piątek, 16 września 2022

Watashi no Akuma 2 Rozdział XIII: Spotkanie. Dawny zabójca.

 Ciche i lekkie kroki oraz głos nucący nieznaną mi melodię. 

-Lee. Po tylu latach jednak się cieszę, że stanęła na naszej drodze- zauważył Rafael. 

-Ta. Po tylu latach nadal żyjemy- w plamę światła wszedł ksiądz Joseph i w ostatniej chwili pochwycił rzuconą przez Rafa broń o włos przed swą twarzą. 

-Zniszcz go- powiedział cicho Raf.- Chcę się z tym definitywnie rozstać. 

Proboszcz Torres w ten sam sposób puścił broń w młynek i uśmiechnął się przekornie. 

-Wolałbym nie dotykać miecza, którym kiedyś chciałeś mnie zabić- zauważył z lekkim śmiechem. 

-Ale dzięki niej przeżyłeś..

-Obaj przeżyliśmy. Niech spoczywa w pokoju- obaj równocześnie wykonali znak krzyża, ale Joseph naznaczył go mieczem.- Jak to my... 

-Bezpańskie psy- dopowiedział Rafael zaciągając się dymem. 

Jo poruszył głową w kierunku drzwi, a Raf bez słowa ruszył za nim. 


-Dobrze wiesz, że nie chcę wracać do tamtego mnie- odezwał się cicho ten delikatny tembr. 

-Więc po co schowałeś Yiin laang?- Zapytał Jo krótko.- Za bardzo się do niego przywiązałeś? 

-Nigdy do nikogo się nie przywiązałem- to bardzo mnie zabolało. Myślałam, że po tamtej wspólnie spędzonej nocy w hotelu jednak coś dla niego znaczę i... 

-Do nikogo, poza nią, James- kapłan Joseph rzucił mu miecz i odszedł. 

Raf pochwycił broń, zakręcił nią w powietrzu i po kilku sekundach przyłożył ją do lewego boku. 

-Nigdy ci tego nie zapomnę, skubańcu- mruknął i jakimś cudem zapiął broń przy pasie.- Yennefer ze mną. Vix, zostajesz- zwrócił się do mnie. 

Yen cofnęła się o dwa kroki do tyłu i blada, jak śmierć klęknęła, jak w kwaterze Smoków, szepcząc: 

-Tak jest, Srebrny Wilku- oznajmiła z czcią. Kiedy wstała w dłoniach trzymała cztery noże.- I, za pozwoleniem... 

-Victoria, ufasz mi?- Na to pytanie aż zachłysnęłam się powietrzem. Mimo, iż nie do końca wiedziałam, co się tutaj dzieje za Rafem (choć się pokłóciliśmy.. Eee. Wróć: to ja pokłóciłam się z nim) poszłabym nawet do piekła. Zbyt zaskoczona, by się odezwać kiwnęłam głową potakująco. 

Rafael kopnął w biurko i wsuwając dłoń pod blat pochwycił brelok z deseczką, na której wypisano jakieś... Krzaczki? 

-Idziemy do Smoków- oznajmił innym, niż zwykle tonem. Ten głos nijak nie przypominał tamtej subtelności, kiedy spotkałam go po raz pierwszy, gdy na jego tle spadały pierwsze płatki śniegu. Chodząc po komnacie puknął w jedną z szafek, a chwilę potem ze ściany wyjechała galeria broni. Wśród nich rozpoznałam tylko granaty i noże oraz broń palną widzianą na filmach akcji. 

-Łap- Raf rzucił do Yen trzy przedmioty, które schwyciła z trudem. Kłaniając się zeszła mu z drogi, a Rafael wsunął coś w wysoki but, dając sygnał do odejścia. 

[***] 

Rafael chwycił się dachu samochodu i wskakując przez otwartą szybę zaczął coś grzebać pod kierownicą. Po chwili otworzyły się drzwi, a silnik zawarczał i zaczął pracować miarowo. 

-KSIEŻE RAFAELU! MY... BOŻE MIŁOSIERNY! MY KRADNIEMY RADIOWÓZ!- Wypaliłam przerażona. 

-Cholera, walą do nas- powiedziała z boku Yennefer. 

-Rzuć dwa- odparł brunet, a ja uświadomiłam sobie coś bardzo ważnego. 

-RAFAEL, PRZECIEŻ TY NIE MASZ PRAWA JAZDY!- Krzyknęłam. Zarzuciło mną, kiedy na pełnej prędkości wpadł w zakręt, przestawił kosz na śmieci i zahamował ostro, kręcąc kierownicą w prawo. 

-Uwierz, potrafię prowadzić, a to nie są policjanci- odpowiedział, a z jego ust znów zwisał papieros bez filtra. Rzucił coś w tamtym dziwnym języku i zaciągnął długą dźwignię za wajchą skrzyni biegów rzucając- trzymajcie się, będzie rzucać! 

-Schylić się!- Usłyszałam metaliczny trzask i piski hamulców, a także serie z broni maszynowej. 

-LAU! TY SYNU KUNDLA I ŁACHUDRY..! WYŁAŹ Z ŁASKI SWOJEJ, JEBANA DANG FU!- Zawołał wesoło Rafael, jakby był w swoim żywiole.- NO, CHODŹ TUTAJ, TY CHIŃSKA KURWO!- Jak znałam Rafa, on nigdy nie klął i nie używał tak wesołego tonu. Spokojnie zatrzymał samochód na środku placyku, a brama ze zgrzytem zjechała z maski wozu. 

-Przestańcie strzelać, szczury- warknął głos przywódcy Smoków.- Pokaż Znak- zwrócił się do Rafa. 

-Który, bo mam dwa- oznajmił ksiądz przykładając do gardła Azjaty tamten miecz. Na jego widok pistolety opadły, a Smoki wokół wozu równocześnie klęknęły.

Lau natychmiast cofnął się i sam uklęknął składając dłoń na piersi. 

-Wiedziałem, że żyjesz; James. Witam ponownie, Srebrny Wilku- odezwał się z dziwną czcią. 

Raf wykopał drzwi, które ustąpiły z głośnym skrzypieniem po czym wysiadł z mieczem w ręku. 

-Ksiądz mafii- wymamrotał wesoło jeden z Azjatów. 

Rafael bez słowa przyłożył mu kraniec klingi do gardła i zmuszając go do powstania syknął zimno: 

-Mówiłeś coś, czy tylko mi się zdawało?- Zapytał krótko. 

-A tak, mówiłem, że..- zamach i odcięty łeb wylądował w palcach Lau'a. 

-Nie wyszedłeś z wprawy- stwierdził przywódca Smoków, rzucając czerep za siebie, a reszta zaczęła się o niego bić.- Dość, psie syny!- Warknął przez ramię, a reszta natychmiast przestała bawić się kawałkiem trupa.

-Oni są bardziej poryci, niż Hydry- mruknęła Yennefer, zniesmaczona splunęła na ziemię. 

Natomiast ja sama nie do końca wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Niecałe dziesięć minut temu zobaczyłam, jak Rafael- MÓJ RAFAEL- bez żadnych emocji w oczach odciął głowę jednego z członków mafii oraz zelżył samego przywódcę Smoków, a ci zwyczajnie klęknęli, jakby był kimś ważnym. 

Raf wsunął miecz w pochwę, a Smoki powstały. Kilku niemal natychmiast zaczęło grać odciętą głową w piłkę. 

-Sprzątnijcie to, łachudry- rzucił przez ramię Lau- Wejdźcie- zaprosił wyjątkowo uprzejmie. 


Orientalny pałacyk od mojej ostatniej wizyty nieco zmienił wystrój. Ozdobne lampiony wiszące nieco w górze rzucały przytłumione czerwone światło na wypolerowaną, drewnianą podłogę szerokiego przejścia. 

Spojrzałam na idącego po prawej Rafaela. W półcieniu jego postać o przystojnej twarzy i bladobłękitnych oczach prezentowała się zupełnie inaczej, a te tęczówki napełniały mnie dziwnym odczuciem, jakby zasysały zewsząd całe światło, a wzamian oddawały światu o wiele głębszy mrok. Szliśmy w ciszy, przerywanej przez... Szum wody..?? 

Rozejrzałam się zdziwiona, poszukując źródła dźwięku, gdy na chwilę zagłuszył go trzask otwieranych drzwi, a moim oczom ukazał się niesamowity widok. 

Za pałacykiem wśród kwitnących drzew wiśni ukryty był przepiękny ogród. Ozdobny biały i czarny kamień układał się w kilkumetrową zwykłą srokę, co odrobinę mnie zdziwiło. 

-To symbol powodzenia- wyjaśnił uprzejmie Lau, widząc, że się przyglądam. 

-Tego akurat nigdy ci nie brakowało- odezwał się Rafael z namysłem. 

-Lepiej dmuchać na zimne, jak wy to mówicie- odrzekł Lau wyjątkowo spokojnie, a ja byłam pełna podziwu dla jego wiedzy, o której zdążyłam już usłyszeć- o czym chciałeś porozmawiać, skoro wpadłeś tu, jakby goniło cię piekło?- Zapytał. 

Raf ruszył na przechadzkę, więc zrozumiałam, że chce pogadać ze Smoczą Głową na osobności. Obawiałam się jednak, bo nie wiedziałam, do czego ma to doprowadzić. Choć w tajemnicy przed Rafaelem spotkałam się z Lau'em z zamiarem dołączenia do Smoków, miałam nadzieję; że Lau nie zdradzi tej tajemnicy. Obaj mężczyźni pozostawili nas w małym pawilonie, a mnie nagle jakiś błysk mocno zakłuł w oczy. 

-Co się stało?- Zapytała Yennefer, widząc że skrzywiona przecieram oczy. 

-Nic, jakieś światło mnie ukłuło- odmruknęłam. Wówczas zobaczyłam duży staw osłonięty z prawego boku drzewami o ładnych fioletowych kwiatach i nieznanej mi nazwie, na którym unosiło się kilkadziesiąt lilii wodnych w pełnym rozkwicie. Pod wpływem delikatnego wiaterku woda marszczyła się i odbijała swiatło księżyca w pełni. 

Rafael J. White 

Chińczyk prowadząc mnie na tyły ogrodu zagadnął: 

-Twoja dziewczyna jest odważna- powiedział lekkim tonem. 

-Victoria nie jest moją dziewczyną- zaprzeczyłem krótko. 

-Łżesz- przerwał mi spokojnie- gdyby była ci obojętna, nie chroniłbyś jej tak zaciekle. Czego oczekuje ode mnie ex zabójca?- Zapytał, kiedy nie odpowiedziałem. 

-Przysługi, jak już zdążyłeś się pewnie domyślić- odparłem po długiej chwili.- Muszę ją ukryć na jakiś czas. 

-No, tak... Wiedziałem, że szuka jej Hydra- zaczął. 

-Nie tylko. Zaczyna ją obserwować także Sabat- przerwałem mu.- Nie podoba mi się to, bo zaczęli się nią dziwnie interesować. 

-Sabat? Dziwna nazwa; przypomina trochę tych czubków bawiących się w okultyzm- stwierdził powoli. 

-Pewnie Cheng wspominał ci o Nocnych- zasugerowałem, a gdy skinął głową mówiłem dalej.- Sabat to inaczej wampirzy magnaci. Czegokolwiek chcą od Vix zamierzam ją chronić za wszelką cenę, Lau. 

-Jak mówisz cena nie gra roli- zauważył z niepokojącym błyskiem w oku- ale kto ochroni ją przed nami? Nie sądzisz, że to ironia losu, że oddajesz ją pod opiekę mafii, gdzie również może nie być do końca bezpieczna?- Zapytał z dziwnym zaciekawieniem. 

-Co chcesz przez to powiedzieć?.- Zapytałem ostro. 

-Tylko to, że w pewnym sensie, wpada z deszczu pod rynnę- uśmiechnął się paskudnie, próbując mnie sprowokować. 

I udało mu się to. Chwytając go mocno za gardło oparłem szefa mafii o drzewo i przyłożyłem mu klingę do piersi z wściekłą miną. 

-Niech tylko którykolwiek z was ją tknie, a nie ręczę za siebie- zasyczałem lodowato.- Tknie ją jeden, a wszystkich zabiję, przysięgam. Znasz mnie i na pewno zdajesz sobie sprawę, że wtedy nawet broń wam nie pomoże... Jeśli nie potrafisz utrzymać swoich ludzi w ryzach...

Lau spojrzał mi prosto w oczy z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 

-Rozumiem. Nie musisz mi grozić- oznajmił odsuwając palcem ostrze broni. Odsunąłem się o krok i wsunąłem kodachi w czarną pochwę.- Żaden z moich ludzi jej nie tknie, nawet na nią nie spojrzy, jeśli zechcesz- powiedział poważnie.- Znam cię długo i wiem, że lepiej jest nie grać ci na nerwach; dlatego zgodzę się na każdy twój warunek- dodał spokojnie, poprawiając kołnierz czarnej koszuli.- Prawdę mówiąc żałuję, że nie wrócisz do nas. Naprawdę marnujesz się jako kaznodzieja- zauważył po chwili. 

-Skończyłem z tym; Lau. Zabójca, którym byłem odszedł na emeryturę- odparłem.- Jeszcze dziś przywiozę jej rzeczy. 

-Oczywiście- odparł uprzejmie młodszy ode mnie Azjata. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Ich rozmowa musiała nie trwać długo, bo ani się spostrzegłam, Rafael i Lau już do nas wracali. Yennefer posłała księdzu dziwnie pytające spojrzenie, a on kiwnął głową w milczeniu, podchodząc do mnie. 

-Victoria, musisz mnie teraz bardzo uważnie posłuchać- powiedział z powagą Raf. 

-Zostawimy was- odezwał się Lau, a Yen poklepała mnie po plecach odchodząc wraz z nim. 

Kiwnęłam głową zbyt zdenerwowana i roztrzęsiona, żeby powiedzieć coś więcej; bo czułam, że Raf przywiózł mnie tu w określonym celu. Wzdrygnęłam się lekko, kiedy położył mi rękę na ramieniu i przez kilka minut patrzyłam na jego twarz, starając się zrozumieć; kim tak naprawdę jest. 

Odniosłam wrażenie, że wcale nie znam Rafaela i zaczynałam trochę się go bać. Na moich oczach zupełnie bez żadnych uczuć w twarzy zabił człowieka. Ten wyrozumiały, troskliwy i pełen dobroci mężczyzna, którego myślałam, że znam; zabił kogoś innego, niż Nocny. 

-Wolałbym, żebyś nigdy nie zobaczyła tego mnie- odezwał się cicho i z żalem. 

-Tego ciebie, czyli kogo dokładnie?- Zapytałam drżącym głosem.- Dlaczego on nazwał cię James? Kim naprawdę jesteś i po co kłamiesz?? 

Rafael odsunął się powoli i położył mi dłoń na wargach, mówiąc: 

-Myślisz, że jestem dumny z tego, kim byłem i co kiedyś robiłem?- Zapytał z goryczą w głosie, unikając moich oczu powoli opuścił rękę.- Nie jestem. Dawno temu byłem zabójcą, który nie przejmował się niczym i przeliczał ludzkie życie na straty i zyski. Wstydzę się tego- powiedział dobitnie. Umilkł na chwilę, jakby próbując zebrać myśli, po czym kontynuował- James to moje mafijne miano, a Srebrnym Wilkiem nazywano mnie poza organizacją... 

Cofnęłam się o kilka kroków i napotkałam plecami słupek pawilonu, wpatrując się ogarnięta szokiem, przerażeniem i niedowierzaniem w stojącego przede mną proboszcza. 

-Należałem do Hydry, ale tej sprzed lat. Wtedy była jeszcze w powijakach i stanowiła filię weneckiej mafii- wyjaśnił. 

-Nie chcę tego słuchać- przerwałam mu z naciskiem, nadal nie mogąc uwierzyć w to wszystko. 

-Vix, proszę posłuchaj, co mam ci do powiedzenia...- powiedział błagalnie wpatrzony w ziemię. 

-Chcę wrócić do domu, Rafael, i obudzić się z tego porąbanego snu- oznajmiłam ostro, potrząsając nim. 

Nie potrafiłam w to wszystko uwierzyć. Rafael... MÓJ NAJUKOCHAŃSZY RAFAEL nigdy nie skrzywdziłby żadnego człowieka!. Brzydził się każdym, kto mógłby zrobić coś takiego... On nie... 

-To nie jest sen, kochanie- powiedział bardzo cicho. 

Po jego ostatnim słowie przestało to do mnie docierać całkowicie. Rafael oparł mnie mocno o słupek pawilonu i przyciskając mnie do niego wpiął się wargami w moje. 

Całował mocno i głodnie, nabierając łapczywie powietrza pomiędzy pocałunkami. Kanty prostokątnego słupka wbijały mi się w łopatki, gdy trzymając moje ręce pomiędzy swoimi, przyciskał mnie sobą do podpory pawilonu. 

-Raf...- zdążyłam powiedzieć zanim znów zamknął mi usta kolejnym, bardzo długim i brutalnym, choć pękającym od nadmiaru uczuć pocałunkiem. Zupełnie nie rozumiałam, co się dzieje, było mi zimno i czułam się ogromnie skołowana zachowaniem księdza. W końcu lekkim, ale zdecydowanym ruchem odsunęłam bruneta od siebie obserwując go oszołomiona. 

Rafael miał przyspieszony oddech, a jego oczy płonęły blaskiem, którego nie potrafiłam nazwać słowami. Na tej twarzy widniała cała paleta uczuć i nie przypominał mi już tego zdyscyplinowanego duchownego, którym zwykle był. Z wrażenia zapomniałam, co ledwie kilka sekund temu chciałam powiedzieć... Nie mogłam pojąć, dlaczego pocałował mnie tak nagle i w taki sposób. Kiedy stał tuż przy mnie, czułam jego łomoczące serce... A może to moje tak waliło...? Sama już nie wiedziałam. 

-O, Boże Miłosierny... Co ja robię..?- Wyszeptał wystraszonym tonem, jakby zupełnie nagle zapomniał, gdzie jesteśmy.- Pieprzyć to!.- Wymruczał wpatrując się w zadaszenie pawilonu. 


Kwadrans później jednak spoważniał. 

-Vix... Wiesz, muszę cię tu zostawić na jakiś czas- powiedział cicho, głaszcząc mnie po twarzy. 

-Jak to...? Tutaj?? Po co???- Wypaliłam udając przerażoną. 

Spojrzał na mnie, a jego oczy przygasły i znów odniosłam tamto wrażenie zanikającego wokół niego światła. 

-Chcę cię chronić- oznajmił z uczuciem, ale gdy chciałam się odezwać, domagać jakichkolwiek wyjaśnień, uciszył mnie ruchem dłoni- pozwól mi to powiedzieć.. Bo.. Nie wybaczę sobie, jeśli tego nie powiem- poprosił cicho,  patrząc mi w oczy. Zamknęłam usta, a mężczyzna o przydługich włosach, ubrany w sutannę z koloratką i ciemny płaszcz mówił dalej- KOCHAM CIĘ. Nigdy wcześniej nie czułem czegoś takiego do żadnej innej osoby przed tobą, Victoria i nikt nie znaczył dla mnie tyle, co ty- Rafael mówił szybko, jakby bał się, że stchórzy; zanim wyzna wszystko, co chciał wyznać.- Od tamtej nocy... Od tamtej nocy, kiedy cię spotkałem, moje beznadziejne życie... Ja... Znowu zapragnąłem żyć... Wiesz, jak to jest chcieć żyć?- Zapytał, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć ciągnął.- Jakbym obudził się z koszmaru.- Zastanowił się przez moment.- Nie... To ty mnie z niego obudziłaś, Victoria..- te blade tęczówki znów zaświeciły, a oświetlający go księżyc zdawał się przez chwilę przygasać.- Dla ciebie zrobiłbym wszystko.. Nawet wróciłbym do tamtego życia, bo ja... Ty- poprawił się- jesteś dla mnie... Jesteś...- Zmarszczył czoło i brwi, nie wiedząc, jak ubrać w słowa to odczucie. 

Rafael J. White 

-Kim dla ciebie jestem, Raf...?- Zapytała niezwykle łagodnym tonem. 

Choć na zewnątrz stałem niemal nieruchomo, to w środku byłem strasznie roztrzęsiony. Czułem coś takiego pierwszy raz w swoim życiu i nie potrafiłem pozbyć się tamtych obrazów, gdy zalała mnie fala wspomnień związanych z Vix- od tamtego spotkania, poprzez początkowe wzajemne utarczki; kiedy zacząłem ją uczyć aż po dzisiejszy ciepły, późny wieczór w kwaterze Smoków. 

Nie potrafiłem zebrać myśli, albo raczej... Od tamtej upojnej nocy w hotelu nie mogłem myśleć o czymkolwiek innym w jej obecności. Potrafiłem wściekać się na każdego, poza nią. 

Victoria zbliżyła się z zaskoczeniem w oczach i poczułem jej dłoń na swojej twarzy... Ja... 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Rafael płakał... Po jego twarzy spływały duże i ciężkie krople; jakby wreszcie pozbył się ciężaru; który zgniatał mu serce. 

-Nie chcę tego, ale... Muszę cię chronić przed każdym, kto chciałby- głos mu się załamał- coś ci zrobić.. W ogóle nie byłbym sobą, gdybym pozwolił komuś cię skrzywdzić- powiedział cicho. 

-Wiem- odparłam ocierając jego łzy.- Wiem, że wszystko będzie dobrze; ale boję się zostać tutaj sama i... 

-A ja boję się cię tu zostawić; ale nie mam wyboru. Nie chcę stracić wszystkiego, choć to "wszystko" jest trochę niskie i czasami upierdliwe- starał się mnie rozweselić. 

-Świat się jeszcze kręci.. Jak nieźle popieprzona karuzela- powiedziałam cicho, a on uśmiechnął się przez łzy. 

Jednak mój świat w tamtej chwili stał na głowie, a zamiast grawitacji, trzymał mnie przy ziemi Rafael J. White. 

[***] 

Kilka minut potem pożegnałam się z Rafem i Yen, jednak brunet obiecał, że przywiezie mi ciuchy i resztę potrzebnych rzeczy. Stojąc przy boku Lau'a patrzyłam, jak Rafael i Yennefer odjeżdżają czarnym samochodem. 

-Zmieniłaś go- odezwał się Chińczyk obserwując skręcający samochód. 

-Nie ja- odpowiedziałam cicho.- Ktoś kiedyś powiedział, że kobieta nie może zmienić mężczyzny, jeśli on sam tego nie chce- zauważyłam. 

Lau zachichotał zakrywając twarz szerokim rękawem swojego stroju. 

-Spróbuj to powiedzieć mojej żonie, Orle- powiedział wesoło.- W życiu się z tobą nie zgodzi. 

W tej samej chwili kilka kroków za nami usłyszałam ich piskliwy dialekt z kobiecych ust. Lau westchnął ciężko, mrucząc wymownie: 

-O wilku mowa, a wilk tuż, czy jak to tam szło- jęknął odwracając się na pięcie.- Ta kobieta jest naszym gościem, Mao- zwrócił się do nieznajomej w naszym języku. 

Mao była niską i długowłosą kobietą o czarnych włosach spiętych w kucyk na czubku głowy. Jej oczy były w kolorze kawy, a rysy przypominały nieco europejskie. Odziana była w długą suknię z lekkim rozcięciem po boku. 

-Nie kłam. Sprowadzasz sobie kochankę do domu, ty...- Rozzłościła się. 

Lau westchnął ciężko, ze zmęczeniem. 

-Prze-Przepraszam, ale Lau nie jest w moim typie- powiedziałam starając się jakoś załagodzić sytuację. 

Oczy żony Smoczej Głowy zwęziły się w szparki. 

-Uważasz, że nie jest ani trochę atrakcyjny?- Zaperzyła się, gestem ręki wskazując na Głowę mafii. 

Gorączkowo zastanawiałam się, jak wybrnąć z tej wyjątkowo niezręcznej sytuacji. 

-Z całym szacunkiem, ale nie powiedziałam, że Lau nie jest atrakcyjny. Po prostu żonaci mężczyźni mnie nie interesują- odpowiedziałam uprzejmie. 

-Skąd niby możesz wiedzieć, że jest żonaty?- Zapytała, mierząc mnie lodowatym wzrokiem. 

-Bo... No bo...- Na chwilę mnie zatkało, ale zaraz dodałam- Jest pani strasznie o niego zazdrosna... 

Po tych słowach krótko obcięty czarnowłosy osunął się na schodki dusząc się ze śmiechu. Rechotał, jak szalony, niekiedy krztusząc się z wesołości. 

-DO DIABŁA!- Zakrzyknął wesoło.- Kobiety to naprawdę zdumiewające istoty! Wiele głów jak hydra, wiele twarzy jak mafia i wiele ognia jak pożoga- zachichotał. 

-O co ci chodzi?- Zdziwiłam się gapiąc się nań, jak sroka w gnat. 

-Widzisz... W życiu każdego z moich rodaków symbole grają bardzo ważną rolę. W przeciwieństwie do was Europejczyków, my Azjaci nie jesteśmy... Rzadziej mówimy bezpośrednio to, co myślimy i każde wypowiedziane przez nas słowo, czy zdanie ma drugie dno- wytłumaczył mi spokojnie. 

-To tak, jakby diabeł mówił tylko po niemiecku- zauważyłam przyglądając się uważnie jego żonie. 

-Czemu?- Zdziwił się, wstając. 

-Według naszej Biblii anioły i demony znają wszystkie języki świata- wyjaśniłam spokojnie. 

Lau spojrzał na mnie nie ukrywając zaintrygowania. 

-Muszę przeczytać tę waszą Biblię. To może być ciekawa lektura- stwierdził odchodząc. 


Lau po kolacji poprosił swą małżonkę, by przygotowała jeden z wolnych pokoi. 

Chciałam mu podziękować, ale nawet nie chciał o tym słyszeć i bredził coś o tym, że to on jest dłużnikiem Rafaela, a nie odwrotnie, po czym zmienił temat na bardziej neutralny i zaczął zabawiać mnie rozmową. 

Rafael pojawił się kilka godzin potem z wściekle żółtą torbą. Na jej wspomnienie przed moimi oczami stanęła postać Gabriela... 

-Wybaczcie, chcielibyśmy zostać sami- oznajmił Raf zwracając się do strażników. Skłonili się lekko i wyszli zamykając za sobą drzwi. 

W tamtej chwili usłyszałam dźwięki instrumentu, na którym Lau grał po kolacji podczas naszej rozmowy. 

Rafael J. White 

-Lau znów gra na tej dziwacznej gitarze- powiedziała cicho. 

-To shamisen- poprawiłem smutno. 

Vix podniosła się z fotela. 

-Umiesz na tym grać?- Zaciekawiła się. 

-Trochę- powiedziałem wolno. 

Vix zaśmiała się cicho, ale zaraz stała się poważna, jak nigdy wcześniej. 

-Dlaczego nie powiedziałeś mi wszystkiego?- Zapytała smutno. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Rafael pochylił głowę i zgarbił lekko ramiona. 

-Myślałem, że nigdy nie będę musiał wracać do tamtego życia- zauważył ponurym tonem.- Nie chciałem do niego wracać, bo ty... Ty nadałaś mojemu bezsensownemu życiu sens, Victoria- wyznał szeptem. 

-Raf... Odrąbałeś człowiekowi głowę- powiedziałam, starając się zapanować nad swoimi emocjami. Zwłaszcza nad obrzydzeniem i strachem. 

-Czasami myślę, że to ta broń jest przeklęta- zwierzył się- że to ona zmusza mnie do bycia Nim.. Jamesem- wbił oczy w pościel- ale ja.. Ja tego nie chcę. 

-Wiem- podeszłam do niego i odsuwając pościel przytuliłam go mocno.- Nie jesteś mordercą... 

-Nie wiesz i nie chcesz wiedzieć, co robiłem dawno temu, a ja.. Sam się tego wstydzę- wyznał z rozpaczą.- Wtedy było mi wszystko jedno, bo chciałem... Z czałego serca chciałem umrzeć- oznajmił nie patrząc na mnie. 

Zaskoczona odsunęłam go od siebie i biorąc jego twarz o łagodnych rysach, zmusiłam Rafaela, żeby na mnie spojrzał. 

Rafael J. White

-Przeszłość zostawmy za sobą. Liczmy się z tym, co teraz i później- powiedziała, a to srebro w jej oczach.. 

-Boże Miłosierny w Niebiosach- wyszeptałem porażony nie tyle urodą Victorii, co jej mądrością. 

Vix zapatrzyła się na coś za oknem. 

-Mogę cię o coś spytać?- Powiedziała nagle, w milczeniu skinąłem głową.- Lau powiedział, że spłaca dług wobec ciebie. Czego dotyczył?- Zapytała cicho, jakby nadal się mnie obawiała. 

-Ocaliłem mu życie, tylko tyle- zacząłem. 

-A może AŻ tyle?- Zapytała.- Oni wyraźnie się ciebie boją. Ktoś powie "James" albo "Srebrny Wilk" zaraz wszyscy siedzą cicho. Jak wszedłeś i powiedziałeś, żeby nas zostawić samych, ukłonili się i poszli- zauważyła. 

Nie wiedziałem, co powiedzieć. 

Jak miałem się przed nią usprawiedliwiać, skoro wytłumaczenie moich dawnych zbrodni nie istniało? 

Jak miałem powiedzieć Vix, że byłem bezdusznym zabójcą wszędzie i w każdym szukającym własnej śmierci? 

Jak miałem wytłumaczyć, że całe moje życie było dla mnie tylko udręką? 

I jak miała zrozumieć, że kiedyś (nawet dla siebie) byłem zupełnie nikim? 

Nigdy nie mógłbym wyjaśnić, co mnie do tego wszystkiego popchnęło, bo miałem wiele powodów. Patologiczne środowisko. Liczne kradzieże. Klasztorny sierociniec, a potem poprawczak. Na końcu wenecka mafia i Hydra pod wodzą Lotosa... Sam nie miałem pojęcia od czego miałbym zacząć... 

Wtedy Victoria zaczęła z pamięci recytować "hymn o miłości" świętego Pawła Apostoła, a moje serce przestało się trzymać rytmu. Przepełnił mnie bezmiar żalu i poczucia winy, bo ci, których zabiłem... 

-Za nimi przynajmniej ktoś płakał- powiedziałem cicho do swoich myśli. 

Naraz poczułem kłujący ból w policzku i ujrzałem, jak Vix bardzo powoli opuszcza rękę.

-Myślisz, że nikt.. zupełnie nikt.. nie cierpiałby po stracie ciebie?- Zapytała rozzłoszczona. 

-Jakby znała wszystkie moje myśli- powiedziałem znów do swych rozważań patrząc na przesłoniętą popielatymi włosami alabastrową twarz o dużych i pięknych srebrnych oczach z ciężkimi powiekami i wachlarzem rzęs. 

-Jakby kto znał twoje myśli?- Zapytała zła. 

-TY- przyciągnąłem ją i mocno wczepiłem się wargami w jej słodkie usta w barwie dojrzałych malin. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela 

Całował tak samo jak w tym ogrodzie... Brutalnie, grzesznie, namiętnie i do utraty tchu. 

Jak mógł pokochać, a co więcej pragnąć, takiej przybłędy; jak ja? 

Przybłędy nie pamiętającej własnych wspomnień? 

Co, jeśli w tamtym życiu również byłam morderczynią..? 

Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań, ale wydawało mi się, że każdą z nich było to imię.. 

RAFAEL. 

Ongiś pełen chłodu i okrucieństwa Zabójca Mafii. 

RAFAEL

Zagubiony człowiek szukający jakiegokolwiek powodu do życia, bo nawet w mafii szukał wiecznego odpoczynku.

RAFAEL 

Niewinny ksiądz o strasznie przerażającej mnie przeszłości, którego kochałam całą duszą i całym sercem... 


Victoria Draculea 

-Może na dziś wystarczy?- Zapytała cicho kobieta o oczach w kolorze karmelu. 

-Już jesteś tym zmęczona?- Odpowiedziałam pytaniem, upijając dość duży łyk medycznej krwi. 

-Niekoniecznie samą historią, ale potrzebuję snu. Nie śpię już niemal dwa dni- nagle ocknęła się z letargu.- Ostatnie pytanie na dziś: czy wróciła pani do Korony Cierniowej? 

Uśmiechnęłam się ze smutkiem, mówiąc: 

-Nie, ale nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów z dalszej części historii, którą mam do opowiedzenia. A teraz: dobranoc- używając Mocy przesunęłam otwartą dłonią tuż przed jej twarzą, a pisarka zapadła w głęboki sen i opadła ciężko na kanapę, na której siedziała. 

Gabriel Damon Borgia 

-Nadal opowiada pan o życiu w pudle. Nie powiem, to ciekawe; ale zastanawia mnie jak wydostał się pan stamtąd. 

Siedząc bokiem na wnęce okna w swoim mieszkaniu w rogu, na ostatnim piętrze wsunąłem w usta papierosa i odpalając złotą zapalniczkę z trójgłową Hydrą w koronie, pośrodku której był wtopiony w metal szmaragd, zaciągnąłem się głęboko. 

-Wszystko, co ma swój początek; ma także i zakończenie- oznajmiłem wypuszczając z ust kłąb siwego dymu- ale dość na dziś- z fajką w zębach zeskoczyłem z parapetu i ruszyłem ku frontowym drzwiom, ale jego pytanie zatrzymało mnie w miejscu. 

-Dlaczego nie zawalczył pan o Victorię?- Zapytał szatyn o intensywnie niebieskich tęczówkach. 

Odwróciłem się ku niemu, mówiąc: 

-Yennefer zadała mi to samo pytanie, kiedy umierała- odparłem tajemniczo.- Koniec na dzisiaj. Teraz śpij spokojnie- dodałem usypiającym tonem patrząc mu prosto w oczy. 

Powieki pisarza opadły, ciało rozluźniło i ułożyło się wygodnie, a mężczyzna pogrążył się w głębokim, odprężającym śnie. 

Przez te czterdzieści pięć lat zadawałem sobie to samo pytanie, które do tej pory pozostawało bez odpowiedzi. 

Wyszedłem z mieszkania, zamykając cicho drzwi. Miałem spotkanie z Caspianem, który miał dla mnie o wiele lepszą alternatywę, niż Cerber; na który, jak słusznie przewidział Dante, zdołałem się już uodpornić. 

}***{

Victoria Draculea 

Autorka powieści ocknęła się i zamrugała zdziwiona. Za oknem wstawał piękny i dość ciepły oraz słoneczny, wiosenny poranek. 

-Nic nie budzi tak dobrze, jak caffe coretto- rzuciłam stawiając na niskim, dębowym stoliku filiżankę pachnącego alkoholem czarnego napoju oraz talerz jajecznicy.

-Dzięki- powiedziała na równi z wdzięcznością i zaskoczeniem.- A tak w zasadzie zasadniczo: skoro pije pani krew to... Czy jako człowiek nie jestem dla pani w jakiś sposób yyy jakby to powiedzieć...?- Zastanowiła się nagle speszona. 

-W przeciwieństwie do ojca, nie piję ludzkiej krwi, ale tak: to nadal kusi- odpowiedziałam ze spokojem. 

Zamarła z jedzeniem w połowie drogi do ust i spojrzała na mnie pytając: 

-Jeśli mogę wiedzieć, co stało się z pani ojcem? 

Szybkim ruchem zamknęłam modlitewnik Rafaela i drasnęłam ją sporzeniem. 

-Zabiłam go- odparłam w końcu zawieszając oczy na pustej, białej ścianie. 

Karmelowooka niemal udławiła się kawą. Po kilku minutach kaszlu i ocierania załzawionych oczu wychrypiała zdumionym tonem: 

-Jak to?? 

-Coż... Zranieni i rozgniewani ludzie robią różne rzeczy- powiedziałam z zastanowieniem.- Zwłaszcza rozgniewani. 

Na chwilę pogrążyła się w konsumowaniu śniadania, rozmyślając nad moimi słowami. Nie przeszkadzałam jej wspominając tamtą noc z Rafaelem, która miała być naszą ostatnią i, której nie zapomnę przez całe moje nieśmiertelne życie, bo wtedy... 

Mój najukochańszy Rafael odszedł. 

Jednak wróćmy do tego momentu, na którym zakończyłam swoją opowieść... 


Watashi no Akuma 2 Rozdział XII: Przeszłość księdza Rafaela. Spotkanie i szok.

 Obserowałem Chińczyka przez jakiś czas, starając się dociec; co on takiego wie, o czym ja nie mam pojęcia. 

-O co ci chodzi?- Zapytałem ostrożnie. 

Lau biorąc w palce ozdobny krucyfiks przyglądał mu się z zaciekawieniem, po czym odpowiedział: 

-Hydra zagrała ostrzej, niż sądziłem- odparł, spokojnym ruchem odkładając krzyż na miejsce. Wyjął z kieszeni zwiniętą na cztery kartkę z poszarpanymi brzegami i przesunął ją po blacie biurka ku mnie. 

Rozwinąłem papier i przeczytałem. 

-Co mnie obchodzi jakieś ogłoszenie handlarza zwierząt?- Zapytałem niecierpliwie, udając, że niczego się nie domyślam, a Lau odwrócił się i wzniósł ręce do nieba wzdychając teatralnie. 

-Ksiądz naprawdę nic nie rozumie- odezwał się z westchnieniem. 

-A co tu niby jest do rozumienia?- Wtedy spojrzałem na cenę na dole kartki i moje oczy chyba przybrały wielkość ping-pongów.- Kto chciałby aż osiemnaście miliardów za Tygrysa i Orła?- Wyszeptałem zdumiony. 

Lau nie odpowiedział. Odwrócił się i spojrzał mi w oczy z politowaniem, jakby miał przed sobą wyjątkowo tępego ucznia. Jego skośne oczy w twarzy o łagodniejszych rysach błysnęły lekko, a na wargach znów zamajaczył ten tryumfalny uśmieszek. 

Wtedy usłyszałem z korytarza kroki i rozmowę. Yennefer rytmicznie zapukała we framugę. Dostrzegłem, że Lau zniknął za regałem i sam wsunąłem kartkę z ogłoszeniem pod stos papierów. 

-Co tam?- Spytałem przybierając najbardziej spokojny wyraz twarzy, jaki potrafiłem. 

-Czytał ksiądz dzisiejszą gazetę?- Zapytała zaaferowana. 

-Nie, a co?- Zdziwiłem się, obserwując jej rozognione lico. Bez słowa podała mi gazetę, a po sekundzie nóż z jej dłoni pofrunął pomiędzy książkami. 

Metal noża stuknął cicho o metal spinki na mankiecie Lau'a, który wyszedł ze swojej kryjówki z ostrzem pomiędzy palcami lewej dłoni. 

-Tak myślałam, że czuję twoją wodę po goleniu. Jak się tu dostałeś, Lau?- Zapytała chłodno Yen. 

-W przeciwieństwie do ciebie znam różnicę pomiędzy oknem, a drzwiami- odciął się Smok, szybkim ruchem odrzucając jej ostrze. 

Dziewczyna zamarła z kolejnym nożem w dłoni i spojrzała podejrzliwie na obcokrajowca. 

-No, dobra- ustąpiła kładąc gazetę na moim biurku.- Ty już na pewno słyszałeś o wielkiej ucieczce z twierdzy, gdzie siedział Gabriel. 

Lau przeciągnął się jak kot złażący z ciepłego pieca, a ja tymczasem spojrzałem na pierwszą stronę. 

"Groźni przestępcy znów poszukiwani"- głosił tytuł, a pod spodem widok na twierdzę i zdjęcia kilku mężczyzn, z których rozpoznałem jednego. 

Był to facet, którego Gabriel nazywał Dieterem. W oczach na zdjęciu dostrzegłem, że Dieter jest Nocnym. 

-Gdzie siedzi Gabriel, Szpileczka- oznajmił Lau.- Wiem, że on żyje; ale Orzeł nie musi o tym wiedzieć- powiedział tajemniczym tonem. 

-I niby co chcesz zrobić?- Yen odchodząc stanęła za nim i wymierzyła ostrze w jego plecy. W tym momencie dostrzegłem koniec szpili do włosów przy jej tętnicy. 

Lau spoważniał. Przysiadł przy fortepianie i zagrał jakąś smętną melodię, po czym spojrzał wprost na mnie. 

-Orzeł musi dołączyć do Smoków- oznajmił krótko. 

-Kim jest ten cały Orzeł??- Wypaliłem rozzłoszczony. 

-To ja. Buon giorgno, Lau- Vix opierając się o framugę drzwi pociągnęła zielony płyn z kwadratowej butelczyny. 

Absynt. 

-Kim jest Tygrys?- Zapytała wolnym ruchem opuszczając szkło. Zabolało, że nawet na mnie nie spojrzała. 

-Kim był. Mój ojciec nazwał tak Gabriela- odparł Chińczyk, a ja byłem pełen podziwu, że potrafi trzymać emocje na wodzy i skłamać bez mrugnięcia okiem.- Spłacam jego dług, księże Rafaelu- powiedział i odszedł. 


Dwa dni po opisanych wydarzeniach, dwudziesty marzec A. D. 1991. 

-Raf, poczta do ciebie- rzucił Giaccomo. Przechodząc podał mi kopertę z adresem... Twierdzy, w której siedział Gabriel. 

-Dzięki- szybko wróciłem do swojej komnaty i oparty o drzwi otworzyłem kopertę i wyciągnąłem list. 

"Pochwalony, Panie Zarozumiały,

Mam nadzieję, że Vix już zapomniała i przeszła jej złość na Ciebie; ale dla bezpieczeństwa, proszę, spal ten list. 

Zapewne już wiesz, że Dieter i kilku innych uciekło z twierdzy. To gorsi przestępcy, niż ja. Zabójcy, którzy chwycą się wszystkiego, czego mogą; żeby wrócić na szczyt mafijnej hierarchi; dlatego chroń przed nimi Vix: nie dla mnie, ale dla siebie. 

Możesz zaufać Lau'owi. 

Dziękuję Ci za wszystko, 

Gabriel" 

Nie mogłem go posłuchać, dlatego wsunąłem kartę w kopertę, którą potem umieściłem w wewnętrznej kieszeni czarnego polaru. 

Chciałbym skłamać, że nienawidziłem Gabriela; ale to łgarstwo nigdy nie przeszłoby mi przez gardło. Mimo, że się pogubił; nadal szukał przebaczenia u własnej rodziny. 

Jak na swój młody wiek, zrozumiał swoje błędy i całym sercem próbował je naprawić, jak tylko się dało.

Jeśli wyjebią mnie drzwiami, to wejdę pieprzonym oknem- usłyszałem jego słowa ze wspomnień. 

Ten  bezczelny dzieciak imponował mi od kiedy go poznałem i... Przywiązałem się do niego, bo trochę przypominał mi mnie samego za czasów mojej młodości. Był tak samo krnąbrny, zapalczywy i miał odwagę, z lekką dawką brawury- bo jak deptać komuś po odcisku, to na całego. Jechał po bandzie, jak ja dawno temu... 

-Boże Miłosierny, dlaczego mi go zesłałeś..?- Zapytałem cicho i smutno. 

Chociaż przed nikim nie potrafiłbym się do tego przyznać, to tęskniłem za Gabrielem, jego postawionymi w rockowy fryz włosami i tym srebrnym kolczykiem kółkiem w lewym kącie warg, a zwłaszcza za tym jego bezczelnym, a niekiedy wręcz chamskim poczuciem humoru. 

Orzeł musi dołączyć do Smoków- miałem wrażenie, że gdyby nie pojawienie się Victorii, Lau powiedziałby coś jeszcze. 

Coś w stylu...

-Lau ma rację. To gwarancja jej ochrony- odezwała się cicho Yennefer zakładając za lewe ucho siwe pasmo włosów. 

-I gwarancja ma swoją cenę, Yen- odparłem niechętnie, wyjmując z szuflady zapomnianą paczkę papierosów. Rzuciłem palenie piętnaście lat temu, ale w tym momencie poczułem, że znowu muszę zapalić. Zanim zostałem księdzem, nie za bardzo wiedziałem, co zrobić z własnym życiem. Zanim na drodze stanęła mi pewna zakonnica, chciałem... 

Umrzeć. 


Piętnaście lat wcześniej, Velletri. 

-Hej, księżulku- rzucił dryblas tuż za mną. Usłyszałem odciągany kurek broni. 

-Cześć, łachudro- podniosłem ręce i szybkim ruchem odsunąłem lufę od swojej głowy. Przywaliłem domniemanemu zamachowcowi z łokcia w pysk po czym bez wahania go zaszlachtowałem. 

-Nieźle- rzucił z uznaniem cichy głos z bocznej nawy. Zawtórowały mu kroki i właściciel schrypłego tonu wszedł w plamę księżycowego światła padającego z witraża. 

-Sprawdzałeś mnie, Lotos?- Zapytałem obojętnie, opuszczając miecz do boku. obróciłem głowę, żeby spojrzeć na Szefa Hydry. 

-Muszę pilnować swojej prawej ręki- oznajmił ze spokojem. 

-To tak, jakbyś mi nie ufał, Cole- rękawem sutanny otarłem z twarzy krew asasyna.

Lotos uśmiechnął się spoglądając na mnie. 

-Do twarzy ci w sutannie, James- skomentował tłumiąc śmiech. 

-O co ci znów chodzi, C?- Zapytałem. Zdejmując strój duchownego zarzuciłem go na ambonę. 

-Po prostu jesteś słodki, kiedy się złościsz- zakpił- idziemy- dodał już poważniej. 

-Dokąd, jednego już mam z głowy- odparłem znudzonym tonem. 

-Zostało jeszcze sześciu- oznajmił lodowato- nie mogą wyjść żywi. 

-Ich zawsze jak karaluchów. Zabijesz jednego, zaraz znajdzie się dziesięciu- okręciłem miecz i wsunąłem go w pochwę przy pasie.- Poza tym to pedalskie wdzianko. Czarnych nie było?- Jęknąłem z irytacją, przesuwając pomiędzy palcami troczek staromodnej koszuli. 

-Załatwię ci, zanim zedrzesz łachy z jakiegoś truchła- prychnął ironicznie. 

-Wiesz, że niekoniecznie chodzi o kolor; Szefie, to materiał ssie- powiedziałem niezadowolony, wychodząc ze świątyni wsunąłem w usta papierosa, a po chwili siedziałem już w pędzącym drogą samochodzie. 

-Wiadomo, gdzie inni?- Zapytałem zawieszając wzrok na widoku za szybą pojazdu. 

-Po to jesteś, żeby ich wytropić i zabić- oznajmił Lotos. 

To była prawda. Jako prawa ręka, nie: jako utalentowany i doskonale wyszkolony zabójca zajmowałem się tylko tropieniem i wybijaniem opornych i zdrajców. Lotos zawsze polegał na mnie, czy chodziło o zabijanie, czy o radę dotyczącą mafijnych interesów, byłem w pobliżu aż jedno wydarzenie całkowicie mnie zmieniło, sprawiając, że zszedłem z tamtej drogi. 

Stało się to wiosną, trzy miesiące po wydarzeniach w kościele.

*** 

Kwiecień,  A. D. 1976. 

-Zadekował się w klasztorze, skubany- mruknąłem do siebie opuszczając lekko dłoń z lornetką. 

Miecz leżał ukryty w bagażniku czarnego samochodu, poza nim miałem jeszcze kilka zabawek i czekałem siedząc na masce auta aż ta łachudra Lee wylezie ze swojej nory. 

Obserwując okolicę prześlizgiwałem się wzrokiem po ubranych w czarne habity zakonnicach krzątających się wokół swego domostwa. Sam wychowałem się w zakonnym sierocińcu, gdzie nie było specjalnie źle, ale jako buntowniczy dzieciak z rodziny alkoholików miałem w życiu pod górkę, a tym bardziej po tym, gdy policja złapała mnie na kradzieży z użyciem broni, za co trafiłem do poprawczaka. Siostrzyczki załamywały ręce, kiedy zaglądałem do nich po każdej z licznych ucieczek z ośrodka wychowawczego, gdy widziały siniaki, rozcięcia i dość mocno otarte kostki dłoni po bójkach z innymi z poprawczaka. 

-Z tego chłopaka nie będzie żadnego pożytku- usłyszałem w tym momencie głos jednego z księży z bidula- nie dość, że leniwy nieuk, to jeszcze złodziejaszek, który pląta się w bójki.. 

Prychnąłem do swoich wspomnień i upiłem łyk lemoniady rozglądając się. 

-Pochwalone imię Pańskie- rzuciła tuż za mną jedna z siostrzyczek. 

Zakrztusiłem się napojem i zacząłem prychać i kaszleć; przeklinając w myślach i zastanawiając się, jakim cudem podeszła tak blisko mnie niezauważona. 

-Wszystko z panem w porządku?- Zapytała z troską, kiedy kaszląc i prychając zgiąłem się w pół, by uspokoić oddech. 

-Nic... Nic mi nie jest- z trudem cofnąłem rękę od noża pod płaszczem i wyprostowałem się powoli. 

-No eee... Pomyślałam, że jest pan głodny, więc... No... Przyniosłam drobną przekąskę- wcisnęła mi w palce lniane zawiniątko zawstydzona. 

-Dziękuję bardzo- odparłem maskując zaskoczenie lekkim, wyglądającym na uprzejmy uśmiechem. Rozmyślając, jakim cudem podeszła tak blisko, że jej nie wyczułem; zauważyłem, że siostra przygląda mi się z zaciekawieniem.- Co?- Zapytałem patrząc na nią wyczekująco. 

-Ekhm, jest pan przystojny- odparła zawstydzona i pobiegła ku klasztornym murom. Dostrzegłem, jak tuż za furtą żegna się pobożnie, zapewne mrucząc coś do siebie. 

Patrzyłem za nią przez jakiś czas, po czym w głowie zaświtał mi odrobinę szalony pomysł. Wskoczyłem do czarnej BMW-icy i zapuszczając silnik, wrzuciłem bieg i pojechałem dróżką wprost pod klasztorną bramę. Prowadząc wyciągnąłem ze schowka naładowany rewolwer i wsunąłem go w wewnętrzną kieszeń. 

Zadzwoniłem dzwonkiem przy furcie, a kilka minut potem przydreptały dwie starsze zakonnice. 

-Pochwalony- rzuciłem uprzejmie- samochód mi nawalił i... Jeśli to nie kłopot, mógłbym tutaj przenocować?- Zapytałem udając kierowcę potrzebującego pomocy. 

-P-Proszę... Gość w dom, Bóg w dom- odezwała się ta wyglądająca na starszą. 

Oczywiście celowo uszkodziłem samochód. Rozregulowałem gaźnik oraz pogrzebałem trochę przy pompie paliwowej i dołożyłem jeszcze kilka drobnych usterek. 

-Co tak strzela i warczy?- Zapytał zdziwiony głos, a na horyzoncie zamajaczyła mi postać księdza. 

-Mój wóz odmówił posłuszeństwa, proszę księdza- przeszedłem za kierownicę i zgasiłem silnik. 

-Rozumiem. Z daleka pan jedzie?- Zapytał starszy duchowny spokojnie. Otwierając bramkę poprowadził mnie ku budynkowi. 

-Byłem we Florencji w interesach- oznajmiłem ciągnąc tanie kłamstewko. 

-We Florencji to ty może byłeś. W snach- oznajmił chłodno ten głos. 

-Cześć Lee. Chyba wiesz, po co przyszedłem- odrzekłem wpatrując się w stojącego kilka metrów ode mnie mężczyznę mojego wzrostu, szatyna o kawowych oczach ubranego we flanelową koszulę i jasne spodnie oraz mocno wyświechtane tenisówki. 

Ksiądz i zaskoczone siostry zakonne obserwowali nas zdziwieni. Musieli się zastanawiać; skąd się znamy. 

-Domyślam się, ale nie mam tego- odparł wpatrując się we mnie spode łba nieufnie. 

-Wiem, że nie. Lotos odzyskał już swoją własność- blefowałem, ale musiał w to uwierzyć, bo rozdziawił gębę i cofnął się o krok. 

-Kłamiesz, Selim to zniszczył. Poza tym, nie zabijesz mnie. Broń robi za dużo hałasu- powiedział pewnym siebie tonem. 

Uśmiechnąłem się z politowaniem. 

-Ani przez chwilę nie przyszło ci do tego tępego łba, że Szef chce cię mieć żywego..?- Zacząłem z nutą pytania, ale przerwał mi mówiąc: 

-Gdyby tak było, nie przysłałby ciebie- przejrzał mnie od razu, skubany.- Gdzie twoja słynna broń? Stępiłeś ją rownie mocno, co własne poczucie humoru?- Odciął się, a ja poczułem na sobie wzrok duchownego. 

-Znudziły mi się twoje gierki- oznajmiłem zimno. Podchodząc do Lee, zwinąłem dłoń w pięść i przyłożyłem mu tak mocno, że oparł się o ścianę budynku. Powoli opuściłem rękę i odchylając wymownym ruchem połę cieńkiego, jasnego płaszcza pokazałem mu czarną pochwę z kodachi o błękitnym oplocie na rękojeści. Splunął krwią i spróbował oddać. Chwyciłem nadgarstek i stając z boku rzuciłem nim z całej siły. 

-Łatwo cię przewidzieć, Lee- skomentowałem. 

-Przyszedłeś tu szczekać, czy mnie skasować?- Zapytał podnosząc się z piachu. 

Sięgając spokojnym ruchem po miecz, odparłem: 

-Jedno i drugie- zacisnąłem dłoń na rękojeści. 

-Masz tupet, jak na cichego pupilka Lotosa- zauważył kpiąco. Odbiłem jego ciosy i wyszarpnąłem broń. Podrzucił butem kawałek metalowej rurki i chwytając ją zablokował moje ostrze niemal tuż przed swoim gardłem. 

-Na Litość Boga, nie przelewajcie krwi w domu bożym- ksiądz starał się mnie powstrzymać, ale jako zabójca zbytnio się tym nie przejąłem. 

-Niech ksiądz nie podchodzi, bo to człowiek bez sumienia- zdzieliłem szatyna rękojeścią w skroń, zaatakowałem bronią aż tu nagle... 

Zupełnie znikąd pomiędzy mną, a zdrajcą wyrosła ta zakonnica. W ostatniej sekundzie zatrzymałem ostrze o milimetry od jej gardła. 

-Zejdź mi z drogi- nakazałem bez emocji. 

-Nie mogę tego zrobić- odpowiedziała cicho, patrząc mi w oczy. Mimo stalowego tonu, nie chciałem jej zabić. Te intensywnie niebieskie tęczówki posiadały blask, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem w oczach żadnej ze swoich dotychczasowych ofiar. Były pełne spokoju, jakby wcale nie bała się śmierci i jednocześnie miały w sobie ogień osoby, która za wszelką cenę wierzy, że każdy człowiek, kimkolwiek by nie był, zasługuje na drugą szansę.. Patrząc na nią czułem się dziwnie. Jakbym patrzył nie na nią, a na czystą i nieskalaną postać, która zna wszystkie moje słabości i obawy, ale zamiast wykorzystywać je przeciwko mnie, stara się nakłonić mnie do refleksji. 

-Odsuń się na bok, to nie twoja sprawa- starałem się stawić opór temu spojrzeniu, bo nie chciałem się zmieniać. Dobrze mi było tak, jak było: ze swoją samotnością i tym, że w pewnym sensie potrząsałem ludźmi, siłą samego strachu zmuszając ich do posłuszeństwa lub ucieczki. W odpowiedzi pokręciła głową w geście odmowy, a ja postanowiłem ją nastraszyć, więc odsunąłem miecz i znów się zamachnąłem, mówiąc: 

-Dałem ci szansę. Teraz zabiję was oboje- oznajmiłem bezdusznym tonem, ale coś we mnie drgnęło i moja ręka.. Znów zatrzymała ostrze o milimetry od niej, a ja... 

Poczułem to samo, co wtedy, gdy będąc jeszcze dzieckiem, zostałem złapany na gorącym uczynku podczas kradzieży jedzenia ze spiżarni zakonnic, a przed moimi oczami stanęła twarz zakonnicy w średnim wieku, dzięki której nie musiałem wracać do ojca pijaka i nie lepszej od niego matki. 

Rozszerzonymi z szoku oczami wpatrywałem się w uzbrojoną rękę, której drżenia za nic w świecie nie mogłem opanować. Moja dłoń stała się mokra i śliska od potu, serce kołatało mi w piersi, zrobiło mi się duszno, a myśli w głowie pędziły jak oszalałe. Pierwszy raz od dawna, pomimo dzierżonej w palcach broni, ogarnęło mnie uczucie kompletnej bezbronności i strachu, a przez umysł przemknęło pytanie: co, jeżeli moje życie jednak jest cokolwiek warte (?) i...

Co, jeżeli moje życie nie musi skończyć się przedwczesną i okrutną śmiercią? Jeżeli nie jestem tak żałosnym człowiekiem, jak zawsze mówili o mnie pijani rodzice? 

Broń wypadła mi ze zdrętwiałych palców, a po chwili mnie samego ogarnęła bezkresna czerń i nicość. 

[***]

Nie wiem, ile czasu byłem nieprzytomny i co się ze mną działo, ale przebudzenie wziąłem za dar od losu. W końcu Lee mógł mnie zlikwidować, bo wiedział, że nie odpuszczam nikomu. 

Długą chwilę mi zajęło zanim przypomniałem sobie, co się wydarzyło i otworzyłem oczy z nawyku sięgając do boku po miecz albo nóż. 

-Rozbroiłem cię- oznajmił głos Lee z boku. 

Podniosłem się do pozycji siedzącej i sięgnąłem do buta. 

-Wyciągnąłem nawet szpile- moja dłoń zatrzymała się kilka centymetrów od cholewy i drgnęła lekko. Przesunąłem palce...- Noże spod rękawów też zabrałem, żebyś odruchowo nikogo nie zabił- kontynuował oparty o ścianę obok drzwi. 

Nadal w ciszy przyglądałem się szatynowi o kawowych tęczówkach, rozmyślając; czemu jeszcze oddycham, skoro rozbrajając, mógł mnie bez najmniejszego problemu załatwić moją własną bronią. 

-Ksiądz Antonio nie pozwolił mi tego zrobić- powiedział, jakby czytał mi w myślach. Przepuścił w drzwiach dwie siostry zakonne, w tym tą, przez którą nie wykonałem zadania, po czym zniknął w korytarzu. 

Wiedziałem, że Cole będzie próbował mnie znaleźć wszelkimi dostępnymi środkami. 

-Muszę pozbyć się wozu i zniknąć- mruknąłem z namysłem, a zaskoczona siostrzyczka aniołek zamarła z wacikiem w palcach tuż przed rozcięciem na mojej głowie z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Drgnęła wystraszona, kiedy zwróciłem głowę w bok.- Jest tu gdzieś rzeka, albo jakaś pusta przestrzeń?- Zapytałem rzeczowo. 

-Po co panu rzeka..?- Zdziwiła się starsza z mniszek, obserwując mnie podejrzliwie.  

-To już moja sprawa, siostro- odpowiedziałem krótko, sięgnąłem do dłoni młodej kobiety w habicie i opuściłem w dół jej rękę, w której trzymała wacik nasączony środkiem odkażającym, po czym zerwałem się na nogi i sięgnąłem do kieszeni. Przynajmniej zostawił mi papierosy i zapalniczkę. 

Siostrzyczki dreptały za mną krok w krok, co już po kwadransie zaczęło mnie irytować. Przyzwyczajony do samotności, czułem się dziwnie nieswojo wśród ludzi. 

-Rany... Nie mogę myśleć, jak tak za mną chodzicie- jęknąłem zły, uderzając otwartą dłonią w zadaszenie studni stojącej po prawej stronie budynku. 

Obudziłem się ze wspomnień, czując, jak papieros parzy mi palce. 

Szybko wrzuciłem go do puszki i usłyszałem syk gasnącego żaru. 

-Chryste, pali się- wypaliła zdumiona Vix wpadając jak burza do komnaty. Widząc, że nic się nie dzieje rozejrzała się zaskoczona starając się dostrzec coś w rozwiewającym się wolno dymie. Sięgnąłem do okiennicy i pociągnąłem ją lekko ku sobie. Pod wpływem wiatru dym rozwiał się i wreszcie mogłem dostrzec jej twarz i postać. 

Victoria nigdy nie dowiedziała się o mnie wszystkiego. Rozstałem się z tamtym życiem i dawnym sobą i zacząłem zupełnie nowy rozdział. 

-Rafael, ty... Palisz?- Zapytała zaskoczonym tonem. 

Zaczęło mnie dusić. Zakaszlałem mocno. Po piętnastu latach papierosy były ohydne i dobrze, że rzuciłem. 

-Od kiedy się do mnie odzywasz, Vix?- Nie chciałem być złośliwy, to wyszło ze mnie samo.- I nie. Nie palę od parunastu lat. 

-Ał! Cholera- Zaklęła Yennefer ze swojej komnaty.- Hęęęę?- Wymruczała zaskoczona i usłyszałem kroki.- Co tu taka dymówa? Siekierę można powiesić. Szlag- trzask. Musiała zderzyć się z framugą drzwi. 

Wtedy ktoś gdzieś otworzył drzwi wejściowe, a przeciąg rozwiał dym całkowicie. Zobaczyłem bladą jak trup Victorię i stojącą obok Yennefer. 

-Nie wie ksiądz, kto rozrzuca wszędzie broń?- Zapytała, a w jej dłoni zobaczyłem błękitny oplot mojego własnego miecza. 

Victoria, partnerka księdza Rafaela

-Skąd go masz...?- Zapytał dziwnie rozdrażnionym tonem Raf. Ułamek sekundy potem miecz był już w palcach księdza. 

-Spadł mi na głowę. Z sufitu- odparła zdziwiona Yen. 

Raf puścił w ruch pochwę z bronią i wtedy, zupełnie nagle w mojej głowie pojawił się obraz jego postaci w czerni, z mieczem i papierosem w ustach rozcinającej... Kogoś. 

Spojrzał na błękitny oplot broni ponuro, jakby żałował tego, co kiedyś robił. Miał takie samo spojrzenie, jak Gabriel; kiedy postanowił oddać się w ręce policji. 

Rzucił coś do swoich myśli zatrzymując broń w swojej dłoni. Nie znałam tego języka, ale był podobny do tego, którym posługiwał się Gabriel. 

Wówczas z korytarza dobiegły mnie ciche i bardzo ostrożne kroki. Rafael opierając się tyłem o biurko, sięgnął do małej szuflady po czym zapalił kolejnego i zaciągnął się dymem. Szybkim ruchem zamknął złotą zapalniczkę. Zauważyłam, że zapalił papierosa bez filtra, a kciuk oparty na okręgu broni lekko wysunął ją z pochwy. 

-Wyłaź, Jaszczurko- prychnął Raf wydmuchując nosem kłąb dymu.