-Co się dzieje?- Zapytał chłopak.
Nasłuchując, gestem nakazałem mu ciszę i trzymanie się mnie.
W tym momencie ktoś na mnie wpadł. Uskoczyłem odruchowo mierząc z klamki do obcego.
-Damon, chyba załatwili tego kolesia.
Powoli opuściłem klamkę pytając:
-Gdzie Vix?
-Wraz z konduktorem patrolują pociąg- oznajmiła krótko.
-Niech to szlag. Lepiej być nie może, kurwa!
-Brakowało mi twojej słynnej "rapsodyjki"- skomentowała. Uniosłem brwi.
-To nie jest odpowiednia pora na żarty- uchyliłem się, a atakujący mnie Nocny z rozpędu przywalił w drzewo.- To bardziej odpowiednia pora na... Ucieczkę! WIAĆ! - Pociągnąłem nastolatków za sobą.
Karkołomny bieg z przeszkodami był sielanką w porównaniu z oszalałą z głodu bandą Nocnych siedzącą nam na ogonie.
Pchnąłem chłopaka przodem i podnosząc długowłosą odwróciłem się i wystawiłem rękę z bronią strzelając.
-Zaufaj mi- rzuciłem do dziewczyny i szarpnięciem posłałem ją po wilgotnej trawie, krzycząc do Yennefer- Łap ją i zjeżdżajcie do wagonu!
-A ty??- Zapytała rozdrażniona.
-Dołączę do was!- Odwarknąłem odbijając cios.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Popieszne kroki i ciężkie oddechy biegnących ludzi. Z bronią w gotowości czekałam aż się zbliżą drżąc ze strachu i niepewności. Konduktor siedział skulony w kącie i mamrotał coś do siebie niezrozumiale. Był najwyraźniej zestresowany. Pewnie nawet przerażony tym, co się dzieje.
Rytmiczne stuknięcia w przesuwne drzwi przedziału.-Hasło!- Rzuciłam opierając się o drzwi.
-Zdrajca. Odzew?- Głos Yennefer.
-Judasz. Czym zabić Nocnego?- To było pytanie dla pewności.
-Srebrny kołek w serce. Odciąć łeb, polać święconą wodą i spalić- wyrecytowała.
Otworzyłam drzwi.
-Pokażcie się- rzuciłam ostro do dwójki nastolatków.
-O co jej chodzi?- Wypaliła dziewczyna.
Yennefer unieruchomiła oboje wykrecając im ręce w tył.
Podeszłam do dziewczyny i obejrzałam jej szyję i ostrożnie odsunęłam bluzkę.
-W imię Miłosiernego...- wydyszałam zginając się wpół, ponieważ dostałam kopa w brzuch.
-Kurna.. Niezły strzał, Francesca- rzucił z podziwem chłopak.
-Nie cieszyłabym się tak na twoim miejscu- skomentowała Yennefer.
-Ta obleśna laska chciała mnie rozebrać!- Prychnęła z wyrzutem nastolatka.
-Zaszło nieporozumienie- oznajmiłam zaskoczona.
-Pewnie wolałaby, żeby to facet ją... Ekhm- powiedziała Yennefer konspiracyjnym tonem.
-Rany..! To psychopatki!- Wypaliła przerażona.
-Psychopatki. Widzę, że się dogadujecie- zauważył Gabriel od drzwi.
Rzuciłam w niego flakonem ze złością. Zręcznie zacisnął na nim palce i spojrzał na mnie z ukosa.
-Jesteś okropnie narcystycznym, irytującym i paskudnym facetem, który jest bardzo, ale to bardzo- zaczęłam ze złością.
-Seksowny?- Zapytał blondyn, wpadając mi w słowo mrugnął szelmowsko.
-Uuuuuch...!- Sapnęłam, ale zaraz parsknęłam śmiechem, by rozładować tą ciężką atmosferę.
-Szajbusy- wypaliła Francesca ze strachem.
-Chyba jednak czas na jakieś wyjaśnienia- zasugerował mi Gabriel.
[***]
-I należymy do tajnej organizacji pozbywającej się potworów- zakończyłam opowieść.
-Wow- jęknął z podziwem chłopak.-Jesteście stuknięci- zauważyła nastolatka.
-Taa i normalnym jest też to, co się teraz dzieje- powiedział powątpiewająco pracownik kolei.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Odłożyłem broń na stolik przy oknie i powiodłem wzrokiem po trójce zamieszanych w to przypadkiem ludzi.
-Przed świtem oni odejdą- powiedziałem poprawiając kolczyk w wardze.- Za dnia są niegroźni z jednego, prostego powodu.-Niby jakiego...?- Zapytała wyczekująco Francesca.
-Śpią- odparłem krótko.
-Żaden człowiek normalnie nie śpi w dzień, poza tymi chodzącymi na nocną zmianę- zauważyła powoli, nadal nie wierząc.
Rozwalając się wygodniej przymknąłem oczy, mówiąc:
-Mylisz się. To, co widziałaś to już nie są ludzie- powiedziałem obojętnie.
-Jesteś zdrowo pierdolnięty- stwierdziła.
-Co się stało z tym chłopakiem?- Zapytała mnie nagle Vix.
Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć ktoś zaczął się do nas dobijać.
-Hej, to ja- odezwał się tamten głos. Wstałem, ruchem głowy każąc Yennefer wziąć broń. Vix również się przygotowała.
-Jesteś ranny?- Zapytałem stając przy drzwiach.
-Gdyby zaatakowała cię horda wygłodniałych potworów, też byś był- warknął.
-Któryś z nich cię ugryzł?
-Co to za popieprzone przesłuchanie?!- Przerwał mi zza drzwi jego zaskoczony głos.
Wychwyciłem spojrzenie Victorii i wyciągnąłem dłoń po otwarty flakon. Szybkim ruchem przesunąłem drzwi po szynach i oblałem go zawartością szkła.
-Odbiło ci?? To jakieś nowe powitanie, czy jak..?- Zapytał odruchowo się cofając. Był zakrwawiony i podrapany, a także miał kilka siniaków i stał na jednej nodze. Miał również rozszarpaną kurtkę.
W dłoni trzymał broń.
-Myśleliśmy, że cię dorwali- oznajmiłem pomagając mu wejść.
Vix odłożyła broń i zaczęła szukać apteczki.
-Nie ma- zwróciła się do mnie.
-Musimy improwizować- zawyrokowała Yennefer. Zerwała zasłonkę i zaczęła rozcinać ją nożem na kawałki. Sam wyciągnąłem z plecaka dwie butelki absyntu.
-Kostka jest najprawdopodobniej wybita- oznajmiłem, widząc siny, puchnący staw.- Możesz poruszyć stopą?
-Nie- odpowiedział z sykiem, gdy Yennefer przemywała alkoholem rany. Podała mu butelkę, mówiąc wymownie:
-Znieczulenie.
Odebrał i napił się.
-Co to za paskudztwo...?- Wypalił krzywiąc się z obrzydzeniem.
-Absynt. Muszę nastawić ci kostkę- oznajmiłem.
-Nie ma mowy!.- Zaczął chcąc się odsunąć.
-Słuchaj. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale postaram się cię nie uszkodzić- upiłem spory łyk z drugiej butelki.- Musisz mi zaufać. Jak opuchnie bardziej, będzie o wiele gorzej..- Spojrzałem mu prosto w oczy.
-Rozumiem- przytaknął ostrożnie.
-Vix, dasz radę go przytrzymać?- Zapytałem, gdy Yennefer zmyła krew i opatrzyła jego rozcięcia.
-Ja to zrobię- odezwał się konduktor.
Vix spojrzała na mnie pytająco.
-Dobra...- oderwałem z sufitu ozdobną listewkę.- Zagryź- rzuciłem wsuwając ją w usta szatyna. Skinął i wykonał moją prośbę.
-Gabriel, wiesz co robisz?- Zapytała głosem pełnym obaw Vix.
Spojrzałem na nią niepewnie i przełknąłem gulę, którą miałem w gardle.
-Nie mam wyjścia. W pociągu nie ma lekarza. W ogóle wszystkiego jest jak na lekarstwo. Cholera- zakląłem cicho.- Muszę nastawić kostkę i unieruchomić mu stopę. Poszukaj czegoś długiego i twardego. Najlepiej drewna.
-Jasne- oznajmiła, wychodząc z Yennefer.
-Gotowi?- Bardzo ostrożnie zdjąłem szatynowi but i spojrzałem na obu pytająco. Skinęli głowami, więc wziąłem się do roboty.
Po chwili poczułem luz i szybko przekręciłem jego stopę, a facet drgnął i podskoczył mocno, przeklinając głośno. Przyłożyłem zimne szkło do kostki.
Dziewczyny zjawiły się dziesięć minut później, niosąc kilka połamanych desek.
-Te się nadadzą- oddałem Vix butelkę i każąc Yennefer przytrzymać dechy zacząłem unieruchamiać stopę nieznanego mi z imienia jednego z towarzyszy tej nocnej niedoli okręcając ją kolejnym kawałkiem materiału. Drugą zasłonkę pozostawiłem w całości i zrobiłem z niej temblak.
-Wiesz, co teraz?- Zapytał nastolatek, imieniem Pietro patrząc przez szybę. Nagle odskoczył z wrzaskiem od okna. Wsunąłem kolejną lodowatą butelkę w przywiązany do górnej rury półki na bagaże temblak i podłożyłem facetowi pod głowę swój polar.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Zdjął zakrwawioną koszulkę i uśmiechnął się po swojemu. Po czym wyciągnął z plecaka inną.
-Co?- Zapytał zaskoczony czerwoną jak piwonia długowłosą.- Mam nie zakładać?-Damon, trochę przyzwoitości!- Wypaliła zgorszona Yennefer.
-Jakoś Vix to nie przeszkadza- zauważył z miną niewiniątka.
-A skąd niby możesz to wiedzieć?- Zapytałam obronnym tonem.
-Bo się gapisz- zauważył przewracając oczami.
-Boże Miłosierny... Z kim ja muszę pracować?- Jęknęłam, gdy wreszcie wciągnął koszulkę.
Naprawdę miał seksowną sylwetkę, jak na faceta. Westchnęłam głęboko próbując odepchnąć ten kuszący obrazek sprzed chwili.
-Cholercia, jest sexy- mruknęłam cicho.
-Oho!. Przyznałaś mi rację- wybił mnie z grzesznych rozważań.
-Uch, zjeżdżaj- odburknęłam upijając trochę absyntu, unikałam jego oczu.
Nagle któryś z będących na zewnątrz Nocnych znowu ukazał się w szybie. Gabriel spojrzał na niego zimno, a tamten z mrożącym krew w żyłach warkotem i odsłoniętymi kłami usiłował rozbić szybę.
***
-Północ- oznajmił Gabriel spoglądając na zegarek śpiącego szatyna.
-Chciałbym tak zasnąć na zawołanie.. W ogóle przespać to wszystko- zauważył konduktor ponuro.-Wszyscy powinniście się skimnąć- powiedział blondyn z bronią w pogotowiu, jednak byliśmy zbyt pobudzeni, żeby spać. Chyba nikt w pociągu nie zasnął tej nocy ze strachu przed niebezpieczeństwem.
Musiałam przysnąć, bo nagle ktoś mną potrząsnął. Poruszyłam się nerwowo i otworzyłam oczy.
-Znowu koszmary?- Zapytał Gabriel, bawiąc się nożem.
-Taaa, ostatnio coraz częściej- powiedziałam cicho.
-Może mogę ci jakoś pomóc?- Zapytał, a ja pokręciłam odmownie głową z bladym uśmiechem.
Rozmowa urwała się na jakiś czas, a Gabriel obserwował las w skupieniu. Nagle drgnął i wyprostował się szybko. Już od jakiegoś czasu miał tego rodzaju tiki, co bardzo mnie martwiło.
-Naprawdę wszystko jest z tobą w porządku?- Zapytałam.
-Nic mi nie jest, Victoria- wcale mnie to nie przekonało.
Gabriel był spięty i dziwnie czujny. Po zmroku zawsze był strasznie rozbudzony i pełen energii. Od tamtego ugryzienia przez Leę zdarzało się również, że bez przerwy gdzieś znikał i miałam wrażenie, że coś ukrywał.
-Idę sprawdzić wagony- oznajmił wstając, a po chwili zniknął na korytarzu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Wiedziałem, że Victoria uważniej mnie obserwuje. Zauważyła coś, czy...?
Odepchnąłem od siebie te rozmyślania i przechodząc do kolejnego przedziału wyjąłem butelkę z krwią i przytknąwszy ją do ust przechyliłem. Przełknąłem zimną już krew i zakląłem w duchu na swój los.Zimna, zwierzęca krew smakowała ohydnie. Idąc wcisnąłem butelkę za pazuchę i zaglądałem do przedziałów. W większości z nich była przynajmniej jedna osoba, która nie zmrużyła oka.
Zupełnie nagle wpadło na mnie wybiegające z boku dziecko.
-Przepraszam pana- powiedziała jedna z kobiet, wychodząc za dziewczynką. Na oko siedmiolatką.
-Nie ma sprawy- odparłem wstrzymując na chwilę oddech. Każdy człowiek pachniał przepysznie, a ja próbując walczyć, bałem się; że w pewnym momencie przegram z wampirzą naturą. Od kiedy zrozumiałem, że jestem jednym z Nocnych, stale prześladowała mnie myśl, że kiedyś nad tym nie zapanuję. Zatracę swoje częściowe człowieczeństwo do tego stopnia, że kogoś zabiję.
Przystanąłem jak wryty, a moje ciało przeszły dreszcze. Poczułem ból w piersiach.
Widząc miarowo pulsującą żyłę idącej za dzieckiem kobiety, zatoczyłem się uderzyłem bokiem w ścianę wagonu. Oparłem się o nią plecami starając się uspokoić świszczący oddech...
-Proszę pana...? Wszystko dobrze..?- Zapytał uroczy głosik.
Siedmiolatka tym razem była bez matki.
-Co tu robisz sama?- Zapytałem szybko, czując suchość w ustach.
-Zobaczyłam, że panu słabo i chciałam pomóc- dzieci.. Były takie naiwne i szczere.
-Muszę tylko chwilę odpocząć, mała- skłamałem próbując omijać wzrokiem jej szyję, ale stukot jej serca który słyszałem w uszach sprawiał iż nie mogłem się na niczym skupić.
Wtedy do środka wpadły okruchy szkła, a blondyneczka krzyknęła rozdzierająco.
-Puść ją!- Warknąłem zrywając się z podłogi wagonu.
-Przecież dobrze mnie rozumiesz... Też głodujesz- zauważył z przyjemnością zaciągając się wonią krwi.
-Powiedziałem, żebyś puścił dziecko; ty parszywy śmieciu- warknąłem lodowatym tonem.
Podniósł małą i ostrym szponem przeciął jej skórę, a po wierzchu dłoni dziewczynki spłynęła strużka słodkiej krwi. Mimo wielkiej pokusy syknąłem rozeźlony tym widokiem i sięgnąłem do buta po broń.
-Nie zasłaniaj się dzieckiem, tchórzu!- Syknąłem, machając bronią. Zrobiłem unik i przywaliłem mu pięścią w mordę.
-Młoda krew jest najsłodsza, wiesz?- Kusił mnie dalej.
-Serio?- Zapytałem obojętnie, próbując uspokoić szalejący w moim ciele ból zachwiałem się znów i, czując słabość w uginających się nogach, klęknąłem zaciskając dłoń na ramie, z której wystawały szczątki rozbitej szyby i kalecząc sobie rękę podniosłem się na nogi po czym rzuciłem w niego Krucyfiksem, prosząc los o to, żebym nie trafił małej...
Nocny zachwiał się i robiąc kilka kroków do tyłu w końcu puścił blondyneczkę i upadł na plecy.
-Odwróć się i zasłoń uszy, cukiereczku- nakazałem, lekko głaszcząc dziewczynkę po głowie minąłem ją i widząc, że wykonała moją prośbę, podszedłem do niego i z całej siły kopnąłem go w twarz. Pastwiłem się nad nim tak długo, aż wyładowałem na nim cały gniew i frustrację.
-Starczyłoby pół centymetra w lewo, żeby zakończyć twój marny żywot- stając nad nim oparłem but na rękojeści broni i bardzo powoli wciskałem ostrze w jego pierś. Z gardła Nocnego wydobyło się przepełnione cierpieniem wycie- ale nie jestem w nastroju, żeby okazywać litość takiemu jak ty, śmieciu...- Zamierzałem dać upust swojej nienawiści, jaką żywiłem do Nocnych, takich jak on.
Otarłem krew z rozciętego policzka i wyjmując dwa flakony oblałem nimi jego wciąż żywe ścierwo. Chciałem, żeby był świadomy swego nieuchronnego i pełnego bólu końca. Wrzeszczał, rzucając we mnie obelgami. Nawet groził próbując wyciągnąć z siebie ostrze, którym był przygwożdżony do podłogi wagonu.
-Mam nadzieję, że będziesz miał ciepło w Piekle- rzuciłem na pożegnanie przesuwając główką zapałki o draskę. Dostał ode mnie jeszcze kopa i rzuciłem płonące drewienko na niego. Ogień wystrzelił lekko w górę, gdy wyciągnąłem broń z leżącego nieruchomo, płonącego śmiecia.
Wtedy odwróciłem się i zobaczyłem, że siedmiolatka patrzyła i widziała to wszystko.
-To prawda, że lubi pan krew?- Zapytała cichutko, jakby wiedziała; że to ogromna tajemnica. Przyklęknąłem przy niej i wyjmując z kieszeni skrawek materiału w milczeniu, zaciskając zęby zająłem się zranieniem. Dziewczynka patrzyła na mnie, gdy dezynfekowałem ranę absyntem z buteleczki po syropie na kaszel.
Drzwi przedziału rozsunęły się, a z wnętrza wysunął się mężczyzna. Zaskoczony rozejrzał się ogarniając wzrokiem całą sytuację.
-Szczypie...- Zapiszczała boleśnie mała, gdy wiązałem prowizoryczny opatrunek na jej delikatnej dłoni.
-Jesteś dzielna, cukiereczku- powiedziałem łagodnie. Patrząc na prochy, przez chwilę zastanawiałem się nad tym, czy kiedyś skończę w ten sam sposób.
Złożyłem broń i podchodząc do rozbitego okna wybiłem na zewnątrz resztę ostrych odłamków. Obejrzałem je i chwilę rozmyślałem, jak zasłonić dziurę, gdy usłyszałem huk grzmotu.
-To będzie naprawdę ciężka noc- mruknąłem, słysząc w oddali głośny trzask łamiącego się drzewa zacząłem grzebać w płaszczu. Z przepastnej, bocznej kieszeni wyciągnąłem pokaźny lniany woreczek z poświęconą solą i rozsypałem półokrąg przed oknem.
-Co pan robi?- Zdziwił się facet obserwując moje poczynania.
-Częściowy krąg solny.
-I to jakoś pomoże?- Zapytał bez przekonania, gdy mała przytuliła się do niego.
-Damon! Mamy problem!- Poderwałem głowę, słysząc głos Yennefer.
-Co jest grane?- Zapytałem zwracając się ku idącej z mieczem w palcach nastolatce.
-Vix kazała ci przekazać, że mamy w jednym przedziale "zakażoną"; ale to nie koniec: konduktor przyniósł radio. W wiadomościach mówią, że z powodu wichury i powalonych drzew pomoc może się zjawić dopiero za pare dni...
-Świetnie. Gorzej już być nie może. Nie dość, że jesteśmy uwięzieni w kupie żelastwa na jakimś zadupiu i mamy na głowach wygłodniałe potwory, to jeszcze doszedł do tego "zakażony" i kilkudniowy kemping z bronią w rękach. Po prostu ZAJEBIŚCIE- zauważyłem rozdrażniony wstając z przyklęku zawiązałem woreczek i rzuciłem go jej dodając- Powiedz Vix, żeby odizolowała tę osobę i każ jej to rozsypać przed oknem i drzwiami izolatki. W mojej torbie jest jeszcze dziesięć takich worków w razie czego- odwróciła się, by odejść.- Aha, jeszcze jedno: niech Vix pilnuje, żeby pod żadnym pozorem ktoś nie próbował wypuścić tej zakażonej, choćby się waliło i paliło. Rozumiesz?
Potwierdziła skinieniem i odeszła.
-Co to, znaczy? Czym jest to zakażenie?- Zapytał facet próbując zachować spokój, zupełnie jakby spodziewał się najgorszego.
-Im mniej pasażerowie wiedzą, tym lepiej- odpowiedziałem.
Facetowi puściły nerwy. Doskoczył i chwytając mnie za poły płaszcza z groźnym trzaskiem oparł mnie o blaszaną ścianę.
-Chcę natychmiast wiedzieć- zaczął ostro.
-Ta informacja nie jest ci potrzebna- przerwała mu idąca ku nam uzbrojona popielatowłosa.
Mężczyzna spojrzał na nią i mnie puścił.
-A pani po co się wtrąca?- Zapytał zirytowany.
-Bo, czy pan tego chce, czy nie; do czasu nadejścia jakiejkolwiek pomocy: to ja tu, do cholery, rządzę i to dzięki nam- ruchem głowy wskazała mnie- ty i inni jeszcze oddychacie, więc łaskawie się dostosuj, pierdolony, nadęty ćwoku- pojechała po nim jak po burej suce aż rozdziawiłem gębę ze zdumienia.
-Jak pani śmie być taka nieuprzejma??- Wypalił jej rozmówca jąkając się z przejęcia.
Victoria aż sapnęła z wściekłości, warcząc:
-Od rana mam paskudny dzień. Boli mnie głowa. Utknęłam w pieprzonym pociągu. Otoczona przez hordę głodnych potworów. I dodatkowo muszę użerać się z pewnym palantem, który zamiast dostosować się do poleceń, od których może zależeć jego życie; ma mnie zwyczajnie i głęboko w dupie, cholera jasna!.
-Uuuu, gościu. Teraz toś sobie nagrabił. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak mocno wkurwionej- zauważyłem, oczami wyobraźni widząc jak pod czachą Vix kotłuje się para i wychodzi uszami.
-Miła pani bardzo się zdenerwowała- zauważyła siedmiolatka z namysłem.
-Vix, zostanę tu. Jak z tą zakażoną?- Zapytałem krótko.
-Jak z każdymi. Wyje. Reszta już wpada w panikę- odparła.
-Przyślij za godzinę Yennefer. Zmieni mnie. Potem pójdę pogadać z pasażerami- powiedziałem krótko.
Vix skinęła głową i odeszła.
[***]
-Damon- Yennefer szturchnęła mnie butem. Łańcuszek różańca w mojej dłoni zadzwonił lekko.-Przysnąłem...- wstałem spod drzwi wagonu.- Przypilnuj kręgu i trzymaj- wepchnąłem jej w palce różaniec.
-Dobra- odebrała ode mnie przedmiot.
-Odmów chociaż dziesiątkę- powiedziałem cicho.
Kiwnęła głową, a ja zaciągając się dymem odszedłem.
Kilka wagonów później.
Szedłem korytarzem zaglądając do przedziałów, wtedy wpadłem na Vix i odruchowo odskoczyłem.
-I jak?-Zapytałem na przywitanie.
-Zależy o kogo pytasz- zauważyła powoli. Zmarszczki na jej czole świadczyły o jej zmęczeniu i rozdrażnieniu.
-Coś jest nie tak z naszym- mruknąłem.
-Bardzo nie tak. Temu konduktorowi odbija palma. Musiałam go związać, bo zgubiłby siebie i nas- prychnęła z irytacją.
-Bardziej bym liczył, że to tym nastolatkom odbije- zauważyłem zamyślony. Naszą rozmowę przerwał okropnie zezwierzęcony wrzask.
Przypomniałem sobie wydarzenia sprzed pięciu miesięcy i przenosząc się w czasie, znów poczułem tamten wyniszczający ból.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Gabriel przymknął na chwilę oczy, a jego twarz zastygła w dziwnym wyrazie. Stojąc sztywno wyprostowany nagle drgnął i otworzył oczy aż się wzdrygnęłam. Podniósł prawą nogę, a jego dłoń sięgnęła po krzyż, który rozłożył z trzaskiem.-Trzeba ją dobić- powiedział chcąc iść, ale złapałam go za ramię, mówiąc:
-Nie. Nadal jest człowiekiem, Gabriel- upomniałam go chłodno.
Spojrzał na mnie z boku pełnym beznadziei wzrokiem.
-Victoria, nie wiadomo, ile tu spędzimy. Nie możemy uratować wszystkich i lepiej będzie...
-Zabić, bo tylko to potrafisz..?- Kiedy to powiedziałam, już wiedziałam, że posunęłam się trochę za daleko, bo Gabriel zaśmiał się z goryczą.
-W końcu z litości sama ją zabijesz. Niedługo świt; gdy pojawi się słońce ona dostanie szału- powiedział cicho i składając broń, wsunął ją spowrotem w glana.- Idę pogadać z resztą pociągu- dodał odchodząc.
-Gabriel- na swoje imię przystanął nie odwracając się.- Przysięgnij mi, że jej jeszcze nie zabijesz.
-Przysięgam- odpowiedział z powagą odchodząc, a ja zaczęłam rozważać jego poprzednie słowa.
Powiedział coś takiego już drugi raz, a to powoli zaczynało mnie przerażać. Zachowywał się tak, jakby wiedział o czym mówi i obawiał się, że niedługo spełnią się i jego największe obawy.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Ostrożnie przekraczając sól wszedłem do przedziału.Kobieta leżała na podłodze z rękoma związanymi z tyłu sznurem nasączonym świętą wodą.
-Czemu mnie tak traktujecie?- Zapytała zdenerwowanym i niepewnym tonem.
Obejrzałem uważnie szyję ciemnowłosej kobiety. Na bladej skórze odcinały się dwa dosyć duże, świeże i ropiejące ślady kłów.
-Któryś z Tamtych cię ugryzł- obszedłem ją i zajrzałem jej w oczy. Czarne jak noc. Żyły uwydatniły się tworząc jasnoniebieskie alejki na jej skórze.- Kolor oczu- powiedziałem tonem przesłuchania.
-Co?- Zapytała zbita z tropu.
-Twój kolor oczu- powtórzyłem krótko.
-Jasny brąz, o co ci chodzi?- Zaczęła zaskoczona, próbując się uspokoić. Trzymała się z daleka od soli rozsypanej przy oknie i równocześnie jak najdalej od drzwi. Oddech był nierówny, a jej serce zaczynało wariować.
-Boże- na dźwięk wezwania warknęła i odczołgała się ode mnie, ale zaraz przypominając sobie o poświęconej soli zbliżyła się spowrotem.
Odkręciłem butelkę z krwią i upiłem spory łyk krzywiąc się. Była obrzydliwa...
-O CO CI CHODZI??- Zapytała ostro.
-Twoje oczy są czarne- odpowiedziałem i zostawiłem ją w spokoju.
Pasażerowie pechowego pociągu podczas rozmowy ze mną zachowywali się różnie. Jedni podchodzili do moich słów sceptycznie, drudzy uważali mnie za świra. Jeszcze inni popadali w histerię. Byli też i tacy, których to bawiło i to właśnie ci najbardziej mnie wnerwiali.
-Co cię tak śmieszy?- Zapytałem z rozdrażnieniem kolejnego wesołka, opierając się o listwę drzwi.
-Jesteś popieprzony- odparł kpiąco patrząc na mnie.
Złapałem go za bluzę i silnym szarpnięciem podniosłem kilka lat starszego ode mnie chłopaka na nogi. Mógł być może w wieku Vincenzo, albo rok starszy.
-Dobra, wesołku. Idziemy się przejść: popatrzysz sobie na "popieprzone rzeczy"- warknąłem i pchnąłem go ku wyjściu z przedziału.
-Zostaw mojego syna- odezwał się ostrzegawczo starszy jegomość w kapeluszu.
Prześwidrowałem go wzrokiem.
-Bo...?- Zapytałem zwięźle z nutą drwiny. W tym momencie w kierunku szyby padły strzały.
Odruchowo odepchnąłem faceta i nakazując wszystkim się nie ruszać, rozwaliłem stolik i osłaniając się nim zakląłem pod nosem.
-Skąd oni wzięli klamkę? O, kurwa- tuż przed moim okiem utkwił ostatni pocisk.
Seria ucichła. Wychylając się ostrożnie zza improwizowanej tarczy odetchnąłem z ulgą.- Koniec amunicji, sukinsyny!.- Szybkim ruchem wyrzuciłem tarczę rozwalonym oknem i sięgnąłem do kabur po klamki. Przeładowałem i oddałem po cztery strzały z obu, a atakujące przedział bestie popadały robiąc miejsce reszcie atakujących.
-Niech to szlag. KURWA!- Zakląłem pięściami i kopniakami odganiając Nocnych. Wesołek obserwując to zrobił się blady jak trup.
Rzuciłem klamki i kopiąc kolejnego, szybko sięgnąłem do buta i po chwili trzasnął rozkładany, zdobiony rubinami na ramionach Krucyfiks, a mnie na chwilę oślepił delikatny refleks światła.
Tamci z warczeniem zaczęli się cofać i uciekać w mrok, do lasu.
-Cholera... Moje oczy- w zasięgu wzroku zaczęły mi tańczyć kręgi i mroczki. Osłoniłem oczy ręką cofając się.
Starszy jegomość widząc, że niebezpieczeństwo chwilowo minęło zasłonił sobą słabo przeswiecający przez chmury nikły promień słońca, a ja opuściłem rękę i przez chwilę mrugałem powiekami lekko oszołomiony.
-Wszystko z panem w porządku?- Zapytała staruszka.
-Czemu oni nawiali?- Prócz tego posypało się jeszcze kilka innych pytań.
-Boją się słońca. Parzy ich- odparłem po dłuższej chwili nadal z bronią w ręku.- Zaraz wrócę..
Wagon numer czternaście...
Victoria otworzyła widząc mnie za szybą. Wpadłem na nią wchodząc i wziąłem dwa lniane worki z solą po czym skierowałem się w drogę powrotną.
-Gabriel, a ty dokąd?- Zapytała Vix. Zbyt zamyślony nie odezwałem się ni słowem.
-Gabrielu Damonie Borgia, dokąd znów się wybierasz??- Stanąłem jak wryty, a konduktor zerwał się na równe nogi z przerażeniem, słysząc moje nazwisko.
-Przyszedłem tylko po sól- odparłem czując napięcie w powietrzu.
-Wiedziałem, że skądś cię znam- odezwał się związany mocno konduktor- Hydro.
Wszyscy nieznajomi obserwowali mnie nieufnie i podejrzliwie.
Sięgnąłem po absynt i pociągnąłem kilka łyków.
-Nie należę do Hydry od ośmiu lat- odparłem zimno wychodząc.
***
Z fajką w zębach i okularami przeciwsłonecznymi na nosie wszedłem do jednego z przedziałów wagonu numer dwadzieścia dwa, którego pasażerów niedawno zaatakowano.Pierwszym, co zauważyłem były odłamki rozbitego okna iskrzące w rzadkich smugach słońca, co: o dziwo! widziałem nawet przez ciemne szkła.
-Co to jest?- Zapytał jegomość w kapeluszu mając na myśli worek.
-Święcona sól. Odstrasza ich- wyjaśniłem, rozsypując proszek przed oknem utworzyłem półokrąg paląc szluga.- In nomine Domini terminum imponeret Entia per noctem- powtórzyłem to, co zapamiętałem z ostatniej misji z Rafaelem, znacząc bronią w powietrzu krzyż.- In nomine Patris, et Fili, et Spiritus Sancti.
-Amen- rzuciła cicho staruszka, którą nazwałem w myślach pieszczotliwie babcią.
-Amen- powtórzyłem chowając broń. Wstałem i spojrzałem w okno z zastanowieniem.
-To coś da?- Zapytała jakaś nastolatka ubrana jak gotka.
-Damon- rzuciła Yennefer od drzwi.
-Co jest?- Zapytałem patrząc na nią przez ramię.
-W nocy zaatakowali kolejne dwa wagony- zaraportowała krótko i bez emocji.
Wszyscy zaczęli panikować. Padło kilka "musimy uciekać" i zrobił się nerwowy lament. Tylko starsza kobieta w środku prawego rzędu siedzeń siedziała spokojnie.
-Wszyscy się uspokójcie- nakazała spokojnie, ale stanowczo, a reszta spojrzała na nią jak na kosmitkę i zaczęła protestować.
-Ja nie zamierzam tu siedzieć i czekać na śmierć- prychnął "Wesołek" spanikowanym tonem.
Wiedziałem, że za chwilę mogę tego nie opanować, więc wyciągając Glocka strzeliłem w podłogę, by uciszyć hałas i szum.
-Zamknąć mordy i siadać!.- Warknąłem ostro.
Wszyscy spojrzeli na mnie, jak na wariata, a niższy ode mnie blondyn o miodowych oczach warknął:
-Niby dlaczego mamy was słuchać? Rządzicie się, jakbyście byli tu najważniejsi i rozstawiacie nas po kątach, jak małe dzieci.
Pchnął mnie, a ja bez wahania walnąłem go w twarz. Chciał oddać, ale zrobiłem unik i założyłem mu chwyt unieruchamiający go w niewygodnej pozycji.
-Nikt cię nie trzyma tu siłą- odparłem chłodno.- Jak masz w dupie swoje życie, to idź: droga wolna, ale nie narażaj innych do kurwy nędzy- dodałem rozsądnie, puszczając go.- Ktoś zginął?- Zapytałem odwracając się ku Yen.
-Na szczęście nikt, ani nie ma żadnych zakażonych- w tym momencie w jej dłoni pojawił się nóż, który znalazł się tuż przy gardle tamtego.- Cofnij się!.
-Opuść nóż, Yennefer. Nie dziwię się, że ten koleś ma dosyć. Sam mam dość- sięgnąłem za pazuchę po butelkę z krwią i napiłem się.- A ta zakażona?
-Victoria mówi, że jest z nią coraz gorzej- oznajmiła chowając ostrze w kurtce.
Rafael J. White
Wiadomości donosiły o wichurach, poza tym Victoria i Gabriel nadal nie zameldowali się w hotelu. Wraz z Josephem obdzwoniliśmy wszystkie szpitale i komisariaty. Nic. Przepadli, jak kamień w wodę.W tym momencie spiker radiowy przekazał informację z ostatniej chwili o unieruchomionym pociągu na jakimś pustkowiu i atakach w mieście dwadzieścia kilometrów od domniemanego miejsca postoju pociągu.
Wszyscy judaszowi w Watykanie odsypiali ciężką noc, wielu było na misjach w innych rejonach kraju, a ja bałem się, że Vix jest w tym felernym składzie na jakimś zadupiu.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Westchnąłem ciężko.-Zastąp mnie. Muszę odespać- powiedziałem odchodząc.
-Ten Pietro chce patrolować wagony- odpowiedziała powoli.
-W dzień to niepotrzebne- obruszyłem się.
-Chce to robić nocą- zaprzeczyła czarnowłosa krótko.
-Pogadam z nim i wybiję mu to z głowy. - Podbiłem butem flakon i zręcznie go złapałem.- Później- powiedziałem ze zmęczeniem odchodząc podałem jej napoczęty worek soli.
***
W przedziale padłem na najbliższy fotel i już miałem szykować się do drzemki, gdy Victoria weszła do środka.-Dzieje się coś?- Zapytaliśmy równocześnie.
-Oprócz tego, że ta w izolatce hałasuje, nic.
-U mnie też nie jest źle. Yennefer zajmie się resztą- oznajmiłem trzymając się resztek jawy.
-Marnie wyglądasz- skomentowała Francesca.
-Muszę się trochę zdrzemnąć. Padam na pysk- odparłem ignorując zatroskane spojrzenie Victorii.
Zamknąłem oczy i odcięło mi zasilanie...
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Para nastolatków, Yennefer i unieruchomiony urazem facet dla zabicia czasu grali w karty. Związany konduktor zasnął ze zmęczenia. Siedziałam obok śpiącego Gabriela i zastanawiałam się dokąd chodzi, kiedy znika z kwatery Księży Judasza.Zauważyłam, że bardzo często odsypia w dzień i czasami zachowuje się dość dziwnie. Te nerwowe tiki niepokoiły mnie najbardziej i czułam, że jest coś, czego nie chce mi powiedzieć na temat swojego stanu zdrowia.
Gabriel bardzo się zmienił od czasu, gdy dowiedział się, że jego była nadal żyje. Stał się niesamowicie czujny i skrupulatnie planował swój każdy kolejny krok. Nawet jego sen był lekki i potrafiło go obudzić każde najcichsze stuknięcie.
Teraz jednak spał spokojnie, a jego oddech był miarowy.
Czuwałam przy nim w milczeniu.
Podczas kolejnego obchodu pytałam też Yennefer o Gabriela, bo wydawało mi się, że prawie wcale nie znam blondyna.
-Zależy o co konkretnie pytasz w przypadku Damona- ciągle nazywała go jego drugim imieniem.
-O to, jaki tak naprawdę jest- powiedziałam wzruszając ramionami.
-Znam go tylko z Hydry. Jako pierwszy Egzekutor szkolił nowych członków mafii. Był perfekcyjnym kłamcą i oszustem, a także surowym i bezwzględnym zabójcą. Wszystkie Hydry traktowały go z respektem, nawet Łby bały się mu podpaść. W razie wątpliwości zabić: tak zawsze mówił.
-Dlaczego przezwali go Król?-Zapytałam niepewna, czy jednak chcę wiedzieć.
-Poprzedni Wąż traktował go inaczej, niż nas, ale wszyscy, mimo zazdrości, za bardzo się bali, żeby to komentować, a tym bardziej kwestionować decyzje samego Gabriela Damona- mówiła dalej.- Oczywiście znajdowali się tacy odmieńcy, ale w większości przypadków znikali potem bez śladu.
-Jak to?- Zapytałam wstrząśnięta.
Westchnęła upijając łyk wody mineralnej.
-Mafia ma wewnętrzną hierarchię. Niektórzy członkowie przyszli sami, inni zostali zwerbowani. Ci drudzy są często zastraszani i szantażowani...
-Więc czemu zostają??- Przerwałam jej zaskoczona.
-Bo nie mają dokąd iść. Za dnia są zwykłymi ludźmi, jakich wielu na ulicach, ale równocześnie są też Hydrami i wykonują rozkazy z góry. Znaleźli się między młotem i kowadłem. Niektórzy z nich są w sytuacji bez wyjścia, bo mafia ma swoje wtyki dosłownie wszędzie.- Zaśmiała się z goryczą.- Na końcu nie wiadomo już komu tak naprawdę można ufać. Poddają się presji i jeb- kopnęła ciężkim, motocyklowym butem w blaszaną ścianę, czemu zawtórował metaliczny pogłos- wpadają w sidła Hydry i muszą prowadzić podwójne życie. Niektórych próbowano złamać fizycznymi torturami. Jedni z nich ginęli, a ci, którzy przeżyli- urwała i pokręciła głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Ci którzy przeżyli, to co...?- Zapytałam zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać.
-Stali się gorsi, niż dzikie zwierzęta. Polityka strachu działa w ten sposób, że wypiera delikwenta z uczuć. Zostają w tobie tylko instynkty i uczucia do własnej rodziny, nic ponadto. Zrobisz wszystko, czego chce Hydra wzamian za to; żeby nie spełniała swoich gróźb. Jesteś samolubnym, zimnym, chodzącym kawałkiem mięsa pozbawionym najprostszych ludzkich odruchów.
Cofnęłam się od niej szepcząc w szoku:
-To chore... Popaprane- wypaliłam szeptem, w olbrzymim przerażeniu.
-W mafii to codzienność. Popełniasz błąd: giniesz. Zdradzisz: giniesz. Odmówisz wykonania rozkazu: giniesz. Spróbujesz okraść Szefa organizacji: z miejsca idziesz do piachu. Popaprane, ale skuteczne- wyjaśniła, jakby tłumaczyła coś zupełnie oczywistego.- Damon był w tym najlepszy. Torturami i okrucieństwem wymuszał szacunek, posłuch i łamał nowym charakter. Nazwali go Królem, bo swoją inteligencją i umiejętnościami przebijał nawet byłego Węża. Podobno jako prawa ręka, był najlepszym doradcą w historii Hydry.
Wspominając tę rozmowę zapatrzyłam się na twarz śpiącego Gabriela.
-Gapisz się na mnie- odezwał się nagle jego głos, a ja podskoczyłam mrugając oczami nieprzytomnie.
-Przepraszam, zamyśliłam się- odparłam w odpowiedzi.
-Szkoda, myślałem że powiesz coś w stylu: jesteś strasznie seksowny, kiedy śpisz- powiedział świdrując mnie spojrzeniem z ironicznym uśmiechem na ustach, a reszta naszych towarzyszy ostrzelała mnie zaciekawionymi spojrzeniami.
-Dupek- burknęłam urażona odwracając wzrok.
-Miło mi, Gabriel jestem- po tym już nie mogłam powstrzymać cisnącego się na usta śmiechu i parsknęłam cicho.
Dzień mijał spokojnie, a my planowaliśmy, co dalej. Wiedziałam, że Idący ścieżką Nocy nie odpuszczą tak łatwo świeżej krwi, bo dla nich ten sznur stalowych puszek był czymś w rodzaju darmowej restauracji.
Wraz z Gabrielem zajrzałam do zakażonej kobiety, ale zanim weszłam do środka Gabriel zatrzymał mnie na chwilę w korytarzu.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie można jej ocalić?- Zapytał cicho.
Spojrzałam na niego ponuro i w milczeniu, zanim odpowiedziałam.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Naprawdę nie chciałabym, żeby się tym stała- odpowiedziała smutno.- Nie chcę, żeby stało się to komukolwiek, kto jest dla mnie ważną osobą- westchnęła ciężko.-Czyli mnie można wykluczyć z tego grona- odparłem starając się tym specyficznym żartem skierować rozmowę na weselsze tory.
-Przeciwnie. Czułabym się winna, gdyby coś ci się stało- jej szczere słowa cholernie mnie zabolały. Powoli opuściłem rękę i długi czas patrzyłem z boku na Vix.
Wiedziałem, że coś podejrzewała, ale nie mogłem powiedzieć jej prawdy. Robiłem to dla jej dobra, bo nie chciałem dokładać jej kolejnego ciężaru. Wymusiłem też na Rafaelu obietnicę dotrzymania przez niego tej tajemnicy. Zgodził się, nie dla mnie, a dlatego, że tak samo jak ja chciał szczęścia Vix.
-Przepraszam- odważyłem się objąć moją Nauczycielkę i przytulić ją do siebie braterskim uściskiem.
Poczułem jej pyszny zapach i opierając się temu z trudem, pocałowałem ją w policzek po czym odsunąłem się spokojnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz