Gabriel, zwany więźniem
Po tygodniu wróciłem do twierdzy i od razu stanąłem przed naczelnikiem więzienia.
-Rozkujcie go i zostawcie nas samych- nakazał Bonetti, a strażnicy wykonali swoją robotę i odeszli.
-Nowe metody tortur?- Zapytałem kwaśno.
-Chcę wiedzieć, kim ty właściwie jesteś, Borgia- oznajmił pan i władca tego całego bajzlu obserwując mnie na równi z zaintrygowaniem, jak i przestrachem.
Spojrzałem mu prosto w oczy i upiłem łyk Cerbera.
-Powinien to pan zostawić w spokoju dla własnego bezpieczeństwa- oznajmiłem nie pokazując po sobie żadnych emocji.
-Wiesz, że muszę utrzymać was wszystkich w ryzach- odwarknął groźnie- a twoja choroba rzuca się w oczy.
-To nie jest choroba, Naczelniku- oznajmiłem nadal obojętnie, a starszy jegomość aż zakrztusił się powietrzem.
-Więc, jak niby mam to nazywać? Jak mam określić to, że pijesz zwierzęcą krew, potrafisz zmusić kogoś, żeby zrobił co będziesz chciał i te inne, niepojęte rzeczy?. Musiałem sporo przekręcić w ostatnim raporcie, a zwłaszcza to, że miałeś przy sobie niebezpieczny przedmiot.
-To nie przedmiot, tylko srebrny kołek- odparłem z chłodem.
-Chcesz, żeby strażnicy cię złamali?- Zapytał z diabelskim błyskiem w oku.
-Prośby zawiodły, więc przechodzimy do gróźb?- Zakpiłem.- Nie boję się oberwać pałą, a nie jesteście zdolni mnie zranić, a tym bardziej zabić.
-Każdego można zabić i upozorować samobójstwo lub nieszczęśliwy wypadek- był z niego kawał upartego sukinsyna.
-Mnie nie zabijesz byle czym i byle jak- powiedziałem.- Gdybym nie nauczył się anielskiej wręcz cierpliwości i kontroli nad sobą, rozniósłbym w pył ten burdel- ciągnąłem chłodno- potrafię nie tylko nakłonić ludzi, żeby robili, co chcę. Mam też kilka innych zdolności. Serce ci wali ze strachu- zagadnąłem wyjątkowo lekkim tonem- uspokój się, bo padniesz na zawał, naczelniku- odsłoniłem w uśmiechu wydłużające się kły ale nie chciałem go skrzywdzić, tylko trochę nastraszyć.
Rozchylił usta. Wpatrując się we mnie z trwogą trząsł się jak osika na wietrze.
-Gadaj kim jesteś, albo każę moim podwładnym tak ci dokopać, żebyś pamiętał przez miesiąc- warknął rozdrażniony.
-I tak oto z gróźb przechodzimy do wzbudzania postrachu i szastania swoją władzą- odparłem znudzonym tonem podrzucając dość masywnego, kryształowego orła.
-Odłóż to na miejsce- rozkazał zimno.
Tym razem posłuchałem i odłożyłem bibelot na biurko.
-Nie chce pan wiedzieć, kim jestem- trafiła kosa na kamień, bo byłem bardziej uparty od niego.- Gdybym wiedział, że pan nie odpuszcza, skasowałbym pamięć wam wszystkim, a nie tylko paru lekarzom- okrążając biurko jednym szarpnięciem posłałem biurowy fotel wraz z siedzącym na nim szefem zakładu karnego pod ścianę, a po chwili przyklęknąłem spokojnie przy facecie, a w jego oczach dojrzałem moje w barwie krwi. Długo i w ciszy patrzyłem w oczy mężczyzny, wwiercając się wzrokiem w jego umysł i duszę.
-Cofnij się, bo wezwę strażników- zaczął starając się zapanować nad ogarniającym go lepkim przerażeniem. Odrobinę przyspieszony rytm jego serca zmienił się w galop, a mężczyzna oddychał ciężko i trząsł się, a na jego czole skroplił się pot.
