poniedziałek, 30 listopada 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział IX: Kłamstwa i kłamstewka

 Rafael J.White

Yennefer czytała książkę, a Jo siedział obok i układał kazanie na jutrzejszą mszę. 

Siedziałem nieopodal przy biurku otaczając dłońmi kubek gorącej kawy. 

-Myśli ksiądz, że na pewno tak będzie dla niej lepiej?- Zapytała nastolatka zza lektury. 

-Taką mam nadzieję; ale nie do końca wiem, czy to dobry pomysł- westchnąłem ciężko. 

Yennefer rzuciła tom na stolik, a Jo na dźwięk głuchego trzasku aż się wzdrygnął. 

-Nie podoba mi się to- powiedziała z przekonaniem.- Co, jeśli Victoria w końcu dowie się prawdy?- Zapytała rozsądnie. 

Sam się tego obawiałem. Znałem Vix trochę czasu i wiedziałem, że nienawidzi być okłamywana. 

-Nie wiem, co wtedy- westchnąłem ciężko. 

Yennefer wstała i podchodząc do fortepianu podniosła pokrywę klawiszy. Zagrała kilka nut. 

-Kompletny dupek z niego- mruknęła siadając przed instrumentem. Po chwili pokój wypełniła wolna melodia, którą rozpoznałem od razu. 

Marsz pogrzebowy Chopina. 

Jo podniósł głowę i spojrzał na nastolatkę. 

-Nie wiedziałem, że potrafisz grać na zepsutym fortepianie- zauważył. 

-Naprawiłam go- odparła nieco speszona, a muzyka zamarła. 

-Jak to naprawiłaś?- Obaj zdumieni wymieniliśmy spojrzenia. 

-Nooo... Dociągnęłam trochę struny i poprawiłam młoteczki... No, potrafię to i owo- odparła czerwona, jak burak unikając naszego wzroku. 

Wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł. 

-Jo, przypomniałem sobie; że szukasz organisty- zagadnąłem starego przyjaciela.- Myślisz o tym samym, co ja? 

Victoria, partnerka księdza Rafaela

Cześć Vix, 

U mnie w porządku, więc nie musisz się o nic martwić.

Tutaj czas płynie wolniej. Strażnicy nie są tacy źli. Wiem, że nadal możesz być na mnie zła za moją decyzję, ale nie mm nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz.. 

Jak wiesz mój wyrok to dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia w więzieniu o zaostrzonym rygorze. 

Nie skarżę się. Poza paskudnym żarciem nie jest tutaj tak źle, jestem zdrów. Nie mogę pisać zbyt dużo; bo cenzura w kiciu jest uczulona. Ci ludzie chyba nie mają życia. 

Wiem, że trudno ci się z tym wszystkim pogodzić, ale tak jest lepiej dla nas obojga. To dobry los dla mordercy, którym jestem. 

Wiem, co myślisz. Nie zaprzeczaj mi, bo taka właśnie jest prawda... 

Beze mnie Raf na pewno jest o wiele mniej nerwowy, niż zwykle. Powinnaś zapomnieć, ułożyć sobie życie na nowo. Przepraszam i dziękuję za wszystko. 

Gabriel



Jego list był taki... Oschły. Ostatnie spotkanie też nie lepsze. Odrzucał mnie i zachowywał się tak, jakbym nic dla niego nie znaczyła; i czułam się przez to okropnie. Obwiniałam się, że mogłam go powstrzymać. Jakoś przemówić mu do rozumu, ale czy bym mogła? W końcu to my sami kierujemy własnym życiem. 

Mimo to czułam, że w jakiś sposób zrobił mi to wszystko wbrew swoim uczuciom. Wbrew sobie, bo błędnie uważał, że to dla mojego dobra. 

Dla mojego dobra??! 

Kopnęłam ze złością w biurko i zaczęłam chodzić po komnacie w tę i spowrotem, próbując stłumić złość i żal. Był dupkiem, ale go kochałam i nie chciałam go stracić, jednak stojący w drzwiach i mający dziwny wyraz twarzy Rafael utwierdził mnie w przekonaniu, że stało się coś niedobrego. Przy nim stała Yennefer. 

Ja i Raf długo patrzyliśmy sobie w oczy. Był blady, a jego twarz ściągnięta. 

Wchodząc do środka zacisnął wargi w wąską kreskę. Podszedł i kładąc mi dłoń na ramieniu usadził mnie na fotelu, mówiąc: 

-Muszę ci coś powiedzieć- odezwał się cicho. Miał nieco ostrzejszy głos, więc był czymś zdenerwowany. 

Zdezorientowana zwróciłam wzrok na Yen, ale ona również była poważna, jak nigdy wcześniej.

-Raf, co się dzieje?- Zapytałam wpatrując się w oboje z niepokojem. 

Brunet nabrał powietrza w płuca i po chwili wypuścił je z cichym świstem. 

-Gabriel...- Głos dziwnie mu drgnął.- Gabriel nie żyje. 

Rafael J. White 

Victoria długo i w ciszy trawiła moje kłamstwo, po czym wybuchnęła: 

-Ty chyba sobie żartujesz- powiedziała z niedowierzaniem. 

-Niestety nie. Uczniak odszedł...- Naprawdę bolało, że musiałem ją okłamywać, ale...

To była typowo męska przysięga i żaden z nas nie mógłby jej złamać. 

Przepraszam, Vix... Wybacz mi, Boże Miłosierny... 

Gabriel... Dotrzymałem słowa. 

Gabriel, zwany więźniem 

Wiem i dziękuję, Raf... 

Przepraszam, Vix..

Quia cecidi peccatis tres.

Upadłem za trzy grzechy. Trzecim byłaś ty, Victorio.. 


-VICTORIA!- Spadłem z koi i szybko sięgnąłem do kartonu po Cerbera. 

Zostały mi ostatnie cztery piersiówki. Dante ostrzegał mnie przed tym. 

[...] chociaż lepiej popłynąłbyś pijąc... 

Pomieszane wonie współwięźniów z celi sprawiały ból.. Kolejny raz oparłem się pokusie i sięgnąłem po ukrytą pod kocem lodówkę.. 

-Co robisz..?- Spytał Chwast, a jego ciemne oczy wwierciły się we mnie. 

-Nie twój interes- miałem jeszcze pare butelek zwierzęcej krwi i oszczędzałem je na tak zwaną "czarną godzinę". Cicho zamknąłem lodówkę i ułożyłem się spowrotem na koi. 

-Nie mogę zasnąć- skłamałem. 

-Przez tę Piękną?- Zapytał od razu. 

Zerwałem się i jęknąłem obejmując się ramionami... 

Ciągle ten rozrywający mnie ból.. 

Przyrównywalny do okropnej agonii. 

-CRIIIISTO!- Zawyłem, chociaż pragnąłem stłumić w sobie ten okropny ból.- Boże Miłosierny...! 

Strażnicy pojawili się niemal od razu.

[...] chociaż lepiej popłynąłbyś pijąc...- Głos ze wspomnień doprowadzał mnie do obłędu. 

-Hej, co ci jest??- Jeden ze strażników odepchnął Chwasta, ale zanim zdzielił go pałą wyrwałem się i przyjąłem cios na siebie. Ból był nie do zniesienia i zanim klawisz zdzielił mnie drugi raz zacisnąłem dłoń na atrybucie władzy klawisza, a kiedy mocniej zacisnąłem palce, pałka rozpadła się na pół, a okruchy wysypały się zza moich palców. 

Osunąłem się na kolana i obejmując się ramionami zaryłem szczęką w podłogę celi... Moim ciałem targały głodowe torsje. Przechodziły mnie dreszcze, a krew w żyłach niemal zamarzała... 

Zza moich warg nie można było usłyszeć niczego, poza okropnym wyciem. 

Głód palił moje żyły. 

-Czy to właśnie nazwałeś piekłem, Dante?- Zapytałem z bólem, wpatrzony w sufit celi.- TO JEST TO TWOJE PIEPRZONE PIEKŁO??! VICTORIA...!

Victoria, partnerka księdza Rafaela

VICTORIA...!

Gwałtownie zerwałam się ze snu i usiadłam na łóżku tłumiąc wrzask. We śnie wyraźnie słyszałam głos Gabriela. 

Czy wypowiedział moje imię przed swą...? 

O, Boże Miłosierny... 


Mocnym ruchem pchnęłam drzwi kaplicy i ignorując ławki padłam na kolana w piżamie. 

-Victorio, czyś ty na głowę upadła? Co to za strój..?- Zdumiał się kardynał Steward. 

-Bóg nie patrzy na ubranie, tylko na to co mam w sercu- oznajmiłam smutno, ale bez wstydu; choć miałam na sobie cienką, białą koszulę nocną podszywaną na udach i ramiączkach krwistoczerwoną koronką. 

-Grzeszysz, córko- oznajmił cicho. 

-Właśnie chcę się wyspowiadać- odparłam śmiało.- Ja już nie wiem, co jest prawdą; a co snem; ekscelencjo... Naprawdę nie wiem- wyszeptałam niepewnie.- Rafael powiedział, że Gabriel...- Pochyliłam głowę, bo nie chciałam, żeby ktoś poza Rafem widział, że płaczę. 

Rafael J. White 

-Tak, i do nas dotarła ta smutna informacja- powiedział cicho kardynał grając swoją rolę.- Podobno Gabriel przed śmiercią wyznał grzechy i przyjął sakramenty. 

-Gabriel był ateistą. Kto go spowiadał?- Zapytała Vix. 

-Proboszcz White- oznajmił Steward cicho. 

-Jak Gabriel odszedł?- Zapytała z rozpaczą; próbując wstrzymać szloch. 

-Spokojnie. Poprosił, abym go dobił- wiedziałem, że to odpowiedni moment, by wtrącić się do rozmowy. 

Dostałem od niej siarczysty policzek, ale zabolał o wiele mniej, niż kłamstwa; którymi ją karmiłem. 

-JESTEŚ PODŁYM... PODŁYM ŁAJDAKIEM! JAK MOGŁEŚ TO ZROBIĆ...?!- Spodziewałem się wybuchu tego niszczycielskiego wręcz gniewu, ale (choć z trudem) utrzymałem pokerową twarz. 

-Nie mogłem odmówić mu ostatniej posługi. Nie tylko jako prezbiteriusz, ale i człowiek- powiedziałem ze wzrokiem utkwionym w podłodze kaplicy. 

-Jesteś potworem, Rafael- wyrzuciła mi krztusząc się łzami. 

Trochę pokrzyczy.. Popłacze i wreszcie zapomni- wspomniałem słowa Gabriela ponuro. 

-Myślisz, że nie jest mi z tym ciężko?- Zapytałem z goryczą, dobrze grając swą rolę- Nie jestem Deus ex-machina, na Miłosiernego Stwórcę...!. Victoria...- powiedziałem łagodnie, wyciągając do niej rękę. 

-Nie dotykaj mnie!- Odwarknęła ostro odsuwając się z obrzydzeniem w tych srebrnych tęczówkach. 

-Victoria- nadal kłamiąc spuściłem głowę, ale ona minęła mnie bez żadnego słowa. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Wróciłam do pokoju i ubierając się otarłam łzy rękawem grubej bluzy. Czułam się okropnie i miałam ochotę wyć z rozsadzającego mi serce bólu. Nawet łzy nie pomagały mi pozbyć się tej beznadziei. 

Ktoś miarowo zapukał do pokoju. Poznałam, że to Rafael, ale nie chciałam go widzieć. 

Byłam na niego wściekła. Jak mógł zrobić coś tak okrutnego i podłego wobec mnie?. 

Pukanie ucichło, a potem usłyszałam powoli oddalające się kroki księdza. 


Usiadłam na zeschłej, nieośnieżonej trawie opierając się o tył płyty jakiegoś Valentine'a. Pod jego grobem leżał bukiecik ciętych herbacianych róż. Jak na zimowy chłod nadal wyglądał na świeży. Przypomniałam sobie, że kiedy Gabriel był na wolności, nie przechodził obojętnie właśnie obok tego grobu. Nie miałam odwagi zapytać go wtedy, kim był ów człowiek i czy był Gabrielowi w jakiś sposób bliski, a teraz już nigdy się tego nie dowiem. 

-To takie podobne do Damona- obok mnie odezwał się głos Yen. Siedziała na grobie obok i patrzyła w dal.- Umrzeć jak kompletny idiota i do samego końca być pieprzonym dupkiem- dokończyła z cichym westchnieniem podrzucając jeden ze swych noży. 

Spojrzałam na nią z boku smutno. 

-Gabriel nie był dupkiem.- zaprzeczyłam cicho. 

-Ale zachowywał się jak dupek. Nie powinnaś mieć żalu do księdza Rafaela- odezwała się, obracając w palcach herbacianą różyczkę patrzyła na nią, a na jej twarzy gościł smutek. 

-Jak to nie? Raf sam przyznał się, że dobił Gabriela- odburknęłam obrażona. 

Yennefer zerwała się z nagrobka tak szybko, że aż się przestraszyłam. Z kwiatem w palcach patrzyła przez chwilę na księżyc. 

Zeskoczyła z poziomej płyty i podchodząc usiadła obok i obejmując mnie ramieniem zajrzała mi głęboko w oczy. 

-Posłuchaj- powiedziała bardzo cicho.- Znałam Damona sporo czasu i nikt, nawet Wąż, nie znaczył dla niego tyle; co ty. Nikt- w tej chwili w głosie miała ten sam chłód, co Gabriel, kiedy spotkaliśmy faceta, którego nazwał Lau'em. 

-Yennefer.. Kim jest Lau?- Zapytałąm.

Dziewczyna bardzo powoli zwróciła twarz w moją stronę. 

-Skąd znasz przywódcę Smoków?- Zapytała, a jej twarz, jak na dziewczynę z Mafii, pełna była strachu. 

-Znali się z Gabrielem- to imię ciągle sprawiało mi niewyobrażalny ból, bo.. Kiedy je wymawiałam, serce ściskała niewidzialna pięść, a gardło zaciskało uczucie ogromnego żalu... 

-Za założyciela Hydry, Lau szkolił Damona. Potem odszedł i stworzył Smoki- odpowiedziała beznamiętnie.- Staliśmy się konkurencją, ale Damon mimo tego zawsze szanował Lau'a. 


Moje drzwi zawsze są dla ciebie otwarte...- Chińczyk zwracał się do Gabriela z pewnym uczuciem, mimo że blondyn dwa razy go obraził. 


Podjęłam decyzję bez zastanowienia. 

-Chcę spotkać się z Lau'em- oznajmiłam wstając. 

Czarnowłosa z siwym pasmem włosów po jednej stronie twarzy spojrzała na mnie z przerażeniem, jakby sądziła; że oszalałam. 

-Nie ma mowy! Smoki nie dopuszczą nas do swojej Głowy- oznajmiła. 

-Jakich nas? Idę tam sama- ruszyłam z miejsca.

Yen złapała mnie za ramię i obróciła ku sobie. Nawet się nie zorientowałam, że mam przy tętnicy jeden z jej noży, ale ona... Miała szpic kołka przy piersiach. 

-Smoki cię zabiją- powiedziała z chłodem.- Jeżeli nie masz Lotosu, nie masz czego tam szukać- dodała grobowo. 

-Mówisz o tym?- Zza grubej bluzy wyciągnęłam breloczek z motywem smoka z orientalnym kwiatem na nozdrzach. 

Yen zamarła w bezruchu, szepcząc samymi wargami: 

-Skąd to masz..?- Bardzo powoli, jakby w zwolnionym tempie, opuściła nóż. 

-Gabriel...- Z trudem zapanowałam nad drżeniem głosu.- Przysłał mi to, zanim... 

-Rozumiem- powiedziała cicho.- Idziemy- rzuciła z chłodem. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz