Obserowałem Chińczyka przez jakiś czas, starając się dociec; co on takiego wie, o czym ja nie mam pojęcia.
-O co ci chodzi?- Zapytałem ostrożnie.
Lau biorąc w palce ozdobny krucyfiks przyglądał mu się z zaciekawieniem, po czym odpowiedział:
-Hydra zagrała ostrzej, niż sądziłem- odparł, spokojnym ruchem odkładając krzyż na miejsce. Wyjął z kieszeni zwiniętą na cztery kartkę z poszarpanymi brzegami i przesunął ją po blacie biurka ku mnie.
Rozwinąłem papier i przeczytałem.
-Co mnie obchodzi jakieś ogłoszenie handlarza zwierząt?- Zapytałem niecierpliwie, udając, że niczego się nie domyślam, a Lau odwrócił się i wzniósł ręce do nieba wzdychając teatralnie.
-Ksiądz naprawdę nic nie rozumie- odezwał się z westchnieniem.
-A co tu niby jest do rozumienia?- Wtedy spojrzałem na cenę na dole kartki i moje oczy chyba przybrały wielkość ping-pongów.- Kto chciałby aż osiemnaście miliardów za Tygrysa i Orła?- Wyszeptałem zdumiony.
Lau nie odpowiedział. Odwrócił się i spojrzał mi w oczy z politowaniem, jakby miał przed sobą wyjątkowo tępego ucznia. Jego skośne oczy w twarzy o łagodniejszych rysach błysnęły lekko, a na wargach znów zamajaczył ten tryumfalny uśmieszek.
Wtedy usłyszałem z korytarza kroki i rozmowę. Yennefer rytmicznie zapukała we framugę. Dostrzegłem, że Lau zniknął za regałem i sam wsunąłem kartkę z ogłoszeniem pod stos papierów.
-Co tam?- Spytałem przybierając najbardziej spokojny wyraz twarzy, jaki potrafiłem.
-Czytał ksiądz dzisiejszą gazetę?- Zapytała zaaferowana.
-Nie, a co?- Zdziwiłem się, obserwując jej rozognione lico. Bez słowa podała mi gazetę, a po sekundzie nóż z jej dłoni pofrunął pomiędzy książkami.
Metal noża stuknął cicho o metal spinki na mankiecie Lau'a, który wyszedł ze swojej kryjówki z ostrzem pomiędzy palcami lewej dłoni.
-Tak myślałam, że czuję twoją wodę po goleniu. Jak się tu dostałeś, Lau?- Zapytała chłodno Yen.
-W przeciwieństwie do ciebie znam różnicę pomiędzy oknem, a drzwiami- odciął się Smok, szybkim ruchem odrzucając jej ostrze.
Dziewczyna zamarła z kolejnym nożem w dłoni i spojrzała podejrzliwie na obcokrajowca.
-No, dobra- ustąpiła kładąc gazetę na moim biurku.- Ty już na pewno słyszałeś o wielkiej ucieczce z twierdzy, gdzie siedział Gabriel.
Lau przeciągnął się jak kot złażący z ciepłego pieca, a ja tymczasem spojrzałem na pierwszą stronę.
"Groźni przestępcy znów poszukiwani"- głosił tytuł, a pod spodem widok na twierdzę i zdjęcia kilku mężczyzn, z których rozpoznałem jednego.
Był to facet, którego Gabriel nazywał Dieterem. W oczach na zdjęciu dostrzegłem, że Dieter jest Nocnym.
-Gdzie siedzi Gabriel, Szpileczka- oznajmił Lau.- Wiem, że on żyje; ale Orzeł nie musi o tym wiedzieć- powiedział tajemniczym tonem.
-I niby co chcesz zrobić?- Yen odchodząc stanęła za nim i wymierzyła ostrze w jego plecy. W tym momencie dostrzegłem koniec szpili do włosów przy jej tętnicy.
Lau spoważniał. Przysiadł przy fortepianie i zagrał jakąś smętną melodię, po czym spojrzał wprost na mnie.
-Orzeł musi dołączyć do Smoków- oznajmił krótko.
-Kim jest ten cały Orzeł??- Wypaliłem rozzłoszczony.
-To ja. Buon giorgno, Lau- Vix opierając się o framugę drzwi pociągnęła zielony płyn z kwadratowej butelczyny.
Absynt.
-Kim jest Tygrys?- Zapytała wolnym ruchem opuszczając szkło. Zabolało, że nawet na mnie nie spojrzała.
-Kim był. Mój ojciec nazwał tak Gabriela- odparł Chińczyk, a ja byłem pełen podziwu, że potrafi trzymać emocje na wodzy i skłamać bez mrugnięcia okiem.- Spłacam jego dług, księże Rafaelu- powiedział i odszedł.
Dwa dni po opisanych wydarzeniach, dwudziesty marzec A. D. 1991.
-Raf, poczta do ciebie- rzucił Giaccomo. Przechodząc podał mi kopertę z adresem... Twierdzy, w której siedział Gabriel.
-Dzięki- szybko wróciłem do swojej komnaty i oparty o drzwi otworzyłem kopertę i wyciągnąłem list.
"Pochwalony, Panie Zarozumiały,
Mam nadzieję, że Vix już zapomniała i przeszła jej złość na Ciebie; ale dla bezpieczeństwa, proszę, spal ten list.
Zapewne już wiesz, że Dieter i kilku innych uciekło z twierdzy. To gorsi przestępcy, niż ja. Zabójcy, którzy chwycą się wszystkiego, czego mogą; żeby wrócić na szczyt mafijnej hierarchi; dlatego chroń przed nimi Vix: nie dla mnie, ale dla siebie.
Możesz zaufać Lau'owi.
Dziękuję Ci za wszystko,
Gabriel"
Nie mogłem go posłuchać, dlatego wsunąłem kartę w kopertę, którą potem umieściłem w wewnętrznej kieszeni czarnego polaru.
Chciałbym skłamać, że nienawidziłem Gabriela; ale to łgarstwo nigdy nie przeszłoby mi przez gardło. Mimo, że się pogubił; nadal szukał przebaczenia u własnej rodziny.
Jak na swój młody wiek, zrozumiał swoje błędy i całym sercem próbował je naprawić, jak tylko się dało.
Jeśli wyjebią mnie drzwiami, to wejdę pieprzonym oknem- usłyszałem jego słowa ze wspomnień.
Ten bezczelny dzieciak imponował mi od kiedy go poznałem i... Przywiązałem się do niego, bo trochę przypominał mi mnie samego za czasów mojej młodości. Był tak samo krnąbrny, zapalczywy i miał odwagę, z lekką dawką brawury- bo jak deptać komuś po odcisku, to na całego. Jechał po bandzie, jak ja dawno temu...
-Boże Miłosierny, dlaczego mi go zesłałeś..?- Zapytałem cicho i smutno.
Chociaż przed nikim nie potrafiłbym się do tego przyznać, to tęskniłem za Gabrielem, jego postawionymi w rockowy fryz włosami i tym srebrnym kolczykiem kółkiem w lewym kącie warg, a zwłaszcza za tym jego bezczelnym, a niekiedy wręcz chamskim poczuciem humoru.
Orzeł musi dołączyć do Smoków- miałem wrażenie, że gdyby nie pojawienie się Victorii, Lau powiedziałby coś jeszcze.
Coś w stylu...
-Lau ma rację. To gwarancja jej ochrony- odezwała się cicho Yennefer zakładając za lewe ucho siwe pasmo włosów.
-I gwarancja ma swoją cenę, Yen- odparłem niechętnie, wyjmując z szuflady zapomnianą paczkę papierosów. Rzuciłem palenie piętnaście lat temu, ale w tym momencie poczułem, że znowu muszę zapalić. Zanim zostałem księdzem, nie za bardzo wiedziałem, co zrobić z własnym życiem. Zanim na drodze stanęła mi pewna zakonnica, chciałem...
Umrzeć.
Piętnaście lat wcześniej, Velletri.
-Hej, księżulku- rzucił dryblas tuż za mną. Usłyszałem odciągany kurek broni.
-Cześć, łachudro- podniosłem ręce i szybkim ruchem odsunąłem lufę od swojej głowy. Przywaliłem domniemanemu zamachowcowi z łokcia w pysk po czym bez wahania go zaszlachtowałem.
-Nieźle- rzucił z uznaniem cichy głos z bocznej nawy. Zawtórowały mu kroki i właściciel schrypłego tonu wszedł w plamę księżycowego światła padającego z witraża.
-Sprawdzałeś mnie, Lotos?- Zapytałem obojętnie, opuszczając miecz do boku. obróciłem głowę, żeby spojrzeć na Szefa Hydry.
-Muszę pilnować swojej prawej ręki- oznajmił ze spokojem.
-To tak, jakbyś mi nie ufał, Cole- rękawem sutanny otarłem z twarzy krew asasyna.
Lotos uśmiechnął się spoglądając na mnie.
-Do twarzy ci w sutannie, James- skomentował tłumiąc śmiech.
-O co ci znów chodzi, C?- Zapytałem. Zdejmując strój duchownego zarzuciłem go na ambonę.
-Po prostu jesteś słodki, kiedy się złościsz- zakpił- idziemy- dodał już poważniej.
-Dokąd, jednego już mam z głowy- odparłem znudzonym tonem.
-Zostało jeszcze sześciu- oznajmił lodowato- nie mogą wyjść żywi.
-Ich zawsze jak karaluchów. Zabijesz jednego, zaraz znajdzie się dziesięciu- okręciłem miecz i wsunąłem go w pochwę przy pasie.- Poza tym to pedalskie wdzianko. Czarnych nie było?- Jęknąłem z irytacją, przesuwając pomiędzy palcami troczek staromodnej koszuli.
-Załatwię ci, zanim zedrzesz łachy z jakiegoś truchła- prychnął ironicznie.
-Wiesz, że niekoniecznie chodzi o kolor; Szefie, to materiał ssie- powiedziałem niezadowolony, wychodząc ze świątyni wsunąłem w usta papierosa, a po chwili siedziałem już w pędzącym drogą samochodzie.
-Wiadomo, gdzie inni?- Zapytałem zawieszając wzrok na widoku za szybą pojazdu.
-Po to jesteś, żeby ich wytropić i zabić- oznajmił Lotos.
To była prawda. Jako prawa ręka, nie: jako utalentowany i doskonale wyszkolony zabójca zajmowałem się tylko tropieniem i wybijaniem opornych i zdrajców. Lotos zawsze polegał na mnie, czy chodziło o zabijanie, czy o radę dotyczącą mafijnych interesów, byłem w pobliżu aż jedno wydarzenie całkowicie mnie zmieniło, sprawiając, że zszedłem z tamtej drogi.
Stało się to wiosną, trzy miesiące po wydarzeniach w kościele.
***
Kwiecień, A. D. 1976.
-Zadekował się w klasztorze, skubany- mruknąłem do siebie opuszczając lekko dłoń z lornetką.
Miecz leżał ukryty w bagażniku czarnego samochodu, poza nim miałem jeszcze kilka zabawek i czekałem siedząc na masce auta aż ta łachudra Lee wylezie ze swojej nory.
Obserwując okolicę prześlizgiwałem się wzrokiem po ubranych w czarne habity zakonnicach krzątających się wokół swego domostwa. Sam wychowałem się w zakonnym sierocińcu, gdzie nie było specjalnie źle, ale jako buntowniczy dzieciak z rodziny alkoholików miałem w życiu pod górkę, a tym bardziej po tym, gdy policja złapała mnie na kradzieży z użyciem broni, za co trafiłem do poprawczaka. Siostrzyczki załamywały ręce, kiedy zaglądałem do nich po każdej z licznych ucieczek z ośrodka wychowawczego, gdy widziały siniaki, rozcięcia i dość mocno otarte kostki dłoni po bójkach z innymi z poprawczaka.
-Z tego chłopaka nie będzie żadnego pożytku- usłyszałem w tym momencie głos jednego z księży z bidula- nie dość, że leniwy nieuk, to jeszcze złodziejaszek, który pląta się w bójki..
Prychnąłem do swoich wspomnień i upiłem łyk lemoniady rozglądając się.
-Pochwalone imię Pańskie- rzuciła tuż za mną jedna z siostrzyczek.
Zakrztusiłem się napojem i zacząłem prychać i kaszleć; przeklinając w myślach i zastanawiając się, jakim cudem podeszła tak blisko mnie niezauważona.
-Wszystko z panem w porządku?- Zapytała z troską, kiedy kaszląc i prychając zgiąłem się w pół, by uspokoić oddech.
-Nic... Nic mi nie jest- z trudem cofnąłem rękę od noża pod płaszczem i wyprostowałem się powoli.
-No eee... Pomyślałam, że jest pan głodny, więc... No... Przyniosłam drobną przekąskę- wcisnęła mi w palce lniane zawiniątko zawstydzona.
-Dziękuję bardzo- odparłem maskując zaskoczenie lekkim, wyglądającym na uprzejmy uśmiechem. Rozmyślając, jakim cudem podeszła tak blisko, że jej nie wyczułem; zauważyłem, że siostra przygląda mi się z zaciekawieniem.- Co?- Zapytałem patrząc na nią wyczekująco.
-Ekhm, jest pan przystojny- odparła zawstydzona i pobiegła ku klasztornym murom. Dostrzegłem, jak tuż za furtą żegna się pobożnie, zapewne mrucząc coś do siebie.
Patrzyłem za nią przez jakiś czas, po czym w głowie zaświtał mi odrobinę szalony pomysł. Wskoczyłem do czarnej BMW-icy i zapuszczając silnik, wrzuciłem bieg i pojechałem dróżką wprost pod klasztorną bramę. Prowadząc wyciągnąłem ze schowka naładowany rewolwer i wsunąłem go w wewnętrzną kieszeń.
Zadzwoniłem dzwonkiem przy furcie, a kilka minut potem przydreptały dwie starsze zakonnice.
-Pochwalony- rzuciłem uprzejmie- samochód mi nawalił i... Jeśli to nie kłopot, mógłbym tutaj przenocować?- Zapytałem udając kierowcę potrzebującego pomocy.
-P-Proszę... Gość w dom, Bóg w dom- odezwała się ta wyglądająca na starszą.
Oczywiście celowo uszkodziłem samochód. Rozregulowałem gaźnik oraz pogrzebałem trochę przy pompie paliwowej i dołożyłem jeszcze kilka drobnych usterek.
-Co tak strzela i warczy?- Zapytał zdziwiony głos, a na horyzoncie zamajaczyła mi postać księdza.
-Mój wóz odmówił posłuszeństwa, proszę księdza- przeszedłem za kierownicę i zgasiłem silnik.
-Rozumiem. Z daleka pan jedzie?- Zapytał starszy duchowny spokojnie. Otwierając bramkę poprowadził mnie ku budynkowi.
-Byłem we Florencji w interesach- oznajmiłem ciągnąc tanie kłamstewko.
-We Florencji to ty może byłeś. W snach- oznajmił chłodno ten głos.
-Cześć Lee. Chyba wiesz, po co przyszedłem- odrzekłem wpatrując się w stojącego kilka metrów ode mnie mężczyznę mojego wzrostu, szatyna o kawowych oczach ubranego we flanelową koszulę i jasne spodnie oraz mocno wyświechtane tenisówki.
Ksiądz i zaskoczone siostry zakonne obserwowali nas zdziwieni. Musieli się zastanawiać; skąd się znamy.
-Domyślam się, ale nie mam tego- odparł wpatrując się we mnie spode łba nieufnie.
-Wiem, że nie. Lotos odzyskał już swoją własność- blefowałem, ale musiał w to uwierzyć, bo rozdziawił gębę i cofnął się o krok.
-Kłamiesz, Selim to zniszczył. Poza tym, nie zabijesz mnie. Broń robi za dużo hałasu- powiedział pewnym siebie tonem.
Uśmiechnąłem się z politowaniem.
-Ani przez chwilę nie przyszło ci do tego tępego łba, że Szef chce cię mieć żywego..?- Zacząłem z nutą pytania, ale przerwał mi mówiąc:
-Gdyby tak było, nie przysłałby ciebie- przejrzał mnie od razu, skubany.- Gdzie twoja słynna broń? Stępiłeś ją rownie mocno, co własne poczucie humoru?- Odciął się, a ja poczułem na sobie wzrok duchownego.
-Znudziły mi się twoje gierki- oznajmiłem zimno. Podchodząc do Lee, zwinąłem dłoń w pięść i przyłożyłem mu tak mocno, że oparł się o ścianę budynku. Powoli opuściłem rękę i odchylając wymownym ruchem połę cieńkiego, jasnego płaszcza pokazałem mu czarną pochwę z kodachi o błękitnym oplocie na rękojeści. Splunął krwią i spróbował oddać. Chwyciłem nadgarstek i stając z boku rzuciłem nim z całej siły.
-Łatwo cię przewidzieć, Lee- skomentowałem.
-Przyszedłeś tu szczekać, czy mnie skasować?- Zapytał podnosząc się z piachu.
Sięgając spokojnym ruchem po miecz, odparłem:
-Jedno i drugie- zacisnąłem dłoń na rękojeści.
-Masz tupet, jak na cichego pupilka Lotosa- zauważył kpiąco. Odbiłem jego ciosy i wyszarpnąłem broń. Podrzucił butem kawałek metalowej rurki i chwytając ją zablokował moje ostrze niemal tuż przed swoim gardłem.
-Na Litość Boga, nie przelewajcie krwi w domu bożym- ksiądz starał się mnie powstrzymać, ale jako zabójca zbytnio się tym nie przejąłem.
-Niech ksiądz nie podchodzi, bo to człowiek bez sumienia- zdzieliłem szatyna rękojeścią w skroń, zaatakowałem bronią aż tu nagle...
Zupełnie znikąd pomiędzy mną, a zdrajcą wyrosła ta zakonnica. W ostatniej sekundzie zatrzymałem ostrze o milimetry od jej gardła.
-Zejdź mi z drogi- nakazałem bez emocji.
-Nie mogę tego zrobić- odpowiedziała cicho, patrząc mi w oczy. Mimo stalowego tonu, nie chciałem jej zabić. Te intensywnie niebieskie tęczówki posiadały blask, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem w oczach żadnej ze swoich dotychczasowych ofiar. Były pełne spokoju, jakby wcale nie bała się śmierci i jednocześnie miały w sobie ogień osoby, która za wszelką cenę wierzy, że każdy człowiek, kimkolwiek by nie był, zasługuje na drugą szansę.. Patrząc na nią czułem się dziwnie. Jakbym patrzył nie na nią, a na czystą i nieskalaną postać, która zna wszystkie moje słabości i obawy, ale zamiast wykorzystywać je przeciwko mnie, stara się nakłonić mnie do refleksji.
-Odsuń się na bok, to nie twoja sprawa- starałem się stawić opór temu spojrzeniu, bo nie chciałem się zmieniać. Dobrze mi było tak, jak było: ze swoją samotnością i tym, że w pewnym sensie potrząsałem ludźmi, siłą samego strachu zmuszając ich do posłuszeństwa lub ucieczki. W odpowiedzi pokręciła głową w geście odmowy, a ja postanowiłem ją nastraszyć, więc odsunąłem miecz i znów się zamachnąłem, mówiąc:
-Dałem ci szansę. Teraz zabiję was oboje- oznajmiłem bezdusznym tonem, ale coś we mnie drgnęło i moja ręka.. Znów zatrzymała ostrze o milimetry od niej, a ja...
Poczułem to samo, co wtedy, gdy będąc jeszcze dzieckiem, zostałem złapany na gorącym uczynku podczas kradzieży jedzenia ze spiżarni zakonnic, a przed moimi oczami stanęła twarz zakonnicy w średnim wieku, dzięki której nie musiałem wracać do ojca pijaka i nie lepszej od niego matki.
Rozszerzonymi z szoku oczami wpatrywałem się w uzbrojoną rękę, której drżenia za nic w świecie nie mogłem opanować. Moja dłoń stała się mokra i śliska od potu, serce kołatało mi w piersi, zrobiło mi się duszno, a myśli w głowie pędziły jak oszalałe. Pierwszy raz od dawna, pomimo dzierżonej w palcach broni, ogarnęło mnie uczucie kompletnej bezbronności i strachu, a przez umysł przemknęło pytanie: co, jeżeli moje życie jednak jest cokolwiek warte (?) i...
Co, jeżeli moje życie nie musi skończyć się przedwczesną i okrutną śmiercią? Jeżeli nie jestem tak żałosnym człowiekiem, jak zawsze mówili o mnie pijani rodzice?
Broń wypadła mi ze zdrętwiałych palców, a po chwili mnie samego ogarnęła bezkresna czerń i nicość.
[***]
Nie wiem, ile czasu byłem nieprzytomny i co się ze mną działo, ale przebudzenie wziąłem za dar od losu. W końcu Lee mógł mnie zlikwidować, bo wiedział, że nie odpuszczam nikomu.
Długą chwilę mi zajęło zanim przypomniałem sobie, co się wydarzyło i otworzyłem oczy z nawyku sięgając do boku po miecz albo nóż.
-Rozbroiłem cię- oznajmił głos Lee z boku.
Podniosłem się do pozycji siedzącej i sięgnąłem do buta.
-Wyciągnąłem nawet szpile- moja dłoń zatrzymała się kilka centymetrów od cholewy i drgnęła lekko. Przesunąłem palce...- Noże spod rękawów też zabrałem, żebyś odruchowo nikogo nie zabił- kontynuował oparty o ścianę obok drzwi.
Nadal w ciszy przyglądałem się szatynowi o kawowych tęczówkach, rozmyślając; czemu jeszcze oddycham, skoro rozbrajając, mógł mnie bez najmniejszego problemu załatwić moją własną bronią.
-Ksiądz Antonio nie pozwolił mi tego zrobić- powiedział, jakby czytał mi w myślach. Przepuścił w drzwiach dwie siostry zakonne, w tym tą, przez którą nie wykonałem zadania, po czym zniknął w korytarzu.
Wiedziałem, że Cole będzie próbował mnie znaleźć wszelkimi dostępnymi środkami.
-Muszę pozbyć się wozu i zniknąć- mruknąłem z namysłem, a zaskoczona siostrzyczka aniołek zamarła z wacikiem w palcach tuż przed rozcięciem na mojej głowie z wyrazem zaskoczenia na twarzy. Drgnęła wystraszona, kiedy zwróciłem głowę w bok.- Jest tu gdzieś rzeka, albo jakaś pusta przestrzeń?- Zapytałem rzeczowo.
-Po co panu rzeka..?- Zdziwiła się starsza z mniszek, obserwując mnie podejrzliwie.
-To już moja sprawa, siostro- odpowiedziałem krótko, sięgnąłem do dłoni młodej kobiety w habicie i opuściłem w dół jej rękę, w której trzymała wacik nasączony środkiem odkażającym, po czym zerwałem się na nogi i sięgnąłem do kieszeni. Przynajmniej zostawił mi papierosy i zapalniczkę.
Siostrzyczki dreptały za mną krok w krok, co już po kwadransie zaczęło mnie irytować. Przyzwyczajony do samotności, czułem się dziwnie nieswojo wśród ludzi.
-Rany... Nie mogę myśleć, jak tak za mną chodzicie- jęknąłem zły, uderzając otwartą dłonią w zadaszenie studni stojącej po prawej stronie budynku.
Obudziłem się ze wspomnień, czując, jak papieros parzy mi palce.
Szybko wrzuciłem go do puszki i usłyszałem syk gasnącego żaru.
-Chryste, pali się- wypaliła zdumiona Vix wpadając jak burza do komnaty. Widząc, że nic się nie dzieje rozejrzała się zaskoczona starając się dostrzec coś w rozwiewającym się wolno dymie. Sięgnąłem do okiennicy i pociągnąłem ją lekko ku sobie. Pod wpływem wiatru dym rozwiał się i wreszcie mogłem dostrzec jej twarz i postać.
Victoria nigdy nie dowiedziała się o mnie wszystkiego. Rozstałem się z tamtym życiem i dawnym sobą i zacząłem zupełnie nowy rozdział.
-Rafael, ty... Palisz?- Zapytała zaskoczonym tonem.
Zaczęło mnie dusić. Zakaszlałem mocno. Po piętnastu latach papierosy były ohydne i dobrze, że rzuciłem.
-Od kiedy się do mnie odzywasz, Vix?- Nie chciałem być złośliwy, to wyszło ze mnie samo.- I nie. Nie palę od parunastu lat.
-Ał! Cholera- Zaklęła Yennefer ze swojej komnaty.- Hęęęę?- Wymruczała zaskoczona i usłyszałem kroki.- Co tu taka dymówa? Siekierę można powiesić. Szlag- trzask. Musiała zderzyć się z framugą drzwi.
Wtedy ktoś gdzieś otworzył drzwi wejściowe, a przeciąg rozwiał dym całkowicie. Zobaczyłem bladą jak trup Victorię i stojącą obok Yennefer.
-Nie wie ksiądz, kto rozrzuca wszędzie broń?- Zapytała, a w jej dłoni zobaczyłem błękitny oplot mojego własnego miecza.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-Skąd go masz...?- Zapytał dziwnie rozdrażnionym tonem Raf. Ułamek sekundy potem miecz był już w palcach księdza.
-Spadł mi na głowę. Z sufitu- odparła zdziwiona Yen.
Raf puścił w ruch pochwę z bronią i wtedy, zupełnie nagle w mojej głowie pojawił się obraz jego postaci w czerni, z mieczem i papierosem w ustach rozcinającej... Kogoś.
Spojrzał na błękitny oplot broni ponuro, jakby żałował tego, co kiedyś robił. Miał takie samo spojrzenie, jak Gabriel; kiedy postanowił oddać się w ręce policji.
Rzucił coś do swoich myśli zatrzymując broń w swojej dłoni. Nie znałam tego języka, ale był podobny do tego, którym posługiwał się Gabriel.
Wówczas z korytarza dobiegły mnie ciche i bardzo ostrożne kroki. Rafael opierając się tyłem o biurko, sięgnął do małej szuflady po czym zapalił kolejnego i zaciągnął się dymem. Szybkim ruchem zamknął złotą zapalniczkę. Zauważyłam, że zapalił papierosa bez filtra, a kciuk oparty na okręgu broni lekko wysunął ją z pochwy.
-Wyłaź, Jaszczurko- prychnął Raf wydmuchując nosem kłąb dymu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz