poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział IV: Powrót do gry

Dzień trzeci...
Policjantka, na szczęście, nie była zakażona dlatego też o świcie pożegnaliśmy się, a ona wsiadła na swój motocykl i odpalając silnik odjechała, zapewniając mnie, że postara się kogoś tu przysłać.
-Byle nie po zmroku- mruknąłem idąc do pociągu.

Victoria spała ze skronią opartą na zagłówku. Jej cichy oddech i spokojne bicie serca były dla mnie najcudowniejszymi dźwiękami, jakie słyszałem w życiu. Poza tym pachniała zupełnie inaczej, niż inni ludzie. Ten łagodny aromat sprawiał, że głód stawał się bardziej znośny.
-Możemy pogadać?- Zapytał mnie nagle Pietro.
Rzuciłem plecak pod stolik i odwracając się skinąłem głową wychodząc z przedziału.
W wąskim korytarzu oparłem się przy oknie i spojrzałem na niego poważnie.
-O czym chcesz gadać?- Zapytałem, udając; że nie znam jego zamiarów.
Wcześniej nie zdążyłem się mu nawet dobrze przyjrzeć. Na oko mógł mieć jakieś szesnaście lat, a więc był trzy lata młodszy od Yennefer, chudy i niewysoki: około metr sześćdziesiąt cztery, ciemny brunet o łagodnych w wyrazie piwnych oczach i przystojnej twarzy o ostrych rysach obcokrajowca.
-Twoja znajoma na pewno ci już powiedziała- zauważył powoli. Nie zmieniłem wyrazu twarzy, więc ciągnął- denerwuje mnie, że siedzę jak taki kołek. Chcę się na coś przydać, jakoś wam pomóc... Dowiedzieć się, czym są Tamci- oznajmił z determinacją.
-Nie podchodzisz stąd- zauważyłem przyglądając się jego twarzy.
-Co ma piernik do wiatraka?- Zapytał zdziwiony.
-Masz inny typ urody- oznajmiłem.- Zresztą to nie jest robota dla dzieciaków- dodałem chcąc zakończyć tą bezsensowną rozmowę.
-Nie nazywaj mnie dzieciakiem, bo nie wiesz co potrafię- warknął z wściekłą miną.
-Nie? A to, że twoje skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie mogło doprowadzić was oboje do śmierci, albo czegoś gorszego, to niby nie kwalifikuje się do nazwania cię dzieciakiem, ha?- Ochrzaniając go, obojętnie zapaliłem papierosa.
-Skąd miałem wiedzieć, że coś takiego naprawdę istnieje?!- Warknął szybkim ruchem zdejmując mi okulary. Zdążyłem zamknąć oczy, by nie zobaczył tęczówek i wystawiłem dłoń po swoją własność mówiąc:
-Oddaj mi je, Pietro- poprosiłem siląc się na spokój.
-Nie, póki nie dowiem się, czym oni są i nie zrozumiem, czemu tą Yennefer szanujesz bardziej, niż nas- prychnął rozdrażniony.
Zaciągnąłem się dymem i nadal z przymkniętymi oczami opuściłem wyciągniętą dłoń.
Zapadło dłuższe milczenie, ale zdawałem sobie sprawę, że Pietro nie zamierza zostawić tego w spokoju.
-Okej, skoro już mieszasz w to osoby trzecie, powiem ci. Dobra- wzruszyłem ramionami.- Znam ją dłużej, niż Victorię. Dokładnie od ośmiu lat, kiedy jeszcze należałem do Hydry. Kradła na terenie mafii rzeczy, które miały być mafii. Egzekutorzy, w tym i ja urzadziliśmy sobie chory wyścig, w którym miała zginąć. Na pewno słyszałeś o facecie, o pseudonimie Dżin.
-Słyszałem, ale co z tego?- Zapytał wolno.
-Yennefer zabiła go długopisem- oznajmiłem spokojnie- wbiła go Dżinowi w oko i mózg. Miotał się w przedśmiertnych konwulsjach, zanim własnoręcznie go zastrzeliłem.- Wracając do tematu, powinieneś się cieszyć z tego, że żyjesz; a nie szukać sobie kolejnych kłopotów...
-Powiedział morderca poszukiwany w kilku krajach listem gończym- stwierdził kwaśno, przerywając mi.
-Nie zapominaj, że ten poszukiwany morderca mógł was zostawić na pewną śmierć. Chociaż nie wiadomo, czy by was zabito.
-Do czego właściwie zmierzasz?- Zapytał nagle ostrożnie.
-Mogliby wam zrobić TO- powoli otworzyłem oczy i omiotłem go zimnym spojrzeniem. Z okrzykiem odskoczył jak oparzony upuszczając moje lustrzanki.
-Jesteś jednym z Nich- wyszeptał ochryple, z wyrazem głębokiego szoku na twarzy.
Podniosłem je z podłogi wagonu i powoli założyłem na nos.
-Nie masz się czego bać. Brzydzę się ludzką krwią- powiedziałem.
-Wcale się nie boję- zaprzeczył szybko.
-To czemu słyszę łomot twojego serca?- Kiedy to powiedziałem cofnął się o kolejny krok wpadając plecami na ścianę pustego przedziału.
-Kłamiesz. Ty, po prostu, próbujesz mnie nastraszyć- powiedział z przerażeniem w oczach i bladą, ściągniętą twarzą.
-Nie próbuję- zaciągnąłem się dymem i kontynuowałem- bo jako jeden z nich mam wyostrzone zmysły. Od pół roku, gdziekolwiek jestem, słyszę bicie każdego serca i każdy, nawet najcichszy hałas- w tym momencie usłyszałem cichy trzask draski zapałek.- W pierwszym przedziale naszego wagonu ktoś właśnie zapalił zapałkę. Pewnie przypala fajkę- rzuciłem, jakby moje zdolności nie były wcale takie niecodzienne.
-Pani Victoria o tym wie?- Zapytał ciszej.
-Nie i tak ma pozostać- odparłem z naciskiem.- Vix nie wie i ma się nie dowiedzieć.
-Okej. Okej. Potrafię trzymać język za zębami- powiedział Pietro obronnym tonem.- No, więc.. Jak będzie?
Zacząłem się zastanawiać, co zrobić. Pietro przyglądał mi się wyczekująco.
Zauważyłem wychodzącą z przedziału Vix.
-Jak będzie z czym?- Zapytała rozkojarzona.
-Szykuje się ochotnik do judaszowych- zażartowałem.
-Jest za młody- ucięła Victoria.- Nie zgadzam się.
-No, błagam...!- Jęknął zły.
-Koniec dyskusji. Nie będę odpowiadać, jeśli coś ci się stanie- oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem.- Jak myślisz, co powiem twoim rodzicom, jeśli...?
-Nie mam rodziców- przerwał jej, a popielatowłosa cofnęła się lekko.
-Ja... Przykro mi..- zaczęła, nie wiedząc, co powiedzieć.
-Nawet ich nie pamiętam. Zmarli, kiedy byłem dzieckiem.- Uśmiechnął się blado.
-A rodzice zastępczy?- Zapytałem wolno.
-Uciekłem stamtąd. To psychopaci, zresztą cholera wie, jak ich nazwać- westchnął ciężko.
-Na pewno się o ciebie martwią- zaczęła Vix cicho.
Roześmiał się gorzko.
-Oni? Pewnie nawet mnie nie szukają- zauważył.- Przybrany ojciec sam kazał mi się wynosić, więc się wyniosłem- wzruszył ramionami obojętnie.- Zresztą w cholerę z tym... To tak jakbym uchodził za ofiarę- burknął poirytowany.
-Nie uważasz, że w pociągu jest za ciemno na przeciwsłoneczne okulary?- Zapytała mnie nagle Victoria, a Pietro aż rozchylił usta ze zdumienia.
-A ten co tak rozchyla japę jak śmietnik?- Zapytała zaskoczona, obserwując piwnookiego.
-Nie mam pojęcia- skłamałem zdejmując lustrzanki, a Pietro zamrugał jeszcze bardziej zdziwiony i zamknął dziób, nie rozumiejąc jakim cudem moje oczy mają normalny kolor, zamiast tamtej czerwieni.
Vix westchnęła ciężko, mijając nas.
-Idę do tej kobiety- odezwała się odchodząc.
Pietro odetchnął z ulgą patrząc za nią.
-Jak ty to zrobiłeś?- Wypalił niemal szeptem.
-Nie zawsze wyglądam jak paskuda- skomentowałem ironicznie.
-Człowieku to było genialne...- zauważył z podziwem.
Taaa. Genialne.
W tym momencie usłyszałem syreny, a z przedziału wyszła Yennefer.
-Ta twoja policjantka przysłała kumpli- oznajmiła chłodno i z niezadowoleniem.
-Ja mam większy problem. To mnie od kilku lat szukają- zauważyłem cierpko patrząc na nią z boku.
-Ta, problem. To co powiesz na to?- Wepchnęła mi w dłoń gazetę sprzed tygodnia z artykułem o pożarze w jednej z działających pod przykrywką kryjówek Hydry.
-Co to ma do rzeczy?- Zapytałem spoglądając na pierwszą stronę.
-To, że musiałam zniknąć, Damon- oznajmiła patrząc mi w oczy lodowato.
Cofnąłem się o krok.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to zrobiłaś?- Zacząłem niepewnie, a Pietro obserwował nas próbując cokolwiek z tego zrozumieć.
-Wierz mi, zrobiłam- potwierdziła.
Walnąłem dłonią w ścianę wagonu przeklinając soczyście.
-O czym wy rozmawiacie??- Zapytał zdezorientowanym i przestraszonym tonem Pietro.
-Nie ma czasu. Yennefer, musimy się stąd zabierać- zacząłem, ale wtedy poczułem lufę przy swoich plecach i usłyszałem głos mężczyzny:
-Wreszcie cię dorwałem, Borgia...
Tuż za Yennefer stał drugi policjant z wydziału kryminalnego.

Pietro obserwował policjantów.
-Nawet nie drgnij, bo cię zastrzelę- powiedział jeden z uzbrojonych stróżów prawa.- Ręce, Borgia.
Posłusznie podniosłem ręce, mówiąc:
-Zostaw dzieciaka, Antonelli. On nie ma z tym nic wspólnego.
Oberwałem kolbą w skroń i osunąłem się na kolana.
-Stul pysk, morderco- dostałem od niego jeszcze kopa w żebra. Skuwając mnie schował broń i zaczął mnie obszukiwać.
Znalazł obie klamki, nóż, kołek i złożony Krucyfiks oraz kilka flakonów wody swięconej.
-Łuuuhuhu, pokaźny arsenał- skomentował.
-Pokaźny i nie twój, glino- usłyszałem głos Vix.
-A ty to niby kto?- Zapytał drugi, trzymający skutą Yennefer.
Victoria podchodząc z mieczem w ręku spojrzała mu w oczy. Wtedy poczułem coś dziwnego. Zapach był słabo wyczuwalny, ale bardzo znajomy...
Pietro nadal dziwnie spokojnie patrzył na wydarzenia. Ta znajoma mi skądś ostra, podobna do kamfory i absyntu, woń wwiercała mi się w nos irytując mnie jak cholera. Jako Nocny nienawidziłem zapachu jednej rośliny. Olejek szałwiowy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a jeszcze gorsze było to, że na zewnątrz powoli robiło się szaro.
-Co to za zapach?- Zapytał trzymający mnie Antonelli z obrzydzeniem.
Zamknąłem na chwilę oczy.
-Szałwia. Znaczy, że już się domyśliłaś, Vix- zauważyłem.
-Kazałem ci się zamknąć, Borgia- warknął Antonelli.
-Jestem odporna na umiejętności Nocnych, Gabriel. Nie myślałam, że będziesz tak podły, żeby to zrobić- zauważyła smutna.
-Zabierz to- powiedziałem z naciskiem, wyrywając się z rąk mundurowego.
-Nie ona to ma- odezwał się Pietro powoli otwierając dłoń, z której wypadła szklana fiolka. Roztrzaskał ją butem, gdy upadła, a wtedy zakażona zamknięta w pustym przedziale rozsunęła drzwi i przekraczając sól, zaatakowała policjantów, którzy zaczęli do niej strzelać.
-Kurwa!- Zakląłem wleczony przez policjanta w tył, widząc tylko błyski z luf i pędzące w powietrzu pociski. Wtedy ta kobieta, wyrwała mnie z jego łapsk i przywaliła mną o ścianę. Kopnąłem ją w brzuch, warcząc:
-Rozkuj mnie, to ją powstrzymam- zwróciłem się do kryminalnego.
-Taa, cię uwolnię, jasne. Nie po to tyle lat się za tobą uganiam- syknął zmieniając magazynek, a po chwili znów zaczął strzelać.
-Chcesz żyć, to mnie rozkuj!- Zniknąłem zaskoczonej nowonarodzonej Nocnej i staranowałem faceta ratując go przed jej kłami. Trzymający Yennefer dostał z pięści i odleciał do tyłu prawie zwalając z nóg Vix.
Wtedy zauważyłem, że Pietro silnym chwytem trzyma drugiego z policjantów za włosy.
-Nie łatwo wmieszać się w tłum- zauważył, a Victoria dostała kopa i uderzyła plecami o drzwi wagonu tracąc przy tym broń. Chciała podnieść się z podłogi, ale Pietro opierając but na jej obojczyku docisnął popielatowłosą do blachy i nadal trzymając tamtego, powiedział:
-Czas na obiad, dziwko- i rozszarpał policjantowi gardło.
Na woń krwi czarnowłosa poruszyła się niespokojnie. Zresztą ja też czułem głód.
-Ty sukinsynu!- Zelżyła go z wściekłością Vix, próbując sięgnąć po leżącą nieopodal szablę, ale brutalnie kopnął ją w kość, która chrupnęła upiornie. Victoria krzyknęła z bólu, a on zebrał broń i wyrzucił ją oknem.
-Masz to ścierwo- pchnął ledwie żywego funkcjonariusza do nowej sanguisuga noctem i podchodząc ku Szpileczce zdzielił ją w twarz, a gdy jej głowa odskoczyła na bok wlepił pożądliwy wzrok w żyły na jej skórze.
-Francesca też tym jest?- Zapytałem nagle, chcąc go czymś zaciekawić, gdy tamta kończyła z partnerem Antonelli'ego, który zszokowany wpatrywał się w rozszarpane gardło trupa.
-Francesca już mi się znudziła- powiedział obojętnie, przesuwając wargami po szyi Yennefer.- Szczerze mówiąc wolałbym ją- ruchem głowy wskazał zwijającą się, skopaną Vix, na którą tamta również miała ochotę.- Woda święcona? Poważnie?- Podbił butem flakon i zręcznie go złapał.
-Powinnam kazać ci to wypić- warknęła Yennefer głosem pełnym nienawiści. Chwycił ją za kark i przywalił nią o ścianę.
-Czym oni są...??- Wyszeptał Antonelli przerażony nie na żarty.
-Czym my jesteśmy- poprawił szatyn, podchodząc do nas kopnął mnie mocno w brzuch.- Klękaj, żałosny, wygłodniały śmieciu!- Warknął pogardliwie okładając mnie.
-Czego ty od nas chcesz?? Po co to wszystko robisz??- Antonelli sprawiał wrażenie nieświadomego powagi całego szamba, w którym się znalazł.
Pietro nie odpowiedział na pytania policjanta. Zamiast tego zwrócił się do Nocnej:
-Podaj mi radio tego ścierwa- wydał rozkaz, a ona posłusznie go wykonała.
-Chce mi się pić- powiedziała niecierpliwie, podając mu przedmiot.
-Wybij resztę. Potrzebuję tylko tej czwórki- odparł obojętnie, jakby mówił o grillu w ogródku.
-Wielkie dzięki. Jesteśmy udupieni- mruknąłem ze złością do mundurowego.
-Wstawać i do przedziału- warknął zimno, opuszczając rękę z radiostacją. Antonelli pomógł wstać Vix, a Pietro wziął Yennefer i zawlókł ją do najbliższego. Sam z trudem podniosłem się na nogi.
-Musimy grać według jego reguł- powiedziała kwaśno Vix.
-Jak go zabić...?- Antonelli wbił w nas spojrzenie kawowych oczu.
-Pozbawiłeś nas tej możliwości z chwilą, gdy mnie rozebrałeś.
-Roze... Że niby co takiego?- Zdumiała się popielatowłosa.
-Długo jeszcze, szczury??- Warknął groźnie nasz Krwiopijca.
Posłałem ponure spojrzenie Vix, a ona skinęła.
***
-Noc... Jaka to cudowna pora. Troje ludzi i dwóch wampirów: zabójcze połączenie- powiedział.- Poczekam sobie aż głód odbierze ci kontrolę nad sobą- uśmiechnął się z psychopatyczną przyjemnością.- Nawet "Cerber" ci nie pomoże.- Wychwycił w moich oczach zaskoczenie- myślałeś, że nie wiem; że bierzesz dragi; chociaż lepiej popłynąłbyś pijąc?- Pochylił się i pieszczotliwie odsunął zbłąkany kosmyk z twarzy Vix.
-Troje wampirów- poprawiłem go, czując się odrobinę oszołomiony zapachem ludzkiej krwi.
-Tamta dziwka nie zasługuje na to miano. Jest brudna. Upodlona- zauważył zimno.
-Ciekawe. Brudna, bo tak samo, jak ja była człowiekiem zanim jej to zrobiłeś?- Zapytałem obserwując go uważnie.
-Nie o to chodzi, Gabrielu Damonie- powiedział i siadając wygodnie oparł o siebie nieprzytomną Yennefer.
Antonelli jako jedyny nie spał, choć miał zamknięte oczy. Chyba nawet za bardzo bał się zasnąć w towarzystwie tego chłopaka.
Zapadło między nami dłuższe milczenie, podczas którego szatyn obejmując nieprzytomną czarnowłosą pocierał kciukiem żyłkę na jej nadgarstku. Słodycz stała się jeszcze bardziej wyrazista, niż przedtem, a moje ciało zapłonęło z głodu.
-Rzadko który z takich jak ty broniłby się przed ludzką krwią tak długo. Zwłaszcza, że pokusa jest ogromna, a głód przypomina agonię- zauważył lekkim tonem.- Och, wybacz: zapomniałem, że przecież tylko częściowo jesteś jednym z nas.
-Nie kwalifikuje mnie to jako "Brudasa"?- Zapytałem drwiąco, próbując się hamować.
-Będziesz taki, póki nie tkniesz krwi- zauważył ignorując, że coś powiedziałem.
-Pozabijałem kilkanaście twoich ścierw w lesie. Kto wie, czy już tym nie jestem- zauważyłem.
Roześmiał się, łagodnie pieszcząc żyłki Yennefer. Nadal nieprzytomna z cichym jękiem próbowała mu się wyrwać.
-Oni już nie są ludźmi, więc się nie liczą- oznajmił obojętnie, a ja myślałem, że zaraz zwariuję z głodu.- Już nie możesz? Kusi jak diabli, co..?- Zapytał ze zrozumieniem.
Starałem się utrzymać normalny oddech i zignorować tępy ból głowy oraz skaczący mi do gardła żołądek.
Bardzo zmęczony oparłem się o ściankę przy oknie zaciskając powieki i dysząc ciężko, bo każdy, nawet najdrobniejszy ruch sprawiał ogromny ból. Słyszałem, jak serce nadkomisarza tłucze się w jego żebrach, co bardzo mnie drażniło.
Zsunąłem się na drugi bok i napotkałem ramię Vix.
Jej łagodny zapach na chwilę mnie uspokoił.
Był orzeźwiający, choć z nutą słodyczy. Opierając twarz na jej ramieniu, przysunąłem się do niej bliżej. Kręciło mi się w głowie z oszołomienia i już prawie czułem na podniebieniu ten cudowny, delikatnie metaliczny posmak...
Nie mogłem się uwolnić od wyobrażenia, w którym otwieram jej arterię, żeby się napić. Wiedziałem, że to Pietro podsuwa mi do głowy te obrazy, ale ledwie mogłem się temu oprzeć.
-Miło posiedzieć wśród pachnących, słodkich baranów na rzeź, nie?- Zapytał z lekkim uśmieszkiem.
Zanim zdążyłem otworzyć usta Antonelli zapytał:
-Czego od nas chcesz?.- Warknął ostro, a jego kawowe oczy otworzyły się szybko.
-Nie umiesz nie odzywać się niepytany?- Pietro odwrócił wzrok od okna i pstryknięciem palców sprawił, że policjant zaczął się dusić.
-Zostaw go, a zrobię; co będziesz chciał- zacząłem chcąc z nim negocjować.
-Nie zrobisz. Nie chcesz się bawić, jak kiedyś- przerwał mi znudzony, przestając się zabawiać Antonelli'm. Sięgnął po nóż i rozcinając nadgarstek Yen, upił trochę, a ja z trudem powstrzymałem się od próby wyrwania jej z jego łapsk. Zachęcającym ruchem wyciągnął zranioną, bezwładną rękę nieprzytomnej dziewczyny w moją stronę, a ja z wielkim wysiłkiem odwróciłem wzrok i kolejny raz oparłem się pokusie, choć kły bolały jak cholera, że o żyłach już nie wspomnę.
-Widzisz...? Potrzebne ci to katowanie się? To, że sam się głodzisz?- Ułożył Yennefer na siedzisku i wstając podszedł do mnie i chwytając za mój podbródek zajrzał mi głęboko w oczy.- Miał rację, że jesteś ciekawą osobą- zauważył obserwując moje wygłodniałe tęczówki.- Mimo, że umierasz z głodu; całkiem nieźle się trzymasz...- Uśmiech się poszerzył.
-O kim mówisz? Według kogo jestem taki ciekawy?- Zapytałem.
Nagle Victoria zerwała się ze snu i otwierając szeroko oczy dopadła do Pietro i chwytając za gardło zaczęła go dusić.
-Victoria! Vix!- Srebrnooka jakby dostała furii. Kopała i szarpała się w rękach Antonelli'ego, jakby chciała rozerwać na strzępy tego Nocnego o wyglądzie szczeniaka.
-Sürtük! Przeklęta dziwka!- Zaklął z gniewem.- Zabiję cię, ty szmato!
-Tknij ją, a pożałujesz- zagroził znajomy mi głos.
Pietro odwrócił się i natychmiast klęknął przed nim.
Przed Vladem.
-Panie...- Powiedział z czcią chyląc czoło.
-Milcz, śmieciu- Pietro dostał kopa i uderzył skronią w stolik. Vlad przyklęknął przy Victorii i wtedy dostrzegłem to wręcz uderzające podobieństwo ojca do córki.- Yubira mea...- Pieszczotliwie pogłaskał skatowaną popielatowłosą, a kiedy wstał Pietro znów zarobił ciężkim butem.
-Panie... Za co...?- Zapytał błagalnie dzieciak.
Kolejny kopniak, po którym Pietro odbił się od ściany wagonu w korytarzu, pod oknem. Na szybie powstała rysa.
-Naprawdę nie wiesz, psie?- But zderzył się z twarzą szczeniaka. Vlad przyklęknął i chwycił bruneta za włosy po czym podniósł go i spojrzał na niego bez emocji.
-Panie, nie... Proszę..- Wyjęczał piwnooki.
-Ty go zabijesz- Vlad spojrzał wprost na mnie.
-Jest jeden problem. Jestem skutecznie unieruchomiony.- Pstryknięcie palcami i policyjne kajdanki spadły na podłogę.- Nie będę po tobie sprzątać. Zapomnij- odmówiłem rozdrażniony.
Obecny Wąż Hydry znalazł się tuż przede mną i spojrzał na mnie lodowato.
-Nie zrobisz tego nawet dla niej, NICOLAE?- Zapytał zimno.
-Nicolae odszedł. Nie czuję jego obecności- odparłem twardo.
-To, że go nie czujesz, nie znaczy, że Bordeyana tutaj nie ma- odchodząc zdzielił jeszcze butem Nocnego.

-To było chore...- oznajmił zdenerwowany Antonelli, gdy przyklęknąłem przy półprzytomnej Vix.
-To zaboli, ale muszę nastawić ci ramię- powiedziałem cicho.
-On tu był... Uughh, kurwa!- Delikatny trzask nastawianego stawu. Chyba pierwszy raz usłyszałem z ust srebrnookiej jakiekolwiek przekleństwo.
Yennefer podniosła się jak trup wstający z trumny w horrorach i siadając spojrzała na rozcięty nadgarstek.
-Skurwiel.. Chyba mnie nie zakaził??- Warknęła z gniewem.
-Nie wtłoczył jadu- otwierając okno splunąłem przez nie.
Yennefer wyszła za drzwi przedziału i zaczęła kopać leżącego Nocnego rzucając w niego obelgami.
Wybiegłem stamtąd. Z tej kupy żelastwa i spadając ze schodków runąłem na kolana i zacząłem wymiotować. Zwracałem gorycz i na pół przetrawioną krew.
-Chryste...- Wymamrotałem, padając na plecy po kilku minutach katorgi spowodowanej torsjami, próbowałem złapać normalny oddech. Zobaczyłem lufę broni i twarz policjanta.- Nie możesz mnie tym zabić, ale śmiało... Jeśli strzelisz, nie będziesz się niczym różnił od tamtego mnie. Niczym, Antonelli...
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-To było chore... CHORE...- Kryminalny wypuścił broń z rąk. Był wyraźnie przerażony i roztrzęsiony.- On... Zabił mojego partnera bez mrugnięcia okiem... Cholera. Kurwa... Kurwa mać...!- Zaklał wbijając wzrok w zeschłą trawę.
Ta noc była ciężka dla nas wszystkich, bo z informacji, które mieliśmy niewielu ludzi ocalało z tego pociągu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Hotel Dolce Angello, dwa dni później, wrzesień A. D. 1990.
-Nie zdzierżę- wymruczała Yennefer wczłapując się na schodki prowadzące do hotelu.- Dlaczego to ja zawsze muszę grać milutką nastolatkę?
-Możesz grać problematyczną nastolatkę. Bardziej pasujesz do tego typu- burknął zgryźliwie Antonelli.
-Wolałbyś, żebym udawała twoją żonę?- Zapytała z przesadnym zaciekawieniem, a ja przyjebałem sobie w twarz drzwiami.
-Cholera, kłócicie się jak stare małżeństwo- skomentowałem kwaśno, a Victoria aż upuściła torbę z wrażenia. Co gorsze, od tego spotkania z Vladem nie odezwała się ani słowem.
-Udław się- odciął się Antonelli wściekły.
-Skoczcie sobie do gardeł. Tylko tego nam jeszcze brakuje do szczęścia- mruknąłem, wchodząc do środka porwałem torbę Vix.
Po zameldowaniu się w hotelu zostawiłem Antonelli'ego i Yennefer własnemu losowi (wedle mnie mogli się nawet pozabijać) i wróciłem do Victorii.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Nie wiedziałam, co mam myśleć o tym, co wydarzyło się dwa dni temu. W głowie pełno było wątpliwości i aż huczało mi w niej od pytań.
Nie rozumiałam postępowania tego mężczyzny. Po co najpierw odwiedzał mnie w koszmarach, by potem nazywać mnie "swoją kochaną" i bez dokończenia zdania ocalić mnie przed Nocnym, który nazywał tego mężczyznę z taką czcią i bez najmniejszego przejawu buntu pozwolił tamtemu potraktować się jak worek treningowy.
Żaden Nocny nie pozwoliłby się upokorzyć innemu ze swoich, jeszcze do tego na oczach ludzi.
Żaden nie puściłby czegoś takiego płazem i tym bardziej nie okazywałby temu pobratymcy szacunku.
Więc dlaczego "Pietro"...
Gabriel wszedł do pokoju, pytając:
-Wszystko gra, Vix?
...tak się płaszczył przed tym sangiusuga noctem...?
-Nic mi nie jest- odparłam cicho leżąc na łóżku.
-Victoria...- Podjął drugą próbę, a ja już wiedziałam, że w to nie uwierzył.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Nic mi nie jest- powtórzyła z uporem. Leżąc na materacu z rękoma za głową wpatrywała się w sufit.
-A twoje ramię?- Starałem się jakoś podtrzymać rozmowę.
Podniosła się i siadając na łóżku zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem srebrnych oczu.
-A twój głód? Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?- Odbiła piłeczkę.
Usiadłem na drugim łóżku i przeczesałem palcami nastroszone włosy, mówiąc:
-Nigdy nie zamierzałem ci mówić- odparłem zgodnie z prawdą.
Podeszła i zdzieliła mnie mocno w twarz.
-Jesteś podłym, pozbawionym serca, samolubnym sukinsynem- wyrzuciła mi ze złością.
Wstałem i stojąc z nią twarzą w twarz, a także patrząc jej prosto w oczy odpowiedziałem zimno:
-Zawsze taki byłem i zawsze będę, Victoria. Ludzie tacy, jak ja nigdy się nie zmieniają- nagle drgnąłem, jakbym coś sobie przypomniał.- Chociaż nie. Cofam to. Zapomniałem, że ja już nie jestem człowiekiem- wyrzuciłem jej rozwścieczony.- Nie jestem, już nigdy nie będę i mam tego pełną świadomość.
-Przemawia przez ciebie ten demoniczny głód. Nie myślisz czasami, że nie poradzisz sobie sam? Że to, że próbujesz z tym walczyć właściwie nie ma żadnego sensu? Że potrzebujesz po prostu z kimś pogadać, a nie ciągle udawać, że wszystko jest w porządku, choć nie jest?- Wybuchnęła z gniewem.- Że nie musisz być wiecznie taki skryty i zamknięty w tym swoim cholernym pancerzu; bo komuś naprawdę na tobie zależy?!
-Zależy? A to dobre!- Parsknąłem ironicznie, choć wtedy w głębi serca czułem tylko mieszaninę żalu i gniewu.- Nie, Victoria. Nie brnij w to dalej, bo się sparzysz- ostrzegłem wściekły.
-Sparzę? Wiesz, co...?? Przestań pieprzyć, Gabriel!- Pchnęła mnie wojowniczo.
Chwyciłem ją za nadgarstki i oparłem mocno o pokrytą wzorzystą burgundową tapetą ścianę i pochylając głowę przesunąłem wargami po jednej z jej arterii chciwie, ledwie nad sobą panując, wciągałem nosem ten łagodny, przesłodki aromat kobiety, której pragnąłem, a której nie mogłem mieć na własność, co doprowadzało mnie do szału o wiele bardziej niż głód, który raz po raz czułem.
-Ja już jestem na straconej pozycji- mówiłem dalej.- W końcu będzie tak, że oszaleję i zacznę mordować ludzi dla łyku ludzkiej krwi. Dla chwilowej, czysto zwierzęcej przyjemności spowodowanej instynktem cholernego, demonicznego zwierzęcia, które może w każdej chwili zabić i zacząć widzieć na ulicy chodzące worki krwi, zamiast ludzi. I wierz mi: to się stanie prędzej, czy później- z trzaskiem uderzyłem dłonią o ścianę tuż przy jej twarzy, a potem odwróciłem się chcąc odejść, ale Vix zatrzymała mnie, obejmując mocno w żebrach.
-To nieprawda. Nie jesteś taki- powiedziała to przez łzy.
Wyrwałem się i ruszyłem ku drzwiom mówiąc:
-Jestem o wiele gorszy, Victoria. Nie wiesz i nie chcesz wiedzieć, jaki byłem dawno temu.
-Nie obchodzi mnie to, Gabriel- cofnęła się; starając się nie rozpłakać, ale jej odbicie w lustrze przede mną doskonale ukazywało w jakiej jest rozsypce: łzy spływały po jej policzkach, drżały jej wargi i ramiona od cichego, bezgłośnego łkania.
Victoria taka już jest, szybko przywiązuje się do ludzi- usłyszałem słowa Pana Zarozumiałego.
Wtedy zobaczyłem coś jeszcze. Na stoliku obok którego stała srebrnooka stała szklanka. Obok niej leżał zakrwawiony nóż, a jej ręka wisiała nad naczyniem napełniając je jasnoczerwoną krwią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz