrunęła w powietrzu i odbiła się od ściany. 
-No to, czego chcesz??- Wybuchnął naczelnik twierdzy rozzłoszczony. 
Chociaż czułem rozrywający ból, wiedziałem; że nie mogę żądać zbyt wiele. 
-Wepchnijcie mnie do pojedynki... Potrzebuję- z bólu zaryłem mordą w podłogę- potrzebuję... Zwierzęcej krwi... INACZEJ OSZALEJĘ...! ZWARIUJĘ- tym razem ból był o wiele gorszy, niż rozrywanie na strzępy, które przedtem porównywałem do agonii. 
To była agonia. 
W czystej postaci. 
Jakby ktoś rozrywał mi ciało i duszę w tym samym czasie... 

Powinno w końcu do ciebie dotrzeć to, iż jesteś w sytuacji bez wyjścia. 
Już uzależniłeś się od Cerbera, a przyjdzie taki moment; że wreszcie twój organizm uodporni się na działanie narkotyku. 
Będziesz szukał większego odlotu i wreszcie zapomnisz, że chciałeś za wszelką cenę pozostać człowiekiem. 
Zatracisz się i przełamiesz swoje idiotyczne i niemniej żałosne opory... 

Z trudem drugi raz postanowiłem odebrać sobie życie. 
Prędzej zejdę, niż napiję się ludzkiej krwi..
Udław się, Dante. 

Sięgnąłem do jednej z kieszeni więziennego łacha i wciskając przycisk, bez lęku nadziałem się na kołek. 
[***] 
I po raz drugi chybiłem. 
Na stole operacyjnym podniosłem się do pozycji siedzącej. 
-Jezu Chryste, on nie śpi??- Pytaniu zawtórował głuchy trzask mdlejącego pierwszego chirurga. 
-O BOŻE... ON NIE MA PULSU- wyszeptała słabo anestezjolog. 
-Nie mam pulsu, bo już jestem martwy. Przynajmniej dla was- odezwałem się nieco zamroczony.- Gdzie jestem?- Zapytałem całkiem rzeczowo. Anestezjolog wpatrywała się we mnie z trwogą. 

-Teraz powiesz mi, gdzie jestem; Drino- oznajmiłem patrząc kobiecie prosto w oczy. Miałem zbyt mało Mocy, żeby utrzymać Wpływ przez dłużej, niż kilka sekund.- Odpowiedz, Drino. 
-Jesteś w szpitalu, niecały kilometr od więzienia, w którym cię osadzono- oznajmiła drżącym tonem, więc połączenie się rwało. 
-Rozumiem, dziękuję- w tym momencie, całkiem świadomie, zerwałem Moc Wpływu i opadłem na stół. 

-Coś ty zrobił tym ludziom, Borgia???- Wyszeptał "Anioł". 
-Masz zwierzęcą krew?- Zaczynałem odpływać. Już ledwie trzymałem się jawy. 
Bez słowa wyciągnął z przenośnej lodówki butelkę. Powąchałem zawartość i odrzuciłem naczynie szybkim ruchem; sycząc przez zęby: 
-To ludzka krew!!- Powiedziałem z nienawiścią.- Chciałem zwierzęcej! CZEGO, KURWA, NIE ROZRÓŻNIASZ??! 
Anioł cofnął się o kilka kroków i oparty o ścianę, osunął się na podłogę, szepcząc: 
-Spotkałem kogoś... Wyższy od ciebie, oczy jak zaschnięta krew... On.. Kazał ci coś powiedzieć- powiedział nieswoim głosem. 
-DANTE.- Z trudem się uspokoiłem.- Mów. 
Klawisz nabrał powietrza i rozpoczął tymi słowy: 
-Witaj, Gabrielu- powiedział szeptem porównywalnym do głosu Dantego.- Podziwiam twą siłę i nieugiętość, ale ile jeszcze wytrzymasz tę pokusę?? Jesteś głupcem, myśląc; że nie zapragniesz ludzkiej krwii. Poczułeś już smak agonii i przedsmak piekła; które czeka cię, jeżeli nie zaczniesz pić? 
-ZAMKNIJ SIĘ!- Krzyknąłem drżąc z bólu i wściekłości.- Cristo...!! 
Strażnik nagle ocknął się ze swojego stanu. 
-Dałem dupy...?- Zapytał. Jednak nagłe coś sobie przypomniał. Wyciągnął radiostację i rzucił coś do swoich. 
Znowu odleciałem... 
[***]
Godzinę lub dwie później. 
-Świat się jeszcze kręci. Jak nieźle popieprzona karuzela- skomentowałem. 
-Borgia- zwróciłem wzrok na Naczelnika twierdzy- nie wiem, jak to zrobisz; ale ci ludzie mają zapomnieć to wszystko- oznajmił tonem rozkazu. 
Uśmiechnąłem się słabo. 
-Już nie dołożycie mi do wyroku. Poza tym, żeby wymazać im wszystkim pamięć, potrzebowałbym chyba cysterny zwierzęcej krwi- zauważyłem obojętnie. 
-Anioł powiedział...- zaczął, naczelnik Bonetti.
-To nie był Anioł. Przez niego mówił ktoś inny.- Jeden ze strażników przyniósł przenośną lodówkę i opierając ją na krańcu łóżka podał mi butelkę. 
Odkręciłem i powąchałem zawartość. 
-Zwierzęca. Niedźwiedzia- oznajmiłem z namysłem, a naczelnik mamra gapił się na mnie zszokowany. 
-Skąd ty...?- Zaczął zatrwożonym szeptem. 
-Im mniej pan wie, tym lepiej dla pana- oznajmiłem spokojnie. 
-Co znaczyło, że "w końcu poddasz się pokusie"?- Zapytał po dłuższej ciszy. 
-Naprawdę im mniej Naczelnik wie, tym lepiej- odparłem cicho i wlałem w siebie pół dwulitrowej butelki.- Słodka... I cuchnie rybami- zaśmiałem się cicho pierwszy raz od dawna. Mój własny śmiech wydał mi się strasznie pusty i obcy. 
-Chcę wiedzieć, szurnięty psychopato- warknął, a najbliższy strażnik sięgnął po pałkę. 
-Lepiej nie- zwróciłem wzrok w kierunku głosu i widząc postać w czarnej sutannie z koloratką przy szyi. 
Te przydługie brązowe włosy i patrzące spod krzaczastych brwi bladoniebieskie oczy... 
-Rafael- szepnąłem niemal. 
-Cześć, Tępa Mózgownico- rzucił. 
-Brakowało mi tego, Panie Zarozumiały- odparłem, a Bonetti gapił się na Rafa zaskoczony.
-Chcesz się wyspowiadać?- Mrugnął do mnie tak samo, jak wtedy podczas tamtych kręgli, gdy Vix była jeszcze szczęśliwa. 
-Jak na ateistę, bardzo chętnie- odparłem krótko. 
Raf zdjął kurtkę i wychylił się za drzwi, mówiąc: 
-Jo, możesz podrzucić Sakrament?- Rzucił żegnając się odruchowo. 
-W przeciwieństwie do ciebie, ja zawsze przygotowany- odrzekł ksiądz Joseph, a naczelnik i klawisze wymienili zaskoczone spojrzenia. 
-Nie ma to jak kumple- Rafael przewrócił oczami ze śmiechem. 
Jeszcze nie wiedziałem, że Raf i ksiądz Joseph są połączeni pewną specyficzną więzią. 
***
Raf uprzejmie wyprosił zarówno strażników i naczelnika. Wyszli spokojnie i bez oporów.
-Nie powiedziałeś jej- zauważyłem ponuro. 
-Wiesz, że nie mogłem- odparł cicho i smutno. 
-Dokładam jej tylko bólu. Im częściej się ze mną widuje, tym bardziej cierpi, Raf. Obaj dobrze o tym wiemy- odpowiedziałem starając się utrzymać tę maskę pozornej obojętności. 
-Ty też cierpisz- a jednak.! W pewien sposób obaj, mimo kłótni i odmiennych charakterów, byliśmy dla siebie otwartymi księgami, a Rafael potrafił wyczytać ze mnie o wiele więcej; niż ja z niego i wiedziałem, że nie ma sensu łgać.
-Cierpię, ale... Próbuję zapomnieć. To najlepsze wyjście.. 
-Ale nie potrafisz- wyrzucił mi z goryczą. 
-To byłoby o wiele prostsze, gdybyś jej powiedział. Pokrzyczałaby, popłakała i w końcu..- Kolejny raz poczułem ten mroźny powiew w sercu. 
-I w końcu co? Znienawidziłaby cię?- Przerwał mi ostro. 
Upiłem łyk zwierzęcej krwi, mówiąc:
-Może to najlepsza droga, Rafael?- Zapytałem w zamyśleniu.- Najłatwiej nienawidzić kogoś, kogo się kiedyś kochało. 
-Wmawiasz to zarówno sobie, jak i Vix.- Powiedział zimno.- Ona cierpi. Widziałeś jak wygląda? Przyjrzałeś się jej??
-Właśnie dlatego to robię, Rafael- powiedziałem cicho.- Im szybciej zapomni, tym lepiej... 
-Dla kogo? Ciebie?- Przerwał mi zły. 
-Dla nas wszystkich- odparłem poważnie.- Przesiedzę w twierdzy resztę życia, jeśli prędzej nie zejdę z pragnienia. I nie chcę, żeby Vix rozpaczała nad moim marnym losem. Dostałem to, na co zasłużyłem i ponoszę konsekwencje własnych głupich decyzji. Mam tego pełną świadomość- dodałem brutalnie. 
-Boże Miłosierny... Ty naprawdę masz zakuty łeb, Gabriel- jęknął z porażką.- Jesteś pieprzonym durniem! 
-Wiem o tym. Niepotrzebnie pozwoliłem Victorii na przywiązanie się do mnie. Przywiązała się do mnie tak samo, jak ja kiedyś do Lei- odpowiedziałem, próbując ukryć własne uczucia: ból, gniew, a przede wszystkim żal.- Myślisz, że byłbym taki, jaki jestem; gdybym nie związał się z Leą? Wątpię. Robiłem to wszystko dla niej, bo myślałem; że mnie kochała, ale ona...- Uśmiechnąłem się krzywo.- Leah podle mnie wykorzystywała. Owinęła mnie sobie wokół palca. Jako jej prawa ręka byłem jak posłuszny piesek biegnący na każdy gwizd, Rafael, ale zanim to zrozumiałem było już za późno- dodałem dobitnie.- Gdyby miłość była jedzeniem, zdechłbym na tych okruchach, które od niej dostawałem. Zresztą teraz to i tak nie ma znaczenia...
Rafael J. White
Gabriel odwrócił głowę i wbił wzrok w ścianę. Sam ogromnie cierpiał i dźwigał na barkach ten ciężar. Sprawiał wrażenie zwykłego, buntowniczego szczeniaka, ale pod tą skorupą krył się dojrzały i poważny młody mężczyzna, który naprawdę żałował tych wszystkich rzeczy, które zrobił. 
Wzdrygnąłem się, kiedy nagle na mnie spojrzał. 
-Mógłbym mieć do ciebie ostatnią prośbę?- Zapytał cicho patrząc mi w oczy. 
-To zależy jaką- zauważyłem ostrożnie. 
Zapadła długa cisza, a Gabriel zapatrzył się na zimowe niebo za oknem. 
-Chciałbym, żebyś powiedział Victorii, że- jego głos drgnął- że nie żyję. 
Dostał ode mnie w mordę, ale nawet nie drgnął. 
-Nie każ mi o to błagać- powiedział szeptem, a gdy nie odpowiedziałem westchnął smutno.- Błagam cię... Zrób to dla jej dobra.. Proszę. 
-Nie mogę i nie proś mnie o to- odparłem ponuro. 
-Ja nie proszę. Ja cię błagam- szepnął z męką w oczach.- Nie rób tego dla mnie, tylko dla Vix.. Jeżeli ją kochasz..
Gabriel, zwany więźniem
-Szantażujesz mnie?- Zapytał z goryczą. 
-Nie. Tak będzie po prostu lepiej, zrozum to- bolało gorzej, niż razy pały wartownika w kiciu. To było cholernie trudne i było mi ciężko. Z Leą pożegnałem się bez żadnych emocji, ale Victoria była inną bajką. 
Rafael patrzył na mnie długo i w ciszy. 
-Nie chcę być podły, ale będzie ci trudno pogodzić się z konsekwencjami, jeżeli to zrobisz- zauważył. 
-Konsekwencje- wymówiłem to słowo jakby było najpaskudniejszym przekleństwem.- Wiesz, Raf... Miłość do Vix była jedynym dobrym skutkiem w moim pieprzonym życiu- wyznałem szczerze.- Rozgrzeszasz, czy dalej grasz księżulka zarozumialca?- Zapytałem próbując zdobyć się choć na słaby uśmiech; co na pewno zupełnie mi nie wyszło. 
-Rozgrzeszam. Odpuszczam twoje grzechy w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego- naznaczył w powietrzu krzyż, a ja skłoniłem z szacunkiem głowę- Amen. 
Rafael J. White
-Dziękuję, Rafael. Za wszystko- powiedział cicho wyraźnie spokojniejszy, lecz to mnie miało być o wiele trudniej; bo sam miałem się zmierzyć z rozpaczą Victorii. 
Skinąłem głową, bo gardło ściskało mi uczucie, którego nie czułem od bardzo dawna. Chęć płaczu i rozwalenia wszystkiego w zasięgu wzroku. Musiałem wyjść. 
-Rafael- mimo to głos Gabriela zatrzymał mnie w miejscu. Stałem jak głupi wpatrując się w zamknięte drzwi szpitalnej sali. - To nie jest żaden wstyd- dodał cicho, jakby wiedział, co w tamtej chwili czułem.. 
Jakby sam czuł to samo.