czwartek, 15 października 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział VII: Wampir Dante ponownie

-Kto pana tu wpuścił? Przerywa pan ważne...- W tej chwili Dante zrobił komisarzowi to samo, co tamten Nocny w pociągu. Antonelli zaczął się dusić i walczyć o normalny oddech. 

-Czy wy, ludzie, nie umiecie odzywać się niepytani?- Zapytał beznamiętnie burgundowooki. 

-Zostaw go, Dante- powiedziałem patrząc na przybysza. 

Sanguisuga noctem spojrzał na mnie z niechęcią. 

-To żałosne, że nadal bawisz się w człowieka, Gabrielu- skomentował, przyglądając mi się uważnie pociągnął nosem.- No, no, no- gwizdnął z podziwem- widzę, że twoja inteligencja przewyższa innych ex ludzi. Żadna z tych łachudr ani przez moment nie pomyślałaby o zwierzęcej krwi- w tej chwili puścił spod swej mocy komisarza, którego podtrzymał Młody. 

-Czego ode mnie chcesz?- Zapytałem nieufnie. 

-Fascynujesz mnie i chciałbym cię bliżej poznać- oznajmił spokojnie z rękoma skrzyżowanymi na piersi. 

-Ale ja nie chcę znać się z mordercami. Już znam ich zbyt wielu- odparłem obojętnie. 

Przez jego twarz przemknął trwający ledwie kilka sekund grymas wściekłości i upokorzenia, lecz Czysty Nocny w porę zamaskował gniew promiennym uśmiechem. 

-Przypominasz mi mojego syna. Jesteś tak samo obrzydliwie nieposłuszny, żałosny i bezczelny- skomentował- ale mimo tych wad jest w tobie coś niespotykanie ciekawego- zauważył z namysłem. 

-Pewnie. I nawet wiem, co to takiego: jestem strasznie seksowny, a blask mojej zajebistości po prostu oślepia każdego- przerwałem mu z przesadną pewnością siebie, a młodszy z mundurowych parsknął śmiechem. 

-Nie zachowuj się jak błazen- zniecierpliwił się Dante, a burgundowe oczy zapłonęły błyskiem drapieżnego zwierzęcia, który namierzył swoją zdobycz.- Proboszcz Rafael powinien cię ostrzec, że mnie się nie odmawia; a tym bardziej lepiej mnie nie drażnić. 

-Aż sram w gacie ze strachu. Wiekszość osób, które tak do mnie mówiły już dawno gryzie piach- odpowiedziałem spokojnie, patrząc mu prosto w oczy- ale tak, Raf ostrzegał mnie, żebym przebił cię kołkiem, odciął twój łeb i spalił twoje zwłoki jeszcze zanim weźmiesz mnie na kieł- przytaknąłem drwiąco.- Pomijając temat Rafa, wzamian za kilka ciekawostek o mnie, bardzo chętnie przerżnąłbym twoją córeczkę- przypuszczałem, że tym mogę go porządnie rozdrażnić i nie pomyliłem się. 

-Ty...!- Znalazł się tuż przy mnie i wykonał taki ruch, jakby chciał podnieść mnie za gardło w powietrze, jednak po chwili się rozmyślił.- Powiedz jeszcze słowo na temat Giulii, a...- zaczął z groźbą, opuszczając rękę. 

-A co mi zrobisz? Jeśli myślisz, że się boję śmierci, a tym bardziej ciebie, to jesteś w błędzie- przerwałem mu chłodno.- Nie boję się niczego, ale wiem; czego lub raczej kogo ty się boisz- dodałem, a on zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. 

-Niby kogo miałbym się bać, żałosna półludzka łachudro?- Zapytał nadal siląc się na spokój. 

-Vlada- odparłem z rozbawieniem.- Podobno większość z was, jeśli nie wszyscy, trzęsie portkami ze strachu przed nim. Dziwne, bo jeśli miałbym wybierać, który spomiędzy was jest ciekawszy, bez wahania wybrałbym właśnie Vlada, choć nie za bardzo wiem, dlaczego. Może dlatego, że wreszcie poznałem kogoś podobnie zepsutego, jak ja sam?- Zapytałem retorycznie. 

Dante cofnął się o krok, mówiąc z zaskoczeniem w głosie: 

-Jesteś szaleńcem, jeśli myślisz, że mógłbyś się z Nim równać- powiedział z trwogą w oczach barwy zakrzepłej krwi, a obaj policjanci gapili się na nas ze zdziwieniem przysłuchując się naszej wymianie zdań. 

-Nie mogę się z nim równać, Dante. Ja go prześcignąłem- poprawiłem ze spokojem. 

Dante zbladł jak kreda. Wyglądał tak, jakby cała krew, którą się pożywił, zamarzła w jego żyłach i przestała krążyć. Wolny rytm jego serca stał się niemal niesłyszalny nawet dla wampirzego ucha. 

-Jesteś kompletnie szalony- powiedział półgłosem Idący ścieżką Nocy, stojąc w bezruchu wpatrywał się we mnie szklanymi oczami. Nadal wlepiając we mnie zszokowany wzrok tyłem wycofał się do drzwi, za którymi po chwili zniknął. 

Mimo to wiedziałem, że nigdy nie da mi spokoju, dopóki nie osiągnie swojego celu. 

[***]

Antonelli siedział naprzeciwko mnie przy stoliku. Przed nim stał fioletowy kubek wypełniony gorącą czekoladą, a sam komisarz próbował opanować strach i drżenie rąk. 

-On zrobił to samo, co tamten...- powiedział ledwie słyszalnie. Otrząsnął się usiłując pozbyć się paskudnego odczucia, które znów go nawiedziło. 

-Wiem- w tamtej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć. Sam za każdym razem, kiedy jakiś Nocny użył Mocy w mojej obecności, odczuwałem jej podmuch o wiele silniej, niż osoba, którą Moc dotknęła. To było przytłaczające uczucie. 

Upił łyczek gorącego napoju i spojrzał na mnie obejmując dłońmi parujący kubek. 

-Ty też... Miałeś dziwną minę, kiedy to zrobił. Taką, jakbyś chciał nim rzucić o ścianę- zagadnął po dłuższej chwili ciszy. 

-Chciałem, przez chwilę. Teraz już wierzysz, że takich, jak ten z pociągu jest więcej?- Zapytałem nie bez uśmiechu. 

-No i? Niby co teraz mam zrobić z tą wiedzą? Reszta firmy uzna mnie za wariata, jak komuś o tym powiem- odwzajemnił uśmiech nieco opornie. 

-Wariactwo to pojęcie względne- stwierdziłem ironicznie. 


Dwa miesiące później, początek lutego A. D. 1991... 

Z okna swojej celi patrzę na zimowy krajobraz. 

Od kilku dni nie mogę poruszać się swobodnie wśród współwięźniów, ponieważ odczuwam wzmożony głód. 

Punktem zapalnym mogącym doprowadzić mnie do szału, mogłoby być dosłownie wszystko: byle nowa woń krwi, krzywe spojrzenie jakiegoś z osadzonych w tym więzieniu facetów... 

Po prostu cokolwiek. 

Ale nie narzekam na swój los. Mogło być zdecydowanie gorzej. Na początku klawisze trochę się na mnie powyżywali, ale szybko im się znudziłem. 

Wczoraj była poczta. Dostałem paczkę z zielono szarym szalikiem, w którym Vix ukryła złożony srebrny kołek, oraz list, w którym pełno było goryczy i żalu oraz złości na mnie za decyzję, którą podjąłem. Odpisałem jej, zanim strażnik na bloku rozniósł pocztę. 

Tutaj nie mogłem narzekać. Wyrok dożywocia bez prawa do zwolnienia warunkowego przypominał mi każdego dnia, że do końca swoich dni będę patrzył na świat przez kraty w oknie i siatkę spacerniaka. 

Nagły trzask pałką w drzwi mojej celi i głos postawnego strażnika o ksywie "Bóg" wyrwały mnie z odrętwienia: 

-Borgia, wychodzisz na widzenie- odwróciłem wzrok od okna i niechętnie wstałem z pryczy. 

Zapach przez chwilę mnie oszołomił. Zachwiałem się mocno i jęknąłem cicho z rozrywającego mnie bólu, który coraz bardziej kojarzył mi się z agonią. 

-Kto chce widzieć jakiegoś tam mordercę?- Zapytałem starając się nie uśmiechnąć, bo "Bóg" jako straszny ponurak miał to do siebie, że tłukł pałą Wesołków z bloku.

-Dziewczyna, nie znam jej- burknął kując mi ręce.- Idziemy- pchnął mnie mocno, ku wyjściu z celi. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Rozglądałam się po obskurnej sali z kilkoma małymi, kwadratowymi stolikami i ustawionymi przy nich naprzeciwko siebie krzesłami. Surowe białe ściany i kilka zakratowanych okien przytłaczało i sprawiało, że człowiek chciał brać stąd nogi za pas. 

Jeden z więźniów w szarym uniformie przyglądał mi się i raz po raz robił do mnie dwuznaczne miny, gdy nagle słysząc te znajome kroki zwróciłam wzrok ku wchodzącej postaci i widząc bladą, poszarzałą i wychudzoną twarz z ciemnymi podkówkami pod oczami oraz zapadniętymi policzkami i trzęsącymi się mocno dłońmi, poczułam się bardzo źle. 

Gabriel, zwany...

Gabriel, zwany więźniem 

-Boże Miłosierny, Gabriel... Wyglądasz jak wrak- usłyszałem ten słodki i pełen litości głos. 

-Nic mi nie jest- skłamałem zachrypłym głosem, choć każdy zapach wdzierał się w mój umysł kusząc, raniąc i doprowadzając mnie na skraj szaleństwa.- Raf wybaczył mi ten mój idiotyzm?- Tym razem zdobyłem się na cierpki uśmiech. 

-Wiesz, że Raf długo się nie gniewa- westchnęła ciężko.- Chciałabym ci jakoś pomóc- zaczęła z troską patrząc mi w oczy. 

Kiedy zobaczyłem to płynne srebro zamknięte w tych tęczówkach umieszczonych w twarzy o delikatnych rysach, którą pamiętałem ze wspomnień poczułem nawet gorszy ból, niż ten powodowany głodem; bo teraz jej twarz była blada i ściągnięta, a dawniej napuszone i pełne blasku włosy stały się przyklapnięte i zmatowiałe. 

-Pomożesz mi tym, że przestaniesz się o mnie martwić i zapomnisz. Dostałem to, na co zasłużyłem, Vix- chciałem ją do siebie zrazić. Jakoś zniechęcić tą obojętnością, żeby przestała pisać i przyjeżdżać, bo nie mogłem znieść tego; jak bardzo cierpi i lituje się nade mną; nie rozumiejąc, że jednocześnie rani tym samą siebie. 

-Czemu to robisz?- Zapytała z goryczą.- Czemu odrzucasz jakąkolwiek moją pomoc, Gabriel? 

Spojrzałem na nią, chociaż przez głód znów zaczynałem widzieć potrójnie. 

-Bo chcę, żebyś przestała się poświęcać- nawet dla mnie to było trudne. Odtrącanie jej za każdym, cholernym razem, zarówno osobiście, jak i za pomocą oschłych słów w listach. Kochałem ją, ale już dawno zrozumiałem, że nie mogę jej mieć i już nadal będę miał po niej dziurę w sercu.- Dobrze wiesz, że jestem psychopatą ze spaczonym postrzeganiem świata. Kręgosłupa moralnego to u mnie ze świecą szukać- nawet się nie uśmiechnęła- słyszałaś co mówili świadkowie na procesach. I w głebi serca wiesz, że mieli rację, bo taki właśnie jestem.. Jestem podłym, wynaturzonym i zepsutym do szczętu psychopatą i mordercą, a mogę stać się jeszcze gorszy, jeśli stanie się wiesz co...- urwałem na chwilę widząc, że potrząsa głową ze łzami w srebrnych oczach. 

-To nieprawda. Już dawno przestałeś taki być. Zmieniłeś się- zaprzeczała mi, a duże krople łez spływały po twarzy Victorii. Z trudem wstrzymywałem chęć otarcia ich, choć serce krwawiło zawsze, kiedy płakała. 

-Nadal starasz się w to wierzyć? W ten fałszywy obrazek, który...? Nigdy taki nie byłem- odparłem brutalnie.- Tamten morderca zawsze będzie jakąś częścią mnie. Zawsze będę Hydrą i powinnaś to wreszcie zrozumieć. To nie jest jakiś tam zawód, którego możesz się nauczyć. To się ma we krwi. Koniec wizyty- zwróciłem się do strażnika starając się, by mój głos zabrzmiał obojętnie. Wstałem i zachwiałem się, ale w porę wyciągnąłem ręce i zacisnąłem je po bokach stolika. Oddychając ciężko z trudem się wyprostowałem i wyciągnąłem ręcę czekając na kajdanki. 

Odchodząc spojrzałem jeszcze przez ramię na Vix. Nadal siedziała w tym samym miejscu starając się powstrzymać łzy i podnieść swoje rozsypane przeze mnie serce. 


Kiedy szliśmy korytarzem mojego bloku klawisz zagadnął: 

-Ta kobieta ma rację. Serio wyglądasz jak wrak- zauważył zupełnie innym, niż zwykle tonem przyglądając mi się. 

Nie odpowiedziałem nic, ponieważ przez chwilę zamroczyło mnie z bólu. Wpadłem bokiem na ścianę i z jękiem osunąłem się na kolana. Głowa chciała mi pęknąć, a w piersiach okropnie kłuło. Z moich ust wyrwało się chrapliwe wycie i chyba zacząłem się trząść. 

Potem nicość. 

[***]

Nie wiem po ilu godzinach się ocknąłem, ale kiedy otworzyłem oczy i rozejrzałem się, zrozumiałem; że jestem w więziennym szpitalu. 

-Ile... Ile spałem?- zapytałem zachrypłym głosem. 

-Trzy dni- odparł lekarz obserwując mnie uważnie znad grubych, kwadratowych okularów.- Coś za często tu lądujesz. Dziwi mnie, że przywieźli tu chorego więźnia. 

-Nie jestem chory- zaprzeczyłem odwracając wzrok. 

-Twoje wycie słyszało pół twierdzy, a strażnik potrzebował podwójnej dawki leków na uspokojenie; więc nie chrzań mi tu, Diablica- zwrócił się do mnie ksywą; którą dostałem na spacerniaku od kilkunastu facetów z bloku. 

-Nic mi nie jest, chcę już wrócić do celi- powiedziałem uparcie. 

-Poza tym słyszałem plotki, że przychodzą do ciebie dziwne paczki- zauważył lekarz. 

-Paczki, jak paczki- wzruszyłem ramionami.- Klawisze i tak wszystko sprawdzają. 

-Podobno w jednej z nich było kilka piersiówek z dziwną zawartością- zagadnął próbując mnie zaciekawić. 

Spadłem z metalowej koi na podłogę i jęknąłem boleśnie, ale zaraz dopadłem do faceta i potrząsnąłem nim mocno, pytając: 

-Słyszałeś od kogo to??- Trzech strażników odciągnęło mnie mocno, a ja natychmiast przestałem się wyrywać. 

-Podobno przysłał je jakiś Caspian Alighieri- tamten wzruszył ramionami. 

No to już po mnie. Skonfiskowali miesięczny zapas Cerbera za moje ostatnie wybryki. 

-Ta paczka jest dla mnie ważna, miała przechodzić na legalu- wymamrotałem do siebie ponuro. 

-Przesyłka wróci, jak będziesz grzeczny- oznajmił chłodno jeden ze strażników. 

Spojrzałem na niego i znów zrobiło mi się słabo. 

-Bez tego nigdy się nie ugrzecznię, chyba że zejdę- prychnąłem. Znowu oberwałem pałą kilka razy. 

-Chciałoby się zejść, co? Tylko jeszcze sobie posiedzisz w tym piekle- drugi klawisz mojego bloku, zwany przez weteranów Aniołem, podniósł krańcem pałki moją twarz i spojrzał mi w oczy lodowato. Tutaj znęcanie się nad więźniami było na porządku dziennym, a za poskarżenie się kierownictwu paki była dodatkowa seria kopniaków i pałowania, zwana niepozornie karcerem. 

-To zależy. Za twoją buźką chyba raczej bym nie tęsknił- odepchnięty mocno, wpadłem na ścianę, a pała znów świsnęła w pobliżu. Wtedy usłyszałem trzask łamanej broni i przewracając się na bok zobaczyłem... 

Caspiana, który lekceważącym ruchem odrzucił na bok szczątki atrybutu strażnika i przyklęknął przy mnie wyciągając z kieszeni piersiówkę. 

-Wyglądasz jak worek łajna- stwierdził wesoło. Chcąc wcisnąć mi w palce srebrny flakon, zauważył drżące dłonie.- Masz delirium- stwierdził. 

-Bo twój tatusiek wkurwia mnie w snach- odpowiedziałem słabo przewracając oczami. 

Caspian był inny, niż ojciec. Bardziej zazdrościł ludziom, niż ich nienawidził, bo uważał, że ci z nich, którzy porzucili swe człowieczeństwo, żeby stać się nieśmiertelnymi to największe łachudry. 

-Chyba będę cię niańczyć do twojej paskudnej śmierci. Litościwy ma zawsze przesrane, pij- nakazał przykładając piersiówkę do moich warg, przechylił ją lekko. 

Po kilku tygodniach przerwy Cerber smakował jak ambrozja. Powoli odwróciłem głowę, odsuwając dłonią piersiówkę. 

-Co jest? Paskudny, jak zwykle?- Cas roześmiał się cicho. 

-Kręci mi się w bani. Chyba mam odlot- usilnie próbowałem skupić na Caspianie rozjeżdżający się wzrok, ale po chwili znów otoczyła mnie ciemność. 

[***] 

Rafael J White 

Patrzyłem zza szyby samochodu na wracającą do nas Vix. Szła powoli, zgarbiona i ze zwieszoną głową. 

Od ostatniego procesu Gabriela chodziła z nosem na kwintę. Płakała po nocach, a za dnia snuła się jak mara. Ciągle zaglądała do komnaty, w której tylko plecak i kilka luźno leżących ubrań oraz butelka niedopitego absyntu były śladem jego obecności. 

Może to trochę dziwne, ale ja też w pewien sposób tęskniłem za tym tępakiem. Zawsze, od kiedy go poznałem, wnosił do naszej ponurej rzeczywistości jakiś radosny element, czy to wtedy, gdy na jednej z misji graliśmy w kręgle; czy kiedy komentował coś, co mu nie pasowało na ten swój kpiący sposób, zawsze przywoływał tym u mnie uśmiech, choć w większośći przypadków uśmiechałem się tylko w sercu. 

Mimo to wiedziałem, że podjął dobrą decyzję; lecz najpierw byłem wściekły z tego powodu, bo wiedziałem; że Vix będzie nieszczęśliwa. 

Wyryłem sobie w pamięci treść ostatniego i jedynego listu, który dotarł do mnie z więzienia; ale nie potrafiłem się zdobyć na to; żeby powiedzieć lub zakazać Victorii pisać do niego, choć on tego właśnie chciał- chciał się od niej odciąć, żeby oszczędzić Victorii większych cierpień. 

-Ona nie powinna tu przyjeżdżać. Dla własnego dobra- odezwał się zza kierownicy Jo. 

-Wiem, ale co niby mam zrobić..?- Zapytałem głucho. Jej cierpienie bolało także i mnie. Serce pękało mi za każdym razem, gdy widziałem jej zapuchnięte i czerwone od płaczu oczy i to, jak próbowała ukrywać to wszystko przede mną pod maską obojętności. Brakowało mi tamtego uśmiechu i jej rozpromienionej o poranku twarzy. 

Gabriel, zwany więźniem 

-Wróciła nasza seksowna Diablica- ryknął wśród gwaru stołówki jeden ze starszych i bardziej szanowanych więźniów.- Może skusisz się na numerek?- Zażartował chamsko, a kilkudziesięciu facetów zarechotało paskudnie. 

-Weź sobie jakiegoś świeżaka, pedziu- odszczeknąłem się niosąc tacę z żarciem do najbliższego pustego stolika. 

Chwycił mnie mocno za ramię i odwrócił ku sobie warcząc: 

-Będziesz robił, co ja będę chciał, a teraz chcę, żebyś był moją panieneczką, Diablica- syknął groźnie. 

Zgrabnie okręciłem tacę i wepchnąłem mu ją w pysk, po czym odskoczyłem i poprawiłem mu z pięści. Rzucił się na mnie, a reszta współwięźniów zaczęła obserwować. 

Strażnicy zwracali uwagę na bójkę tylko wtedy, kiedy zrobiła się konkretna rozróba, czyli prały się co najmniej trzy bloki. Teraz akurat obstawiali, który z nas wygra bójkę.

Nie zdążyłem się uchylić. Oddał mi i pod wpływem ciosu wpadłem na ścianę. Zaraz doskoczył i biorąc się za bary zaczęliśmy demolkę stołówki. 

-Bijesz jak baba- splunąłem krwią z rozciętej wargi i podnosząc ręce zamachnąłem się. Zamiast z pięści dostał kopa w brzuch i wpadł na jednego z mojego bloku, którego starałem się omijać szerokim łukiem i nie wchodzić mu w drogę, a który teraz wstał, okręcił się i przyjebał delikwentowi krzesłem. 

-Grzecznie mi tu. Wiecie, że lubię ciszę i spokój- zrobił unik przed kolejnym ciosem i facet znów zarobił meblem. Padł nieprzytomny na płytki, a dwóch strażników łaskawie podeszło, żeby sprawdzić czy jeszcze oddycha. Chwilę pogadali przyciszonymi głosami i zawlekli gościa do lecznicy. 

-Hej, ty- usłyszałem głos tego, który znokautował pedzia. Spojrzałem nań ocierając krew z rozciętej wargi i widząc przywołujący gest, podszedłem bliżej. Ruchem głowy kazał swoim zrobić mi miejsce i zagadnął- za co siedzisz? 

-W skrócie za morderstwa, pobicia, wymuszenia, przemyty, kradzieże... Ogólnie za działalność w organizacji przestępczej- odparłem jak posłuszne dziecko. Temu facetowi lepiej było nie podpadać, bo jak się podpadnie to pół pudła na głowie murowane.

Wskazał mi miejsce, a ja chcąc nie chcąc usiadłem obok herszta stolikowej bandy ignorując pełne podziwu i zazdrości spojrzenia. 

-To do mafii już przyjmują dzieci?- Zapytał niski brunet o ciemnoszarych oczach, z tatuażem kotwicą na prawym przedramieniu. 

Spojrzałem na niego kocim wzrokiem uśmiechając się pokrętnie. 

-To dziecko, z którym właśnie gadasz po dwóch godzinach złamałoby cię jak zapałkę- odparłem mówiąc o sobie w trzeciej osobie. 

-Już się tak nie przechwalaj, Diablica. Kim byłeś na wolności?- Spytał ten od krzesła. 

Zmierzyłem wzrokiem wszystkich przy stoliku. Robiąc długą i pełną napięcia pauzę wsłuchiwałem się w rytm ich grających jak werble serc. Wśród ciszy w stołówce wyznałem: 

-Byłem pierwszym Egzekutorem organizacji Hydra i prawą ręką jej Szefa- oznajmiłem krótko, a ze wszystkich gardeł wydobyły się jęki zdumienia i strachu. Znów zapadła cisza, w której dostrzegłem, że osadzeni z najbardziej oddalonych stolików wymieniają między sobą spojrzenia. 

***

Wśród pozostałych bloków szybko rozniosło się, kim byłem, a każdy na spacerniaku omijał mnie z daleka. Niektórzy gadali po cichu, a większość obserwowała mnie ukradkiem, lecz, gdy podnosiłem wzrok na któregokolwiek z przyglądających mi się mężczyzn, uciekali oni oczami gdzieś na boki. Zaciągnąłem się dymem siedząc na drewnianej ławce i patrzyłem w dal, rozmyślając o Victorii. 

Żałowałem, że tak bardzo cierpiała przeze mnie. Tęskniłem za nią, księżulkami i polowaniami na Nocnych tak bardzo, że robiło mi się zimno w sercu. 

-To prawda, że jesteś Hydrą, czy robiłeś sobie jaja?- Zapytał z boku jeden z grupy o przezwisku Chwast. Chudy, niewysoki blondyn o ciemnych oczach. 

Znów się zaciągnąłem i szybkim ruchem odbiłem lecący w moją stronę prowizoryczny krążek hokejowy. 

-To była prawda, czemu o to pytasz?- Rzuciłem spoglądając na niego z boku. 

Chudzielec zamyślił się. Patrząc w dal stukał palcami o deskę ławki. 

-Dziwię się, jak złapali taką legendę- stwierdził po dłuższym milczeniu. 

Zapatrzyłem się na siatkę spacerniaka, zastanawiając się, czy lepiej skłamać, czy powiedzieć prawdę. 

-Tak z ciekawości... Za co ty siedzisz?- Zapytałem z innej beczki. 

-Za morderstwo. Dostałem czternaście lat, trzeci rok tu kibluję- wzruszył ramionami.- No, więc? Powiesz, jak cię udupili? 

-Nic ciekawego. Zwykły przypadek- skłamałem ze spokojem. 

W tej samej chwili podeszło do mnie trzech nieznanych mi więźniów z bloku R, na najwyższym piętrze. R jak Recydywa. 

-Który z was to Diablica?- Zapytał środkowy z nich. 

-A kto pyta?- Zapytał Chwast pogardliwie. 

Wtedy rozpoznałem jego rozmówcę i wstając wskoczyłem na ławkę. 

-Shen, kopę lat. Znudziłeś się szefowi i zwolnił cię z roli maskotki?- Zadrwiłem unosząc wymownie brew. Stanąłem w bardziej wyluzowanej pozie mierząc go wzrokiem. 

-Król. Piękna ta nowa ksywka- odciął się z szerokim uśmieszkiem. 

-A ciebie jak zwą kumple z celi? Księżniczka? A może MILF?- Przyłożyłem dłoń do podbródka udając zastanowienie.- Nie, już wiem! Dang fu!- Rzuciłem z trudem tłumiąc śmiech. 

-ZAMORDUJĘ CIĘ!- Warknął rozwścieczony, a jego dwaj kumple powstrzymywali go od rzucenia się na mnie. 

-Jak zwykle łatwo cię sprowokować, Shen. Tylko coś słabo ziejesz ogniem, jak na Smoka. Czyżby klawisze cię przestawili?- Kpiłem z niego dalej, a Chwast przyglądał mi się zdumiony, że zadzieram z Azjatami z R-ki. Dostrzegłem, że Shen aż dygocze z gniewu, a strażnicy przyglądają się naszej rozmowie gotowi zareagować. Za kolejną bójkę w ciągu tygodnia czekał mnie karcer, jednak nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo Shen zaatakował. 

Wybiłem się z miejsca i przeskakując trzech Chińczyków znalazłem się na oblodzonej kostce. 

-Dang fu, tu jestem!- Rzuciłem drwiąco, a wszyscy trzej rzucili się do ataku. 

Skazańcy przerwali swoją grę, a strażnicy pełni zdumienia obserwowali mój sparing z "Recydywami". Chwast aż wstał i gapił się z opadniętą szczęką, jak robię uniki i nie przykładając większej siły do walki kładę całą trójcę na łopatki. 

Podniosłem but i zamachnąwszy się trzasnąłem nim tuż obok łba Shen'a, po czym nie zatrzymywany przez nikogo poszedłem spowrotem na ławkę. 

-Diablica, za tobą!- Rzucił jeden z kiciarzy ostrzegawczo. 

W ostatniej chwili schyliłem się, a jeden z kumpli Shen'a przeleciał nade mną z wyciągniętą pięścią i wzbijając się w powietrze wpadł za murek w ławki, po czym wyjrzał jeszcze na chwilę i padł nieprzytomny. 

-Myślisz, że kto mnie tego nauczył, Shen...?- Zapytałem głośno i przeciągając się, spokojnie wróciłem na ławeczkę i padłem na nią lekko.- Nawet w mamrze da się trafić na znajomych- skomentowałem ironicznie. 

-Kim ty, kurwa, człowieku jesteś??- Wypalił zdumiony Chwast zaglądając za ławki pomiędzy którymi wylądował kumpel Shen'a, Kai. 

Położyłem się na twardym drewnie i spojrzałem w błękitne zimowe niebo w zastanowieniu. 

-Smoki zieją ogniem, Hydry mają serca z kamienia, a Król zawsze będzie trzymał się nocy cienia- mruknąłem do siebie w zamyśleniu. 

-O czym ty bredzisz, Diablica?- Zapytał zaskoczony. 

-Borgia, idziesz z nami- tuż za mną odezwał się Anioł. 

-Aha, karcer mnie nie minie- mruknąłem z ciężkim westchnieniem wstając z ławeczki. Poprawiłem szary strój i ruszyłem za klawiszem mrucząc- żegnaj, okrutny świecie. 


Po jakimś czasie. 

-Pocę się, jak dziwka w kościele- zauważyłem ironicznie.- Dokąd idziemy? 

-Dowiesz się, Borgia- oznajmił klawisz krótko. 

Wiedziałem, że jak zacznę narzekać, znowu oberwę i wolałem się nie wychylać... 


Biuro naczelnika więziennej twierdzy. 

-Gabriel Damon Borgia. Syn Ofelii i Damona. Urodzony...- miarowy stukot maszyny do pisania zaczął mnie usypiać, a głód kolejny raz dawał mi się we znaki, dlatego ostrożnie sięgnąłem po piersiówkę i... Pałka świsnęła tuż przed moją dłonią. 

Podrzuciłem i unikając ciosu, wykonałem piruet; a potem chwyciłem płaską butelczynę tuż nad podłogą. 

Kolejny raz... Te pomieszane z sobą, słodkie wonie...

-Cristo...- szepnąłem z trudem i odkręcając, wlałem w siebie zawartość... 


Watashi no akuma 2 Rozdział VII: Wampir Dante ponownie

 Trzy tygodnie później, dwudziesty listopada A. D. 1990. 

Odpoczywając po kolejnym polowaniu leżałem na wielkim łożu w swojej komnacie i oglądałem poranne wydanie lokalnych wiadomości. 

Prezenter relacjonował właśnie sprawę znikających na terenie miasta dzikich zwierząt, które ostatnio stały się w Rzymie istną plagą. Sam nie byłem w związku z tym bez winy, ponieważ likwidowałem mniej więcej pięć, sześć zwierząt raz na dwa tygodnie. Ponieważ zwierzęca krew pomagała mi gasić głód, napełniałem nią butelki i gromadziłem zapas ukrywając go w umieszczonej w ścianie komnaty skrytce, którą odkryłem kilkanaście dni temu. 

Początkowo musiałem sobie wmawiać, że zimna krew jest smaczna; a teraz przemogłem się do tego stopnia, że czasami nawet nie zważałem na smak i wlewałem w siebie krew zupełnie machinalnie. 

-Będę musiał uważać- mruknąłem do siebie wyłączając tv. Ułożyłem się wygodniej na materacu i opierając głowę na poduszce postanowiłem się trochę zdrzemnąć. 

***

Gwałtownie zerwałem się ze snu i zakląłem soczyście. Nadal śniły mi się dni spędzone w Hydrze. Uczenie nowych i łamanie charakteru werbowanych. Już od jakiegoś czasu tym rzygałem. Byłem idiotą, kochając Leę... Pieprzonym idiotą. 

I jeszcze ten cholerny Dante, kurwa jego mać... 

-Nie chcesz być pionkiem w wojnie między nami- zauważył z boku Pan Zarozumiały. 

-Wiesz, że zrobię wszystko, żeby była bezpieczna- zacząłem; ale przerwał mi mówiąc: 

-Bo Nicolae tobą kieruje. 

Rafael J. White 

-Nie. Bo ją kocham i nie mogę jej mieć; bo ona kocha ciebie, cholerny debilu!- Odwarknął zły.- Ona cię kocha, a ty... TY się z nią, kurwa, bawisz!! 

To już był cios poniżej pasa i nie mogłem tego odpuścić. Nie z powodu mej przeciwstawnej natury lecz z gniewu, który rozgorzał we mnie po słowach Gabriela. 

Wyprowadziłem cios, by zdzielić go w mordę. Odbijając wykręcił mi rękę w tył i przycisnął mnie do ściany.

-Dość łatwo cię przewidzieć, klecho- tym razem przemawiał przezeń stary Gabriel. Hydra, zwany w  szeregach Królem.- Zapomniałeś, żeby w mojej obecności ukrywać własne uczucia i zamiary?- Zapytał szyderczo. 

Uderzyłem obcasem buta w jego stopę. Syknął, a ja wyrywając się, sam złapałem go za ubranie i trzasnąłem nim o ścianę. Gabriel patrząc mi prosto w oczy uśmiechał się wyzywająco. 

Gabriel, zwany Uczniakiem

-Od zawsze wiedziałem, że jesteś szurniętym psycholem, Gabriel- oznajmił nie tracąc swojego stoickiego spokoju, a te bladoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie w taki sposób, że zupełnie nie mogłem rozszyfrować; o czym Raf myśli. Na twarzy malował się nieodgadniony wyraz. Nic w nim nie poruszyło się nawet o milimetr. Nie drgnęły ani krzaczaste brwi, czy policzki z trzydniowym zarostem. Wargi także pozostały nieruchome, a oczy nie wyrażały nic, po czym mógłbym odgadnąć, o czym w danej chwili myśli. 

Rafael nigdy nie był taki... Niedostępny. Od kiedy go znam, bywał irytujący, czasem nerwowy i surowy, ale był także dobrym i cierpliwym słuchaczem. Teraz to wszystko nagle zniknęło, jakby otworzył jakąś szufladę w swoim sercu i ukrył w niej te cechy, za które szanowałem i podziwiałem go jak małe dziecko. 

Rafael J. White 

-Nigdy się nie zmieniaj, Księżulku- powiedział Gabriel z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem. Słysząc te słowa zamarłem w bezruchu i zacząłem się zastanawiać, czy całkiem nie odbiło mu z głodu, a moje ręce powoli opadły do boków. To zabrzmiało tak, jakby się żegnał... Cofnąłem się dwa małe kroki w tył, a Gabriel po prostu poszedł swoją drogą. Co gorsze, przestał mi przypominać tego zagubionego młokosa, który bronił się sarkazmem i bezpośredniością, a także był wyjątkowo chamski i bezczelny. Nawet kolczyk w jego wardze wydawał się nie odbijać światła tak, jak zwykle. 

Patrzyłem za nim aż nie zniknął za zakrętem, zastanawiając się; czego ten dzieciak właściwie chce od życia. Ilekroć próbowałem pomóc mu uporać się z tym, kim jest teraz, natrafiałem na gruby mur, za którym ukrywał swoje uczucia i obawy. Stał się inny, niż był kiedy go poznałem: z wkurzającego i bezczelnego przeistoczył się w małomównego i opanowanego młodzieńca. 

Westchnąłem ciężko idąc sprawdzić, czy biskup nie ma dla nas kolejnych zleceń i odruchowo spojrzałem przez okno. Gabriel paląc papierosa rozmawiał z jakimś podejrzanym typem. Nie był dla mnie podejrzany z powodu ubioru, ale dlatego, że widziałem tę facjatę we wczorajszych wiadomościach, więc musiał być jednym z poszukiwanych przestępców. Nie sądziłem, że Gabriel nadal trzymał z kimkolwiek powiązanym z Hydrą lub inną bandą oprychów. 

Gabriel, zwany Uczniakiem

Zaciągając się dymem oparłem się w wyluzowanej pozie o ścianę i mrużąc oczy spojrzałem na Seamusa niechętnie. 

-Nie wiem, gdzie jest Szpileczka, zresztą nawet gdybym wiedział, nie powiedziałbym ci- odparłem krótko.- Poza tym interesuje mnie ktoś zupełnie inny. 

-Niby kto?- Zapytał wolno, ostrożnie sięgając pod płaszcz po spluwę. 

-Zanim wyciągniesz broń, zdążę rozpłatać ci gardło- ostrzegłem, a jego dłoń opadła do boku.- Leah- wymówiłem chłodno to imię. 

-Na głowę upadłeś?? Przecież ona nie żyje- odparował autentycznie zdumiony, obserwując mnie szeroko otwartymi oczami. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela

Za oknem dłoń zwinięta w pięść wystrzeliła do przodu, a rozmówca Gabriela zachwiał się i zszedł dwa stopnie w dół, próbując utrzymać równowagę. 

-Vlad kazał ci tak słabo łgać, a ty i reszta skakacie i szczekacie jak wam zagra?- Zapytał blondyn, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmieszek. Powoli opuścił prawą rękę do boku i spojrzał na tamtego obojętnie.- Zarobisz drugi raz, jeśli znowu usłyszę jakiekolwiek kłamstwo. Gdzie jest Leah? 

-Mówię ci, że ona nie żyje. Ktoś pewnej nocy podciął jej gardło- w tej samej chwili facet wylądował na kolanach. 

-Będziesz gryźć schodek tak długo, dopóki nie powiesz, gdzie jest Leah- powiedział Gabriel opierając glan na karku rozmówcy.- Wiesz, że nie należę do przesadnie cierpliwych- przypomniał chłodnym tonem klęczącemu mężczyźnie.- Masz pięć minut, by wyszczekać; gdzie jest- dodał z groźbą. 

Kilka bełkotliwych, niezrozumiałych dla mnie słów wystarczyło, by Gabriel podniósł obutą w ciężki, wojskowy but stopę, by wykonać zamach. Tamten odsunął się odrobinę od krawędzi kamiennego stopnia mówiąc szybko:

-Czekaj!. Musisz coś wiedzieć!.- Facet przerażony usiłował zaciekawić czymś Gabriela, który znów podniósł stopę i kopnął mocno klęczącego, który z impetem przyłożył twarzą w stopień. Gabriel wyciągnął broń i odbezpieczył. Przeładował z trzaskiem po czym wymierzył w zamroczoną postać na schodach. 

-Nie interesuje mnie nic oprócz tego, gdzie jest moja była- powiedział bez entuzjazmu. 

-Nie wiem, gdzie są jej zwłoki... Vlad kazał gdzieś je wywieźć, a dwa tygodnie później- Gabriel strzelił w schodek. Mimo, że nie usłyszałam odgłosu wystrzału zobaczyłam błysk z lufy- dwa tygodnie później- powtórzył tamten lekko drżącym tonem- pojawiła się ta krótko obcięta czarnowłosa i... 

-I?- Podchwycił Gabriel nie pokazując po sobie żadnych emocji. 

-Ona... Tydzień temu Dieter i kilku innych jej podpadło...

-Co mnie to obchodzi?- Przerwał Gabriel obojętnie, nadal mierząc do tamtego z klamki. 

-Bo ta kobieta totalnie zwariowała na twoim punkcie!.- Wyznał tamten nieźle wystraszony.- Hydry gadają, że wie o tobie o wiele więcej, niż Leah. Jakby cię skądś znała. 

-Wstawaj, Seamus- Blondyn powoli zabezpieczył broń i wsunął ją za połę płaszcza. Mężczyzna nazwany Seamusem powoli wykonał polecenie, a kiedy odwrócił się do Gabriela zobaczyłam w świetle pobliskiej latarni zakrwawiony nos i rozwaloną lekko głowę. Wtedy poczułam, że powietrze dziwnie zgęstniało i usłyszałam tamten usypiający ton z ust Gabriela. 

-Teraz posłuchasz mnie uważnie. Wrócisz do Pieczary, a kiedy po wejściu do środka zobaczysz pierwszą osobę powiesz, żeby przekazała pozdrowienia Vladowi. Potem sięgniesz po broń i strzelisz sobie w łeb. Powtórz- nakazał blondyn. 

-Wrócę do Pieczary i pierwszej napotkanej w domu osobie powiem, żeby pozdrowiła od ciebie Vlada. Potem wezmę broń i strzelę sobie w łeb. 

-Wracaj- Gabriel zapalając następnego papierosa wydał kolejny rozkaz, a Seamus spokojnym krokiem wyminął blondyna i ruszył chodnikiem. 

Przez chwilę patrzył za odchodzącym Seamusem, a jego twarz przybrała wyraz głębokiego zamyślenia. 


Następnego dnia, z samego rana czytając artykuł na pierwszej stronie gazety niemal wyplułam na nią kawę. 

-Stało się coś?- Zapytał niewinnie Gabriel opierając się ramieniem o futrynę. 

-Nic takiego- skłamałam, powoli odkładając prasę na stolik wzięłam kubek z kawą i upiłam łyczek. 

Gabriel wziął gazetę i rozłożył ją na biurku. Zaczął czytać artykuł opatrzony zdjęciem z pierwszej strony. Dostrzegłam, że czyta tylko pierwsze słowa z kilku górnych linijek. Jego twarz nawet nie drgnęła, jednak po chwili jego wargi rozchyliły się i zadrżały lekko. Wymamrotał pod nosem jakieś nieznane mi słowo i odwracając się na pięcie szybkim krokiem wyszedł z pokoju. 

Sama znowu wzięłam gazetę i czytając pierwsze słowa starałam się złożyć je w jakieś zdanie. Nic z tego: ilekroć próbowałam; żadne słowo do siebie nie pasowało, bo ani jedno ułożone z tych słów zdanie nie miało sensu. Co Gabriel zrozumiał z ciągu nic nie znaczących słów? Czy była to zaszyfrowana wiadomość adresowana do niego? Kto ją napisał i skąd blondyn wiedział, jak ją odczytać?. 

Usłyszałam, że chłopak wraca. W dłoni miał kartkę A5 z notatnika i kopertę, a zza ucha wystawał mu długopis. 

-Co jest?- Zapytałam zaskoczona, gdy usiadł przy stoliku i wyciągając zza ucha długopis zaczął się zastanawiać przez chwilę. 

-U siebie nie mogę się skupić- odparł, a po chwili jego dłoń zaczęła zapełniać kartkę szeregiem cyfr. 

Rząd liczb, przerwa, dłuższy rząd liczb, kolejna spacja, jedna cyfra... 

Starając się nie pokazywać po sobie fascynacji tym, co robił blondyn obserwowałam jego poczynania. 

Gabriel przerwał na chwilę pisanie i poprawiając kolczyk w wardze rozmyślał przez dłuższą chwilę. Zaczął od nowego akapitu i zapełnił kolejne kilka linijek tekstu. 

Po chwili podniósł głowę i spojrzał na drzwi. Nawet nie poczułam, że obserwował nas młodszy brat Gabriela, Cristian. 

-Jedziesz do Vincenzo?- Zapytał brata zielonooki. 

-Taaa, chciał, żebym się zajął jego chaszczami w doniczkach, a co?- Odparł pytaniem najmłodszy z braci Borgia. 

Gabe umieścił pokrytą cyframi kartkę w kopercie i przesunął ją w stronę Cristiana bez słowa. Wilkołak wziął ją i wsuwając w wewnętrzną kieszeń bluzy skinął głową po czym zniknął w korytarzu, a chwilę później usłyszałam silnik motocykla. 

-Nic z tego nie rozumiem- nie wytrzymałam i musiałam to powiedzieć. 

Gabriel zmierzył mnie uważnym, a zarazem tajemniczym spojrzeniem. Jego nowe oczy z ciemnymi obwódkami wokół tęczówek obserwowały mnie przez kilka długich minut, po których wyznał niespotykanie spokojnie: 

-Dzisiaj oddam się w ręce policji. 

Zerwałam się na równe nogi i odstawiając kubek zajrzałam mu w oczy mówiąc podniesionym głosem: 

-TY CHYBA CAŁKIEM OSZALAŁEŚ, GABRIEL- wypaliłam na równi zszokowana i przerażona. 

-A tu co się dzieje?- Zapytał nagle Raf z korytarza. 

Gabriel, zwany Uczniakiem

-Jego zapytaj. On już kompletnie z fiutem na głowy się zamienił- nie wiem, co w tamtej chwili tak mnie rozbawiło: pełne złości stwierdzenie Vix, czy mina Rafaela, ale po prostu wybuchnąłem śmiechem; zanim w ogóle pomyślałem, co robię. 

-Wiedziałaś, że to się w końcu stanie, Vix. Nie mogę uciekać przed policją w nieskończoność, bo kiedyś popełnię jeden błąd za dużo i zamiast kajdanków dostanę kulkę w plecy- oznajmiłem ze spokojem.- Wiesz, że to nieuniknione. Poza tym Antonelli na pewno powiadomił swoich, gdzie jestem i jest tylko kwestią czasu, jak wpadnie tu uzbrojony oddział policji i zrobi mega bajzel, po czym olewając resztę, zabiorą mnie do pudła i oskarżą was o ukrywanie niebezpiecznego mordercy- dodałem poważnie. 

-Nigdzie nie pójdziesz- rozzłościła się, gdy wstałem. 

-Nie zabronisz mi, Victoria- odparłem z opanowaniem. Chciałem mówić dalej, ale dostałem tak mocny policzek, że moja głowa odskoczyła na bok. Popielatowłosa aż dygotała z wściekłości wpatrując się we mnie rozognionym spojrzeniem. 

Rafael J. White

-Jeśli cokolwiek do mnie czujesz to tego nie zrobisz- powiedziała ostro, a te srebrzyste tęczówki ciskały błyskawice gniewu. Drżała i dyszała ze złości. 

-Czy ty właśnie próbujesz mnie zaszantażować, Victorio?- Gabriel zajrzał jej głęboko w oczy. 

-Gabriel, przemyśl to dobrze i nie przesadzaj.- Zauważyłem, chcąc uniknąć późniejszego stania między młotem i kowadłem; jeśli oboje skoczą sobie do gardeł. 

-Już to przemyślałem Rafael. Sam wiesz, że powinienem to zrobić ponad osiem lat temu. 

-Nie zapominaj, że przeszedłeś połowiczną przemianę. Pomyślałeś co będzie, jeśli odbije ci z głodu w celi; czy będziesz o tym myślał dopiero wtedy, gdy cię przypili? 

-Szczerze mówiąc pomyślałem, że zjawi się wtedy jakiś heros w koloratce i zrobi, co trzeba- te słowa pozornie brzmiały jak żart, ale Gabriel mówiąc to był zupełnie poważny. 

Tym razem ręce mi po prostu opadły. Przez pewien czas wlepiałem w niego pełem niedowierzania wzrok. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

-Boże Miłosierny... Dlaczego zesłałeś mi na głowę wariata??- Wyszeptał Raf wznosząc oczy ku sufitowi.- Dlaczego mnie tak doświadczyłeś, zamiast od razu wysłać go do jakiegoś szpitala dla umysłowo chorych?- Jęknął załamanym tonem z rękoma bezwładnie wiszącymi po bokach. 

Jeśli Rafael się podda, to już nikt nie będzie w stanie wybić z głowy Gabriela tego chorego pomysłu. Na tę myśl ogarnął mnie paniczny strach. 

-Boże Miłosierny, zlituj się nad tym głąbem patentowanym- dodał brunet z dłuższymi włosami z ciężkim westchnieniem- i uchowaj mnie od jemu podobnych kretynów w przyszłości... 

W tym momencie usłyszeliśmy kilkanaście głosów i kroki ciężkich butów oraz dźwięki przeładowywanej broni oraz zdenerwowany ton głosu kardynała Lombardi, a także chłodny Antonelli'ego. 

-Wiem, że on tu jest i, jeśli nam go nie wydacie odpowiecie za ukrywanie poszukiwanego mordercy- oznajmił ten ostatni chłodno.- Przeszukać teren- zwrócił się do kogoś. 

Zwróciłam wzrok na Gabriela. Sama nie wiedziałam, co w tym momencie czułam: czy była to złość na całą tę sytuację, czy żal, że tracę kogoś, z kim zdążyłam tyle przeżyć. Blondyn wyciągnął z buta Krucyfiks, a z kieszeni kołek i kilka flakonów świętej wody i złożył to wsystko na stoliku. 

-W twoje ręce, Rafael- zwrócił się do bruneta spokojnie.- Dzięki, że mogłem z wami pracować- rzucił wychodząc. 

Raf opanował się i skinął Gabrielowi głową. 

Gabriel złapał nas oboje za ramiona i uśmiechnął się po swojemu ściskając je z otuchą. 

-Wszystko okej. Świat się jeszcze kręci, jak nieźle popieprzona karuzela- rzucił na pożegnanie, a ja próbowałam powstrzymać łzy. 

Gabriel, zwany Uczniakiem

-Aż pełny oddział, żeby mnie odprowadzić? Czuję się doceniony, Antonelli- oznajmiłem odpinając i zdejmując szelki z bronią. Zdjąłem z paska również nóż widząc wymierzone we mnie lufy broni maszynowej. 

-Jesteś, jak zawsze szyderczy; Borgia- odparł komisarz wyciągając mi z ręki broń.- Masz prawo zachować milczenie. Wszystko, co powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie- rzucił swoją starą formułkę, skuwając mi ręce za plecami. Spokojnie pozwoliłem się wyprowadzić obserwowany przez księży. 


Paka policyjnego busa nie była zbyt wygodna, ale to nie miało dla mnie zbyt wielkiego znaczenia. Bardziej wprawiały mnie w zażenowanie spojrzenia pilnujących mnie kilku policjantów, pełne różnych odczuć od obrzydzenia i pogardy zaczynając, a na dziwnym podziwie kończąc. Poza tym czułem się opity zwierzęcą krwią, ponieważ wypiłem od razu cały zgromadzony przez siebie zapas.

Zastanawiałem się także, co ci ludzie sobie o mnie myśleli. 

Żałowałem większości swoich czynów, ale najbardziej dwóch rzeczy: tego, że należałem do Hydry i miłości, którą darzyłem Leę. 

Przymknąłem na chwilę oczy, a pod powiekami pojawił się przerażający obraz, który wyjątkowo mną wstrząsnął. 

Po pierwszym skręcie w lewo. Atak Nocnych Hydr i cały konwój z rozszarpanymi gardłami. 

Szybko otworzyłem oczy. 

-Skręć w prawo- nakazałem kierowcy. 

-Każcie mu się zamknąć- odwarknął ignorując moje słowa. 

Wyrwałem się najbliższym dwóm i skupiając się użyłem mocy wpływu wobec kierowcy, mówiąc: 

-Teraz sięgniesz po radio i nakażesz całemu konwojowi zmienić trasę. Na najbliższym zakręcie skręcisz w prawo. Powtórz. 

Wszyscy pozostali wpatrywali się we mnie zaskoczeni. W ich oczach pojawił się szok, gdy kierowca powtórzył moje słowa i przystąpił do wykonania mojej woli. Sięgnął po radio i nadał komunikat o zmianie trasy i jazdę okrężną drogą do bazy, po czym sam skręcił w prawo i zamrugał zaskoczony. 

-Zaraz... Co się stało...?- Zapytał ze zdumieniem samego siebie obserwując drogę przed sobą. Strażnicy spoglądając na siebie ukradkiem, szeptali między sobą. 

*** 

-Coś ty zrobił temu chłopakowi?- Zapytał trochę później przerażony nie na żarty komisarz patrząc na bladego jak płótno kierowcę półciężarówki, która mnie wiozła. 

Siedzieliśmy w pokoju przesłuchań a policjant którego zahipnotyzowałem siedząc na krześle pod ścianą wpatrywał się tępym wzrokiem w jeden punkt. Jego twarz wyglądała jakby spał z otwartymi oczami. 

-Nie miałem wyboru. Zobaczyłem coś i wiedziałem, że muszę temu zapobiec- sam nie wiedziałem, jak to wyjaśnić. 

-Nic, a nic z tego nie rozumiem, więc zacznij gadać z sensem- powiedział ostro Antonelli wpatrując się we mnie jak sroka w gnat. 

-Pamiętasz, co się stało w pociągu?- Tym razem to ja zadałem pytanie patrząc mu w oczy. Antonelli zbladł i cofnął się o krok od stolika potrząsając głową z niedowierzaniem w oczach. 

-To był tylko sen. To mi się śniło- oznajmił patrząc mi twardo w oczy. 

-Wmawiasz to sobie. Wszystko działo się naprawdę, bo niby skąd wiedziałbyś, gdzie mnie szukać?- Zapytałem tym razem retorycznie.- Ty po prostu próbujesz wyprzeć fakty... 

-To nie są żadne fakty, bo ludzie z wielkimi kłami nie istnieją- przerwał mi z naciskiem, nadal broniąc się przed tym, co wtedy widział. 

-A pamiętasz tamten uścisk na gardle, gdy miałeś wrażenie, że się dusisz?- Zapytałem całkiem niewinnie. 

Antonelli trzasnął obiema dłońmi w blat dzielącego nas stolika i odruchowo spojrzał na chłopaka, lecz ten nawet nie drgnął; warcząc: 

-To był sen. Nie było mnie w żadnym pociągu- upierał się. 

-Dobrze- rzuciłem, po czym zwróciłem się do chłopaka.- Pójdziesz do policyjnego archiwum i znajdziesz raport z dnia czternastego września bieżącego roku, podpisany przez komisarza Antonelli i dotyczący unieruchomionego na pustkowiu pociągu. Przyniesiesz go, powtórz- nakazałem spokojnie, a chłopak nadal pod moim wpływem wstał i powtarzając polecenia ruszył z miejsca, żeby je wykonać. 

Komisarz wpatrywał się we mnie totalnie przerażony, nie rozumiejąc co się dzieje. Na pewno zadawał sobie pytanie, jakim cudem zmuszam ludzi, żeby robili, co powiem, jednak musiał porzucić swoje rozmyślania, bo niski chłopak nagle wrócił z kilkustronnicowym dokumentem policyjnego raportu, na którego widok Antonelli blady jak śmierć opadł na krzesło.

-Kim ty kurwa jesteś; Borgia??- Zapytał ochrypłym półgłosem. Wzdrygnął się słysząc moje pstryknięcie palców. Niski funkcjonariusz obudził się nagle ze swego apatycznego stanu i podskoczył pytając ze zdumieniem: 

-Gdzie ja jestem? Dopiero co byłem w wozie- wypalił gapiąc się na nas obu. 

Rozsiadłem się wygodniej i sięgnąłem za pazuchę, skąd wyjąłem piersiówkę. Odkręciłem i upiłem z niej potężny łyk. 

-Napisałeś raport i nadal wypierasz z myśli to, co się stało w tamtym pociągu?- Zapytałem leniwie zakręcając piersiówkę. 

-Co w niej jest?- Antonelli ignorując moje pytanie ruchem głowy wskazał płaski metal w mojej dłoni. 

-To jest Cerber. Lek dla "ludzi z wielkimi kłami"; jak to ich nazywasz- odparłem obojętnie.- Teraz ty odpowiedz na moje pytanie. 

Kryminalny zmierzył mnie spojrzeniem pełnym nieufności, po czym odparł: 

-Po prostu nie wierzę w połowę tego, co się tam stało- wyznał cicho.- Zresztą to nie twoja sprawa- zauważył z chłodem. 

-Być może- przytaknąłem- ale wypieranie tego tobie też nie pomoże. Będziesz nadal sobie wmawiać, że twój partner nie zginął tak, jak zginął i, że nic się nie stało? Dla mnie to kompletne tchórzostwo, Antonelli. 

-Zamiast pyskować, zacznij odpowiadać na pytania. 

-Siedzimy tutaj już od pięciu godzin. Potrzebowałbym co najmniej tygodnia, żeby streścić chociaż jedną czwartą tego; co robiłem jako Hydra- odparłem z niechęcią. Wyciągnąłem z rąk zaskoczonego niskiego dokument i mimo protestów chłopaka zagłębiłem się w lekturze. 


-O!. Ten fragment jest ciekawy: "[...] przednie wagony pełne martwych podróżnych. Z oględzin wynika, że ofiary zaatakowało nieznane dotąd dzikie zwierzę." Ciekawa hipoteza: dzikie zwierzę chodzące w butach i rozszarpujące gardła ludziom- odłożyłem dokument. 

-Więc niby, co to było według ciebie?- Antonelli starał się nie stracić głowy. 

-Widziałeś to "dzikie zwierzę"- odparłem spokojnie. 

-Nawet jeśli, to nikt by w to nie uwierzył- żachnął się, a niski funkcjonariusz skakał po nas oczami, próbując zrozumieć; o co tu chodzi. 

-A założyłbyś się...?- Zapytałem wyzywająco.- Mają podobne "zwierzę" pod samym nosem, tylko jeszcze o tym nie wiedzą- odparłem z powagą patrząc mu w oczy. Antonelli chcący coś powiedzieć nagle zamknął usta, a chłopak zapytał: 

-Niby gdzie to zwierzę...?- Zdziwił się. 

-Patrzysz na nie- uśmiechnąłem się pokazując mu wydłużone kły. Odskoczył, pytając ze strachem w oczach: 

-Kim ty jesteś, człowieku?? - Wybuchnął łapiąc się za serce. Antonelli był coraz bardziej roztrzęsiony.

-Ty... Kto ci to zrobił...?- Szepnął komisarz opadając na najbliższe krzesło. 

-Nieważne kto- odparłem obojętnie.- W przeciwieństwie do tamtego z pociągu, jestem trochę inny. Mogę chodzić za dnia, a przede wszystkim brzydzę się tym, co zrobił w przedziale tej dziewczynie- przerzuciłem wzrok na Antonelli'ego.- Obaj wiemy, co mam na myśli. 

-A to...?- Kryminalny spojrzał ukradkiem na niskiego. 

Zawiesiłem zamyślone spojrzenie na młodszym z mundurowych, zastanawiając się, jak wyjaśnić im, co się stało, że młody nie pamięta kilkunastu minut tego dnia. 

-Tacy jak ja, hm... Inaczej- zastanowiłem się przez chwilę.- Takich, jak ja nazywa się Nocnymi. Jak sama nazwa wskazuje większość może wychodzić tylko nocą, ponieważ dzienne światło powoduje u nich oparzenia. Mnie to nie dotyczy, przynajmniej póki nie... Przynajmniej na razie- zakończyłem wolno.- Poza tym, wracając do tego; co zrobiłem z tobą, że nie pamiętasz paru rzeczy- zwróciłem się do Młodego- nazywa się to "Mocą Wpływu". Jeśli bym chciał, chłopak mógłby nie pamiętać całego dnia, a nie tylko tego, o co go poprosiłem- wytłumaczyłem starszemu stopniem policjantowi. 

-Poprosiłeś?? Ty go do tego zmusiłeś- wypalił wściekły komisarz. 

-Poprosił to eufemizm. Powinien raczej powiedzieć, że w pewien sposób nakłonił młodzieńca do swojej woli- na dźwięk głosu zwróciłem twarz w kierunku drzwi, w których stał... 

Dante.