Nadal w milczeniu go obserwując, bardzo powolutku przejechałem językiem po górnych kłach i poczułem rażący ból, gdy wysunęły się mocniej.
Smakowita woń kusiła nie do opisania. Była przesłodka i przyprawiała mnie o zawroty głowy, wzmagając to nieprzyjemne odczucie i doprowadzając do szaleństwa. Upijałem się samym zapachem, który rozpalał moją nienasyconą żądzę do białości i ledwie nad sobą panowałem. Krew naczelnika nie była samym cukrem zmieszanym z wodą- była czymś zdecydowanie smaczniejszym..
-Odsuń się, Borgia, dobrze ci radzę- Drżący głos wybudził mnie z letargu i nieco zaskoczony zamrugałem szybko powiekami, a potem odsunąłem twarz od jego.
-Przepraszam, naczelniku- odparłem schrypłym głosem i cofnąłem się za biurko próbując przywołać się do porządku.
Na zapach tej krwi prawie dostałem szału. Rozproszył mnie do tego stopnia, że na kilka długich minut utraciłem nad sobą kontrolę i prawie zapomniałem, że przysiągłem sobie nigdy nie napić się ludzkiej krwi. Zmarszczyłem czoło i brwi starając się dociec, jak doszło do tego, że moim ciałem na dłuższy czas zawładnął instynkt krwiopijcy.
Bonetti z wahaniem wstał z obrotowego krzesła. Jednak zaraz po chwili odzyskał spokój i swój sadyzm, którego wszyscy tutaj się obawiali.
-Nie patrz na mnie spode łba, morderco- oberwałem pałką w żebra, ale nawet nie poczułem bólu. Nadal stałem w bezruchu i wlepiając w niego nieruchomy wzrok, zastanawiałem się, jak mogłem przestać nad sobą panować.
-Czyżby ktoś użył na mnie Wpływu?- Zapytałem sam siebie na głos.
-O CZYM TY BREDZISZ??- Zapytał głośniej wstrząśnięty Bonetti.
-Nie, to niemożliwe- byłem tak zamyślony, że zignorowałem jego pytanie. Sięgnąłem po piersiówkę i zupełnie nagle w dłoń złapał mnie mocny skurcz. Palce zacisnęły się mocno i zmiażdżyły manierkę, która rozpadając się rozbryzgała wokół narkotyk. Części naczynia rozprysnęły się raniąc wnętrze mojej dłoni i opadając na podłogę. Większe z nich z głuchym trzaskiem rozleciały się po podłodze, a zapach mieszanki ziół rozniósł się po pomieszczeniu otrzeźwiając mnie i odpędzając na jakiś czas pragnienie.
-J-Jak...?- Wyszeptał wstrząśnięty, rozglądając się po okruchach i szczątkach naczynia leżącego na podłodze. Potrząsnął mną mocno.- Jak to się stało??
-Niech pan wezwie strażników, żeby zabrali mnie do celi- powiedziałem cicho. Musiałem zająć czymś ręce, więc zacząłem zbierać odłamki piersiówki.
-Zostaw to, kto inny się tym zajmie- oznajmił krótko.- Odprowadzić więźnia- rzucił do zamkniętych drzwi, a po chwili pojawili się klawisze.
W dzisiejszym planie dnia była kąpiel w łaźni. Każdy blok więzienia liczył około stu lub dwustu ludzi, a faceci siedzący przez lata za kratami byli wątpliwej orientacji seksualnej.
-Idzie nasza sexy Diablica!- Rzucił ten, z którym parę dni temu urządziłem sobie bójkę w stołówce. Wykonał ordynarny gest, jakby posuwał niewidzialną panienkę.- Wykąp się ze mną przystojniaku...!
Większość bloku zarechotała paskudnie, a ja bez słowa zacząłem zdejmować "szaraczka", jak ochrzcili uniform kiciarze. Zdjąłem spodni t-shirt.
-No! Jaka milutka już się nie może doczekać!- Prowokował mnie dalej, ale kiedy ściągnąłem koszulkę śmiech zamarł wszystkim na ustach.
Po chwili nerwowej ciszy rozległy się szepty, a ja czułem; jak każdy pożera wzrokiem piękną, a zarazem paskudną mitologiczną bestię o trzech łbach, którą nosiłem na plecach.
-Qui...a- zaczął dukać jeden z zapuszkowanych niemrawo, próbując odczytać treść napisu ze wstęgi pod hydrą.
-Quia ceccidi in peccatis tres- rzuciłem z pamięci, zdejmując spodnie. Zostałem w samych slipach i przyjrzałem się starej bliźnie na nodze.
-Jeszcze nam poligloty w pudle brakowało. Proszę, proszę- Pedzio roześmiał się drwiąco podchodząc, żeby bliżej przyjrzeć się tatuażowi na moich plecach.- Niezłe zwierzątko. Domowe?- Zakpił.
-Jaki jest z tobą problem, człowieku?- Zapytałem ignorując jego kpiny. Zamarł w bezruchu, zaskoczony, a reszta ludzi obserwowała nas. Pośród głuchej ciszy słyszałem bicia serc i oddechy innych i czułem pomieszaną woń krwi. Odwróciłem się na pięcie i spojrzałem mu prosto w oczy.- Lubisz młodszych facetów, czy po prostu kobiety się ciebie brzydzą?- Zapytałem tonem niewiniątka nie spuszczając z niego wzroku.- To, że zazdrościsz mi boskiego wyglądu i stale do mnie zarywasz, nie znaczy; że jestem tobą równie zainteresowany.- uśmiechnąłem się pogardliwie.
-To znaczy co?- Zapytał przytkany, tępym tonem.
-W skrócie: ZJEŻDŻAJ PEDZIU. Zapomniałem, że do kretynów mówi się powoli i dużymi literami- przeciągnąłem się mocno. Jego pięść świsnęła w powietrzu, zrobiłem unik i szybko odwzajemniłem się tym samym. Dostał prosto w zęby i splunął krwią i wybitym zębem.
Niemal poczułem na języku ten intensywny, słodki i metalicznie pyszny posmak. Zakręciło mi się w głowie z mieszanki bólu i przyjemności, i cofając się szybko, oparłem się o jedną ze ścian, przymykając oczy i krzywiąc się.
-Wszystko gra, Diablica?- Chwast ruszył krok w moją stronę, ale warknąłem ostro:
-Nie zbliżaj się!.- Zacisnąłem dłoń na jednej z rurek, by utrzymać równowagę, a kiedy odzyskałem spokój zdjąłem slipy i wchodząc pod najbliższy natrysk odkręciłem lodowatą wodę. Pierwszy kontakt z zimną cieczą sprawił, że zatrząsł mną dreszcz.
Chwilę potem jednostajny szum wody był słyszalny ze wszystkich natrysków.
Opierając przedramię o pokrytą płytkami ścianę pochyliłem głowę i spojrzałem na swoje stopy. To był już drugi atak głodu tego samego dnia i ten był o wiele gorszy, niż w biurze naczelnika. Na widok krwi mój wzrok wyostrzał się do granic możliwości, a oczy nabierały bestialskiego wyrazu. Przez kark, wzdłuż kręgosłupa przechodziło mrowienie, a kły i głowa pulsowały ostrym bólem. Miałem ochotę przyciągnąć go i rozszarpać jego tętnicę, słysząc w uszach miarowe dudnienie tłoczących krew serc. Ogarniała mnie irytacja.
Trzasnąłem lekko pięścią w płytkę i zakląłem cicho. Lodowata woda powoli tłumiła żądzę, która skrywała się, żeby uśpić moją czujność, by w najmniej odpowiednim momencie zaatakować i pozbawić mnie tej słabszej, ludzkiej części mojej natury.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz