-Co się ze mną dzieje??- Zawyła z bólem, leżąc skulona na podłodze wagonu.
-Boże Miłosierny...- wyszeptała ze współczuciem Victoria, a zza warg chorej wydobył się wrogi syk. Nagle jednak kobieta odzyskała swoją ludzką świadomość i krzyknęła:
-Co mi jest??! Co się ze mną dzieje??- Wbiła w nas pełen błagania wzrok czarnych i bezdennych oczu.- CZEMU TAK BOLI???
Widziałem już w swoim życiu sporo okrucieństwa i bestialskich tortur; ale nadal pamiętałem, jak sam czułem TEN ból i to wspomnienie nadal robiło bolesne rysy na mojej duszy i spaczonym umyśle. Nie chciałem, żeby ktoś podzielił mój los i męczył się tak samo, jak ja... Chociaż nie, wróć: w przeciwieństwie do tej kobiety, jako pozbawiony sumienia i moralnych hamulców morderca i kat Hydry sam sobie na to zasłużyłem...
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Gabriel wpatrując się w leżącą, przygryzł sobie wargę do krwi. Jego oczy pociemniały i oddychał ciężko, jakby jeszcze chwilę temu biegiem przed kimś uciekał. Te oczy przybrały kolor zgniłej zieleni i pełne były rozpaczy i bezsilnej furii. Jego dłonie, jakby wbrew woli blondyna zacisnęły się w pięści i zanim zdołałam go powstrzymać, Gabriel w nieokiełznanym ataku agresji zaczął demolować przedział.Tym razem byłam wręcz zatrwożona jego zachowaniem. Serce waliło mi tak mocno, że aż kłuło mnie w piersiach i nie mogłam złapać tchu.
Po pół godziny Gabriel się uspokoił. Wnętrze ośmioosobowego przedziału wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado, a ta zakażona była nawet jeszcze bardziej zlękniona, niż ja.
Jedynym, co ocalało było okno. Reszta była w strzępach.
-Idę zapolować. Sam- byłam zbyt przerażona, żeby protestować; a Gabriel wyszedł.
Jeszcze przez chwilę słyszałam w korytarzu jego kroki, zanim trzasnęły drzwi wejściowe wagonu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Wracając do czternastki wszedłem do środka i biorąc absynt upiłem kilka potężnych łyków, po czym wziąłem z półki na górze wściekle żółtą, sportową torbę i rzuciłem ją na wolne siedzenie, po czym rozpiąłem zamek i zacząłem w niej grzebać w milczeniu z zaciętą miną.-Damon, dokąd idziesz?- Zapytała ostrożnie Yennefer, wstając.
Nie odpowiedziałem stojąc do niej tyłem i pakując broń do wyświechtanego, skórzanego plecaka.
-Damon, odpowiedz na pytanie- zaczęła ostrzejszym tonem.
Z kołkiem w palcach obróciłem się na pięcie i przeszyłem ją rozeźlonym wzrokiem.
-Zaopiekuj się i pilnuj Vix, póki nie wrócę- oznajmiłem lodowatym tonem.
-Możesz mi powiedzieć, co ci odbiło??- Zapytała zaskoczona.
-Zaopiekuj się i pilnuj Vix- powtórzyłem z naciskiem. Zamknąłem przesuwne drzwi i ruszyłem do wyjścia z wagonu.
Wyskakując z wagonu rozejrzałem się bacznie po okolicy.
Jak na pustkowie, za dnia to miejsce na pierwszy rzut oka było bardzo przyjazne i piękne. Wszędzie wokół mnie rozciągała się dzika zieleń, z lasem po prawej. Po tej i lewej stronie tuż za mną ciągnęły się tory kolejowe prowadzące niewiadomo dokąd.
Nasunąłem okulary przeciwsłoneczne bardziej na nos i z plecakiem na ramieniu, czując w ciele narastający głód wszedłem do lasu.
Wiedziałem, że zanim zajmę się nimi, koniecznie muszę zapolować.
-Zgubiłeś się, przystojniaku?- Z rozmyślań wyrwał mnie kobiecy głos. Starałem się go namierzyć i zauważyłem ukryty w krzakach motocykl.
-Jestem tutaj- słowom zawtórował cichy szelest lądującego za mną człowieka.
Zapach jej krwi był tak intensywny, że musiałem wstrzymać na chwilę oddech. Byłem wygłodniały i prawie dostałbym szału na tę pyszną woń.
-Kim jesteś?- Zapytałem z trudem panując nad sobą.
-Jestem tu przejazdem- odpowiedziała.
Zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, zrobiłem obrót wokół własnej osi i chwytając ją za gardło brutalnie przygwoździłem ubraną w skórę czarnowłosą o długich do połowy pleców lokach do najbliższego drzewa.
-Nie o to pytałem- odwarknąłem zaciskając mocniej dłoń na jej gardle.- Kim jesteś?
-Policjantem. Wracam ze służby- cofnąłem się gwałtownie.
-Znikaj stąd- nakazałem odchodząc wgłąb lasu. Głód targał torsjami mój żołądek.
W tym momencie pod wpływem kopniaka odleciałem i gubiąc torbę walnąłem w drzewo.
-Nieprzyjemne uczucie. Głód, prawda?- Dostałem od niego kopa i zgiąłem się wpół. Rzucił kobietą.
-Ścierwo. Nie śpisz?- Zapytałem obojętnie. Zniknąłem i dopadłem do plecaka. Zdążyłem tylko wyciągnąć z kieszonki flakon, który wytrącony mi z dłoni wzbił się w powietrze.
-Przyłącz się do nas- powiedział butem przytwierdzając mnie do gruntu. Policjantka z rozciętą głową leżała półprzytomna pod krzewami. Jej dłoń sięgnęła po flakon i ukryła go pod sobą.- Ludzie to zwykłe bydło. Jedyne, do czego się nadają to przerób na jedzenie- mówił, a mnie ogarnęło nieznośne oszołomienie tą smakowitą wonią.
Mierzyłem go przez chwilę wzrokiem, udając, że rozważam jego przemowę.
-Masz rację- oznajmiłem odsłaniając w uśmiechu wydłużające się kły.
-Coś za szybko zmieniasz stronę- zauważył przyglądając mi się bardzo podejrzliwie.
-W porządku. Wiesz, że jestem taki sam, jak wy i ci to udowodnię- zepchnąłem z siebie jego but patrząc na przerażoną kobietę.
Posłuchaj...- Przekazałem jej wzrokiem.- Kiedy do ciebie podejdę i dam ci znak, udawaj trupa, a kiedy podejdzie oblej go wodą z flakonu... Zaufaj mi.
-Uwierzę ci dopiero, kiedy ta suka zdechnie- oznajmił, gdy podniosłem się na nogi.
-Zabiłem w swoim życiu więcej osób, niż ty widziałeś- odparłem chłodno- zabijanie to mój chleb powszedni- szarpnięciem podniosłem nieznajomą i opierając ją o siebie sięgnąłem wargami do jej szyi, słysząc jej galopujące serce. Krzyknęła wyrywając się.
Mimo rozrywającej mi duszę pokusy nie zamierzałem napić się jej krwi. Brzydziłem się tym, bo wiedziałem, że gdybym to zrobił, na zawsze utraciłbym swoje kruche człowieczeństwo.
-Zaboli przez chwilę- szepnąłem wprost do jej umysłu.- Kiedy cię uszczypnę, padnij trupem. Jeśli mnie słyszysz i rozumiesz, szarpnij się- zrobiła, co mówiłem, dlatego zatopiłem w niej kły i poczekałem aż z ran wypłynie trochę krwi.
-Co się z nią bawisz?!- Rozwścieczył się.
-Chcę się napatrzeć. Uwielbiam, kiedy umierają ze strachu, wiedząc, że to ostatnie chwile ich życia- patrząc na niego umoczyłem wargi w jej krwi i udawałem, że piję.
Trochę krwi znalazło się w moich ustach i aż zakręciło mi się w głowie z przyjemności. Uszczypnąłem kobietę i gdy padła na ziemię, z trudem zdołałem zwalczyć głód i ostrożnie wyplułem łyk krwi plamiąc wargi i twarz czerwienią.
-Jej serce nadal bije- warknął.
-Mylisz się. To moje serce- wiedziałem, że nie jest tak inteligentny, na jakiego wygląda. Spojrzałem na leżącą obojętnie- nie wypiłem wszystkiego. Jestem na tyle miły, że zostawiłem ci trochę- przykleiłem do warg porozumiewawczy uśmieszek.
Buchnął śmiechem, mówiąc wesoło:
-Chcesz się podlizać- zaczął wyluzowanym tonem.
-Nie potrzebuję nikomu się podlizywać, śmieciu- odparłem władczo, prowokując go, żeby się zbliżył. Zrobił to, czego oczekiwałem i dostając w twarz, sykiem dałem sygnał policjantce. Zerwała się z ziemi i chlusnęła wodą święconą prosto w jego twarz. Cofnął się z warkotem i uderzył ją butem. Odepchnąłem go i rzuciłem się do torby po broń.
Z plecakiem w ręku przeleciałem w powietrzu i z impetem przyłożyłem w jakiś głaz. Chwytając oburącz za szelki plecak zdzieliłem nim mocno Nocnego w twarz, a gdy cofnął się zamroczony, rzuciłem ciężką torbę i wyjąłem z buta Krucyfiks i kołek; po czym podjąłem walkę.
***
Kopiąc go w twarz, docisnąłem go glanem do podłoża, mówiąc:-W Imieniu Najwyższego Boga uwalniam twoją duszę od Wiecznego Ognia i Potępienia- wbiłem w jego pierś srebro. Wrzasnął z bólu.- Nie wierzę w Niego, ale jeśli jednak istnieje, obaj trafimy do Diabła- przekręciłem kołek i sprawnym ruchem odrąbałem mu łeb.
Torsje sprawiły, że osunąłem się na kolana podpierając się na broni. Przed oczami zamajaczyła mi jej twarz przesłonięta lokami.
-Wszystko gra?- Zapytała szybko.
-Odsuń się...!- Warknąłem ostro zwijając się z szarpiącego bólu. Patrzyła na mnie nie rozumiejąc.- Błagam, cofnij się i uciekaj.. Nie panuję nad tym tak, jakbym chciał...
Zdjęła mi przeciwsłoneczne okulary, a jej oczy stały się wielkie.
-Twoje...- zaczęła zdumiona. Po chwili zachowując chłodną rozwagę, oparła mnie o drzewo i zbliżyła się na odległość kilku centymetrów.- Jesteś jednym z nich...
-Nie jestem taki, jak oni- chciałem powiedzieć coś więcej, ale zza moich warg wyrwał się wrzask bólu.
Rozcięła dłoń ostrzem Krucyfiksu i podsunęła ją do moich ust. Odtrąciłem mocno rozorany nadgarstek i przeszły mnie spazmatyczne dreszcze.- Nigdy nie tknę ludzkiej krwi... Nigdy...
Bolało, jak nigdy przedtem. Cierpienie rozrywało mnie od środka i doprowadzało do szaleństwa. Wrzasnąłem znowu odsuwając się od niej panicznie.
Powaliła mnie na trawę i blokując mi ręce, zajrzała w moje oczy; mówiąc cicho i spokojnie:
-Potrzebujesz krwi- powiedziała, starając się mnie przekonać, ale walczyłem z tym uparcie potrząsając głową w zaprzeczeniu.
-Nie chcę! Zostaw mnie w spokoju!!- w przypływie adrenaliny odrzuciłem ją od siebie.
-Czemu się przed tym bronisz?! Chcę ci pomóc! Uratowałeś mi życie!- Nawrzeszczała na mnie z gniewem siedząc na leśnym poszyciu.
-Zapoluję na zwierzę, ale nie tknę ludzkiej krwi... Za nic.- Warknąłem z naciskiem. Biorąc plecak spojrzałem na nią przez ramię dodając- a potem wymorduję resztę tego ścierwa. Inaczej nie nazywam się Gabriel Damon Borgia- i chciałem odejść, ale złapała mnie za ramię osadzając mnie w miejscu.
-Wiesz, że jesteś poszukiwanym przestępcą?- Zapytała ostrożnie.
-Wydasz mnie?- Zapytałem odwracając się na pięcie. Założyłem spowrotem okulary.
-Wyobrażasz sobie, gdybyś oszalał z głodu w więzieniu?- Zapytała cicho.
-Nikt by ci nie uwierzył, że nie jestem w pełni człowiekiem. Zapięliby ci kaftan bezpieczeństwa i wywieźli do najbliższego wariatkowa- oznajmiłem zimno.
Zapadła cisza. Usłyszałem wśród drzew szum i wyciągając ramię wywróciłem jednego i zaraz przebiłem go kołkiem.
-Bierz broń!- Rzuciłem jej plecak.- Srebro w serce i zaraz odcinaj łby!- Pouczyłem.
Jej drżące dłonie wypuściły broń.
Nadal, pomimo tego, czego była świadkiem, uważała ich za zwykłych ludzi...
Wyrwałem się z ramion innych i podbiegając, poczęstowałem kopniakiem jedną z nich: tę która była najbliżej szyi policjantki.
Czarnowłosa krzyknęła przeraźliwie, gdy kły przebiły jej ranny nadgarstek.
Musiałem dostać jakiegoś ataku, bo nie pamiętam, co działo się później. Kiedy się z tego ocknąłem, wokół mnie leżał stos trupów, a ja czułem się opity jak kleszcz.
-Cristo...- Wydyszałem słabo, próbując się podnieść. Wylądowałem spowrotem na ziemi, wpadając w krzaki.- Muszę... Was... Spalić..- Ostatkiem woli wstałem i chwiejąc się na nogach zacząłem wlec najbliższe zwłoki.
-Co ty robisz, do cholery?!- Zaczęła zszokowana motocyklistka, obserwując moje poczynania.
-Stos. Trzeba spalić ich ścierwa- odparłem z opanowaniem, choć na ten widok zbierało mi się na wymioty. Podszedłem do niej i wyciągnąłem z plecaka dwulitrową butelkę z ażurowym wzorem barokowego krzyża i zrywając z korka karteczkę wbiłem w nią wzrok.
Polewając zawartością zwłoki, postąpiłem wedle wytycznych na bileciku: trzykrotnie okrażając stos odmówiłem Pater Noster i stojąc twarzą do wschodu podpaliłem truchła, mówiąc:
-Z prochu powstaliście i w proch się obrócicie- powiedziałem szeptem, patrząc przez szkła na strzelający w górę święty ogień.
Wiedziałem jednak, że jest ich tu o wiele więcej...
***
Nie mogłem wrócić z nią do pociągu, dlatego też zostałem i opatrując jej rany bacznie obejrzałem ślady kłów na jej nadgarstku.-Cristo...- Coraz częściej wzywałem boskie miano, w nadziei; że Sędzia zmieni zdanie na mój temat i nie odeśle mnie do Piekła po śmierci.
-Dlaczego wymawiasz boskie imię po łacinie?- Zdziwiła się. Pomimo upływu kilku godzin i zapadającej nocy nie dostrzegłem u niej żadnych objawów zakażenia.
-Nie jesteś głodna...?- Zapytałem przypatrując jej się.
-Yyy... No, zjadłabym jakąś kanapkę, ale co to ma do rzeczy?- Zapytała, szybko jednak zrozumiała, co tak naprawdę mam na myśli.- Zaraz... Nie chcę krwi... Oddałabym życie za kanapkę ale nie pragnę...- Zaczęła z rozszerzonymi strachem oczami.
-Rozumiem. Wierzę ci, ale dla pewności zostaniesz tu ze mną do rana- oznajmiłem.
Spojrzała na mnie z niepokojem.
-Dobrze, chociaż nie wiem, czemu to ma służyć; ale co, jeśli tamtych jest tu więcej?- Wszystko wszystkim, ale niejeden mógłby jej pozazdrościć inteligencji.
-Nie podejdą.
Zerwała się i ze strachem w oczach potrząsnęła mną mocno, pytając:
-Skąd możesz być tego pewien??- Wybuchnęła spanikowana.
-Po prostu to wiem. Nie wiem, skąd wiem.- Zaciągnąłem się dymem rozkładając bezradnie ręce i wzdychając ciężko.- Cholera jasna: nie ogarniam tego- stwierdziłem z porażką wyjmując na chwilę szluga z ust i chodząc w tę i spowrotem w poprzek leśnej ścieżki.
Wtedy moją pierś przeszył nagły i ostry ból.
-Niech to szlag- zakląłem, gdy ze słabości runąłem na kolana podeszła do mnie na czworakach, pytając:
-Co ci jest??
Położyłem się na trawie z jękiem.
-Cristo...- wydyszałem, czując narastający ból.
-Co się z tobą dzieje??- Zapytała przerażona.
-At..ak sza..łu...- odpowiedziałem urywanym głosem.- Weź broń...
-Nie ma mowy!- Odmówiła szybko.
-Bierz- rozkazałem z sykiem zwijając się z udręki.- Jeśli będziesz musiała... Nie zawahaj się- oznajmiłem ostrym tonem.
-Nie zrobię tego. Nie zabiję człowieka- kłóciła się ze mną.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Dwadzieścia minut wcześniej...Niepokoiłam się o Gabriela, który nie wracał od popołudnia, dlatego z kołkiem i mieczem w zanadrzu wymknęłam się Yennefer i poszłam go szukać.
W pewnej chwili usłyszałam cichą rozmowę i przyczaiłam się w gęstych zaroślach, podsłuchując.
-Dlaczego?- Pytała z zastanowieniem nieznajoma kobieta.
-Co dlaczego?- Głos Gabriela. Kamień spadł mi z serca, kiedy usłyszałam ten ton.
-Dlaczego nie chciałeś tego zrobić...?- Podkradłam się bliżej i nagle walnęłam w coś czołem. Zmieliłam w ustach przekleństwo i ostrożnie podniosłam głowę.
Wydech motocykla.
-Nie rozmawiajmy o tym. Zacznij mnie podrywać, czy coś w tym rodzaju- zażartował w swoim chamskim stylu.
Siedząca pod drzewem dębu nieznana mi kobieta uśmiechnęła się blado.
-Kręcą mnie niegrzeczni chłopcy- powiedziała zupełnie innym tonem, nagle zamrugała i zasłoniła usta dłonią, jakby wymsknęło jej się to zupełnie przypadkowo.
Gabriel spojrzał na nią z boku z zastanowieniem.
-Socjopata to kiepski materiał na partnera- zauważył ironicznie.
-Nie jesteś socjopatą. Zachowujesz się raczej jak masochista- przerwała mu z namysłem.
-Chciałaś powiedzieć psychopata- zauważył, a ja poczułam aromat jego ulubionych papierosów.
-Podobno szurnięci są bardziej seksowni- pisnęła i znowu zakryła usta dłonią, jakby powiedziała coś bardzo wstydliwego, czego naprawdę nie chciała mówić.
-Moja przyjaciółka powiedziałaby to samo, chociaż się do tego nie przyzna- zauważył.- Cristo...- mruknął ponuro.
-Dlaczego wymawiasz boskie imię po łacinie?- Zdziwiła się.
-Nie jesteś głodna...?- Zapytał nagle przypatrując jej się.
-Yyy... No, zjadłabym jakąś kanapkę, ale co to ma do rzeczy?- Nagle spojrzała na niego zupełnie inaczej.- Zaraz... Nie chcę krwi... Oddałabym życie za kanapkę ale nie pragnę...- Zaczęła z rozszerzonymi strachem oczami.
-Rozumiem. Wierzę ci, ale dla pewności zostaniesz tu ze mną do rana- oznajmił.
Spojrzała na niego z niepokojem.
-Dobrze, chociaż nie wiem, czemu to ma służyć; ale co, jeśli tamtych jest tu więcej?
-Nie podejdą.
Zerwała się i ze strachem w oczach potrząsnęła nim mocno, pytając:
-Skąd możesz być tego pewien??- Wybuchnęła spanikowana.
-Po prostu to wiem. Nie wiem, skąd wiem.- Zaciągnął się dymem rozkładając bezradnie ręce i wzdychając ciężko.- Cholera jasna: nie ogarniam tego- stwierdził z porażką wyjmując na chwilę szluga z ust i chodząc w tę i spowrotem w poprzek leśnej ścieżki.
-Niech to szlag- zaklął, gdy ze słabości runął na kolana. Kobieta podeszła do niego na czworakach, pytając:
-Co ci jest??
Położył się na trawie z jękiem.
-Cristo...- wydyszał z bólem.
-Co się z tobą dzieje??- Zapytała przerażona.
-At..ak sza..łu...- odpowiedział urywanym głosem.- Weź broń...
-Nie ma mowy!- Odmówiła szybko.
-Bierz- rozkazał z sykiem zwijając się z udręki.- Jeśli będziesz musiała... Nie zawahaj się- oznajmił ostrym tonem.
-Nie zrobię tego. Nie zabiję człowieka- kłóciła się z nim.
Jeszcze nigdy nie widziałam Gabriela w tak strasznym stanie. Leżał zwinięty w kłębek przeklinając z bólem. Ni stąd, ni zowąd z jego ust wyrwał się stłumiony krzyk bólu, a ja widząc jego czerwone oczy doznałam szoku.
Nie mogłam oderwać wzroku od jego tęczówek, gdy czarnowłosa przesłoniła mi pole widzenia wychyliłam się ostrożnie zza motoru i dostrzegłam niedaleko pozostałości stosu.
Nieznajoma zdjęła z prawego nadgarstka zakrwawiony opatrunek i pochylając się wyciągnęła zranioną rękę wprost ku niemu.
-Nie.!- Gabriel odtrącił jej rękę z uporem.
-Przecież chcę ci pomóc.!- Odwarknęła z naciskiem, ale on potrząsał odmownie głową, mamrocząc coś niezrozumiałego.
Zdecydowałam się wyjść z kryjówki. Czarnowłosa słysząc szelest odwróciła się gwałtownie i klęcząc z pistoletem w ręku wymierzyła we mnie lufę gotowa do obrony.
-Nic ci nie zrobię- zapewniłam obronnym tonem, klękając przy Gabrielu szybko.- Uczniak... Czemu...?- Urwałam wiedząc, że to nieodpowiednia pora na wyciąganie z niego prawdy. Sięgnęłam do jego kieszeni i wyciągając z niej grawerowaną piersiówkę odkręciłam i wmusiłam w niego łyk zawartości.
Gabriel po kwadransie odzyskał normalny oddech i widząc mnie zerwał się szybko z moich kolan, jakby uświadomił sobie, że jego tajemnica się wydała. Drugi raz powąchałam napój w manierce i zrozumiałam, skąd znałam ten ostry zapach.
Był to zakazany przez Watykan ziołowy narkotyk, którym Nocni na jakiś czas niwelowali głód krwi.
-Boże Miłosierny... To "Cerber"- wyszeptałam porażona niezmierzonym zdumieniem.
-Co takiego?- Zdumiała się nieznajoma.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Szybkim ruchem odebrałem Victorii piersiówkę i patrząc w te srebrne oczy powiedziałem usypiającym tonem:-Wrócisz do pociągu i zapomnisz wszystko, co się tu wydarzyło- czułem, że czarnowłosa obserwowała mnie z oburzeniem, a w tęczówkach uśpionej przeze mnie popielatowłosej odbiły się moje czerwone oczy.- Powtórz.
-Wrócę do pociągu i zapomnę wszystko, co się tu wydarzyło- oznajmiła cichym, posłusznym tonem po czym wstając odwróciła się i spokojnie odeszła ścieżką.
-Coś ty jej zrobił??- Zapytała policjantka głośnym szeptem, próbując ukryć oburzenie.
-Muszę ją chronić. Nie powinna się o tym dowiedzieć- odparłem.- Ocknie się z tego stanu dopiero w pociągu.
-Co to właściwie było...?- Chciała wiedzieć, jak potrafię nakłonić kogoś do swojej woli, kiedy mi się podoba.
-Kiedy to się stało, szukałem informacji. Wiedziałem, że to nieodwracalne i znalazłem pewnego pomocnego Nocnego- odparłem niechętnie.- To była pierwsza przydatna rzecz, o której mi powiedział. Nie chciałem testować tego na Vix, ale musiałem to zrobić...
-Nic nie musiałeś- odparła ze złością.- To, co zrobiłeś było okropne. Ja też... Słyszałam cię... W głowie... To porąbane- zauważyła z niedowierzaniem.
-Teraz już wiesz, że nie jestem do końca człowiekiem- oznajmiłem ponuro. Sięgnąłem do kieszeni po fajki i zapaliłem powoli.- Właściwie wcale nie jestem już człowiekiem... Cholera, to nie jest takie proste...
-Nie jestem o to zła..- powiedziała cicho, z zakłopotaniem. Usiadła obok mnie i zwyczajnie oparła głowę o moje ramię, spoglądając na mnie z zaciekawieniem małej dziewczynki.- To, co robisz, jest naprawdę okropne, ale- policjantka usiadła na mnie okrakiem i zdejmując mi okulary, zajrzała głęboko w moje oczy uśmiechając się uwodzicielsko- uwielbiam niegrzecznych mężczyzn. Nudzi mnie praca w policji- zwierzyła mi się szeptem, a ja próbowałem delikatnie dać jej do zrozumienia, że nie jestem nią zainteresowany. Nie zrozumiała lub nie chciała zrozumieć nadawanych przeze mnie sygnałów, bo nadal się do mnie kleiła, całując namiętnie po szyi i obmacując.
-Zejdź, proszę- starałem się to ukryć, ale w głębi serca przespałbym się z nią dla sportu. Pragnąłem odepchnąć to kuszące wyobrażenie, bo czarnowłosa wyglądała na naprawdę seksowną i urodziwą kobietę.
-Przecież tego właśnie chcesz. Chyba nie ratowałeś mi życia za darmo, prawda..?- Szepnęła mi do ucha opierając mi dłoń na piersi wymownym gestem i świdrując mnie rozognionym spojrzeniem.- Chcę ci się odwdzięczyć- szepnęła, całując mnie, swoimi ustami delikatnie pociagnęła kolczyk, który nosiłem. Rozciągając się na moich nogach jak kotka zrzuciła ze mnie płaszcz i dobierając się do mnie, sięgnęła do mojej koszulki chcąc mi ją zdjąć.
Odsunąłem ją zdecydowanym ruchem i patrząc jej w oczy powiedziałem:
-Nie- oznajmiłem poważnie.
-Przecież tego chcesz- jej zwinna ręka... Sięgnęła nią do suwaka mojego rozporka i poczułem jej palce w moich spodniach.
Przewróciłem się, a czarnowłosa ślicznotka znajdując się pode mną oplotła mnie nogami, a ja nieudolnie próbując uwolnić się od tej nimfomanki, usłyszałem za sobą:
-Ładnie się zabawiasz, Damon- zauważył ironiczny głos Yennefer.
-Zawsze zjawiasz się w niewłaściwej chwili, ale dzisiaj trafiasz w dziesiątkę- wysapałem nadal usiłując się uwolnić.- Puść mnie, kobieto!.- Zwróciłem się ostro do policjantki.
Yennefer szybkim ruchem wywlokła ją spode mnie, komentując:
-Jeszcze nigdy nie ratowałam honoru molestowanego faceta- powiedziała dusząc się z tłumionej wesołości.
-Zjeżdżaj- burknąłem zły, doprowadzając się do porządku.
-A co? Nie przespałbyś się z nią dla sportu?- Zapytała z iskrzącymi oczami udając zaciekawienie.- W ramach zaliczenia, że tak powiem..?
Czarnowłosa chyba otrzeźwiała ze swojego stanu, jakby dostała zimny prysznic. Mrugała oczami nieprzytomnie, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, co się przed chwilą działo.
-Wcale nie zaliczałem lasek. To szczeniackie- odparłem pogardliwie, choć robiłem dokładnie na odwrót; czego teraz się wstydziłem.
Yennefer oparła się o drzewo i zjechała po pniu zwijając się ze śmiechu. Nie mogła powstrzymać się od rechotu, niemal dławiła się wesołością..
-Chryste, Yennefer- jęknąłem poirytowanym tonem.
-No, co..?- Zapytała obronnym tonem. Spoważniała nagle.- Victoria dziwnie się zachowywała, gdy wróciła. Nie było jej tutaj.?- Chciałem skłamać, ale wbiła we mnie przeszywające spojrzenie.
Westchnąłem głęboko i, odwracając wzrok poprawiłem okulary.
-Była, ale...- Zacząłem nie wiedząc, jak to wyjaśnić.
-Co jej zrobiłeś?- Zapytała podejrzliwym tonem.- Wróciła blada, jak ściana i dziwnie nieobecna. Zupełnie, jakby zapomniała, gdzie i po co była w lesie. Jakby w ogóle nie pamiętała, że tam była- powiedziała z naciskiem.
-To skomplikowane- zacząłem powoli.
-Skomplikowane to było życie w Hydrze. Teraz gadaj, co jej zrobiłeś- warknęła ostro.
-Co to? Jakaś babska solidarność, czy jak?- Warknąłem rozzłoszczony.
Pchnęła mnie wojowniczo, mówiąc:
-Ona się o ciebie zamartwia, pieprzony kretynie- wyrzuciła mi.
-Obchodzi cię to, bo mnie nie- Powiedziałem starając się grać zimnego sukinsyna. Chociaż kochałem Vix, nie chciałem się angażować, bo wiedziałem, że ona kocha Rafaela, a ja zawsze będę tylko "tym drugim". Moja miłość do Victorii już zawsze pozostanie nieodwzajemniona.
-Polubiłam tą babkę, więc obchodzi mnie to tak samo, jak ciebie. Co ja mówię: ciebie obchodzi nawet bardziej- nawet, gdy oparłem na jej czole lufę broni mówiła dalej.- Interesuje cię to, bo nie widzisz nikogo poza nią i chcesz ją przed wszystkim chronić, ale tak się nie da, Damon...- Powiedziała cicho, patrząc mi prosto w oczy, a ja czułem że jej smutne spojrzenie pomimo ciemnych szkieł przenika moje serce na wylot.
Nie spuszczając wzroku z nastolatki, powoli opuściłem rękę z bronią. Znałem Yennefer od dawna i wiedziałem, że to twarda zawodniczka, ale i dobra dziewczyna. Miała dwanaście lat, gdy ją poznałem. Uciekła z bratem z rodziny zastępczej i zaczęła kraść na terenie Mafii, w związku z czym Hydry urządziły sobie turniej, kto dopadnie ją jako pierwszy. Ta i inne psychopatyczne zabawy były dla członków organizacji rozrywką i odskocznią od niebezpiecznego trybu życia. Znęcanie się nad słabszym zawsze było dla Hydr zabawne, ale do czasu.
Skończyło się to, gdy Yennefer w obronie brata zabiła o wiele od siebie silniejszego, czterdziestoparoletniego mężczyznę i Egzekutora Hydry przy pomocy zwykłego długopisu, który wepchnęła mu w mózg przez oczodół.
Odwróciłem wzrok i powiodłem nim po ścieżce, mówiąc cicho:
-Masz rację, Yennefer. Kurewską rację...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz