Na chwilę odzyskałem kontrolę nad głodem i przekręcając głowę spojrzałem na wysokiego strażnika o przemiłej ksywie Anioł, który właśnie podnosił wieko przenośnej lodówki. Współwięźniowie stali nieco dalej obserwując wydarzenia. Byli bladzi, jak trupy, a Chwast aż się trząsł.
-To...? Czy to jest...? To jest krew????- Wyszeptał oszołomiony, wlepiając wzrok we wnętrze lodówki.
-Nie gadać- syknął Anioł, wyciągając jedną z przejrzystych butelek wypełnionych ciemnoczerwonym płynem. Odkręcił ją i wmusił we mnie pierwszy łyk lisiej krwi.
Przełknąłem z trudem i rozejrzałem się po bladych i przerażonych twarzach Szefa i reszty bandy ze "sto piątki".
-To musiało się kiedyś wydać- odezwałem się po dłuższej chwili z niechęcią.
-TO? Tylko tyle masz nam do powiedzenia??- Wychrypiał Chwast oszołomionym tonem.
Podniosłem się z butelką w palcach i spojrzałem na strażnika, pytając go wzrokiem; czy robią coś w związku z moją "chorobą".
-Następny transport pojutrze- odparł krótko, wstając.- Co teraz..?- Zapytał mając na myśli całą tę sytuację.
-Trzeba im powiedzieć. Nie ma innego wyjścia- odparłem powoli, wzruszyłem ramionami upijając kolejny łyk.
-A oni rozdmuchają to na trzy bloki- wkurzył się strażnik.
-Nic nie wykłapią- oznajmiłem spokojnie patrząc mu w oczy.
-Oby- odparł podejrzliwie. Wstał i po chwili trzasnęły zapadki w drzwiach.
Powoli usiadłem na pryczy, a Szef i reszta cofnęli się ostrożnie, jakby nie wiedzieli, czego można się po mnie spodziewać.
-Powinienem ci oddać- powiedziałem, żeby rozładować to niezręczne napięcie. Uśmiechnąłem się nieśmiało, a Szczur wywrócił się na podłogę. Zwyczajnie go odcięło.
-Ten Dieter wiedział od początku- oznajmił Szef przyglądając mi się uważnie. Przycupnął przy Szczurku i zdzielił go parę razy otwartą dłonią po facjacie. Tamten zerwał się i odsuwając się w panice, wlazł w kąt.- Szczur. Wszystko w porządku, to my- uspokoił rozglądającego się ze strachem niskiego.
-No, dobra...- Podszedłem do nich i podniosłem Szczura na nogi.- Nic ci nie zrobię, łachu- zapewniłem spokojnie.
Kiedy atmosfera w celi trochę opadła, odkręciłem drugą butelkę krwi i upijając łyk powiedziałem:
-To nie może wyjść poza te drzwi- otarłem usta wierzchem dłoni i odstawiając butelkę sięgnąłem do kieszeni po papierosy i zapalniczkę. Wsuwając jednego w usta, zapaliłem i zaciągając się dymem spojrzałem po kiciarzach. Skinęli ostrożnie głowami, nadal nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.- Dobra, teraz dowiecie się prawdy o waszej sexy Diablicy- zakpiłem z siebie.
***
Ciągnąłem swoją opowieść do późnej nocy. Mówiłem nawet, kiedy w celi pogasły światła.
-Okej, jesteś wampirem. Dobra- zaczął Szef próbując uporządkować to sobie w bani.- Od kiedy?- Zapytał krótko.
-Prawie rok i prawie wampirem, w skrócie- poprawiłem.
-Jak to prawie..?- Zapytał znad mnie Rak.
Spojrzałem na niego z namysłem leżąc na swojej koi.
-Inni Nocni nazywają mnie odmieńcem, bo... Bo piję zwierzęcą krew- odparłem przymykając na chwilę oczy. Powoli je otworzyłem.
Zapadło milczenie, w którym wszyscy zgromadzeni starali się oswoić z tą wiedzą. Odgłosy ich serc przypominały werble.
-A ta w butelce?- Zapytał z wahaniem Chwast.
-Krew lisa. Poza tym to- sięgnąłem po piersiówkę i zważyłem ją w dłoni. Była wypełniona w połowie.
-No właśnie. Ani na chwilę nie rozstajesz się z piersiówką- zagadnął- co w niej jest?
-Cerber. To rodzaj narkotyku hamującego głód krwi- wyjaśniłem.- Paskudny, ale da się wytrzymać- skrzywiłem się ironicznie.
-A ten Dieter?- Zapytał Rak.- On cholernie mi się nie podoba. Zawsze mówisz, że cuchnie.
-Trzymajcie się z dala od niego- ostrzegłem cicho.- D jest... On żłopał ludzką krew i wariuje na każdy zapach..
-Zaraz, zaraz- wypalił Chwast- o czym ty teraz pieprzysz?
Usiadłem na pryczy i spojrzałem na drzwi ponuro.
-Też to czuję- odezwałem się w końcu. By się uspokoić upiłem potężny łyk z butelki.- Mówiłem wam wcześniej, że jestem odmieńcem. W przeciwieństwie do innych nigdy nie tknąłem i nie tknę ludzkiej krwii. Dieter popełnił właśnie ten błąd.
Szef obrócił się lekko i wyciągnął spod swojej poduszki jakąś rzecz.
-Jak już o nim gadamy. Zapomniałem, że w łaźni dał mi to- szybkim ruchem rzucił do mnie przedmiot.
Złapałem. Odwinąłem szmatkę i przez kilka minut przyglądałem się medalionowi z Hydrą na kamei. Ostrożnie nacisnąłem zameczek. Wierzch odskoczył, ukazując kryjące się we wnętrzu owalu dwa ciasno zwinięte ruloniki, jednak zanim zdążyłem wziąć którykolwiek z nich, usłyszałem wwiercający się w uszy dźwięk syren alarmowych.
Ktoś podjął próbę ucieczki.
Na zewnątrz błysnęły światła i rozległy się dźwięki silników oraz strzałów.
-Stąd nikt jeszcze nie nawiał- odezwał się Szef, stojąc przy oknach.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Chwast.
-Kibluję tu już ponad dychę. Większość ginie podczas próby ucieczki- zauważył Szef wolno.
-Jeśli mogę wiedzieć, za co cię posadzili?- Zapytałem ostrożnie.
Szef uśmiechnął się z goryczą.
-Za to, że dałem się złapać- powiedział enigmatycznie i zarechotał.
-Wszyscy wiemy za co kto siedzi- zauważył Łoś- tylko nikt z nas nie zna twojego wyroku, Szefuńciu.
-Dożywocie, bez prawa do warunkowego. Już znacie- wzruszył ramionami.
-Nie o to pytałem- odpowiedział Łoś wpatrując się w herszta sto piątki.
Niski z tatuażem kotwicą na przedramieniu odwrócił się od okna i spojrzał po nas niechętnie.
-Jeśli wam powiem, większość zażąda przeniesienia do innej celi- oznajmił obojętnie.
Chwast sięgnął do kieszeni szarych spodni i wyciągnął z nich fajki. Zapaliłem wraz z nim.
-Nie możesz być bardziej niebezpieczny, niż ja- zauważyłem z namysłem.
Szef spojrzał mi prosto w oczy i przemówił po chińsku.
Pamiętałem ten głos...
To był...
-Lotos- wyszeptałem upuszczając papierosa.- Myślałem, że...
-Że Lotos to Azjata?- Zapytał chłodno, a pozostali wymieniali między sobą zdumione spojrzenia.- Nie.
-Ale mówili, że Lau to syn Lotosa- zacząłem zaskoczony wlepiając w niego gały.
-Tak, Lau jest moim synem. Przybranym, Tygrysie- oznajmił, wymawiając moje miano po azjatycku.
-Przecież Leah cię załatwiła- zacząłem zaskoczony.
-Kolejny błąd. Kiedy twoja była doszła do władzy, już od roku siedziałem w pace- oznajmił obojętnie.
-Więc kogo ona zabiła?- Chciałem wiedzieć. Mimo wszystko mnie to ciekawiło.
-Nikogo. Na pewno Lau uczył cię, że Jaszczurki są cholernie szybkie i zwinne...
Jaszczurka jest cholernie szybka, zwinna i nieprzewidywalna, a przy okazji niektóra potrafi być jadowita- przypomniałem sobie słowa Mistrza.
-Jadowita- powtórzyłem wraz ze swymi myślami w zastanowieniu.
-Intrygi są domeną kobiet. My, faceci, załatwiamy sprawy krótko i bez zbędnego pierdolenia- po kopie w piętrowe łóżko Łoś spadł z górnej koi i zaklął szpetnie pod nosem.
-Zostaw, Szczur. To akurat prawda- oznajmił Szef krótko.
-No... Dobra. W takim razie za co siedzisz?- Zapytał wolno Chwast.
-Za to samo, co Diablica- oznajmił Szef, a raczej Lotos.- Tylko jeszcze gorzej. Miałem dostać karę śmierci, ale zamienili mi na dożywocie. To trzeci zakład, gdzie garuję- wzruszył ramionami.
-Podczas procesu pytali, czy cię znam- przypomniałem sobie. Szef spojrzał na mnie wyczekująco- powiedziałem, że nie osobiście i to, co wtedy wiedziałem. Nigdy nie myślałem, że spotkam założyciela i pierwszego Węża Hydry.
-Los bywa przekorny- odparł Szef wzruszając ramionami.- To, co; Łachy? Karty?
Skinąłem głową sięgając do lodówki po kolejną butelkę z krwią. Wśród lodu dostrzegłem kilka butelek z napisem: absynt i przyczepionym do jednej liścikiem, na którym napisano:
"Twoja dziewczyna poprosiła, żeby to przemycić."
-O, cholera... Vix...- Znowu poczułem w sercu chłód spowodowany rozpaczą i żalem.- Musimy się napić- zauważyłem wyciągając butelkę.
Rafael J. White
Jo wszedł do mojej komnaty z tacą w dłoni.
-Nie było cię na obiedzie, więc pomyślałem, że- zaczął stawiając tacę z boku blatu.
-Nie jestem głodny, Jo- odparłem beznamiętnie.
-Od kilku dni prawie nic nie jesz- powiedział z troską, przyglądając mi się.- Co cię gryzie?
-Nic mi nie jest, po prostu nie jestem głodny- odparłem wpatrzony w okno.
Jo westchnął ciężko, siadając naprzeciwko mnie w fotelu.
-Chodzi o Victorię?- Zaczął na mnie naciskać. Powoli odwróciłem wzrok od widoków za szybą i spojrzałem niechętnie na wieloletniego przyjaciela.
-Och, daj spokój; Jo- odparłem niecierpliwie.
-Jeśli będziesz chciał pogadać- powiedział zbierając się do odejścia.
-Jasne- przerwałem mu, starając się, żeby nie zabrzmiało to, jak na odczepne.
Joseph wyszedł, a ja rozmyślając przez jakiś czas wlepiałem wzrok w talerz z jedzeniem i kawę na tacy.
Czułem się źle z tym wszystkim i, prawdę mówiąc, byłem wściekły na Gabriela. Niby Jo miał rację, że nie jestem blondynowi nic winien, ale brakowało mi go. Życie zdawało się odrobinę weselsze, gdy przekomarzaliśmy się, albo kłóciliśmy. Poza tym mogliśmy rozbawić tym Victorię, a ona chociaż na chwilę zapominała o nocnych koszmarach i nie bała się aż tak tych snów. Teraz okłamywałem Vix i, choć robiłem to dla jej dobra, przepełniało mnie ogromne poczucie winy. Wiedziałem, że Gabriel także coś do niej czuł i chciał dla Victorii jak najlepiej.
Trochę pokrzyczy, popłacze i w końcu zapomni...- usłyszałem znów słowa Gabriela.
Ale jakim kosztem? Vix mogła przez to wplątać się w kłopoty. W złości ludzie robią różne rzeczy, a czasami chcą się odegrać; a jej mogło grozić niebezpieczeństwo. Sabat zaczął się dziwnie interesować Victorią, a Hydry tylko wyczekiwały okazji; żeby dopaść popielatowłosą. Pomiędzy nimi i Smokami zapanował tymczasowy rozejm, ale nie wiedziałem na jak długo. Konkurujące ze sobą organizacje przestępcze podczas ugody przypominały bombę z opóźnionym zapłonem, a ja niezbyt bym chciał powtórki sprzed siedmiu, czy ośmiu miesięcy; kiedy wykonując swoją robotę musiałem równocześnie uciekać przed pociskami i ostrzami mieczy Smoków. Ich przywódca, Lau również nie był zbyt pomocny, bo poza forsą i swoimi lewymi interesami, miał wszystko gdzieś; choć (podobno) wisiał Gabrielowi przysługę; ale mimo to...
Lau mnie zastanawiał. Jak na Szefa Mafii był spokojny i opanowany. Niekiedy widywałem go za dnia na ulicach; jakby wcale nie przejmował się, że może być poszukiwany przez wymiar sprawiedliwości.
-Ty też jesteś dosyć ciekawą osobą, księże- odezwał się nagle zza małej biblioteczki głos.
Lau wyszedł zza regału. Był ubrany w powycierane na udach czarne jeansy i czarną, jedwabną koszulę z czerwonymi guzikami. Na wierzchu lewej dłoni widać było fragment głowy i łapek salamandry.
-Jak tu wszedłeś??- Zapytałem zaskoczony, ukradkiem otwierając szufladę z ukrytą w niej bronią.
-Zwyczajnie, drzwiami- odparł wzruszając ramionami, poprawił ozdobną spinkę na lewym mankiecie koszuli.
-Czego chcesz?- Zapytałem nieufnie.
-Porozmawiać- odpowiedział spokojnie.
-Niby o czym?- Zapytałem natychmiast.
Lau uśmiechnął się leniwie unosząc lekko lewy kąt ust.
-O Victorii i twoich tajemnicach- powiedział wpatrując się we mnie, jak polujący kocur, który właśnie zobaczył swoją ofiarę i czeka na dogodną porę, aby zaatakować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz