piątek, 28 sierpnia 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział VI Sabat

***
Pół godziny później w głównym holu budynku Korony Cierniowej walczyłem z najbliższym, również uzbrojonym w miecz, Nocnym. Zresztą wszyscy w promieniu kilku metrów ode mnie ścierali się z krwiopijcami. Koleś zarobił ode mnie z łokcia, a ja przedarłem się ślizgiem do najbliższego ze stojących z tyłu i wywróciłem go na podłogę przykładając mu miecz do gardła, a kołek do piersi.
-Powinieneś mieć trzy ręce, moim zdaniem- skomentował ironicznie się uśmiechając.
Chciałem mu odpowiedzieć, żeby zamknął ryj; ale zanim zdążyłem otworzyć usta usłyszałem głos Pana Zarozumiałego, mowiący:
-Chłopaki, odpuśćcie. To Sabat- wszyscy opuścili broń i rozstąpili się, a wśród tej grobowej ciszy usłyszałem kroki Rafaela.- W porządku, Gabriel. Oni nie są groźni- wyciągnął do mnie ramię. Opuściłem miecz na temblaku i chwyciłem rękę pozwalając mu podnieść się na nogi.
-Raczysz wybaczyć, Dante; ale Gabriel jest u nas od niedawna- zwrócił się do faceta, którego jeszcze kilka sekund temu miałem zamiar załatwić.
-Nie pomyślałbym nigdy, że użyję terminu "dantejskie piekło"; księże Rafaelu- zauważył parodią wesołości bladolicy mężczyzna, wstając.- Prawdę mówiąc ten wasz nowy nabytek jest wyjątkowo zdolny, skoro przedarł się przez trzech moich ochroniarzy i moją córkę- zauważył przyglądając mi się z wyraźnym zaciekawieniem.- Chciałbym potem zamienić z tobą kilka zdań- zwrócił się do mnie odchodząc.
Spojrzałem pytająco na Rafa, a ten skinął do mnie głową potakująco i posłał nieznanemu mi Nocnemu wymuszony uśmiech, po czym wraz z tą dziwną grupą odeszli korytarzem.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Potrzebowałam ciszy i samotności; dlatego znów siedziałam na przykościelnym cmentarzu i oparta plecami o czyiś nagrobek, w cieniu drzewa rozmyślałam.
Wolałabym nie wiedzieć, że Gabriel przeszedł częściową przemianę i walczy ze swoim głodem o każdy, pozornie normalny dzień. Mogłam jedynie spróbować sobie wyobrazić, jak bardzo cierpi z tego powodu, Poza tym zastanawiałam się także, kim był ów Alexander; jak również kim jest lub był dla mnie Nicolae, czyli Alter Ego blondyna. No i pozostał jeszcze Rafael, do którego czułam miętę. Mimo, że nadal był duchownym, pragnęłam znów się z nim przespać.. . Wspomnienie tamtej nocy w hotelu ciągle wracało, a ja coraz częściej przyłapywałam się na grzesznych myślach o barczystym ciemnowłosym. Każde moje spojrzenie w te bladoniebieskie oczy zdawało mi się ogromnym grzechem. Poza tym pozostali kapłani wyraźnie zaczynali coś podejrzewać...
-Zostaw Rafaela w spokoju, Victorio- Aż podskoczyłam słysząc tuż za sobą głos księdza Josepha Torresa, który był najlepszym przyjacielem Rafa.
-O co księdzu chodzi?- Zapytałam udając, że nie wiem, do czego kapłan zmierza. Wstałam z trawy i odwróciłam się ku osobie, której Rafael od zawsze bezgranicznie ufał i, którą traktował jak starszego brata.
-Po prostu zrób to, o co cię proszę. Krzywdzisz go- cofnęłam się od niego o krok, a moje plecy przytuliły się do pnia jesionu. Wpatrując się z otwartymi szeroko ustami w ciemne oczy, poczułam się; jakby duchowny wylał na mnie wiadro lodowatej wody. Miarowe, bolesne kłucie przeszywało moją pierś, jakby ktoś wbijał mi igły w serce i wiedziałam; że jeśli w porę się nie opanuję i nie zmienię tematu na bardziej neutralny, to utwierdzę Josepha w przekonaniu, że ja i Raf nadal ciągniemy dalej związek, którego nigdy nie powinniśmy nawet zaczynać.
-Nie rozumiem, o czym proboszcz bredzi- mimo to dalej z uporem obstawałam przy udawaniu głupiej.
Siwowłosy i ciemnooki bez słowa zbliżył się do mnie i kładąc mi ręce na ramionach szepnął:
-Oboje dobrze wiemy, o co chodzi, Victorio- był tak blisko mnie, że czułam na uchu jego spokojny oddech i zapach miętówek.- Zrób to, o co cię proszę; inaczej będę zmuszony...
-Do czego będziesz "zmuszony"; ojcze?- Zapytał w tej samej chwili tuż za duchownym jeden z wampirów Sabatu, ten, którego Rafael nazwał Dante'm.
Ciemnooki odsunął się ode mnie i spojrzał z boku na Nocnego o oczach tak ciemnoczerwonych, że niemal czarnych.
-Nie twoja rzecz; Dante- oznajmił ksiądz Torres mierząc go nieufnym i pełnym rezerwy spojrzeniem, po czym wyminął mnie i odszedł opanowanym krokiem. Natomiast ów Dante uśmiechnął się z wyjątkową wyższością patrząc za odchodzącym siwowłosym i ruszył na przechadzkę cmentarną alejką.
Rafael J. White 
Od kiedy Victoria wróciła czułem niewysłowioną ulgę, ale także pewien niepokój związany bezpośrednio z Gabrielem.
Poza tym od powrotu popielatowłosej dostrzegłem również, że Joseph nie spuszcza z nas oka; a jego zachowanie mogło oznaczać tylko jedno. Wiedział lub podejrzewał, że nie zerwałem łączącej nas więzi, łamiąc obietnicę złożoną staremu przyjacielowi.
-Wszystko w porządku, proboszczu?- Zapytał łagodny głos tej dziewczyny. Yennefer.
Uniosłem wzrok znad kolorowej ramki, z której uśmiechała się do mnie Vix i spojrzałem na czarnowłosą z jasnym pasemkiem po lewej stronie wygolonej głowy.
-Nic mi nie jest- odparłem na odczepne upijając łyk gazowanego napoju ze stojącej na blacie biurka zawalonego papierami puszki.
-Victoria to równa babka- stwierdziła nagle, jakby do swoich myśli. Półleżąc w fotelu była zapatrzona na stojący w kącie mojej komnaty stary fortepian.
-Ledwie ją znasz- stwierdziłem przyglądając się uważnie dziewiętnastolatce.
-To nie ma znaczenia. Ona cholernie dba o swoich- westchnęła z dziwnym żalem nadal wlepiając oczy w stary instrument.
Yennefer była naprawdę dziwną personą: raz potrafiła być chłodna i opanowana do granic możliwości, a raz zupełnie uczuciowa i melancholijna. Posiadała bezczelny i sarkastyczny charakter i niekiedy była także chamska oraz przeklinała zdecydowanie za często, ale prócz tych kilku wad była wyjątkowo utalentowaną, a przede wszystkim miłą dziewczyną.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Złożyłem pod płytą bukiecik herbacianych różyczek i spojrzałem na zdjęcie Valentine'a, który był pierwszym z moich uczniów w Hydrze.
-Cześć, sukinsynu- mruknąłem uśmiechając się lekko.
-Witać się z grobem... Nigdy nie zrozumiem was: ludzi- zauważył za mną głos Dantego.
-Nie musisz rozumieć. Krwiopijcy są na to za głupi- odparłem obojętnie.- Czego chcesz?
-Jesteś Deus ignis- zauważył.- Chciałem zamienić z tobą pare zdań- powiedział uprzejmie, ignorując obelgę.
-Co w ogóle znaczy ten Ogień boży? Od kiedy ta dziewczyna to powiedziała, nikt nie spuszcza ze mnie oka ani na krok. To cholernie denerwujące- sięgnąłem po papierosy i zapaliłem powoli.
Sanguisuga noctem zaśmiał się cicho.
-Księżulkowie niczego ci nie wyjaśnili? Trzymają wyrodnego synka pod kloszem?- Spytał złośliwym tonem, nadal chichocząc.
Odwróciłem się na pięcie i w mgnieniu oka złapałem go za koszulę, po czym podniosłem Nocnego w powietrze.
-Obraź kogokolwiek stąd jeszcze raz, a...- Zacząłem rozwścieczony, lecz zanim zdążyłem dokończyć inny głos zasyczał przez zęby:
-Puść GO, albo pożałujesz!.
Spojrzałem w prawo zaciągając się głęboko.
-Trzymaj się ode mnie z daleka cuchnący krwią śmieciu- odparłem zimno i wrogo, patrząc nastolatkowi prosto w oczy.
-Auguste rób, co każe- oznajmił Dante krótko, a tamten cofnął się o krok kłaniając Mu się z czcią.- Odstaw mnie, proszę.. Chcę tylko porozmawiać- oznajmił ugodowym tonem.
Rozluźniłem dłoń i obserwując, jak doprowadza pogniecione ubranie do porządku rzuciłem krótkie pytanie:
-Niby o czym mielibyśmy rozmawiać, skoro mógłbyś bez problemu zmusić mnie do mówienia?- Starałem nie dać po sobie poznać, że coś mnie niepokoi.
-Ależ owszem, że bym mógł; jednakże znudziło mi się nadużywanie mojej władzy- odparł obojętnie, wsuwając dłonie w kieszenie czarnej kurtki- poza tym z osobą na pewnym poziomie inteligencji, nie przystoi obchodzić się tak obcesowo- dodał spokojnym ruchem ręki odsyłając swego ochroniarza, a tamten bez szemrania wykonał rozkaz.
Ciemnoczerwone, niemal czarne tęczówki spojrzały na mnie łagodnie, a czaiło się w nich coś na kształt uśmiechu, jednak poza tym jego twarz nawet nie drgnęła.
-Jakoś nie bawią mnie konwenanse- zacząłem z rozdrażnieniem, zastanawiając się, czego ów Nocny właściwie chce.
-Oczywiście rozumiem. Gdyby interesowały cię normy, nie byłbyś teraz tak charakterną osobą, jaką jesteś- przerwał mi uprzejmie siadając na pobliskim nagrobku.- Koniec końców niebezpieczna praca doradcy szefa mafii odcisnęła piętno na twojej duszy.
-Nie mam duszy- tym razem to ja mu przerwałem.- Chcesz nadal kontynuować tę dziwną grę i gadać o mnie; czy powiesz wreszcie czego chcesz?- Zakończyłem ostro.
-Dobrze. W porządku- ustąpił widząc, że powoli tracę cierpliwość.- Właściwie niesamowicie intryguje mnie twoja osoba, Gabrielu. Podobno przeszedłeś tylko połowiczną przemianę i od pół roku z powodzeniem opierasz się głodowi krwi. Powiem więcej: słyszałem, że wręcz odrzuca cię na myśl o syceniu się ludzką krwią. Brzydzisz się tym- znowu usłyszałem z jego ust ten zjadliwy śmiech.
-Brzydzę się nie tyle samą krwią, co tym; że stałbym się jedną z tak obrzydliwych bestii jak ty- oznajmiłem zimno.
Tym razem śmiech umilkł, a Dante wyraźnie spoważniał. Zanim się spostrzegłem, chwycił mnie za poły i przybliżając twarz do mojej wysyczał:
-Powino w końcu do ciebie dotrzeć to, iż jesteś w sytuacji bez wyjścia. Już uzależniłeś się od Cerbera, a przyjdzie taki moment; że wreszcie twój organizm uodporni się na działanie narkotyku. Będziesz szukał większego odlotu i wreszcie zapomnisz, że chciałeś za wszelką cenę pozostać człowiekiem. Zatracisz się i przełamiesz swoje idiotyczne i niemniej żałosne opory- zdecydowanym ruchem odepchnął mnie od siebie.- Chciałem ci pomóc, ale widzę; że to kompletnie bezcelowe- dodał odchodząc.
-Do diabła z takimi, jak ty; Dante- uśmiechnąłem się krzywo gasząc szluga. Wyciągnąłem zza pazuchy piersiówkę i odkręcając ją upiłem potężny łyk.
Ani trochę nie wierzyłem Dantemu, bo czułem; że chciał czegoś więcej i wcale nie kierowała nim chęć pomocy.
Pan Zarozumiały ostrzegał mnie, że sanguisuga noctem nie pomagają nikomu bezinteresownie, jednak wiedziałem o tym już od wtedy, kiedy zobaczyłem tego Nocnego.

Watashi no Akuma 2 Rozdział V: Moc Gabriela

Odwróciłem się i cofnąłem się powoli z przerażeniem i głodem w oczach.
-Nie- odmówiłem ostro, potrząsając głową.
-Gabriel, zrozum... To może cię ocalić- powiedziała cicho i smutno, starając się mnie przekonać.
-Nie tknę ludzkiej krwi. Brzydzę się nią- nadal uparcie walczyłem z głodem, choć teraz zapach okropnie kusił i wzmagał głód.
-Gabriel... To dla twojego dobra- zaczęła cierpliwie, tamując krwotok.
-I może mi jeszcze wmówisz, że to dobry układ dla obu stron?- Przerwałem jej spanikowany. Opierając się o ścianę obok drzwi przylgnąłem do niej. Bolało coraz bardziej, a dostawca Cerbera; z którym miałem się dzisiaj spotkać, nie pojawiał się. Zapas skończył mi się godzinę temu... Okrągła godzina tłumionego na własną rękę głodu była katorgą, a ten aromat był dla mnie wręcz torturą.
Vix wzięła szklankę i podeszła bliżej.
-Vix, nie rób tego...- Szepnąłem błagalnie.
Nagły trzask od drzwi wytrącił mnie z równowagi. Victoria spojrzała na otwarte drzwi.
-Chyba ci odmówił, Cukiereczku- zauważył opanowanym tonem Nocny, o imieniu Caspian: mojego wzrostu i budowy, krótko ostrzyżony ciemnowłosy o bladej twarzy i oczach w barwie miodu.
-Cholera, czemu zawsze muszę trafić na ciebie, albo twoją siostrę?- Prychnęła z irytacją.
-To wy się znacie??- Zapytałem zaskoczony skakając po nich oczami.
-No, Cas.. Powiedz mu- zasugerowała popielatowłosa z nutką drwiny.
-Gdybyś nie była Wybranką Posłańca, już dawno bym cię zabił- oznajmił z nienawiścią w oczach.
-Victoria, o czym on mówi?- Zapytałem zwracając na nią wzrok. W tym momencie przeszył mnie chłód, jakby moje żyły zamarzały. Osunąłem się na kolana i wyłem, zwijając się z rażącego bólu, z czołem przyciśniętym do zimnych paneli. Każdy centymetr mojego ciała napinał się wrzeszcząc z rozsadzającego mnie cierpienia.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-Cristo... BOLI!!- Gabriel próbował się podnieść, ale z krzykiem runął na podłogę.
Zaraz w drzwiach pojawili się Yennefer i Antonelli oraz właścicielka hotelu.
-Co się tu dzieje?? Co mu jest??
Wtedy Gabriel zerwał się na nogi i zaatakował. Caspian natychmiast zasłonił sobą kobietę.
-Zabierzcie ją stąd, do cholery!!- Zaklął, gdy Gabriel trzasnął nim o ścianę na murze pojawiło się kilka pęknięć.
-Torba przy drzwiach! Wyciągnij z niej łańcuch z kłódką!- Nakazał ostro.
-Co zamierzasz mu zrobić?!- Zapytałam.
-Ratować go!- Caspian podciął blondynowi nogi i uderzył jego twarzą o podłogę.- Pomóż mi!

Kwadrans później Gabriel klęczał, ciasno skuty w środku rysunku w formie okręgu z wpisaną w niego sześcioramienną gwiazdą i kilkoma znakami w nieznanym mi języku.
-Jak to ma mu pomóc?- Zapytałam przerażona.
-Rozkuj mnie, Caspian! Chcę pić!- Warknął rozwścieczony Gabriel, próbując rozerwać łańcuchy.- Daj mi krwi, inaczej oszaleję... Zwariuję z bólu...
Caspian obchodząc krąg wymówił kilkanaście słów w nieznanym mi języku.
Gabriel poruszał wargami, ale go nie słyszałam.
-Jest zbyt cenny, by musieć go zabić- powiedział cicho. Wymówił kolejne słowo w tym szeleszczącym języku i wchodząc do kręgu podwinąwszy rękaw koszuli rozorał sobie nadgarstek i podsunął rękę. Gabriel odtrącił ją brutalnie z męką w oczach.
-Przestań się powstrzymywać i zacznij pić- rozkazał Caspian chwytając mocno blondyna za włosy.- Dzięki mojej krwi nie popadniesz w obłęd!. Nie zwariujesz!
-Puszczaj mnie!! Nie chcę!!- Krzyknął Gabriel rozdzierająco.- Zabij mnie!
Caspian przygiął go do broczącej krwią rany i zmusił blondyna do picia. Skuty próbował się wyrywać, ale Caspian unieruchomił go w taki sposób, by Gabriel zatopił kły w jego ramieniu. Dwudziestosiedmiolatek zaczął się wyrywać błagając o śmierć.
-Zlituj się... Dobij...- Jęczał blondyn.- Błagam, chcę umrzeć zanim to zrobię..
-Zrobi co?- Zapytałam wyczekująco.
Caspian spojrzał na mnie.
-Zanim zasmakuje ludzkiej krwi. Bierze Cerbera tylko dlatego, żeby nie ulec pokusie- powiedział niechętnie.
-Chcę być dla niego Kielichem- powiedziałam z determinacją
-Musi świadomie się na to zgodzić. Nawet ja, jako czysty sanguisuga noctem, nie mogę go do tego przymusić. To wbrew prawom Sabatu.
Westchnęłam ciężko, podając mu zdjęcie.
-Znasz go? Przedstawił się jako Pietro- powiedziałam cicho.
Spojrzał na fotografię z zastanowieniem.
-Skądś go znam... Tylko nie mogę sobie przypomnieć skąd...- Nagle syknął cicho i zmienił pozycję na bardziej wyluzowaną.- Gabriel w końcu ulegnie...
-NIE...!- Gabriel odepchnął ramieniem Caspiana, który wyleciał z kręgu i froterując podłogę uderzył plecami w szafkę.- Nigdy nie tknę ludzkiej krwi.. Nigdy..
-Gabriel, to dla twojego dobra- powtórzyłam, biorąc szklankę z krwią podchodziłam z nią do kręgu.
Blondyn zaczął się szarpać w łańcuchach i przeklinać z gniewem.
-Nie zbliżaj się z tym do mnie, Victoria! Ostrzegam cię..- Wiedząc, że prośby nic nie dały, przeszedł do gróźb.
-A co, jeśli nie boję się dawnego ciebie, Damon?- Zapytałam nie zatrzymując się. Byłam zaledwie trzy lub cztery kroki od skutego, gdy podłoga pod moimi stopami zaczęła wibrować.
-Na wszystkie demony w Piekle...- wyszeptał ochrypłym głosem Caspian wpatrując się w to, co się działo. Rozejrzałam się wokół siebie.
Wszystkie meble i sprzęty drżały, szyby w oknach i metale dzwoniły, a podłoga pod moimi stopami trzęsła się jakby to były wstrząsy sejsmiczne.
Tuż obok mnie pękło szkło obrazka rozsypując ostre odłamki. Wszystko hałasowało w swoim drżeniu. W korytarzu usłyszałam krzyki i uciekających biegiem ludzi...
[***]
Watykan, nazajutrz.
Weszliśmy do jednej z komnat.
Cristian w swojej wilczej postaci warczał stojąc w bojowej pozie z pochylonym łbem i kufą przy podłodze nie spuszczając wzroku z siedzącej na łóżku Yennefer.
-I jest tak, jak mówią gwiazdy- odezwała się postać z dłonią na ramieniu nastolatki.
-A ty to kto?- Zapytałem ostro, gdy ksiądz Joseph próbował powstrzymywać mojego brata od rzucenia się na nieznajomego przy Yen.
Nieznajomy spojrzał wprost na mnie. Był to mężczyzna w moim wieku. Szczupły i umięśniony, choć niewysoki o czarnych włosach ułożonych w identyczną fryzurę, jak moja. Miał identyczne, jak moje alter ego, ciemnobłękitne oczy i łagodną twarz o delikatnych, prawie kobiecych rysach.
Rafael J. White
-Nie wiesz?- Odpowiedział pytaniem, obserwując uważniej Gabriela. W tej chwili Cristian z warkotem zaatakował, nieznajomy machnął dłonią, jakby przeganiał natrętną muchę, a olbrzymi wilk przeleciał w lewo i z impetem uderzył w regał z książkami łamiąc półki.
-Nie mam pojęcia, kim jesteś- oznajmił Gabriel ostrożnie, ale i z nieskrywanym zaskoczeniem.
-No, błagam- jęknął czarnowłosy, a jego ręce opadły do boków w geście rezygnacji.- Nie poznajesz brata, Nicolae?
Gabriel nie spuszczając z niego wzroku cofnął się o trzy kroki w tył, jak od osoby wyjątkowo niebezpiecznej.
-Nicolae odszedł i tobie radzę to samo, kimkolwiek jesteś- powiedział blondyn.
-Wcale nie odszedł, tylko się odsunął- odparł natychmiast czarnowłosy.
-Co ty chrzanisz??- Zapytał Gabriel, bardzo ostrożnie sięgając pod płaszcz w stronę kabury z Glockiem. Po chwili jednak dłoń opadła spowrotem do boku a podłoga pod moimi stopami zaczęła wibrować. Drzwiczki szafek otwierały się i zamykały z trzaskiem. Szyby i szkło drżąc dzwoniły, a oczy Gabriela znów przybrały tamten lazurowy odcień błękitu.
-Tylko nie znowu- wymamrotał policjant ze strachem w oczach.
Wszystko niekontrolowanie się trzęsło. Drzwiczki szafek waliły coraz mocniej, żyrandol kołysał się dzwoniąc, stojący na komodzie kubek wprost wybuchł rozrzucając wszędzie odłamki porcelany, a strony rozrzuconych książek przewracały się i rwały pod wpływem podmuchu tej dziwnej, a zarazem bardzo potężnej siły.
-Wynoś się! Idź precz, Alexander!- Gabriel musiał nie być sobą, skoro znał imię nieznajomego.- Precz, ticălosule!- Tego języka raczej też nie znał...
-Cum îndrăznești, curvă patetică?- Odwarknął czarnowłosy wyskakując z nożem do Gabriela.
Victoria w porywie brawury zasłoniła sobą Gabriela i wytrąciła tamtemu nóż sycząc gniewnie:
-Încearcă doar să-l atingi, gunoi!- Warknęła rozdrażniona.
Alexander opanował nerwy i cofnął się w głębokim, czystoszlacheckim ukłonie, mówiąc:
-Racz mi wybaczyć, Pani- przeprosił krótko- ale nie będziesz mnie lżyła, dziwko- znikąd w jego palcach pojawił się miecz, którym zaatakował Vix.
Aż się we mnie zagotowało, gdy nazwał ją w tak chamski sposób, dlatego też rzuciłem Victorii miecz.
Nim go złapała, broń po machnięciu wolnej dłoni Aleksandra odleciała w prawo i wbiła się w drzwi.
-I co teraz, złociutka?- Zapytał uwodzicielskim tonem ruszając na Gabriela.
Blondyn miękko i z gracją odskakiwał przed atakami, jakby nie dotyczyły go prawa grawitacji. W pewnej chwili napotkał plecami ścianę, ale nie tracąc rezonu chciał zdzielić nieznajomego glanem. Jego but uchylił się ledwie kilka milimetrów od celu, a blondyn znów musiał robić uniki.
Wszystko przestało się trząść, gdy Gabriel przeskoczył biurko i silnym kopniakiem, robiąc sporo hałasu, posłał mebel w przeciwnika.
Alexander oberwał, ale nie wypuścił z ręki miecza. Samą siłą woli zdołał przesunąć biurko tak, jak wcześniej rzucił Cristianem w regał, a ja gapiłem się na to z opadniętą szczęką.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Nicolae Bordeyan
-Sukinsyn- mruknąłem, sam podejmując atak. Teraz obaj praliśmy się po mordach. Rafael i reszta obserwowali nas pełni zdumienia.
W ostatniej chwili trzasnąłem go pięścią i grając zupełnie nieczysto dałem mu kopa w klejnoty.
-Ty szczurze..!- Zapiszczał jak eunuch osuwając się na podłogę, a ja wśród męskiego chóru mówiącego "au.." i wymownego pisku wilka; zadrżałem w myślach ze śmiechu.
Jednak w porę się opanowałem i przystawiłem mu lufę do czoła, odciągając kurek.
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?- Warknąłem ostro.
-Nie znęcaj się nad tym ciałem. Jest pożyczone, Nicolae- powiedział, patrząc mi w oczy nadal nazywał mnie imieniem mojego Alter ego.
-Czym jesteś?- Zapytałem ostro.
Wszyszy spojrzeli na mnie. Pod tym ostrzałem oczu czułem się nie tyle niekomfortowo, co okropnie. Ostatnio nawaliłem: zostawiłem Vix samą w tym cholernym pociągu, pozwoliłem nas przetrzymywać; a poza tym Victoria dowiedziała się rzeczy, którą usiłowałem przed nią ukryć.
***
Wiedziałem, że Victoria się go boi. Jako ex Hydra niewiele o Vladzie wiedziałem. Kiedy byłem węszyć w sprawie Vix, nie dowiedziałem się prawie niczego, ale ów Vlad przyznał; że Victoria to jego córka, ponieważ, jak sam to określił "wyczuwa łączące ich więzy krwi". Wiedziałem także, że ów Sabat; o który Rafael tak się wściekał; uważa Vlada za swojego Pana i Boga, o którym biskup Snow powiedział, że to jeden z Pierwszych Nocnych na całym globie. Według podań był jednym z Trzech Pierwszych, którzy sprzedali dusze Diabłu. Dodatkowo nic nie wiedziałem o Alexandrze. Nie rozumiałem, czemu znałem jego imię; ale wyryły mi się w pamięci jego słowa, że Nicolae nie odszedł, tylko się odsunął. Przyznaję, że na początku nie wiedziałem o co chodzi, ale dziś, trzydziestego pierwszego października, wiem; że "mój bliźniak" nadal ukrywa się gdzieś we mnie i tylko czeka na okazję, by ujawnić się Vladowi. Chociaż zauważyłem, że się go boi; Nicolae podejmie walkę, jeżeli będzie musiał. Ale, co ze mną w takim razie?
-Niczego się nie bój. Nie jestem taki sam, jak Alexander i nie pozwolę zginąć mojemu Pożyczonemu.
-A co, jeśli nie chcę być dalej Pożyczanym?- Już nieraz rozmawiałem ze swoim Alter ego i, chociaż czasami mnie to drażniło, to podświadomie wiedziałem; że, gdyby nie Nicolae w wielu niebezpiecznych sytuacjach mógłbym być już martwy.
-Możesz mnie odwołać bez problemu, twój ksiądz to potrafi; ale jest w tym jeden szkopuł. Vlad cię widział, choć nie w pełni się ujawniłem i, gdy mnie odwołasz może chcieć dopaść ciebie; bo pomyśli, że nadal gdzieś jestem...
-Uważa cię za jakieś zagrożenie?- Zapytałem zdziwiony.
-Wątpię, ale nie podobało mu się w XV wieku, że pokochałem Panią Victorię. Księżniczka nic nie pamięta dzięki mnie...
-Niby czemu?
-Z powodu szoku. Pani nie.. Nigdy nie widziała okrucieństw ojca; a ja... Ja... Zabiłem się na jej oczach. Wyparła to i resztę własnych wspomnień, jak wy to teraz zwiecie...?
-Uraz psychiczny.
-Właśnie. Uraz psychiczny. Nie wiedziała o wielu rzeczach, które Vlad robił. Pamiętasz wspomnienie, które ci kiedyś pokazałem? 
-To o tych kajdankach?- Jakoś tylko to zapamiętałem, poza jedną wielką balangą, szlacheckim strojem i piękną dziewczyną w sukni; której koloru nie przypomniałbym sobie nawet pod wpływem najbardziej bolesnych tortur.
-Owszem. Jednakże nie pokazałem ci wszystkiego. Książe, w tajemnicy przed córką, rozkazał mnie ściąć. Uciekłem i sam zawarłem pakt z diabłem...
-Więc jak wydostałeś się z Piekła???- Wypaliłem głośno, nie do końca wiedząc; co robię. Jednak, na szczęście nikt się nie obudził i nie zjawił.
-W tej umowie był szczegół, którego dowiedziałem się później. Dwieście lat potem chciałem to odkręcić, więc wezwałem tamtego diabła. Wściekłem się, nie powiem, ale powiedział mi; że nie mogę odwołać umowy, którą wykonałem dla kogoś..
-Więc jakim cudem Vix nadal żyje?- Szepnąłem zaskoczony.
-To córka dwojga Nocnych Czystej Krwi. W ciągu wieków nigdzie nie zagrzała dłużej miejsca i spotykała mnie wielokrotnie, nawet o tym nie wiedząc; ale to jest teraz najmniej ważne. Wracając do układu z demonem: nie dostał mojej duszy, choć sczezłem. Jako zbłąkana dusza traciłem i odzyskiwałem wspomnienia... To paskudne doświadczenie przeżywać na nowo każde z kilkudziesięciu swoich żyć.. Z tym, którym żyję w twoim ciele będzie tak samo. Znam każde twoje wspomnienie. Twoje wady i zalety i wiesz, co?- Zapytał z nagłym i niepokojącym mnie zaciekawieniem.
-Co?- Zapytałem z wahaniem, jednocześnie bojąc się odpowiedzi.
-Leah nie była ciebie warta, wierz mi. 
Tym akurat, po prostu, mnie wkurwił. Co, jak co, ale to ja powinienem być jedyną osobą; która mogłaby wypowiadać się na temat mojej byłej. Właściwie nie miałem do siebie żalu, że odszedłem z Hydry, tym samym zrywając nasz związek. To ona zdecydowała pierwsza, bo wiedziała, że jeśli ktokolwiek tknie moją rodzinę, będzie dla mnie śmieciem. Sama się nim stała, gdy podpisała wyrok na mojego ojca, chociaż była w tym też i moja wina. Jednak to nie zmieniało faktu, że od tamtego dnia była już dla mnie nikim.
-Jej temat powinien cię najmniej obchodzić- warknąłem cicho.- Poza tym to już od dawna zamknięty rozdział.
-Dokładnie od ośmiu lat, Gabrielu- oznajmił wrednie, jakby chciał mi przypomnieć lata, które nie dawały zapomnieć o sobie w sennych koszmarach.
Nie raz śniła mi się scena, kiedy członkowie Hydry katowali mojego ojca i najgorszym z tego wszystkiego- nie tylko w snach, ale i na jawie- było to, że mimo umiejętności zabójcy i własnego, rozsadzającego mnie gniewu byłem słaby i bezbronny jak dziecko. To nieprawda, że byłem rozpuszczonym bachorem, bo mimo tego, że miałem umysł ścisły, od najmłodszych lat pomagając rodzicom w gospodarstwie rolnym, miałem szacunek do pracy fizycznej. A jednak: gdzieś po drodze się pogubiłem. Może nie przez wpływ złego towarzystwa w liceum, ale przez swoją krnąbrność i podejmowanie decyzji bez myślenia o ich daleko idących konsekwencjach i może, gdyby nie te decyzje, byłbym w życiu zupełnie kimś innym.
Może. 
Ułożyłem się wygodniej na wielkim łóżku, starając się przestać roztrząsać własną ponurą i zagmatwaną przeszłość; ale nie było mi dane dłużej cieszyć się wygodną pozycją, bo usłyszałem dźwięk dzwonka tuż nad łożem.
-Co, do huja?- Wypaliłem ze zdumieniem wyskakując jak z procy.
Szybko ubrałem się, zawiązałem glany byle jak i wypadłem z komnaty, pytając przebiegającego obok judaszowego, co jest grane.
-Nocni w Watykanie- odparował w odpowiedzi, biegnąc uzbrojony w srebro i święconą wodę.
-CHOLERA- przekląłem i wróciłem do pokoju po broń.

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział IV: Powrót do gry

Dzień trzeci...
Policjantka, na szczęście, nie była zakażona dlatego też o świcie pożegnaliśmy się, a ona wsiadła na swój motocykl i odpalając silnik odjechała, zapewniając mnie, że postara się kogoś tu przysłać.
-Byle nie po zmroku- mruknąłem idąc do pociągu.

Victoria spała ze skronią opartą na zagłówku. Jej cichy oddech i spokojne bicie serca były dla mnie najcudowniejszymi dźwiękami, jakie słyszałem w życiu. Poza tym pachniała zupełnie inaczej, niż inni ludzie. Ten łagodny aromat sprawiał, że głód stawał się bardziej znośny.
-Możemy pogadać?- Zapytał mnie nagle Pietro.
Rzuciłem plecak pod stolik i odwracając się skinąłem głową wychodząc z przedziału.
W wąskim korytarzu oparłem się przy oknie i spojrzałem na niego poważnie.
-O czym chcesz gadać?- Zapytałem, udając; że nie znam jego zamiarów.
Wcześniej nie zdążyłem się mu nawet dobrze przyjrzeć. Na oko mógł mieć jakieś szesnaście lat, a więc był trzy lata młodszy od Yennefer, chudy i niewysoki: około metr sześćdziesiąt cztery, ciemny brunet o łagodnych w wyrazie piwnych oczach i przystojnej twarzy o ostrych rysach obcokrajowca.
-Twoja znajoma na pewno ci już powiedziała- zauważył powoli. Nie zmieniłem wyrazu twarzy, więc ciągnął- denerwuje mnie, że siedzę jak taki kołek. Chcę się na coś przydać, jakoś wam pomóc... Dowiedzieć się, czym są Tamci- oznajmił z determinacją.
-Nie podchodzisz stąd- zauważyłem przyglądając się jego twarzy.
-Co ma piernik do wiatraka?- Zapytał zdziwiony.
-Masz inny typ urody- oznajmiłem.- Zresztą to nie jest robota dla dzieciaków- dodałem chcąc zakończyć tą bezsensowną rozmowę.
-Nie nazywaj mnie dzieciakiem, bo nie wiesz co potrafię- warknął z wściekłą miną.
-Nie? A to, że twoje skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie mogło doprowadzić was oboje do śmierci, albo czegoś gorszego, to niby nie kwalifikuje się do nazwania cię dzieciakiem, ha?- Ochrzaniając go, obojętnie zapaliłem papierosa.
-Skąd miałem wiedzieć, że coś takiego naprawdę istnieje?!- Warknął szybkim ruchem zdejmując mi okulary. Zdążyłem zamknąć oczy, by nie zobaczył tęczówek i wystawiłem dłoń po swoją własność mówiąc:
-Oddaj mi je, Pietro- poprosiłem siląc się na spokój.
-Nie, póki nie dowiem się, czym oni są i nie zrozumiem, czemu tą Yennefer szanujesz bardziej, niż nas- prychnął rozdrażniony.
Zaciągnąłem się dymem i nadal z przymkniętymi oczami opuściłem wyciągniętą dłoń.
Zapadło dłuższe milczenie, ale zdawałem sobie sprawę, że Pietro nie zamierza zostawić tego w spokoju.
-Okej, skoro już mieszasz w to osoby trzecie, powiem ci. Dobra- wzruszyłem ramionami.- Znam ją dłużej, niż Victorię. Dokładnie od ośmiu lat, kiedy jeszcze należałem do Hydry. Kradła na terenie mafii rzeczy, które miały być mafii. Egzekutorzy, w tym i ja urzadziliśmy sobie chory wyścig, w którym miała zginąć. Na pewno słyszałeś o facecie, o pseudonimie Dżin.
-Słyszałem, ale co z tego?- Zapytał wolno.
-Yennefer zabiła go długopisem- oznajmiłem spokojnie- wbiła go Dżinowi w oko i mózg. Miotał się w przedśmiertnych konwulsjach, zanim własnoręcznie go zastrzeliłem.- Wracając do tematu, powinieneś się cieszyć z tego, że żyjesz; a nie szukać sobie kolejnych kłopotów...
-Powiedział morderca poszukiwany w kilku krajach listem gończym- stwierdził kwaśno, przerywając mi.
-Nie zapominaj, że ten poszukiwany morderca mógł was zostawić na pewną śmierć. Chociaż nie wiadomo, czy by was zabito.
-Do czego właściwie zmierzasz?- Zapytał nagle ostrożnie.
-Mogliby wam zrobić TO- powoli otworzyłem oczy i omiotłem go zimnym spojrzeniem. Z okrzykiem odskoczył jak oparzony upuszczając moje lustrzanki.
-Jesteś jednym z Nich- wyszeptał ochryple, z wyrazem głębokiego szoku na twarzy.
Podniosłem je z podłogi wagonu i powoli założyłem na nos.
-Nie masz się czego bać. Brzydzę się ludzką krwią- powiedziałem.
-Wcale się nie boję- zaprzeczył szybko.
-To czemu słyszę łomot twojego serca?- Kiedy to powiedziałem cofnął się o kolejny krok wpadając plecami na ścianę pustego przedziału.
-Kłamiesz. Ty, po prostu, próbujesz mnie nastraszyć- powiedział z przerażeniem w oczach i bladą, ściągniętą twarzą.
-Nie próbuję- zaciągnąłem się dymem i kontynuowałem- bo jako jeden z nich mam wyostrzone zmysły. Od pół roku, gdziekolwiek jestem, słyszę bicie każdego serca i każdy, nawet najcichszy hałas- w tym momencie usłyszałem cichy trzask draski zapałek.- W pierwszym przedziale naszego wagonu ktoś właśnie zapalił zapałkę. Pewnie przypala fajkę- rzuciłem, jakby moje zdolności nie były wcale takie niecodzienne.
-Pani Victoria o tym wie?- Zapytał ciszej.
-Nie i tak ma pozostać- odparłem z naciskiem.- Vix nie wie i ma się nie dowiedzieć.
-Okej. Okej. Potrafię trzymać język za zębami- powiedział Pietro obronnym tonem.- No, więc.. Jak będzie?
Zacząłem się zastanawiać, co zrobić. Pietro przyglądał mi się wyczekująco.
Zauważyłem wychodzącą z przedziału Vix.
-Jak będzie z czym?- Zapytała rozkojarzona.
-Szykuje się ochotnik do judaszowych- zażartowałem.
-Jest za młody- ucięła Victoria.- Nie zgadzam się.
-No, błagam...!- Jęknął zły.
-Koniec dyskusji. Nie będę odpowiadać, jeśli coś ci się stanie- oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem.- Jak myślisz, co powiem twoim rodzicom, jeśli...?
-Nie mam rodziców- przerwał jej, a popielatowłosa cofnęła się lekko.
-Ja... Przykro mi..- zaczęła, nie wiedząc, co powiedzieć.
-Nawet ich nie pamiętam. Zmarli, kiedy byłem dzieckiem.- Uśmiechnął się blado.
-A rodzice zastępczy?- Zapytałem wolno.
-Uciekłem stamtąd. To psychopaci, zresztą cholera wie, jak ich nazwać- westchnął ciężko.
-Na pewno się o ciebie martwią- zaczęła Vix cicho.
Roześmiał się gorzko.
-Oni? Pewnie nawet mnie nie szukają- zauważył.- Przybrany ojciec sam kazał mi się wynosić, więc się wyniosłem- wzruszył ramionami obojętnie.- Zresztą w cholerę z tym... To tak jakbym uchodził za ofiarę- burknął poirytowany.
-Nie uważasz, że w pociągu jest za ciemno na przeciwsłoneczne okulary?- Zapytała mnie nagle Victoria, a Pietro aż rozchylił usta ze zdumienia.
-A ten co tak rozchyla japę jak śmietnik?- Zapytała zaskoczona, obserwując piwnookiego.
-Nie mam pojęcia- skłamałem zdejmując lustrzanki, a Pietro zamrugał jeszcze bardziej zdziwiony i zamknął dziób, nie rozumiejąc jakim cudem moje oczy mają normalny kolor, zamiast tamtej czerwieni.
Vix westchnęła ciężko, mijając nas.
-Idę do tej kobiety- odezwała się odchodząc.
Pietro odetchnął z ulgą patrząc za nią.
-Jak ty to zrobiłeś?- Wypalił niemal szeptem.
-Nie zawsze wyglądam jak paskuda- skomentowałem ironicznie.
-Człowieku to było genialne...- zauważył z podziwem.
Taaa. Genialne.
W tym momencie usłyszałem syreny, a z przedziału wyszła Yennefer.
-Ta twoja policjantka przysłała kumpli- oznajmiła chłodno i z niezadowoleniem.
-Ja mam większy problem. To mnie od kilku lat szukają- zauważyłem cierpko patrząc na nią z boku.
-Ta, problem. To co powiesz na to?- Wepchnęła mi w dłoń gazetę sprzed tygodnia z artykułem o pożarze w jednej z działających pod przykrywką kryjówek Hydry.
-Co to ma do rzeczy?- Zapytałem spoglądając na pierwszą stronę.
-To, że musiałam zniknąć, Damon- oznajmiła patrząc mi w oczy lodowato.
Cofnąłem się o krok.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to zrobiłaś?- Zacząłem niepewnie, a Pietro obserwował nas próbując cokolwiek z tego zrozumieć.
-Wierz mi, zrobiłam- potwierdziła.
Walnąłem dłonią w ścianę wagonu przeklinając soczyście.
-O czym wy rozmawiacie??- Zapytał zdezorientowanym i przestraszonym tonem Pietro.
-Nie ma czasu. Yennefer, musimy się stąd zabierać- zacząłem, ale wtedy poczułem lufę przy swoich plecach i usłyszałem głos mężczyzny:
-Wreszcie cię dorwałem, Borgia...
Tuż za Yennefer stał drugi policjant z wydziału kryminalnego.

Pietro obserwował policjantów.
-Nawet nie drgnij, bo cię zastrzelę- powiedział jeden z uzbrojonych stróżów prawa.- Ręce, Borgia.
Posłusznie podniosłem ręce, mówiąc:
-Zostaw dzieciaka, Antonelli. On nie ma z tym nic wspólnego.
Oberwałem kolbą w skroń i osunąłem się na kolana.
-Stul pysk, morderco- dostałem od niego jeszcze kopa w żebra. Skuwając mnie schował broń i zaczął mnie obszukiwać.
Znalazł obie klamki, nóż, kołek i złożony Krucyfiks oraz kilka flakonów wody swięconej.
-Łuuuhuhu, pokaźny arsenał- skomentował.
-Pokaźny i nie twój, glino- usłyszałem głos Vix.
-A ty to niby kto?- Zapytał drugi, trzymający skutą Yennefer.
Victoria podchodząc z mieczem w ręku spojrzała mu w oczy. Wtedy poczułem coś dziwnego. Zapach był słabo wyczuwalny, ale bardzo znajomy...
Pietro nadal dziwnie spokojnie patrzył na wydarzenia. Ta znajoma mi skądś ostra, podobna do kamfory i absyntu, woń wwiercała mi się w nos irytując mnie jak cholera. Jako Nocny nienawidziłem zapachu jednej rośliny. Olejek szałwiowy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a jeszcze gorsze było to, że na zewnątrz powoli robiło się szaro.
-Co to za zapach?- Zapytał trzymający mnie Antonelli z obrzydzeniem.
Zamknąłem na chwilę oczy.
-Szałwia. Znaczy, że już się domyśliłaś, Vix- zauważyłem.
-Kazałem ci się zamknąć, Borgia- warknął Antonelli.
-Jestem odporna na umiejętności Nocnych, Gabriel. Nie myślałam, że będziesz tak podły, żeby to zrobić- zauważyła smutna.
-Zabierz to- powiedziałem z naciskiem, wyrywając się z rąk mundurowego.
-Nie ona to ma- odezwał się Pietro powoli otwierając dłoń, z której wypadła szklana fiolka. Roztrzaskał ją butem, gdy upadła, a wtedy zakażona zamknięta w pustym przedziale rozsunęła drzwi i przekraczając sól, zaatakowała policjantów, którzy zaczęli do niej strzelać.
-Kurwa!- Zakląłem wleczony przez policjanta w tył, widząc tylko błyski z luf i pędzące w powietrzu pociski. Wtedy ta kobieta, wyrwała mnie z jego łapsk i przywaliła mną o ścianę. Kopnąłem ją w brzuch, warcząc:
-Rozkuj mnie, to ją powstrzymam- zwróciłem się do kryminalnego.
-Taa, cię uwolnię, jasne. Nie po to tyle lat się za tobą uganiam- syknął zmieniając magazynek, a po chwili znów zaczął strzelać.
-Chcesz żyć, to mnie rozkuj!- Zniknąłem zaskoczonej nowonarodzonej Nocnej i staranowałem faceta ratując go przed jej kłami. Trzymający Yennefer dostał z pięści i odleciał do tyłu prawie zwalając z nóg Vix.
Wtedy zauważyłem, że Pietro silnym chwytem trzyma drugiego z policjantów za włosy.
-Nie łatwo wmieszać się w tłum- zauważył, a Victoria dostała kopa i uderzyła plecami o drzwi wagonu tracąc przy tym broń. Chciała podnieść się z podłogi, ale Pietro opierając but na jej obojczyku docisnął popielatowłosą do blachy i nadal trzymając tamtego, powiedział:
-Czas na obiad, dziwko- i rozszarpał policjantowi gardło.
Na woń krwi czarnowłosa poruszyła się niespokojnie. Zresztą ja też czułem głód.
-Ty sukinsynu!- Zelżyła go z wściekłością Vix, próbując sięgnąć po leżącą nieopodal szablę, ale brutalnie kopnął ją w kość, która chrupnęła upiornie. Victoria krzyknęła z bólu, a on zebrał broń i wyrzucił ją oknem.
-Masz to ścierwo- pchnął ledwie żywego funkcjonariusza do nowej sanguisuga noctem i podchodząc ku Szpileczce zdzielił ją w twarz, a gdy jej głowa odskoczyła na bok wlepił pożądliwy wzrok w żyły na jej skórze.
-Francesca też tym jest?- Zapytałem nagle, chcąc go czymś zaciekawić, gdy tamta kończyła z partnerem Antonelli'ego, który zszokowany wpatrywał się w rozszarpane gardło trupa.
-Francesca już mi się znudziła- powiedział obojętnie, przesuwając wargami po szyi Yennefer.- Szczerze mówiąc wolałbym ją- ruchem głowy wskazał zwijającą się, skopaną Vix, na którą tamta również miała ochotę.- Woda święcona? Poważnie?- Podbił butem flakon i zręcznie go złapał.
-Powinnam kazać ci to wypić- warknęła Yennefer głosem pełnym nienawiści. Chwycił ją za kark i przywalił nią o ścianę.
-Czym oni są...??- Wyszeptał Antonelli przerażony nie na żarty.
-Czym my jesteśmy- poprawił szatyn, podchodząc do nas kopnął mnie mocno w brzuch.- Klękaj, żałosny, wygłodniały śmieciu!- Warknął pogardliwie okładając mnie.
-Czego ty od nas chcesz?? Po co to wszystko robisz??- Antonelli sprawiał wrażenie nieświadomego powagi całego szamba, w którym się znalazł.
Pietro nie odpowiedział na pytania policjanta. Zamiast tego zwrócił się do Nocnej:
-Podaj mi radio tego ścierwa- wydał rozkaz, a ona posłusznie go wykonała.
-Chce mi się pić- powiedziała niecierpliwie, podając mu przedmiot.
-Wybij resztę. Potrzebuję tylko tej czwórki- odparł obojętnie, jakby mówił o grillu w ogródku.
-Wielkie dzięki. Jesteśmy udupieni- mruknąłem ze złością do mundurowego.
-Wstawać i do przedziału- warknął zimno, opuszczając rękę z radiostacją. Antonelli pomógł wstać Vix, a Pietro wziął Yennefer i zawlókł ją do najbliższego. Sam z trudem podniosłem się na nogi.
-Musimy grać według jego reguł- powiedziała kwaśno Vix.
-Jak go zabić...?- Antonelli wbił w nas spojrzenie kawowych oczu.
-Pozbawiłeś nas tej możliwości z chwilą, gdy mnie rozebrałeś.
-Roze... Że niby co takiego?- Zdumiała się popielatowłosa.
-Długo jeszcze, szczury??- Warknął groźnie nasz Krwiopijca.
Posłałem ponure spojrzenie Vix, a ona skinęła.
***
-Noc... Jaka to cudowna pora. Troje ludzi i dwóch wampirów: zabójcze połączenie- powiedział.- Poczekam sobie aż głód odbierze ci kontrolę nad sobą- uśmiechnął się z psychopatyczną przyjemnością.- Nawet "Cerber" ci nie pomoże.- Wychwycił w moich oczach zaskoczenie- myślałeś, że nie wiem; że bierzesz dragi; chociaż lepiej popłynąłbyś pijąc?- Pochylił się i pieszczotliwie odsunął zbłąkany kosmyk z twarzy Vix.
-Troje wampirów- poprawiłem go, czując się odrobinę oszołomiony zapachem ludzkiej krwi.
-Tamta dziwka nie zasługuje na to miano. Jest brudna. Upodlona- zauważył zimno.
-Ciekawe. Brudna, bo tak samo, jak ja była człowiekiem zanim jej to zrobiłeś?- Zapytałem obserwując go uważnie.
-Nie o to chodzi, Gabrielu Damonie- powiedział i siadając wygodnie oparł o siebie nieprzytomną Yennefer.
Antonelli jako jedyny nie spał, choć miał zamknięte oczy. Chyba nawet za bardzo bał się zasnąć w towarzystwie tego chłopaka.
Zapadło między nami dłuższe milczenie, podczas którego szatyn obejmując nieprzytomną czarnowłosą pocierał kciukiem żyłkę na jej nadgarstku. Słodycz stała się jeszcze bardziej wyrazista, niż przedtem, a moje ciało zapłonęło z głodu.
-Rzadko który z takich jak ty broniłby się przed ludzką krwią tak długo. Zwłaszcza, że pokusa jest ogromna, a głód przypomina agonię- zauważył lekkim tonem.- Och, wybacz: zapomniałem, że przecież tylko częściowo jesteś jednym z nas.
-Nie kwalifikuje mnie to jako "Brudasa"?- Zapytałem drwiąco, próbując się hamować.
-Będziesz taki, póki nie tkniesz krwi- zauważył ignorując, że coś powiedziałem.
-Pozabijałem kilkanaście twoich ścierw w lesie. Kto wie, czy już tym nie jestem- zauważyłem.
Roześmiał się, łagodnie pieszcząc żyłki Yennefer. Nadal nieprzytomna z cichym jękiem próbowała mu się wyrwać.
-Oni już nie są ludźmi, więc się nie liczą- oznajmił obojętnie, a ja myślałem, że zaraz zwariuję z głodu.- Już nie możesz? Kusi jak diabli, co..?- Zapytał ze zrozumieniem.
Starałem się utrzymać normalny oddech i zignorować tępy ból głowy oraz skaczący mi do gardła żołądek.
Bardzo zmęczony oparłem się o ściankę przy oknie zaciskając powieki i dysząc ciężko, bo każdy, nawet najdrobniejszy ruch sprawiał ogromny ból. Słyszałem, jak serce nadkomisarza tłucze się w jego żebrach, co bardzo mnie drażniło.
Zsunąłem się na drugi bok i napotkałem ramię Vix.
Jej łagodny zapach na chwilę mnie uspokoił.
Był orzeźwiający, choć z nutą słodyczy. Opierając twarz na jej ramieniu, przysunąłem się do niej bliżej. Kręciło mi się w głowie z oszołomienia i już prawie czułem na podniebieniu ten cudowny, delikatnie metaliczny posmak...
Nie mogłem się uwolnić od wyobrażenia, w którym otwieram jej arterię, żeby się napić. Wiedziałem, że to Pietro podsuwa mi do głowy te obrazy, ale ledwie mogłem się temu oprzeć.
-Miło posiedzieć wśród pachnących, słodkich baranów na rzeź, nie?- Zapytał z lekkim uśmieszkiem.
Zanim zdążyłem otworzyć usta Antonelli zapytał:
-Czego od nas chcesz?.- Warknął ostro, a jego kawowe oczy otworzyły się szybko.
-Nie umiesz nie odzywać się niepytany?- Pietro odwrócił wzrok od okna i pstryknięciem palców sprawił, że policjant zaczął się dusić.
-Zostaw go, a zrobię; co będziesz chciał- zacząłem chcąc z nim negocjować.
-Nie zrobisz. Nie chcesz się bawić, jak kiedyś- przerwał mi znudzony, przestając się zabawiać Antonelli'm. Sięgnął po nóż i rozcinając nadgarstek Yen, upił trochę, a ja z trudem powstrzymałem się od próby wyrwania jej z jego łapsk. Zachęcającym ruchem wyciągnął zranioną, bezwładną rękę nieprzytomnej dziewczyny w moją stronę, a ja z wielkim wysiłkiem odwróciłem wzrok i kolejny raz oparłem się pokusie, choć kły bolały jak cholera, że o żyłach już nie wspomnę.
-Widzisz...? Potrzebne ci to katowanie się? To, że sam się głodzisz?- Ułożył Yennefer na siedzisku i wstając podszedł do mnie i chwytając za mój podbródek zajrzał mi głęboko w oczy.- Miał rację, że jesteś ciekawą osobą- zauważył obserwując moje wygłodniałe tęczówki.- Mimo, że umierasz z głodu; całkiem nieźle się trzymasz...- Uśmiech się poszerzył.
-O kim mówisz? Według kogo jestem taki ciekawy?- Zapytałem.
Nagle Victoria zerwała się ze snu i otwierając szeroko oczy dopadła do Pietro i chwytając za gardło zaczęła go dusić.
-Victoria! Vix!- Srebrnooka jakby dostała furii. Kopała i szarpała się w rękach Antonelli'ego, jakby chciała rozerwać na strzępy tego Nocnego o wyglądzie szczeniaka.
-Sürtük! Przeklęta dziwka!- Zaklął z gniewem.- Zabiję cię, ty szmato!
-Tknij ją, a pożałujesz- zagroził znajomy mi głos.
Pietro odwrócił się i natychmiast klęknął przed nim.
Przed Vladem.
-Panie...- Powiedział z czcią chyląc czoło.
-Milcz, śmieciu- Pietro dostał kopa i uderzył skronią w stolik. Vlad przyklęknął przy Victorii i wtedy dostrzegłem to wręcz uderzające podobieństwo ojca do córki.- Yubira mea...- Pieszczotliwie pogłaskał skatowaną popielatowłosą, a kiedy wstał Pietro znów zarobił ciężkim butem.
-Panie... Za co...?- Zapytał błagalnie dzieciak.
Kolejny kopniak, po którym Pietro odbił się od ściany wagonu w korytarzu, pod oknem. Na szybie powstała rysa.
-Naprawdę nie wiesz, psie?- But zderzył się z twarzą szczeniaka. Vlad przyklęknął i chwycił bruneta za włosy po czym podniósł go i spojrzał na niego bez emocji.
-Panie, nie... Proszę..- Wyjęczał piwnooki.
-Ty go zabijesz- Vlad spojrzał wprost na mnie.
-Jest jeden problem. Jestem skutecznie unieruchomiony.- Pstryknięcie palcami i policyjne kajdanki spadły na podłogę.- Nie będę po tobie sprzątać. Zapomnij- odmówiłem rozdrażniony.
Obecny Wąż Hydry znalazł się tuż przede mną i spojrzał na mnie lodowato.
-Nie zrobisz tego nawet dla niej, NICOLAE?- Zapytał zimno.
-Nicolae odszedł. Nie czuję jego obecności- odparłem twardo.
-To, że go nie czujesz, nie znaczy, że Bordeyana tutaj nie ma- odchodząc zdzielił jeszcze butem Nocnego.

-To było chore...- oznajmił zdenerwowany Antonelli, gdy przyklęknąłem przy półprzytomnej Vix.
-To zaboli, ale muszę nastawić ci ramię- powiedziałem cicho.
-On tu był... Uughh, kurwa!- Delikatny trzask nastawianego stawu. Chyba pierwszy raz usłyszałem z ust srebrnookiej jakiekolwiek przekleństwo.
Yennefer podniosła się jak trup wstający z trumny w horrorach i siadając spojrzała na rozcięty nadgarstek.
-Skurwiel.. Chyba mnie nie zakaził??- Warknęła z gniewem.
-Nie wtłoczył jadu- otwierając okno splunąłem przez nie.
Yennefer wyszła za drzwi przedziału i zaczęła kopać leżącego Nocnego rzucając w niego obelgami.
Wybiegłem stamtąd. Z tej kupy żelastwa i spadając ze schodków runąłem na kolana i zacząłem wymiotować. Zwracałem gorycz i na pół przetrawioną krew.
-Chryste...- Wymamrotałem, padając na plecy po kilku minutach katorgi spowodowanej torsjami, próbowałem złapać normalny oddech. Zobaczyłem lufę broni i twarz policjanta.- Nie możesz mnie tym zabić, ale śmiało... Jeśli strzelisz, nie będziesz się niczym różnił od tamtego mnie. Niczym, Antonelli...
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-To było chore... CHORE...- Kryminalny wypuścił broń z rąk. Był wyraźnie przerażony i roztrzęsiony.- On... Zabił mojego partnera bez mrugnięcia okiem... Cholera. Kurwa... Kurwa mać...!- Zaklał wbijając wzrok w zeschłą trawę.
Ta noc była ciężka dla nas wszystkich, bo z informacji, które mieliśmy niewielu ludzi ocalało z tego pociągu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Hotel Dolce Angello, dwa dni później, wrzesień A. D. 1990.
-Nie zdzierżę- wymruczała Yennefer wczłapując się na schodki prowadzące do hotelu.- Dlaczego to ja zawsze muszę grać milutką nastolatkę?
-Możesz grać problematyczną nastolatkę. Bardziej pasujesz do tego typu- burknął zgryźliwie Antonelli.
-Wolałbyś, żebym udawała twoją żonę?- Zapytała z przesadnym zaciekawieniem, a ja przyjebałem sobie w twarz drzwiami.
-Cholera, kłócicie się jak stare małżeństwo- skomentowałem kwaśno, a Victoria aż upuściła torbę z wrażenia. Co gorsze, od tego spotkania z Vladem nie odezwała się ani słowem.
-Udław się- odciął się Antonelli wściekły.
-Skoczcie sobie do gardeł. Tylko tego nam jeszcze brakuje do szczęścia- mruknąłem, wchodząc do środka porwałem torbę Vix.
Po zameldowaniu się w hotelu zostawiłem Antonelli'ego i Yennefer własnemu losowi (wedle mnie mogli się nawet pozabijać) i wróciłem do Victorii.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Nie wiedziałam, co mam myśleć o tym, co wydarzyło się dwa dni temu. W głowie pełno było wątpliwości i aż huczało mi w niej od pytań.
Nie rozumiałam postępowania tego mężczyzny. Po co najpierw odwiedzał mnie w koszmarach, by potem nazywać mnie "swoją kochaną" i bez dokończenia zdania ocalić mnie przed Nocnym, który nazywał tego mężczyznę z taką czcią i bez najmniejszego przejawu buntu pozwolił tamtemu potraktować się jak worek treningowy.
Żaden Nocny nie pozwoliłby się upokorzyć innemu ze swoich, jeszcze do tego na oczach ludzi.
Żaden nie puściłby czegoś takiego płazem i tym bardziej nie okazywałby temu pobratymcy szacunku.
Więc dlaczego "Pietro"...
Gabriel wszedł do pokoju, pytając:
-Wszystko gra, Vix?
...tak się płaszczył przed tym sangiusuga noctem...?
-Nic mi nie jest- odparłam cicho leżąc na łóżku.
-Victoria...- Podjął drugą próbę, a ja już wiedziałam, że w to nie uwierzył.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Nic mi nie jest- powtórzyła z uporem. Leżąc na materacu z rękoma za głową wpatrywała się w sufit.
-A twoje ramię?- Starałem się jakoś podtrzymać rozmowę.
Podniosła się i siadając na łóżku zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem srebrnych oczu.
-A twój głód? Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?- Odbiła piłeczkę.
Usiadłem na drugim łóżku i przeczesałem palcami nastroszone włosy, mówiąc:
-Nigdy nie zamierzałem ci mówić- odparłem zgodnie z prawdą.
Podeszła i zdzieliła mnie mocno w twarz.
-Jesteś podłym, pozbawionym serca, samolubnym sukinsynem- wyrzuciła mi ze złością.
Wstałem i stojąc z nią twarzą w twarz, a także patrząc jej prosto w oczy odpowiedziałem zimno:
-Zawsze taki byłem i zawsze będę, Victoria. Ludzie tacy, jak ja nigdy się nie zmieniają- nagle drgnąłem, jakbym coś sobie przypomniał.- Chociaż nie. Cofam to. Zapomniałem, że ja już nie jestem człowiekiem- wyrzuciłem jej rozwścieczony.- Nie jestem, już nigdy nie będę i mam tego pełną świadomość.
-Przemawia przez ciebie ten demoniczny głód. Nie myślisz czasami, że nie poradzisz sobie sam? Że to, że próbujesz z tym walczyć właściwie nie ma żadnego sensu? Że potrzebujesz po prostu z kimś pogadać, a nie ciągle udawać, że wszystko jest w porządku, choć nie jest?- Wybuchnęła z gniewem.- Że nie musisz być wiecznie taki skryty i zamknięty w tym swoim cholernym pancerzu; bo komuś naprawdę na tobie zależy?!
-Zależy? A to dobre!- Parsknąłem ironicznie, choć wtedy w głębi serca czułem tylko mieszaninę żalu i gniewu.- Nie, Victoria. Nie brnij w to dalej, bo się sparzysz- ostrzegłem wściekły.
-Sparzę? Wiesz, co...?? Przestań pieprzyć, Gabriel!- Pchnęła mnie wojowniczo.
Chwyciłem ją za nadgarstki i oparłem mocno o pokrytą wzorzystą burgundową tapetą ścianę i pochylając głowę przesunąłem wargami po jednej z jej arterii chciwie, ledwie nad sobą panując, wciągałem nosem ten łagodny, przesłodki aromat kobiety, której pragnąłem, a której nie mogłem mieć na własność, co doprowadzało mnie do szału o wiele bardziej niż głód, który raz po raz czułem.
-Ja już jestem na straconej pozycji- mówiłem dalej.- W końcu będzie tak, że oszaleję i zacznę mordować ludzi dla łyku ludzkiej krwi. Dla chwilowej, czysto zwierzęcej przyjemności spowodowanej instynktem cholernego, demonicznego zwierzęcia, które może w każdej chwili zabić i zacząć widzieć na ulicy chodzące worki krwi, zamiast ludzi. I wierz mi: to się stanie prędzej, czy później- z trzaskiem uderzyłem dłonią o ścianę tuż przy jej twarzy, a potem odwróciłem się chcąc odejść, ale Vix zatrzymała mnie, obejmując mocno w żebrach.
-To nieprawda. Nie jesteś taki- powiedziała to przez łzy.
Wyrwałem się i ruszyłem ku drzwiom mówiąc:
-Jestem o wiele gorszy, Victoria. Nie wiesz i nie chcesz wiedzieć, jaki byłem dawno temu.
-Nie obchodzi mnie to, Gabriel- cofnęła się; starając się nie rozpłakać, ale jej odbicie w lustrze przede mną doskonale ukazywało w jakiej jest rozsypce: łzy spływały po jej policzkach, drżały jej wargi i ramiona od cichego, bezgłośnego łkania.
Victoria taka już jest, szybko przywiązuje się do ludzi- usłyszałem słowa Pana Zarozumiałego.
Wtedy zobaczyłem coś jeszcze. Na stoliku obok którego stała srebrnooka stała szklanka. Obok niej leżał zakrwawiony nóż, a jej ręka wisiała nad naczyniem napełniając je jasnoczerwoną krwią.

Watashi no Akuma 2 Rozdział III: Król mafii

Weszliśmy do środka, a kobieta miotając się w solnym więzieniu patrzyła na nas rozszerzonymi panicznym strachem oczami oddychając ciężko z udręki.
-Co się ze mną dzieje??- Zawyła z bólem, leżąc skulona na podłodze wagonu.
-Boże Miłosierny...- wyszeptała ze współczuciem Victoria, a zza warg chorej wydobył się wrogi syk. Nagle jednak kobieta odzyskała swoją ludzką świadomość i krzyknęła:
-Co mi jest??! Co się ze mną dzieje??- Wbiła w nas pełen błagania wzrok czarnych i bezdennych oczu.- CZEMU TAK BOLI???
Widziałem już w swoim życiu sporo okrucieństwa i bestialskich tortur; ale nadal pamiętałem, jak sam czułem TEN ból i to wspomnienie nadal robiło bolesne rysy na mojej duszy i spaczonym umyśle. Nie chciałem, żeby ktoś podzielił mój los i męczył się tak samo, jak ja... Chociaż nie, wróć: w przeciwieństwie do tej kobiety, jako pozbawiony sumienia i moralnych hamulców morderca i kat Hydry sam sobie na to zasłużyłem...
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Gabriel wpatrując się w leżącą, przygryzł sobie wargę do krwi. Jego oczy pociemniały i oddychał ciężko, jakby jeszcze chwilę temu biegiem przed kimś uciekał. Te oczy przybrały kolor zgniłej zieleni i pełne były rozpaczy i bezsilnej furii. Jego dłonie, jakby wbrew woli blondyna zacisnęły się w pięści i zanim zdołałam go powstrzymać, Gabriel w nieokiełznanym ataku agresji zaczął demolować przedział.
Tym razem byłam wręcz zatrwożona jego zachowaniem. Serce waliło mi tak mocno, że aż kłuło mnie w piersiach i nie mogłam złapać tchu.

Po pół godziny Gabriel się uspokoił. Wnętrze ośmioosobowego przedziału wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado, a ta zakażona była nawet jeszcze bardziej zlękniona, niż ja.
Jedynym, co ocalało było okno. Reszta była w strzępach.
-Idę zapolować. Sam- byłam zbyt przerażona, żeby protestować; a Gabriel wyszedł.
Jeszcze przez chwilę słyszałam w korytarzu jego kroki, zanim trzasnęły drzwi wejściowe wagonu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Wracając do czternastki wszedłem do środka i biorąc absynt upiłem kilka potężnych łyków, po czym wziąłem z półki na górze wściekle żółtą, sportową torbę i rzuciłem ją na wolne siedzenie, po czym rozpiąłem zamek i zacząłem w niej grzebać w milczeniu z zaciętą miną.
-Damon, dokąd idziesz?- Zapytała ostrożnie Yennefer, wstając.
Nie odpowiedziałem stojąc do niej tyłem i pakując broń do wyświechtanego, skórzanego plecaka.
-Damon, odpowiedz na pytanie- zaczęła ostrzejszym tonem.
Z kołkiem w palcach obróciłem się na pięcie i przeszyłem ją rozeźlonym wzrokiem.
-Zaopiekuj się i pilnuj Vix, póki nie wrócę- oznajmiłem lodowatym tonem.
-Możesz mi powiedzieć, co ci odbiło??- Zapytała zaskoczona.
-Zaopiekuj się i pilnuj Vix- powtórzyłem z naciskiem. Zamknąłem przesuwne drzwi i ruszyłem do wyjścia z wagonu.

Wyskakując z wagonu rozejrzałem się bacznie po okolicy.
Jak na pustkowie, za dnia to miejsce na pierwszy rzut oka było bardzo przyjazne i piękne. Wszędzie wokół mnie rozciągała się dzika zieleń, z lasem po prawej. Po tej i lewej stronie tuż za mną ciągnęły się tory kolejowe prowadzące niewiadomo dokąd.
Nasunąłem okulary przeciwsłoneczne bardziej na nos i z plecakiem na ramieniu, czując w ciele narastający głód wszedłem do lasu.
Wiedziałem, że zanim zajmę się nimi, koniecznie muszę zapolować.
-Zgubiłeś się, przystojniaku?- Z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos. Starałem się go namierzyć i zauważyłem ukryty w krzakach motocykl.
-Jestem tutaj- słowom zawtórował cichy szelest lądującego za mną człowieka.
Zapach jej krwi był tak intensywny, że musiałem wstrzymać na chwilę oddech. Byłem wygłodniały i prawie dostałbym szału na tę pyszną woń.
-Kim jesteś?- Zapytałem z trudem panując nad sobą.
-Jestem tu przejazdem- odpowiedziała.
Zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, zrobiłem obrót wokół własnej osi i chwytając ją za gardło brutalnie przygwoździłem ubraną w skórę czarnowłosą o długich do połowy pleców lokach do najbliższego drzewa.
-Nie o to pytałem- odwarknąłem zaciskając mocniej dłoń na jej gardle.- Kim jesteś?
-Policjantem. Wracam ze służby- cofnąłem się gwałtownie.
-Znikaj stąd- nakazałem odchodząc wgłąb lasu. Głód targał torsjami mój żołądek.
W tym momencie pod wpływem kopniaka odleciałem i gubiąc torbę walnąłem w drzewo.
-Nieprzyjemne uczucie. Głód, prawda?- Dostałem od niego kopa i zgiąłem się wpół. Rzucił kobietą.
-Ścierwo. Nie śpisz?- Zapytałem obojętnie. Zniknąłem i dopadłem do plecaka. Zdążyłem tylko wyciągnąć z kieszonki flakon, który wytrącony mi z dłoni wzbił się w powietrze.
-Przyłącz się do nas- powiedział butem przytwierdzając mnie do gruntu. Policjantka z rozciętą głową leżała półprzytomna pod krzewami. Jej dłoń sięgnęła po flakon i ukryła go pod sobą.- Ludzie to zwykłe bydło. Jedyne, do czego się nadają to przerób na jedzenie- mówił, a mnie ogarnęło nieznośne oszołomienie tą smakowitą wonią.
Mierzyłem go przez chwilę wzrokiem, udając, że rozważam jego przemowę.
-Masz rację- oznajmiłem odsłaniając w uśmiechu wydłużające się kły.
-Coś za szybko zmieniasz stronę- zauważył przyglądając mi się bardzo podejrzliwie.
-W porządku. Wiesz, że jestem taki sam, jak wy i ci to udowodnię- zepchnąłem z siebie jego but patrząc na przerażoną kobietę.
Posłuchaj...- Przekazałem jej wzrokiem.- Kiedy do ciebie podejdę i dam ci znak, udawaj trupa, a kiedy podejdzie oblej go wodą z flakonu... Zaufaj mi.
-Uwierzę ci dopiero, kiedy ta suka zdechnie- oznajmił, gdy podniosłem się na nogi.
-Zabiłem w swoim życiu więcej osób, niż ty widziałeś- odparłem chłodno- zabijanie to mój chleb powszedni- szarpnięciem podniosłem nieznajomą i opierając ją o siebie sięgnąłem wargami do jej szyi, słysząc jej galopujące serce. Krzyknęła wyrywając się.
Mimo rozrywającej mi duszę pokusy nie zamierzałem napić się jej krwi. Brzydziłem się tym, bo wiedziałem, że gdybym to zrobił, na zawsze utraciłbym swoje kruche człowieczeństwo.
-Zaboli przez chwilę- szepnąłem wprost do jej umysłu.- Kiedy cię uszczypnę, padnij trupem. Jeśli mnie słyszysz i rozumiesz, szarpnij się- zrobiła, co mówiłem, dlatego zatopiłem w niej kły i poczekałem aż z ran wypłynie trochę krwi.
-Co się z nią bawisz?!- Rozwścieczył się.
-Chcę się napatrzeć. Uwielbiam, kiedy umierają ze strachu, wiedząc, że to ostatnie chwile ich życia- patrząc na niego umoczyłem wargi w jej krwi i udawałem, że piję.

Trochę krwi znalazło się w moich ustach i aż zakręciło mi się w głowie z przyjemności. Uszczypnąłem kobietę i gdy padła na ziemię, z trudem zdołałem zwalczyć głód i ostrożnie wyplułem łyk krwi plamiąc wargi i twarz czerwienią.
-Jej serce nadal bije- warknął.
-Mylisz się. To moje serce- wiedziałem, że nie jest tak inteligentny, na jakiego wygląda. Spojrzałem na leżącą obojętnie- nie wypiłem wszystkiego. Jestem na tyle miły, że zostawiłem ci trochę- przykleiłem do warg porozumiewawczy uśmieszek.
Buchnął śmiechem, mówiąc wesoło:
-Chcesz się podlizać- zaczął wyluzowanym tonem.
-Nie potrzebuję nikomu się podlizywać, śmieciu- odparłem władczo, prowokując go, żeby się zbliżył. Zrobił to, czego oczekiwałem i dostając w twarz, sykiem dałem sygnał policjantce. Zerwała się z ziemi i chlusnęła wodą święconą prosto w jego twarz. Cofnął się z warkotem i uderzył ją butem. Odepchnąłem go i rzuciłem się do torby po broń.

Z plecakiem w ręku przeleciałem w powietrzu i z impetem przyłożyłem w jakiś głaz. Chwytając oburącz za szelki plecak zdzieliłem nim mocno Nocnego w twarz, a gdy cofnął się zamroczony, rzuciłem ciężką torbę i wyjąłem z buta Krucyfiks i kołek; po czym podjąłem walkę.
***
Kopiąc go w twarz, docisnąłem go glanem do podłoża, mówiąc:
-W Imieniu Najwyższego Boga uwalniam twoją duszę od Wiecznego Ognia i Potępienia- wbiłem w jego pierś srebro. Wrzasnął z bólu.- Nie wierzę w Niego, ale jeśli jednak istnieje, obaj trafimy do Diabła- przekręciłem kołek i sprawnym ruchem odrąbałem mu łeb.
Torsje sprawiły, że osunąłem się na kolana podpierając się na broni. Przed oczami zamajaczyła mi jej twarz przesłonięta lokami.
-Wszystko gra?- Zapytała szybko.
-Odsuń się...!- Warknąłem ostro zwijając się z szarpiącego bólu. Patrzyła na mnie nie rozumiejąc.- Błagam, cofnij się i uciekaj.. Nie panuję nad tym tak, jakbym chciał...
Zdjęła mi przeciwsłoneczne okulary, a jej oczy stały się wielkie.
-Twoje...- zaczęła zdumiona. Po chwili zachowując chłodną rozwagę, oparła mnie o drzewo i zbliżyła się na odległość kilku centymetrów.- Jesteś jednym z nich...
-Nie jestem taki, jak oni- chciałem powiedzieć coś więcej, ale zza moich warg wyrwał się wrzask bólu.
Rozcięła dłoń ostrzem Krucyfiksu i podsunęła ją do moich ust. Odtrąciłem mocno rozorany nadgarstek i przeszły mnie spazmatyczne dreszcze.- Nigdy nie tknę ludzkiej krwi... Nigdy...
Bolało, jak nigdy przedtem. Cierpienie rozrywało mnie od środka i doprowadzało do szaleństwa. Wrzasnąłem znowu odsuwając się od niej panicznie.
Powaliła mnie na trawę i blokując mi ręce, zajrzała w moje oczy; mówiąc cicho i spokojnie:
-Potrzebujesz krwi- powiedziała, starając się mnie przekonać, ale walczyłem z tym uparcie potrząsając głową w zaprzeczeniu.
-Nie chcę! Zostaw mnie w spokoju!!- w przypływie adrenaliny odrzuciłem ją od siebie.
-Czemu się przed tym bronisz?! Chcę ci pomóc! Uratowałeś mi życie!- Nawrzeszczała na mnie z gniewem siedząc na leśnym poszyciu.
-Zapoluję na zwierzę, ale nie tknę ludzkiej krwi... Za nic.- Warknąłem z naciskiem. Biorąc plecak spojrzałem na nią przez ramię dodając- a potem wymorduję resztę tego ścierwa. Inaczej nie nazywam się Gabriel Damon Borgia- i chciałem odejść, ale złapała mnie za ramię osadzając mnie w miejscu.
-Wiesz, że jesteś poszukiwanym przestępcą?- Zapytała ostrożnie.
-Wydasz mnie?- Zapytałem odwracając się na pięcie. Założyłem spowrotem okulary.
-Wyobrażasz sobie, gdybyś oszalał z głodu w więzieniu?- Zapytała cicho.
-Nikt by ci nie uwierzył, że nie jestem w pełni człowiekiem. Zapięliby ci kaftan bezpieczeństwa i wywieźli do najbliższego wariatkowa- oznajmiłem zimno.
Zapadła cisza. Usłyszałem wśród drzew szum i wyciągając ramię wywróciłem jednego i zaraz przebiłem go kołkiem.
-Bierz broń!- Rzuciłem jej plecak.- Srebro w serce i zaraz odcinaj łby!- Pouczyłem.

Jej drżące dłonie wypuściły broń.
Nadal, pomimo tego, czego była świadkiem, uważała ich za zwykłych ludzi...
Wyrwałem się z ramion innych i podbiegając, poczęstowałem kopniakiem jedną z nich: tę która była najbliżej szyi policjantki.
Czarnowłosa krzyknęła przeraźliwie, gdy kły przebiły jej ranny nadgarstek.
Musiałem dostać jakiegoś ataku, bo nie pamiętam, co działo się później. Kiedy się z tego ocknąłem, wokół mnie leżał stos trupów, a ja czułem się opity jak kleszcz.
-Cristo...- Wydyszałem słabo, próbując się podnieść. Wylądowałem spowrotem na ziemi, wpadając w krzaki.- Muszę... Was... Spalić..- Ostatkiem woli wstałem i chwiejąc się na nogach zacząłem wlec najbliższe zwłoki.

-Co ty robisz, do cholery?!- Zaczęła zszokowana motocyklistka, obserwując moje poczynania.
-Stos. Trzeba spalić ich ścierwa- odparłem z opanowaniem, choć na ten widok zbierało mi się na wymioty. Podszedłem do niej i wyciągnąłem z plecaka dwulitrową butelkę z ażurowym wzorem barokowego krzyża i zrywając z korka karteczkę wbiłem w nią wzrok.
Polewając zawartością zwłoki, postąpiłem wedle wytycznych na bileciku: trzykrotnie okrażając stos odmówiłem Pater Noster i stojąc twarzą do wschodu podpaliłem truchła, mówiąc:
-Z prochu powstaliście i w proch się obrócicie- powiedziałem szeptem, patrząc przez szkła na strzelający w górę święty ogień.
Wiedziałem jednak, że jest ich tu o wiele więcej...
***
Nie mogłem wrócić z nią do pociągu, dlatego też zostałem i opatrując jej rany bacznie obejrzałem ślady kłów na jej nadgarstku.
-Cristo...- Coraz częściej wzywałem boskie miano, w nadziei; że Sędzia zmieni zdanie na mój temat i nie odeśle mnie do Piekła po śmierci.
-Dlaczego wymawiasz boskie imię po łacinie?- Zdziwiła się. Pomimo upływu kilku godzin i zapadającej nocy nie dostrzegłem u niej żadnych objawów zakażenia.
-Nie jesteś głodna...?- Zapytałem przypatrując jej się.
-Yyy... No, zjadłabym jakąś kanapkę, ale co to ma do rzeczy?- Zapytała, szybko jednak zrozumiała, co tak naprawdę mam na myśli.- Zaraz... Nie chcę krwi... Oddałabym życie za kanapkę ale nie pragnę...- Zaczęła z rozszerzonymi strachem oczami.
-Rozumiem. Wierzę ci, ale dla pewności zostaniesz tu ze mną do rana- oznajmiłem.
Spojrzała na mnie z niepokojem.
-Dobrze, chociaż nie wiem, czemu to ma służyć; ale co, jeśli tamtych jest tu więcej?- Wszystko wszystkim, ale niejeden mógłby jej pozazdrościć inteligencji.
-Nie podejdą.
Zerwała się i ze strachem w oczach potrząsnęła mną mocno, pytając:
-Skąd możesz być tego pewien??- Wybuchnęła spanikowana.
-Po prostu to wiem. Nie wiem, skąd wiem.- Zaciągnąłem się dymem rozkładając bezradnie ręce i wzdychając ciężko.- Cholera jasna: nie ogarniam tego- stwierdziłem z porażką wyjmując na chwilę szluga z ust i chodząc w tę i spowrotem w poprzek leśnej ścieżki.
Wtedy moją pierś przeszył nagły i ostry ból.
-Niech to szlag- zakląłem, gdy ze słabości runąłem na kolana podeszła do mnie na czworakach, pytając:
-Co ci jest??
Położyłem się na trawie z jękiem.
-Cristo...- wydyszałem, czując narastający ból.
-Co się z tobą dzieje??- Zapytała przerażona.
-At..ak sza..łu...- odpowiedziałem urywanym głosem.- Weź broń...
-Nie ma mowy!- Odmówiła szybko.
-Bierz- rozkazałem z sykiem zwijając się z udręki.- Jeśli będziesz musiała... Nie zawahaj się- oznajmiłem ostrym tonem.
-Nie zrobię tego. Nie zabiję człowieka- kłóciła się ze mną.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Dwadzieścia minut wcześniej...
Niepokoiłam się o Gabriela, który nie wracał od popołudnia, dlatego z kołkiem i mieczem w zanadrzu wymknęłam się Yennefer i poszłam go szukać.
W pewnej chwili usłyszałam cichą rozmowę i przyczaiłam się w gęstych zaroślach, podsłuchując.
-Dlaczego?- Pytała z zastanowieniem nieznajoma kobieta.
-Co dlaczego?- Głos Gabriela. Kamień spadł mi z serca, kiedy usłyszałam ten ton.
-Dlaczego nie chciałeś tego zrobić...?- Podkradłam się bliżej i nagle walnęłam w coś czołem. Zmieliłam w ustach przekleństwo i ostrożnie podniosłam głowę.
Wydech motocykla.
-Nie rozmawiajmy o tym. Zacznij mnie podrywać, czy coś w tym rodzaju- zażartował w swoim chamskim stylu.
Siedząca pod drzewem dębu nieznana mi kobieta uśmiechnęła się blado.
-Kręcą mnie niegrzeczni chłopcy- powiedziała zupełnie innym tonem, nagle zamrugała i zasłoniła usta dłonią, jakby wymsknęło jej się to zupełnie przypadkowo.
Gabriel spojrzał na nią z boku z zastanowieniem.
-Socjopata to kiepski materiał na partnera- zauważył ironicznie.
-Nie jesteś socjopatą. Zachowujesz się raczej jak masochista- przerwała mu z namysłem.
-Chciałaś powiedzieć psychopata- zauważył, a ja poczułam aromat jego ulubionych papierosów.
-Podobno szurnięci są bardziej seksowni- pisnęła i znowu zakryła usta dłonią, jakby powiedziała coś bardzo wstydliwego, czego naprawdę nie chciała mówić.
-Moja przyjaciółka powiedziałaby to samo, chociaż się do tego nie przyzna- zauważył.- Cristo...- mruknął ponuro.
-Dlaczego wymawiasz boskie imię po łacinie?- Zdziwiła się.
-Nie jesteś głodna...?- Zapytał nagle przypatrując jej się.
-Yyy... No, zjadłabym jakąś kanapkę, ale co to ma do rzeczy?- Nagle spojrzała na niego zupełnie inaczej.- Zaraz... Nie chcę krwi... Oddałabym życie za kanapkę ale nie pragnę...- Zaczęła z rozszerzonymi strachem oczami.
-Rozumiem. Wierzę ci, ale dla pewności zostaniesz tu ze mną do rana- oznajmił.
Spojrzała na niego z niepokojem.
-Dobrze, chociaż nie wiem, czemu to ma służyć; ale co, jeśli tamtych jest tu więcej?
-Nie podejdą.
Zerwała się i ze strachem w oczach potrząsnęła nim mocno, pytając:
-Skąd możesz być tego pewien??- Wybuchnęła spanikowana.
-Po prostu to wiem. Nie wiem, skąd wiem.- Zaciągnął się dymem rozkładając bezradnie ręce i wzdychając ciężko.- Cholera jasna: nie ogarniam tego- stwierdził z porażką wyjmując na chwilę szluga z ust i chodząc w tę i spowrotem w poprzek leśnej ścieżki.

-Niech to szlag- zaklął, gdy ze słabości runął na kolana. Kobieta podeszła do niego na czworakach, pytając:
-Co ci jest??
Położył się na trawie z jękiem.
-Cristo...- wydyszał z bólem.
-Co się z tobą dzieje??- Zapytała przerażona.
-At..ak sza..łu...- odpowiedział urywanym głosem.- Weź broń...
-Nie ma mowy!- Odmówiła szybko.
-Bierz- rozkazał z sykiem zwijając się z udręki.- Jeśli będziesz musiała... Nie zawahaj się- oznajmił ostrym tonem.
-Nie zrobię tego. Nie zabiję człowieka- kłóciła się z nim.
Jeszcze nigdy nie widziałam Gabriela w tak strasznym stanie. Leżał zwinięty w kłębek przeklinając z bólem. Ni stąd, ni zowąd z jego ust wyrwał się stłumiony krzyk bólu, a ja widząc jego czerwone oczy doznałam szoku.
Nie mogłam oderwać wzroku od jego tęczówek, gdy czarnowłosa przesłoniła mi pole widzenia wychyliłam się ostrożnie zza motoru i dostrzegłam niedaleko pozostałości stosu.
Nieznajoma zdjęła z prawego nadgarstka zakrwawiony opatrunek i pochylając się wyciągnęła zranioną rękę wprost ku niemu.
-Nie.!- Gabriel odtrącił jej rękę z uporem.
-Przecież chcę ci pomóc.!- Odwarknęła z naciskiem, ale on potrząsał odmownie głową, mamrocząc coś niezrozumiałego.
Zdecydowałam się wyjść z kryjówki. Czarnowłosa słysząc szelest odwróciła się gwałtownie i klęcząc z pistoletem w ręku wymierzyła we mnie lufę gotowa do obrony.
-Nic ci nie zrobię- zapewniłam obronnym tonem, klękając przy Gabrielu szybko.- Uczniak... Czemu...?- Urwałam wiedząc, że to nieodpowiednia pora na wyciąganie z niego prawdy. Sięgnęłam do jego kieszeni i wyciągając z niej grawerowaną piersiówkę odkręciłam i wmusiłam w niego łyk zawartości.
Gabriel po kwadransie odzyskał normalny oddech i widząc mnie zerwał się szybko z moich kolan, jakby uświadomił sobie, że jego tajemnica się wydała. Drugi raz powąchałam napój w manierce i zrozumiałam, skąd znałam ten ostry zapach.
Był to zakazany przez Watykan ziołowy narkotyk, którym Nocni na jakiś czas niwelowali głód krwi.
-Boże Miłosierny... To "Cerber"- wyszeptałam porażona niezmierzonym zdumieniem.
-Co takiego?- Zdumiała się nieznajoma.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Szybkim ruchem odebrałem Victorii piersiówkę i patrząc w te srebrne oczy powiedziałem usypiającym tonem:
-Wrócisz do pociągu i zapomnisz wszystko, co się tu wydarzyło- czułem, że czarnowłosa obserwowała mnie z oburzeniem, a w tęczówkach uśpionej przeze mnie popielatowłosej odbiły się moje czerwone oczy.- Powtórz.
-Wrócę do pociągu i zapomnę wszystko, co się tu wydarzyło- oznajmiła cichym, posłusznym tonem po czym wstając odwróciła się i spokojnie odeszła ścieżką.
-Coś ty jej zrobił??- Zapytała policjantka głośnym szeptem, próbując ukryć oburzenie.
-Muszę ją chronić. Nie powinna się o tym dowiedzieć- odparłem.- Ocknie się z tego stanu dopiero w pociągu.
-Co to właściwie było...?- Chciała wiedzieć, jak potrafię nakłonić kogoś do swojej woli, kiedy mi się podoba.
-Kiedy to się stało, szukałem informacji. Wiedziałem, że to nieodwracalne i znalazłem pewnego pomocnego Nocnego- odparłem niechętnie.- To była pierwsza przydatna rzecz, o której mi powiedział. Nie chciałem testować tego na Vix, ale musiałem to zrobić...
-Nic nie musiałeś- odparła ze złością.- To, co zrobiłeś było okropne. Ja też... Słyszałam cię... W głowie... To porąbane- zauważyła z niedowierzaniem.
-Teraz już wiesz, że nie jestem do końca człowiekiem- oznajmiłem ponuro. Sięgnąłem do kieszeni po fajki i zapaliłem powoli.- Właściwie wcale nie jestem już człowiekiem... Cholera, to nie jest takie proste...
-Nie jestem o to zła..- powiedziała cicho, z zakłopotaniem. Usiadła obok mnie i zwyczajnie oparła głowę o moje ramię, spoglądając na mnie z zaciekawieniem małej dziewczynki.- To, co robisz, jest naprawdę okropne, ale- policjantka usiadła na mnie okrakiem i zdejmując mi okulary, zajrzała głęboko w moje oczy uśmiechając się uwodzicielsko- uwielbiam niegrzecznych mężczyzn. Nudzi mnie praca w policji- zwierzyła mi się szeptem, a ja próbowałem delikatnie dać jej do zrozumienia, że nie jestem nią zainteresowany. Nie zrozumiała lub nie chciała zrozumieć nadawanych przeze mnie sygnałów, bo nadal się do mnie kleiła, całując namiętnie po szyi i obmacując.
-Zejdź, proszę- starałem się to ukryć, ale w głębi serca przespałbym się z nią dla sportu. Pragnąłem odepchnąć to kuszące wyobrażenie, bo czarnowłosa wyglądała na naprawdę seksowną i urodziwą kobietę.
-Przecież tego właśnie chcesz. Chyba nie ratowałeś mi życia za darmo, prawda..?- Szepnęła mi do ucha opierając mi dłoń na piersi wymownym gestem i świdrując mnie rozognionym spojrzeniem.- Chcę ci się odwdzięczyć- szepnęła, całując mnie, swoimi ustami delikatnie pociagnęła kolczyk, który nosiłem. Rozciągając się na moich nogach jak kotka zrzuciła ze mnie płaszcz i dobierając się do mnie, sięgnęła do mojej koszulki chcąc mi ją zdjąć.
Odsunąłem ją zdecydowanym ruchem i patrząc jej w oczy powiedziałem:
-Nie- oznajmiłem poważnie.
-Przecież tego chcesz- jej zwinna ręka... Sięgnęła nią do suwaka mojego rozporka i poczułem jej palce w moich spodniach.
Przewróciłem się, a czarnowłosa ślicznotka znajdując się pode mną oplotła mnie nogami, a ja nieudolnie próbując uwolnić się od tej nimfomanki, usłyszałem za sobą:
-Ładnie się zabawiasz, Damon- zauważył ironiczny głos Yennefer.
-Zawsze zjawiasz się w niewłaściwej chwili, ale dzisiaj trafiasz w dziesiątkę- wysapałem nadal usiłując się uwolnić.- Puść mnie, kobieto!.- Zwróciłem się ostro do policjantki.
Yennefer szybkim ruchem wywlokła ją spode mnie, komentując:
-Jeszcze nigdy nie ratowałam honoru molestowanego faceta- powiedziała dusząc się z tłumionej wesołości.
-Zjeżdżaj- burknąłem zły, doprowadzając się do porządku.
-A co? Nie przespałbyś się z nią dla sportu?- Zapytała z iskrzącymi oczami udając zaciekawienie.- W ramach zaliczenia, że tak powiem..?
Czarnowłosa chyba otrzeźwiała ze swojego stanu, jakby dostała zimny prysznic. Mrugała oczami nieprzytomnie, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, co się przed chwilą działo.
-Wcale nie zaliczałem lasek. To szczeniackie- odparłem pogardliwie, choć robiłem dokładnie na odwrót; czego teraz się wstydziłem.
Yennefer oparła się o drzewo i zjechała po pniu zwijając się ze śmiechu. Nie mogła powstrzymać się od rechotu, niemal dławiła się wesołością..
-Chryste, Yennefer- jęknąłem poirytowanym tonem.
-No, co..?- Zapytała obronnym tonem. Spoważniała nagle.- Victoria dziwnie się zachowywała, gdy wróciła. Nie było jej tutaj.?- Chciałem skłamać, ale wbiła we mnie przeszywające spojrzenie.
Westchnąłem głęboko i, odwracając wzrok poprawiłem okulary.
-Była, ale...- Zacząłem nie wiedząc, jak to wyjaśnić.
-Co jej zrobiłeś?- Zapytała podejrzliwym tonem.- Wróciła blada, jak ściana i dziwnie nieobecna. Zupełnie, jakby zapomniała, gdzie i po co była w lesie. Jakby w ogóle nie pamiętała, że tam była- powiedziała z naciskiem.
-To skomplikowane- zacząłem powoli.
-Skomplikowane to było życie w Hydrze. Teraz gadaj, co jej zrobiłeś- warknęła ostro.
-Co to? Jakaś babska solidarność, czy jak?- Warknąłem rozzłoszczony.
Pchnęła mnie wojowniczo, mówiąc:
-Ona się o ciebie zamartwia, pieprzony kretynie- wyrzuciła mi.
-Obchodzi cię to, bo mnie nie- Powiedziałem starając się grać zimnego sukinsyna. Chociaż kochałem Vix, nie chciałem się angażować, bo wiedziałem, że ona kocha Rafaela, a ja zawsze będę tylko "tym drugim". Moja miłość do Victorii już zawsze pozostanie nieodwzajemniona.
-Polubiłam tą babkę, więc obchodzi mnie to tak samo, jak ciebie. Co ja mówię: ciebie obchodzi nawet bardziej- nawet, gdy oparłem na jej czole lufę broni mówiła dalej.- Interesuje cię to, bo nie widzisz nikogo poza nią i chcesz ją przed wszystkim chronić, ale tak się nie da, Damon...- Powiedziała cicho, patrząc mi prosto w oczy, a ja czułem że jej smutne spojrzenie pomimo ciemnych szkieł przenika moje serce na wylot.
Nie spuszczając wzroku z nastolatki, powoli opuściłem rękę z bronią. Znałem Yennefer od dawna i wiedziałem, że to twarda zawodniczka, ale i dobra dziewczyna. Miała dwanaście lat, gdy ją poznałem. Uciekła z bratem z rodziny zastępczej i zaczęła kraść na terenie Mafii, w związku z czym Hydry urządziły sobie turniej, kto dopadnie ją jako pierwszy. Ta i inne psychopatyczne zabawy były dla członków organizacji rozrywką i odskocznią od niebezpiecznego trybu życia. Znęcanie się nad słabszym zawsze było dla Hydr zabawne, ale do czasu.
Skończyło się to, gdy Yennefer w obronie brata zabiła o wiele od siebie silniejszego, czterdziestoparoletniego mężczyznę i Egzekutora Hydry przy pomocy zwykłego długopisu, który wepchnęła mu w mózg przez oczodół.
Odwróciłem wzrok i powiodłem nim po ścieżce, mówiąc cicho:
-Masz rację, Yennefer. Kurewską rację...

Watashi no Akuma 2 Rozdział II: Przeczekać do rana

-Nie ruszajcie się z miejsca- nakazałem parze nastolatków przeczesując światłem latarki zarośla.
-Co się dzieje?- Zapytał chłopak.
Nasłuchując, gestem nakazałem mu ciszę i trzymanie się mnie.
W tym momencie ktoś na mnie wpadł. Uskoczyłem odruchowo mierząc z klamki do obcego.
-Damon, chyba załatwili tego kolesia.
Powoli opuściłem klamkę pytając:
-Gdzie Vix?
-Wraz z konduktorem patrolują pociąg- oznajmiła krótko.
-Niech to szlag. Lepiej być nie może, kurwa!
-Brakowało mi twojej słynnej "rapsodyjki"- skomentowała. Uniosłem brwi.
-To nie jest odpowiednia pora na żarty- uchyliłem się, a atakujący mnie Nocny z rozpędu przywalił w drzewo.- To bardziej odpowiednia pora na... Ucieczkę! WIAĆ! - Pociągnąłem nastolatków za sobą.
Karkołomny bieg z przeszkodami był sielanką w porównaniu z oszalałą z głodu bandą Nocnych siedzącą nam na ogonie.

Pchnąłem chłopaka przodem i podnosząc długowłosą odwróciłem się i wystawiłem rękę z bronią strzelając.
-Zaufaj mi- rzuciłem do dziewczyny i szarpnięciem posłałem ją po wilgotnej trawie, krzycząc do Yennefer- Łap ją i zjeżdżajcie do wagonu!
-A ty??- Zapytała rozdrażniona.
-Dołączę do was!- Odwarknąłem odbijając cios.

Victoria, partnerka księdza Rafaela
Popieszne kroki i ciężkie oddechy biegnących ludzi. Z bronią w gotowości czekałam aż się zbliżą drżąc ze strachu i niepewności. Konduktor siedział skulony w kącie i mamrotał coś do siebie niezrozumiale. Był najwyraźniej zestresowany. Pewnie nawet przerażony tym, co się dzieje.
Rytmiczne stuknięcia w przesuwne drzwi przedziału.
-Hasło!- Rzuciłam opierając się o drzwi.
-Zdrajca. Odzew?- Głos Yennefer.
-Judasz. Czym zabić Nocnego?- To było pytanie dla pewności.
-Srebrny kołek w serce. Odciąć łeb, polać święconą wodą i spalić- wyrecytowała.
Otworzyłam drzwi.
-Pokażcie się- rzuciłam ostro do dwójki nastolatków.
-O co jej chodzi?- Wypaliła dziewczyna.
Yennefer unieruchomiła oboje wykrecając im ręce w tył.
Podeszłam do dziewczyny i obejrzałam jej szyję i ostrożnie odsunęłam bluzkę.
-W imię Miłosiernego...- wydyszałam zginając się wpół, ponieważ dostałam kopa w brzuch.
-Kurna.. Niezły strzał, Francesca- rzucił z podziwem chłopak.
-Nie cieszyłabym się tak na twoim miejscu- skomentowała Yennefer.
-Ta obleśna laska chciała mnie rozebrać!- Prychnęła z wyrzutem nastolatka.
-Zaszło nieporozumienie- oznajmiłam zaskoczona.
-Pewnie wolałaby, żeby to facet ją... Ekhm- powiedziała Yennefer konspiracyjnym tonem.
-Rany..! To psychopatki!- Wypaliła przerażona.
-Psychopatki. Widzę, że się dogadujecie- zauważył Gabriel od drzwi.
Rzuciłam w niego flakonem ze złością. Zręcznie zacisnął na nim palce i spojrzał na mnie z ukosa.
-Jesteś okropnie narcystycznym, irytującym i paskudnym facetem, który jest bardzo, ale to bardzo- zaczęłam ze złością.
-Seksowny?- Zapytał blondyn, wpadając mi w słowo mrugnął szelmowsko.
-Uuuuuch...!- Sapnęłam, ale zaraz parsknęłam śmiechem, by rozładować tą ciężką atmosferę.
-Szajbusy- wypaliła Francesca ze strachem.
-Chyba jednak czas na jakieś wyjaśnienia- zasugerował mi Gabriel.
[***]
-I należymy do tajnej organizacji pozbywającej się potworów- zakończyłam opowieść.
-Wow- jęknął z podziwem chłopak.
-Jesteście stuknięci- zauważyła nastolatka.
-Taa i normalnym jest też to, co się teraz dzieje- powiedział powątpiewająco pracownik kolei.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Odłożyłem broń na stolik przy oknie i powiodłem wzrokiem po trójce zamieszanych w to przypadkiem ludzi.
-Przed świtem oni odejdą- powiedziałem poprawiając kolczyk w wardze.- Za dnia są niegroźni z jednego, prostego powodu.
-Niby jakiego...?- Zapytała wyczekująco Francesca.
-Śpią- odparłem krótko.
-Żaden człowiek normalnie nie śpi w dzień, poza tymi chodzącymi na nocną zmianę- zauważyła powoli, nadal nie wierząc.
Rozwalając się wygodniej przymknąłem oczy, mówiąc:
-Mylisz się. To, co widziałaś to już nie są ludzie- powiedziałem obojętnie.
-Jesteś zdrowo pierdolnięty- stwierdziła.
-Co się stało z tym chłopakiem?- Zapytała mnie nagle Vix.
Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć ktoś zaczął się do nas dobijać.
-Hej, to ja- odezwał się tamten głos. Wstałem, ruchem głowy każąc Yennefer wziąć broń. Vix również się przygotowała.
-Jesteś ranny?- Zapytałem stając przy drzwiach.
-Gdyby zaatakowała cię horda wygłodniałych potworów, też byś był- warknął.
-Któryś z nich cię ugryzł?
-Co to za popieprzone przesłuchanie?!- Przerwał mi zza drzwi jego zaskoczony głos.
Wychwyciłem spojrzenie Victorii i wyciągnąłem dłoń po otwarty flakon. Szybkim ruchem przesunąłem drzwi po szynach i oblałem go zawartością szkła.
-Odbiło ci?? To jakieś nowe powitanie, czy jak..?- Zapytał odruchowo się cofając. Był zakrwawiony i podrapany, a także miał kilka siniaków i stał na jednej nodze. Miał również rozszarpaną kurtkę.
W dłoni trzymał broń.
-Myśleliśmy, że cię dorwali- oznajmiłem pomagając mu wejść.
Vix odłożyła broń i zaczęła szukać apteczki.
-Nie ma- zwróciła się do mnie.
-Musimy improwizować- zawyrokowała Yennefer. Zerwała zasłonkę i zaczęła rozcinać ją nożem na kawałki. Sam wyciągnąłem z plecaka dwie butelki absyntu.
-Kostka jest najprawdopodobniej wybita- oznajmiłem, widząc siny, puchnący staw.- Możesz poruszyć stopą?
-Nie- odpowiedział z sykiem, gdy Yennefer przemywała alkoholem rany. Podała mu butelkę, mówiąc wymownie:
-Znieczulenie.
Odebrał i napił się.
-Co to za paskudztwo...?- Wypalił krzywiąc się z obrzydzeniem.
-Absynt. Muszę nastawić ci kostkę- oznajmiłem.
-Nie ma mowy!.- Zaczął chcąc się odsunąć.
-Słuchaj. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale postaram się cię nie uszkodzić- upiłem spory łyk z drugiej butelki.- Musisz mi zaufać. Jak opuchnie bardziej, będzie o wiele gorzej..- Spojrzałem mu prosto w oczy.
-Rozumiem- przytaknął ostrożnie.
-Vix, dasz radę go przytrzymać?- Zapytałem, gdy Yennefer zmyła krew i opatrzyła jego rozcięcia.
-Ja to zrobię- odezwał się konduktor.
Vix spojrzała na mnie pytająco.
-Dobra...- oderwałem z sufitu ozdobną listewkę.- Zagryź- rzuciłem wsuwając ją w usta szatyna. Skinął i wykonał moją prośbę.
-Gabriel, wiesz co robisz?- Zapytała głosem pełnym obaw Vix.
Spojrzałem na nią niepewnie i przełknąłem gulę, którą miałem w gardle.
-Nie mam wyjścia. W pociągu nie ma lekarza. W ogóle wszystkiego jest jak na lekarstwo. Cholera- zakląłem cicho.- Muszę nastawić kostkę i unieruchomić mu stopę. Poszukaj czegoś długiego i twardego. Najlepiej drewna.
-Jasne- oznajmiła, wychodząc z Yennefer.
-Gotowi?- Bardzo ostrożnie zdjąłem szatynowi but i spojrzałem na obu pytająco. Skinęli głowami, więc wziąłem się do roboty.
Po chwili poczułem luz i szybko przekręciłem jego stopę, a facet drgnął i podskoczył mocno, przeklinając głośno. Przyłożyłem zimne szkło do kostki.

Dziewczyny zjawiły się dziesięć minut później, niosąc kilka połamanych desek.
-Te się nadadzą- oddałem Vix butelkę i każąc Yennefer przytrzymać dechy zacząłem unieruchamiać stopę nieznanego mi z imienia jednego z towarzyszy tej nocnej niedoli okręcając ją kolejnym kawałkiem materiału. Drugą zasłonkę pozostawiłem w całości i zrobiłem z niej temblak.
-Wiesz, co teraz?- Zapytał nastolatek, imieniem Pietro patrząc przez szybę. Nagle odskoczył z wrzaskiem od okna. Wsunąłem kolejną lodowatą butelkę w przywiązany do górnej rury półki na bagaże temblak i podłożyłem facetowi pod głowę swój polar.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Zdjął zakrwawioną koszulkę i uśmiechnął się po swojemu. Po czym wyciągnął z plecaka inną.
-Co?- Zapytał zaskoczony czerwoną jak piwonia długowłosą.- Mam nie zakładać?
-Damon, trochę przyzwoitości!- Wypaliła zgorszona Yennefer.
-Jakoś Vix to nie przeszkadza- zauważył z miną niewiniątka.
-A skąd niby możesz to wiedzieć?- Zapytałam obronnym tonem.
-Bo się gapisz- zauważył przewracając oczami.
-Boże Miłosierny... Z kim ja muszę pracować?- Jęknęłam, gdy wreszcie wciągnął koszulkę.
Naprawdę miał seksowną sylwetkę, jak na faceta. Westchnęłam głęboko próbując odepchnąć ten kuszący obrazek sprzed chwili.
-Cholercia, jest sexy- mruknęłam cicho.
-Oho!. Przyznałaś mi rację- wybił mnie z grzesznych rozważań.
-Uch, zjeżdżaj- odburknęłam upijając trochę absyntu, unikałam jego oczu.
Nagle któryś z będących na zewnątrz Nocnych znowu ukazał się w szybie. Gabriel spojrzał na niego zimno, a tamten z mrożącym krew w żyłach warkotem i odsłoniętymi kłami usiłował rozbić szybę.
***
-Północ- oznajmił Gabriel spoglądając na zegarek śpiącego szatyna.
-Chciałbym tak zasnąć na zawołanie.. W ogóle przespać to wszystko- zauważył konduktor ponuro.
-Wszyscy powinniście się skimnąć- powiedział blondyn z bronią w pogotowiu, jednak byliśmy zbyt pobudzeni, żeby spać. Chyba nikt w pociągu nie zasnął tej nocy ze strachu przed niebezpieczeństwem.

Musiałam przysnąć, bo nagle ktoś mną potrząsnął. Poruszyłam się nerwowo i otworzyłam oczy.
-Znowu koszmary?- Zapytał Gabriel, bawiąc się nożem.
-Taaa, ostatnio coraz częściej- powiedziałam cicho.
-Może mogę ci jakoś pomóc?- Zapytał, a ja pokręciłam odmownie głową z bladym uśmiechem.
Rozmowa urwała się na jakiś czas, a Gabriel obserwował las w skupieniu. Nagle drgnął i wyprostował się szybko. Już od jakiegoś czasu miał tego rodzaju tiki, co bardzo mnie martwiło.
-Naprawdę wszystko jest z tobą w porządku?- Zapytałam.
-Nic mi nie jest, Victoria- wcale mnie to nie przekonało.
Gabriel był spięty i dziwnie czujny. Po zmroku zawsze był strasznie rozbudzony i pełen energii. Od tamtego ugryzienia przez Leę zdarzało się również, że bez przerwy gdzieś znikał i miałam wrażenie, że coś ukrywał.
-Idę sprawdzić wagony- oznajmił wstając, a po chwili zniknął na korytarzu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Wiedziałem, że Victoria uważniej mnie obserwuje. Zauważyła coś, czy...?
Odepchnąłem od siebie te rozmyślania i przechodząc do kolejnego przedziału wyjąłem butelkę z krwią i przytknąwszy ją do ust przechyliłem. Przełknąłem zimną już krew i zakląłem w duchu na swój los.
Zimna, zwierzęca krew smakowała ohydnie. Idąc wcisnąłem butelkę za pazuchę i zaglądałem do przedziałów. W większości z nich była przynajmniej jedna osoba, która nie zmrużyła oka.
Zupełnie nagle wpadło na mnie wybiegające z boku dziecko.
-Przepraszam pana- powiedziała jedna z kobiet, wychodząc za dziewczynką. Na oko siedmiolatką.
-Nie ma sprawy- odparłem wstrzymując na chwilę oddech. Każdy człowiek pachniał przepysznie, a ja próbując walczyć, bałem się; że w pewnym momencie przegram z wampirzą naturą. Od kiedy zrozumiałem, że jestem jednym z Nocnych, stale prześladowała mnie myśl, że kiedyś nad tym nie zapanuję. Zatracę swoje częściowe człowieczeństwo do tego stopnia, że kogoś zabiję.
Przystanąłem jak wryty, a moje ciało przeszły dreszcze. Poczułem ból w piersiach.
Widząc miarowo pulsującą żyłę idącej za dzieckiem kobiety, zatoczyłem się uderzyłem bokiem w ścianę wagonu. Oparłem się o nią plecami starając się uspokoić świszczący oddech...

-Proszę pana...? Wszystko dobrze..?- Zapytał uroczy głosik.
Siedmiolatka tym razem była bez matki.
-Co tu robisz sama?- Zapytałem szybko, czując suchość w ustach.
-Zobaczyłam, że panu słabo i chciałam pomóc- dzieci.. Były takie naiwne i szczere.
-Muszę tylko chwilę odpocząć, mała- skłamałem próbując omijać wzrokiem jej szyję, ale stukot jej serca który słyszałem w uszach sprawiał iż nie mogłem się na niczym skupić.
Wtedy do środka wpadły okruchy szkła, a blondyneczka krzyknęła rozdzierająco.
-Puść ją!- Warknąłem zrywając się z podłogi wagonu.
-Przecież dobrze mnie rozumiesz... Też głodujesz- zauważył z przyjemnością zaciągając się wonią krwi.
-Powiedziałem, żebyś puścił dziecko; ty parszywy śmieciu- warknąłem lodowatym tonem.
Podniósł małą i ostrym szponem przeciął jej skórę, a po wierzchu dłoni dziewczynki spłynęła strużka słodkiej krwi. Mimo wielkiej pokusy syknąłem rozeźlony tym widokiem i sięgnąłem do buta po broń.

-Nie zasłaniaj się dzieckiem, tchórzu!- Syknąłem, machając bronią. Zrobiłem unik i przywaliłem mu pięścią w mordę.
-Młoda krew jest najsłodsza, wiesz?- Kusił mnie dalej.
-Serio?- Zapytałem obojętnie, próbując uspokoić szalejący w moim ciele ból zachwiałem się znów i, czując słabość w uginających się nogach, klęknąłem zaciskając dłoń na ramie, z której wystawały szczątki rozbitej szyby i kalecząc sobie rękę podniosłem się na nogi po czym rzuciłem w niego Krucyfiksem, prosząc los o to, żebym nie trafił małej...
Nocny zachwiał się i robiąc kilka kroków do tyłu w końcu puścił blondyneczkę i upadł na plecy.
-Odwróć się i zasłoń uszy, cukiereczku- nakazałem, lekko głaszcząc dziewczynkę po głowie minąłem ją i widząc, że wykonała moją prośbę, podszedłem do niego i z całej siły kopnąłem go w twarz. Pastwiłem się nad nim tak długo, aż wyładowałem na nim cały gniew i frustrację.
-Starczyłoby pół centymetra w lewo, żeby zakończyć twój marny żywot- stając nad nim oparłem but na rękojeści broni i bardzo powoli wciskałem ostrze w jego pierś. Z gardła Nocnego wydobyło się przepełnione cierpieniem wycie- ale nie jestem w nastroju, żeby okazywać litość takiemu jak ty, śmieciu...- Zamierzałem dać upust swojej nienawiści, jaką żywiłem do Nocnych, takich jak on.
Otarłem krew z rozciętego policzka i wyjmując dwa flakony oblałem nimi jego wciąż żywe ścierwo. Chciałem, żeby był świadomy swego nieuchronnego i pełnego bólu końca. Wrzeszczał, rzucając we mnie obelgami. Nawet groził próbując wyciągnąć z siebie ostrze, którym był przygwożdżony do podłogi wagonu.
-Mam nadzieję, że będziesz miał ciepło w Piekle- rzuciłem na pożegnanie przesuwając główką zapałki o draskę. Dostał ode mnie jeszcze kopa i rzuciłem płonące drewienko na niego. Ogień wystrzelił lekko w górę, gdy wyciągnąłem broń z leżącego nieruchomo, płonącego śmiecia.
Wtedy odwróciłem się i zobaczyłem, że siedmiolatka patrzyła i widziała to wszystko.
-To prawda, że lubi pan krew?- Zapytała cichutko, jakby wiedziała; że to ogromna tajemnica. Przyklęknąłem przy niej i wyjmując z kieszeni skrawek materiału w milczeniu, zaciskając zęby zająłem się zranieniem. Dziewczynka patrzyła na mnie, gdy dezynfekowałem ranę absyntem z buteleczki po syropie na kaszel.
Drzwi przedziału rozsunęły się, a z wnętrza wysunął się mężczyzna. Zaskoczony rozejrzał się ogarniając wzrokiem całą sytuację.
-Szczypie...- Zapiszczała boleśnie mała, gdy wiązałem prowizoryczny opatrunek na jej delikatnej dłoni.
-Jesteś dzielna, cukiereczku- powiedziałem łagodnie. Patrząc na prochy, przez chwilę zastanawiałem się nad tym, czy kiedyś skończę w ten sam sposób.
Złożyłem broń i podchodząc do rozbitego okna wybiłem na zewnątrz resztę ostrych odłamków. Obejrzałem je i chwilę rozmyślałem, jak zasłonić dziurę, gdy usłyszałem huk grzmotu.

-To będzie naprawdę ciężka noc- mruknąłem, słysząc w oddali głośny trzask łamiącego się drzewa zacząłem grzebać w płaszczu. Z przepastnej, bocznej kieszeni wyciągnąłem pokaźny lniany woreczek z poświęconą solą i rozsypałem półokrąg przed oknem.
-Co pan robi?- Zdziwił się facet obserwując moje poczynania.
-Częściowy krąg solny.
-I to jakoś pomoże?- Zapytał bez przekonania, gdy mała przytuliła się do niego.
-Damon! Mamy problem!- Poderwałem głowę, słysząc głos Yennefer.
-Co jest grane?- Zapytałem zwracając się ku idącej z mieczem w palcach nastolatce.
-Vix kazała ci przekazać, że mamy w jednym przedziale "zakażoną"; ale to nie koniec: konduktor przyniósł radio. W wiadomościach mówią, że z powodu wichury i powalonych drzew pomoc może się zjawić dopiero za pare dni...
-Świetnie. Gorzej już być nie może. Nie dość, że jesteśmy uwięzieni w kupie żelastwa na jakimś zadupiu i mamy na głowach wygłodniałe potwory, to jeszcze doszedł do tego "zakażony" i kilkudniowy kemping z bronią w rękach. Po prostu ZAJEBIŚCIE- zauważyłem rozdrażniony wstając z przyklęku zawiązałem woreczek i rzuciłem go jej dodając- Powiedz Vix, żeby odizolowała tę osobę i każ jej to rozsypać przed oknem i drzwiami izolatki. W mojej torbie jest jeszcze dziesięć takich worków w razie czego- odwróciła się, by odejść.- Aha, jeszcze jedno: niech Vix pilnuje, żeby pod żadnym pozorem ktoś nie próbował wypuścić tej zakażonej, choćby się waliło i paliło. Rozumiesz?
Potwierdziła skinieniem i odeszła.

-Co to, znaczy? Czym jest to zakażenie?- Zapytał facet próbując zachować spokój, zupełnie jakby spodziewał się najgorszego.
-Im mniej pasażerowie wiedzą, tym lepiej- odpowiedziałem.
Facetowi puściły nerwy. Doskoczył i chwytając mnie za poły płaszcza z groźnym trzaskiem oparł mnie o blaszaną ścianę.
-Chcę natychmiast wiedzieć- zaczął ostro.
-Ta informacja nie jest ci potrzebna- przerwała mu idąca ku nam uzbrojona popielatowłosa.
Mężczyzna spojrzał na nią i mnie puścił.
-A pani po co się wtrąca?- Zapytał zirytowany.
-Bo, czy pan tego chce, czy nie; do czasu nadejścia jakiejkolwiek pomocy: to ja tu, do cholery, rządzę i to dzięki nam- ruchem głowy wskazała mnie- ty i inni jeszcze oddychacie, więc łaskawie się dostosuj, pierdolony, nadęty ćwoku- pojechała po nim jak po burej suce aż rozdziawiłem gębę ze zdumienia.
-Jak pani śmie być taka nieuprzejma??- Wypalił jej rozmówca jąkając się z przejęcia.
Victoria aż sapnęła z wściekłości, warcząc:
-Od rana mam paskudny dzień. Boli mnie głowa. Utknęłam w pieprzonym pociągu. Otoczona przez hordę głodnych potworów. I dodatkowo muszę użerać się z pewnym palantem, który zamiast dostosować się do poleceń, od których może zależeć jego życie; ma mnie zwyczajnie i głęboko w dupie, cholera jasna!.
-Uuuu, gościu. Teraz toś sobie nagrabił. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak mocno wkurwionej- zauważyłem, oczami wyobraźni widząc jak pod czachą Vix kotłuje się para i wychodzi uszami.
-Miła pani bardzo się zdenerwowała- zauważyła siedmiolatka z namysłem.
-Vix, zostanę tu. Jak z tą zakażoną?- Zapytałem krótko.
-Jak z każdymi. Wyje. Reszta już wpada w panikę- odparła.
-Przyślij za godzinę Yennefer. Zmieni mnie. Potem pójdę pogadać z pasażerami- powiedziałem krótko.
Vix skinęła głową i odeszła.
[***]
-Damon- Yennefer szturchnęła mnie butem. Łańcuszek różańca w mojej dłoni zadzwonił lekko.
-Przysnąłem...- wstałem spod drzwi wagonu.- Przypilnuj kręgu i trzymaj- wepchnąłem jej w palce różaniec.
-Dobra- odebrała ode mnie przedmiot.
-Odmów chociaż dziesiątkę- powiedziałem cicho.
Kiwnęła głową, a ja zaciągając się dymem odszedłem.

Kilka wagonów później.
Szedłem korytarzem zaglądając do przedziałów, wtedy wpadłem na Vix i odruchowo odskoczyłem.
-I jak?-Zapytałem na przywitanie.
-Zależy o kogo pytasz- zauważyła powoli. Zmarszczki na jej czole świadczyły o jej zmęczeniu i rozdrażnieniu.
-Coś jest nie tak z naszym- mruknąłem.
-Bardzo nie tak. Temu konduktorowi odbija palma. Musiałam go związać, bo zgubiłby siebie i nas- prychnęła z irytacją.
-Bardziej bym liczył, że to tym nastolatkom odbije- zauważyłem zamyślony. Naszą rozmowę przerwał okropnie zezwierzęcony wrzask.
Przypomniałem sobie wydarzenia sprzed pięciu miesięcy i przenosząc się w czasie, znów poczułem tamten wyniszczający ból.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Gabriel przymknął na chwilę oczy, a jego twarz zastygła w dziwnym wyrazie. Stojąc sztywno wyprostowany nagle drgnął i otworzył oczy aż się wzdrygnęłam. Podniósł prawą nogę, a jego dłoń sięgnęła po krzyż, który rozłożył z trzaskiem.
-Trzeba ją dobić- powiedział chcąc iść, ale złapałam go za ramię, mówiąc:
-Nie. Nadal jest człowiekiem, Gabriel- upomniałam go chłodno.
Spojrzał na mnie z boku pełnym beznadziei wzrokiem.
-Victoria, nie wiadomo, ile tu spędzimy. Nie możemy uratować wszystkich i lepiej będzie...
-Zabić, bo tylko to potrafisz..?- Kiedy to powiedziałam, już wiedziałam, że posunęłam się trochę za daleko, bo Gabriel zaśmiał się z goryczą.
-W końcu z litości sama ją zabijesz. Niedługo świt; gdy pojawi się słońce ona dostanie szału- powiedział cicho i składając broń, wsunął ją spowrotem w glana.- Idę pogadać z resztą pociągu- dodał odchodząc.
-Gabriel- na swoje imię przystanął nie odwracając się.- Przysięgnij mi, że jej jeszcze nie zabijesz.
-Przysięgam- odpowiedział z powagą odchodząc, a ja zaczęłam rozważać jego poprzednie słowa.
Powiedział coś takiego już drugi raz, a to powoli zaczynało mnie przerażać. Zachowywał się tak, jakby wiedział o czym mówi i obawiał się, że niedługo spełnią się i jego największe obawy.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Ostrożnie przekraczając sól wszedłem do przedziału.
Kobieta leżała na podłodze z rękoma związanymi z tyłu sznurem nasączonym świętą wodą.
-Czemu mnie tak traktujecie?- Zapytała zdenerwowanym i niepewnym tonem.
Obejrzałem uważnie szyję ciemnowłosej kobiety. Na bladej skórze odcinały się dwa dosyć duże, świeże i ropiejące ślady kłów.
-Któryś z Tamtych cię ugryzł- obszedłem ją i zajrzałem jej w oczy. Czarne jak noc. Żyły uwydatniły się tworząc jasnoniebieskie alejki na jej skórze.- Kolor oczu- powiedziałem tonem przesłuchania.
-Co?- Zapytała zbita z tropu.
-Twój kolor oczu- powtórzyłem krótko.
-Jasny brąz, o co ci chodzi?- Zaczęła zaskoczona, próbując się uspokoić. Trzymała się z daleka od soli rozsypanej przy oknie i równocześnie jak najdalej od drzwi. Oddech był nierówny, a jej serce zaczynało wariować.
-Boże- na dźwięk wezwania warknęła i odczołgała się ode mnie, ale zaraz przypominając sobie o poświęconej soli zbliżyła się spowrotem.
Odkręciłem butelkę z krwią i upiłem spory łyk krzywiąc się. Była obrzydliwa...
-O CO CI CHODZI??- Zapytała ostro.
-Twoje oczy są czarne- odpowiedziałem i zostawiłem ją w spokoju.

Pasażerowie pechowego pociągu podczas rozmowy ze mną zachowywali się różnie. Jedni podchodzili do moich słów sceptycznie, drudzy uważali mnie za świra. Jeszcze inni popadali w histerię. Byli też i tacy, których to bawiło i to właśnie ci najbardziej mnie wnerwiali.
-Co cię tak śmieszy?- Zapytałem z rozdrażnieniem kolejnego wesołka, opierając się o listwę drzwi.
-Jesteś popieprzony- odparł kpiąco patrząc na mnie.
Złapałem go za bluzę i silnym szarpnięciem podniosłem kilka lat starszego ode mnie chłopaka na nogi. Mógł być może w wieku Vincenzo, albo rok starszy.
-Dobra, wesołku. Idziemy się przejść: popatrzysz sobie na "popieprzone rzeczy"- warknąłem i pchnąłem go ku wyjściu z przedziału.
-Zostaw mojego syna- odezwał się ostrzegawczo starszy jegomość w kapeluszu.
Prześwidrowałem go wzrokiem.
-Bo...?- Zapytałem zwięźle z nutą drwiny. W tym momencie w kierunku szyby padły strzały.
Odruchowo odepchnąłem faceta i nakazując wszystkim się nie ruszać, rozwaliłem stolik i osłaniając się nim zakląłem pod nosem.
-Skąd oni wzięli klamkę? O, kurwa- tuż przed moim okiem utkwił ostatni pocisk.
Seria ucichła. Wychylając się ostrożnie zza improwizowanej tarczy odetchnąłem z ulgą.- Koniec amunicji, sukinsyny!.- Szybkim ruchem wyrzuciłem tarczę rozwalonym oknem i sięgnąłem do kabur po klamki. Przeładowałem i oddałem po cztery strzały z obu, a atakujące przedział bestie popadały robiąc miejsce reszcie atakujących.
-Niech to szlag. KURWA!- Zakląłem pięściami i kopniakami odganiając Nocnych. Wesołek obserwując to zrobił się blady jak trup.
Rzuciłem klamki i kopiąc kolejnego, szybko sięgnąłem do buta i po chwili trzasnął rozkładany, zdobiony rubinami na ramionach Krucyfiks, a mnie na chwilę oślepił delikatny refleks światła.
Tamci z warczeniem zaczęli się cofać i uciekać w mrok, do lasu.
-Cholera... Moje oczy- w zasięgu wzroku zaczęły mi tańczyć kręgi i mroczki. Osłoniłem oczy ręką cofając się.
Starszy jegomość widząc, że niebezpieczeństwo chwilowo minęło zasłonił sobą słabo przeswiecający przez chmury nikły promień słońca, a ja opuściłem rękę i przez chwilę mrugałem powiekami lekko oszołomiony.
-Wszystko z panem w porządku?- Zapytała staruszka.
-Czemu oni nawiali?- Prócz tego posypało się jeszcze kilka innych pytań.
-Boją się słońca. Parzy ich- odparłem po dłuższej chwili nadal z bronią w ręku.- Zaraz wrócę..

Wagon numer czternaście...
Victoria otworzyła widząc mnie za szybą. Wpadłem na nią wchodząc i wziąłem dwa lniane worki z solą po czym skierowałem się w drogę powrotną.
-Gabriel, a ty dokąd?- Zapytała Vix. Zbyt zamyślony nie odezwałem się ni słowem.
-Gabrielu Damonie Borgia, dokąd znów się wybierasz??- Stanąłem jak wryty, a konduktor zerwał się na równe nogi z przerażeniem, słysząc moje nazwisko.
-Przyszedłem tylko po sól- odparłem czując napięcie w powietrzu.
-Wiedziałem, że skądś cię znam- odezwał się związany mocno konduktor- Hydro.
Wszyscy nieznajomi obserwowali mnie nieufnie i podejrzliwie.
Sięgnąłem po absynt i pociągnąłem kilka łyków.
-Nie należę do Hydry od ośmiu lat- odparłem zimno wychodząc.
***
Z fajką w zębach i okularami przeciwsłonecznymi na nosie wszedłem do jednego z przedziałów wagonu numer dwadzieścia dwa, którego pasażerów niedawno zaatakowano.
Pierwszym, co zauważyłem były odłamki rozbitego okna iskrzące w rzadkich smugach słońca, co: o dziwo! widziałem nawet przez ciemne szkła.
-Co to jest?- Zapytał jegomość w kapeluszu mając na myśli worek.
-Święcona sól. Odstrasza ich- wyjaśniłem, rozsypując proszek przed oknem utworzyłem półokrąg paląc szluga.- In nomine Domini terminum imponeret Entia per noctem- powtórzyłem to, co zapamiętałem z ostatniej misji z Rafaelem, znacząc bronią w powietrzu krzyż.- In nomine Patris, et Fili, et Spiritus Sancti.
-Amen- rzuciła cicho staruszka, którą nazwałem w myślach pieszczotliwie babcią.
-Amen- powtórzyłem chowając broń. Wstałem i spojrzałem w okno z zastanowieniem.
-To coś da?- Zapytała jakaś nastolatka ubrana jak gotka.
-Damon- rzuciła Yennefer od drzwi.
-Co jest?- Zapytałem patrząc na nią przez ramię.
-W nocy zaatakowali kolejne dwa wagony- zaraportowała krótko i bez emocji.
Wszyscy zaczęli panikować. Padło kilka "musimy uciekać" i zrobił się nerwowy lament. Tylko starsza kobieta w środku prawego rzędu siedzeń siedziała spokojnie.
-Wszyscy się uspokójcie- nakazała spokojnie, ale stanowczo, a reszta spojrzała na nią jak na kosmitkę i zaczęła protestować.
-Ja nie zamierzam tu siedzieć i czekać na śmierć- prychnął "Wesołek" spanikowanym tonem.
Wiedziałem, że za chwilę mogę tego nie opanować, więc wyciągając Glocka strzeliłem w podłogę, by uciszyć hałas i szum.
-Zamknąć mordy i siadać!.- Warknąłem ostro.
Wszyscy spojrzeli na mnie, jak na wariata, a niższy ode mnie blondyn o miodowych oczach warknął:
-Niby dlaczego mamy was słuchać? Rządzicie się, jakbyście byli tu najważniejsi i rozstawiacie nas po kątach, jak małe dzieci.
Pchnął mnie, a ja bez wahania walnąłem go w twarz. Chciał oddać, ale zrobiłem unik i założyłem mu chwyt unieruchamiający go w niewygodnej pozycji.
-Nikt cię nie trzyma tu siłą- odparłem chłodno.- Jak masz w dupie swoje życie, to idź: droga wolna, ale nie narażaj innych do kurwy nędzy- dodałem rozsądnie, puszczając go.- Ktoś zginął?- Zapytałem odwracając się ku Yen.
-Na szczęście nikt, ani nie ma żadnych zakażonych- w tym momencie w jej dłoni pojawił się nóż, który znalazł się tuż przy gardle tamtego.- Cofnij się!.
-Opuść nóż, Yennefer. Nie dziwię się, że ten koleś ma dosyć. Sam mam dość- sięgnąłem za pazuchę po butelkę z krwią i napiłem się.- A ta zakażona?
-Victoria mówi, że jest z nią coraz gorzej- oznajmiła chowając ostrze w kurtce.
Rafael J. White
Wiadomości donosiły o wichurach, poza tym Victoria i Gabriel nadal nie zameldowali się w hotelu. Wraz z Josephem obdzwoniliśmy wszystkie szpitale i komisariaty. Nic. Przepadli, jak kamień w wodę.
W tym momencie spiker radiowy przekazał informację z ostatniej chwili o unieruchomionym pociągu na jakimś pustkowiu i atakach w mieście dwadzieścia kilometrów od domniemanego miejsca postoju pociągu.
Wszyscy judaszowi w Watykanie odsypiali ciężką noc, wielu było na misjach w innych rejonach kraju, a ja bałem się, że Vix jest w tym felernym składzie na jakimś zadupiu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Westchnąłem ciężko.
-Zastąp mnie. Muszę odespać- powiedziałem odchodząc.
-Ten Pietro chce patrolować wagony- odpowiedziała powoli.
-W dzień to niepotrzebne- obruszyłem się.
-Chce to robić nocą- zaprzeczyła czarnowłosa krótko.
-Pogadam z nim i wybiję mu to z głowy. - Podbiłem butem flakon i zręcznie go złapałem.- Później- powiedziałem ze zmęczeniem odchodząc podałem jej napoczęty worek soli.
***
W przedziale padłem na najbliższy fotel i już miałem szykować się do drzemki, gdy Victoria weszła do środka.
-Dzieje się coś?- Zapytaliśmy równocześnie.
-Oprócz tego, że ta w izolatce hałasuje, nic.
-U mnie też nie jest źle. Yennefer zajmie się resztą- oznajmiłem trzymając się resztek jawy.
-Marnie wyglądasz- skomentowała Francesca.
-Muszę się trochę zdrzemnąć. Padam na pysk- odparłem ignorując zatroskane spojrzenie Victorii.
Zamknąłem oczy i odcięło mi zasilanie...

Victoria, partnerka księdza Rafaela
Para nastolatków, Yennefer i unieruchomiony urazem facet dla zabicia czasu grali w karty. Związany konduktor zasnął ze zmęczenia. Siedziałam obok śpiącego Gabriela i zastanawiałam się dokąd chodzi, kiedy znika z kwatery Księży Judasza.
Zauważyłam, że bardzo często odsypia w dzień i czasami zachowuje się dość dziwnie. Te nerwowe tiki niepokoiły mnie najbardziej i czułam, że jest coś, czego nie chce mi powiedzieć na temat swojego stanu zdrowia.
Gabriel bardzo się zmienił od czasu, gdy dowiedział się, że jego była nadal żyje. Stał się niesamowicie czujny i skrupulatnie planował swój każdy kolejny krok. Nawet jego sen był lekki i potrafiło go obudzić każde najcichsze stuknięcie.
Teraz jednak spał spokojnie, a jego oddech był miarowy.
Czuwałam przy nim w milczeniu.
Podczas kolejnego obchodu pytałam też Yennefer o Gabriela, bo wydawało mi się, że prawie wcale nie znam blondyna.
-Zależy o co konkretnie pytasz w przypadku Damona- ciągle nazywała go jego drugim imieniem.
-O to, jaki tak naprawdę jest- powiedziałam wzruszając ramionami.
-Znam go tylko z Hydry. Jako pierwszy Egzekutor szkolił nowych członków mafii. Był perfekcyjnym kłamcą i oszustem, a także surowym i bezwzględnym zabójcą. Wszystkie Hydry traktowały go z respektem, nawet Łby bały się mu podpaść. W razie wątpliwości zabić: tak zawsze mówił.
-Dlaczego przezwali go Król?-Zapytałam niepewna, czy jednak chcę wiedzieć.
-Poprzedni Wąż traktował go inaczej, niż nas, ale wszyscy, mimo zazdrości, za bardzo się bali, żeby to komentować, a tym bardziej kwestionować decyzje samego Gabriela Damona- mówiła dalej.- Oczywiście znajdowali się tacy odmieńcy, ale w większości przypadków znikali potem bez śladu.
-Jak to?- Zapytałam wstrząśnięta.
Westchnęła upijając łyk wody mineralnej.
-Mafia ma wewnętrzną hierarchię. Niektórzy członkowie przyszli sami, inni zostali zwerbowani. Ci drudzy są często zastraszani i szantażowani...
-Więc czemu zostają??- Przerwałam jej zaskoczona.
-Bo nie mają dokąd iść. Za dnia są zwykłymi ludźmi, jakich wielu na ulicach, ale równocześnie są też Hydrami i wykonują rozkazy z góry. Znaleźli się między młotem i kowadłem. Niektórzy z nich są w sytuacji bez wyjścia, bo mafia ma swoje wtyki dosłownie wszędzie.- Zaśmiała się z goryczą.- Na końcu nie wiadomo już komu tak naprawdę można ufać. Poddają się presji i jeb- kopnęła ciężkim, motocyklowym butem w blaszaną ścianę, czemu zawtórował metaliczny pogłos- wpadają w sidła Hydry i muszą prowadzić podwójne życie. Niektórych próbowano złamać fizycznymi torturami. Jedni z nich ginęli, a ci, którzy przeżyli- urwała i pokręciła głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Ci którzy przeżyli, to co...?- Zapytałam zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać.
-Stali się gorsi, niż dzikie zwierzęta. Polityka strachu działa w ten sposób, że wypiera delikwenta z uczuć. Zostają w tobie tylko instynkty i uczucia do własnej rodziny, nic ponadto. Zrobisz wszystko, czego chce Hydra wzamian za to; żeby nie spełniała swoich gróźb. Jesteś samolubnym, zimnym, chodzącym kawałkiem mięsa pozbawionym najprostszych ludzkich odruchów.
Cofnęłam się od niej szepcząc w szoku:
-To chore... Popaprane- wypaliłam szeptem, w olbrzymim przerażeniu.
-W mafii to codzienność. Popełniasz błąd: giniesz. Zdradzisz: giniesz. Odmówisz wykonania rozkazu: giniesz. Spróbujesz okraść Szefa organizacji: z miejsca idziesz do piachu. Popaprane, ale skuteczne- wyjaśniła, jakby tłumaczyła coś zupełnie oczywistego.- Damon był w tym najlepszy. Torturami i okrucieństwem wymuszał szacunek, posłuch i łamał nowym charakter. Nazwali go Królem, bo swoją inteligencją i umiejętnościami przebijał nawet byłego Węża. Podobno jako prawa ręka, był najlepszym doradcą w historii Hydry.
Wspominając tę rozmowę zapatrzyłam się na twarz śpiącego Gabriela.
-Gapisz się na mnie- odezwał się nagle jego głos, a ja podskoczyłam mrugając oczami nieprzytomnie.
-Przepraszam, zamyśliłam się- odparłam w odpowiedzi.
-Szkoda, myślałem że powiesz coś w stylu: jesteś strasznie seksowny, kiedy śpisz- powiedział świdrując mnie spojrzeniem z ironicznym uśmiechem na ustach, a reszta naszych towarzyszy ostrzelała mnie zaciekawionymi spojrzeniami.
-Dupek- burknęłam urażona odwracając wzrok.
-Miło mi, Gabriel jestem- po tym już nie mogłam powstrzymać cisnącego się na usta śmiechu i parsknęłam cicho.

Dzień mijał spokojnie, a my planowaliśmy, co dalej. Wiedziałam, że Idący ścieżką Nocy nie odpuszczą tak łatwo świeżej krwi, bo dla nich ten sznur stalowych puszek był czymś w rodzaju darmowej restauracji.
Wraz z Gabrielem zajrzałam do zakażonej kobiety, ale zanim weszłam do środka Gabriel zatrzymał mnie na chwilę w korytarzu.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie można jej ocalić?- Zapytał cicho.
Spojrzałam na niego ponuro i w milczeniu, zanim odpowiedziałam.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Naprawdę nie chciałabym, żeby się tym stała- odpowiedziała smutno.- Nie chcę, żeby stało się to komukolwiek, kto jest dla mnie ważną osobą- westchnęła ciężko.
-Czyli mnie można wykluczyć z tego grona- odparłem starając się tym specyficznym żartem skierować rozmowę na weselsze tory.
-Przeciwnie. Czułabym się winna, gdyby coś ci się stało- jej szczere słowa cholernie mnie zabolały. Powoli opuściłem rękę i długi czas patrzyłem z boku na Vix.
Wiedziałem, że coś podejrzewała, ale nie mogłem powiedzieć jej prawdy. Robiłem to dla jej dobra, bo nie chciałem dokładać jej kolejnego ciężaru. Wymusiłem też na Rafaelu obietnicę dotrzymania przez niego tej tajemnicy. Zgodził się, nie dla mnie, a dlatego, że tak samo jak ja chciał szczęścia Vix.
-Przepraszam- odważyłem się objąć moją Nauczycielkę i przytulić ją do siebie braterskim uściskiem.
Poczułem jej pyszny zapach i opierając się temu z trudem, pocałowałem ją w policzek po czym odsunąłem się spokojnie.