poniedziałek, 28 grudnia 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział X: Panowie kicia

 Godzinę później uzbrojona Yennefer prowadziła mnie nieoświetlonymi uliczkami Wiecznego Miasta. Zdałam się na nią, bo sama nie wiedziałam, dokąd idę. W pewnej chwili wyciągnęła rękę na wysokości moich piersi. 

-Daj brelok- oznajmiła. 

Podałam bez słowa, chociaż nie chciałam rozstawać się z nim ani na chwilę. Był jedyną rzeczą, która mi po nim została... Yennefer zapukała trzy razy motocyklowym butem. 

-Czego?- Warknął głos zza ciężkiej metalowej bramy. Zgrzytnęła przesuwna blaszka, a zza niej ukazały się śliwkowe oczy. Yen bez słowa pokazała mu brelok. 

-Guren- nieznajomy wypowiedział słowo, którego nie znałam. Jego głosowi zawtórował szczęk rygla, a drzwi się otworzyły.- Wejść- oznajmił z chłodem.- Broń tam- wskazał na kąt przy bramie. 

Chcąc, nie chcąc złożyłyśmy broń, a odźwierny poprowadził nas ku orientalnemu pałacykowi. 


Szliśmy w milczeniu, gdy nasz przewodnik zatrzymał nas ruchem dłoni i zamienił kilka słów ze stojącym przy drzwiach uzbrojonym w automat strażnikiem. 

-Ma Lotos- Głos przewodnika Yen tłumaczyła, co mówią. 

-Do Głowy? Czyj.?- Zapytał strażnik. 

-Tygrysa- oznajmił ten pierwszy. 

-Idź z nimi- odparł drugi. Podnosząc broń usunął się z przejścia, a nasz przewodnik odwrócił się ku nam. Yen skinęła głową na nieme pytanie, a ten zaczął mówić. 

-Mamy klęknąć. Nie podnosić się i nie odzywać, póki Głowa nie pozwoli. Jeśli zażąda znaku (breloka, oni tak na to mówią) trzeba mu go dać. On wie wszystko- przetłumaczyła dziewiętnastolatka. 


Klękając nasz przewodnik wymówił z czcią jedno słowo. Odpowiedź także była lakoniczna, a po niej nasz przewodnik i kilku innych wycofało się i wyszło za drzwi, którymi weszłyśmy. 

-Teraz- szepnęła Yen. 

Klęknęłyśmy chyląc głowy. 

-Wstańcie, Yennefer, zwana Szpileczką i Victorio, Mistrzyni Tygrysa- oznajmił głos Lau'a. 

Wstałam, zaskoczona; o kim Lau mówi. 

Chińczyk zszedł z podwyższenia i podchodząc wprost do mnie wziął lekko moją twarz i zmusił, bym nań spojrzała. 

-Cierpisz, ale oboje go straciliśmy- powiedział.- Czego chcesz? Wstąpić w nasze szeregi, gaijin?- Zapytał śmiejąc się paskudnie. 

-Nie obrażaj jej!.- Warknęła Yen. Mocny cios w twarz sprawił, że dziewczyna zachwiała się mocno. Lau zmierzył ją lodowatym spojrzeniem czarnych jak noc oczu. 

-Nie odzywaj się niepytana, dang fu- syknął zimno. 

Byłam wściekła na Rafaela. Na cały świat. Za to, że nie mogłam pożegnać się z Gabrielem, więc postawiłam na jedną kartę. W tamtej chwili zabiłabym każdego, kto chciałby mi cokolwiek odebrać, a zwłaszcza JEGO. Mężczyznę prześladującego mnie w koszmarach tego, którego spotkałam wtedy w unieruchomionym pociągu.. 

-Chcę wstąpić do Smoków- oznajmiłam poważnie. 

Lau uśmiechnął się unosząc lewy kącik ust. Zrozumiałam, że w ten sam sposób uśmiechał się Gabriel i to ogromnie zabolało, bo wspomniałam tamte słowa... 

Cofnął się o krok wypuszczając z dłoni moją twarz, a Yennefer patrzyła na mnie przerażona. 

-Nie wiesz, czego chciałby Gabriel. Poza tym, czemu tak go nazywasz?- Zapytałam rozzłoszczona, choć tak jak Yen mogłabym oberwać w twarz.

-Tygrys. Dumny, waleczny i nieugięty. Dla nas, Victorio, walka jest nie tylko codziennością. Jest także sztuką- oznajmił ze spokojem. 

-Lewe interesy też tak nazywasz?- Zapytałam z niechęcią. 

Zaśmiał się cicho. 

-Pokazujesz szpony, Orle- stwierdził tajemniczo.- Zabijałaś wampiry, ale czy potrafiłabyś zabić człowieka?- Zapytał uprzejmie. 

-Nie wiem- wyznałam cicho, wpatrując się w jeden ze stolików na którym było coś na kształt bibelotu wyglądem przypominającego bramę i trzy pionowe deseczki na ozdobnych stojaczkach z wypisanymi na nich pionowo krzaczkami. 

-Nie jestem żadnym Orłem. Mam na imię...

-Wiem, jak masz na imię- przerwał mi.- Po waszemu to znaczy Zwycięstwo. Dla mnie jesteś Orłem. Wiesz, jaki jest Orzeł?- Nie czekając na odpowiedź ciągnął.- Może dla ciebie to tylko drapieżnik i zabójca, ale my, Chińczycy, widzimy w zwierzętach nie tylko ich naturę; ale i cechy, które można przypisać nam, ludziom. Niektóre z nich mają kilka cech, a człowiek-orzeł.. On ma.. Ma to coś, czego niektórym brakuje. 

-To znaczy?- Przez chwilę pożałowałam tego, że tutaj przyszłam, ale Lau zmienił moje zdanie z chwilą, gdy wypowiedział te słowa: 

-Człowiek Orzeł nie chce władzy. On sam jest władzą- powiedział cicho. Zaśmiał się, a Yen zasyczała. Tym razem zignorował dziewczynę.- Wreszcie w swoim życiu trafiłem na godną siebie przeciwniczkę. 

-Co chcesz przez to powiedzieć, Lau?- Zapytałam zaskoczona. 

-Tylko to, że kiedyś umrę i zajmiesz moje miejsce- oznajmił z powagą- ale najpierw dobrze przemyśl swoją decyzję. Idźcie już- ruchem dłoni nakazał nam odejście. 

***

-Boże Miłosierny.. Kompletnie go nie rozumiem!- Warknęłam zapodając kopa w pancerną bramę.- Cholera jasna...

-Mówiłam ci, że Lau i jego kumple są dziwni- zauważyła beznamiętnie Yennefer ponownie się uzbrajając. 

Jednak nie było czasu na dalszą rozmowę, ponieważ niemal tuż za sobą usłyszałam serię z półautomatycznej broni...

Poczułam to... 

Bardzo bliską obecność Nocnych. 

-Każ im uciekać- zwróciłam się do Yennefer, podając jej broń i kilka flakonów świętej wody. Krzyknęła kilka słów do najbliższego Azjaty, który zagonił swoich do pałacyku. 

-O, Boże... To Hydry- wyszeptała Yen, rozkładając szybko srebrny kołek. 

Gabriel, zwany więźniem 

Szósty marzec A. D. 1991, późna noc.

-No, cudownie. Nie dość, że gnijemy w jednym pudle; to jeszcze obaj głodujemy- odezwał się z ciemności głos z niemieckim akcentem. 

Z trudem podniosłem głowę i spojrzałem na właściciela znanego mi głosu. 

-Tak myślałem, że coś tu cuchnie przetrawioną, ludzką krwią. Śmierdzisz, Dieter- oznajmiłem ironicznie. 

Cichy szelest, po którym poznałem, że D z głodu ledwo się poruszał. 

-Powinienem cię zabić, zanim to zrobiła- warknął, a po chwili z jego ust wydobył się paskudny kaszel. 

Przyjrzałem mu się. 

Wyglądał gorzej ode mnie. Był już na skraju życia i śmierci. Jego skóra była blada, niemal przezroczysta, a w oczach czaił się głodowy obłęd. Byłby w stanie zrobić wszystko dla łyku ludzkiej krwi. Jak cierpiące, wygłodniałe zwierzę; które polując tylko czeka na choć nikłą szansę. Oddychał słabo, a jego oczy były tak czarne, jak nieprzenikniony mrok. 

-Twój Pan zostawił cię na pastwę losu?- Zapytałem obojętnie. 

Prychnął. 

-Nigdy nic dla niego nie znaczyliśmy. Chwyci się wszystkiego, żeby odzyskać tę twoją dziwkę- powiedział obojętnie. 

Nie wiem, co się ze mną stało, ale gdy nazwał tak Vix, dopadłem do niego i chwytając Dietera za szary, więzienny uniform kilka razy przywaliłem jego mordą w podłogę karceru. 

Wbiegło kilku strażników i odciągnęli mnie od obiektu, na którym obecnie wyładowywałem tłumiony w sobie miesiącami gniew. 

-ROZSZARPIĘ CIĘ, ŚMIECIU!- Wrzeszczałem w amoku.- WYRWĘ CI SERCE! WYPRUJĘ CI FLAKI I WYPIJĘ CIĘ DO SUCHA, SUKINSYNU! PRZEJADĘ SIĘ PO TOBIE, JAK PO BUREJ SUCE! W TYM PUDLE NIE MASZ JUŻ ŻYCIA!- Wyrwałem się strażnikom i podbiegając doń, kopnąłem Dietera prosto w twarz. Zanim znowu mnie odciągnęli dostał ode mnie kilka razy w żebra. 

-Zawleczcie go do izolatki!- Nakazał blokowy, ale wyswobodziłem się znowu i dopadając do Dietera, zacząłem okładać go pięścią na oślep. Kiedy ponownie mnie odciągali dostałem kilka razy pałkami. 

-KIEDY CIĘ DORWĘ, ZABIJĘ!! PRZYSIĘGAM, DIETER... BĘDZIESZ BŁAGAŁ, ŻEBYM CIĘ DOBIŁ, ŚMIECIU!- Kolejny cios w głowę totalnie mnie zamroczył. 

Straciłem przytomność. 


Ocknąłem się w strasznie ciasnym i ciemnym pokoju bez okien. Jedyna, słaba strużka światła wychodziła spod drzwi. Wiedziałem, że spędzę tu dzień, dwa lub tydzień, póki klawisze łaskawie sobie o mnie nie przypomną. 

-Skąd Diablica zna tego drugiego z karceru?- Usłyszałem pytanie "Anioła". 

-Nie wiem- odparł "Bóg"- ale lepiej trzymać ich z daleka od siebie. Borgia sprowokowany jest gotowy spełnić swoje groźby. 

-Kiciarz jak kiciarz- stwierdził Anioł obojętnie.- Wszyscy osadzeni tutaj to psychopaci i dobrze o tym wiesz, Jean. 

-Borgia jest inny- oznajmił Bóg, nazwany przez tamtego Jean'em.- Sam z własnej woli zgłosił się na policję; chociaż na pewno wiedział; co go czeka. Mimo wyznaczonej na niego nagrody, nie wydał go nikt, kto go widział. Dlaczego? Czego ci ludzie się bali? 

-Idź wreszcie na urlop, bo w końcu ocipiejesz od tej roboty; Jean- zauważył Anioł wolno. 

-Po prostu mnie to kurwa ciekawi. Wielu ludzi go widziało, ale nikt ze strachu przed tym szczeniakiem nie puścił pary. Czego się bali? Kim jest, że większość tutaj omija go szerokim łukiem? Kurwa- zaklął z szewską pasją.- Robię tu trzydzieści lat z hakiem i widziałem już wielu totalnych pojebów, ale ten dzieciak przebija ich wszystkich na głowę. Tylko usłyszą jego ksywę: cisza. Wszyscy grzecznie przy michach i żrą. Wszyscy, bez wyjątku. Sam widziałeś jak rozłożył bandę z R-ki... Jakby fruwał w powietrzu, jak pierdolony kanarek- stwierdził z namysłem.- Większość tu ma dożywocie, ale tylko on podczas procesu przyznał się do wszystkiego. Jakby ten dzieciak nie miał już po co żyć... 

-Za dużo myślisz, Jean. Nie mamy się nad nimi litować, tylko pilnować spokoju i tego, żeby nie pozabijali się nawzajem w tym burdelu- stwierdził Anioł wyjątkowo podminowany.- Jak chcesz, zajrzyj do akt tego gówniarza. Tylko nie zwróć kolacji i nie mów, że nie ostrzegałem- usłyszałem oddalające się kroki. 

Wiedziałem, że służba więzienna nie ma prawa zaglądać do akt żadnego z więźniów; ale w tym wypadku było mi wszystko jedno. 

Dla najbliższej mi osoby już i tak byłem martwy... 


Dziewiąty marzec pamiętam jak przez mgłę jako dreszcze, wycie i przejmujący chłód, jakbym ubrany jak na lato zamarzał na zaśnieżonym szczycie ośmiotysięcznika, dusząc się powietrzem przepełnionym wonią ludzkiej krwi... 

-Dajcie mu worek z lodówki- nakazał Bonetti, poczułem czyjeś palce na swojej twarzy. Chciałem odtrącić tę rękę, ale przez rwący ból nie miałem siły wykonać jakiegokolwiek ruchu. 

-Zabiję cię, Dieter... Nie masz życia w pudle...- Ktoś groził... Komuś. 

-On majaczy.. Cholera jasna..- Zaczął Bonetti przerażony. 

-Odsuńcie się- ten głos.. Choć znajomy, nie potrafiłem przypisać go do żadnej twarzy, którą widziałem. Byłem na siebie zły, bo powinienem znać... 

Sam nie wiedziałem, co lub kogo. Przez głód wszystko mi się już chrzaniło... 

Przed oczami zamajaczyła mi czyjaś zamazana twarz. 

-Serio wyglądasz jak worek łajna, Gabriel- stwierdził głos, przyglądając mi się. Po sekundzie usłyszałem cichy trzask pękającej skóry i poczułem na twarzy wilgoć, a w nozdrzach zapach... 

-Napij się- zobaczyłem rozcięty kłem nadgarstek i dostałem szału. Bez wahania wgryzłem się głębiej w żyły karmiącej mnie osoby i zacząłem pić.- Nie bądź taki zachłanny- zaśmiał się cicho, ale nie cofnął ręki. Oczy karmiącego mnie błysnęły czerwienią, ale potem na chwilę odpłynąłem. 

Ocknąłem się po jakimś czasie. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu byłem nasycony i to było niepojęte uczucie. Wszystko wyglądało tak samo, jak po przemianie. Takie... Niesamowicie wyraziste, jakbym urodził się na nowo. Każdy przedmiot od drzwi otwartej izolatki po twarze otaczających mnie ludzi posiadał wyraźne linie i kontury. Widziałem nawet unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. 

-Cas..?- Wtedy rozpoznałem siedzącą tuż przy mnie postać o miodowych oczach. 

-Ciężki mój los. W końcu znudzi mi się ratowanie tyłka jakiejś Nocnej podróby- stwierdził i zanim się spostrzegł dostał ode mnie w zęby. 

-No, wiesz co..? Jeden kieł już mi się rusza, a nie chciałbym stracić dwóch od razu- prychnął z wyrzutem w porę odskakując przed ciosem. 

-A co? Mleczaki ci wypadają?- Zapytałem ironicznie, a Caspian spojrzał na mnie gniewnie. 

-Nie porównuj mnie do tego czegoś, zwanego szczeniętami ludzi- prychnął udając wyniosłość. 

-Powiedz to swojemu tatusiowi- odparowałem kpiąco. 

Tym razem Caspian spoważniał. 

-Odszedłem od ojca- oznajmił odwracając się na chwilę w korytarzu. 

-Jak to?- Zerwałem się spod ściany, ale Anioł zatrzymał mnie pałką. 

-Twoja Vix jest poszukiwana przez Sabat, ale nie zrobią nic pod nosem tego klechy, a ona- Caspian spojrzał wprost na mnie- ona złożyła ofertę Smokom. 

-Co takiego...??- Wypaliłem zdumiony i przerażony. 

Jeśli to prawda, Victoria może mieć kłopoty. Co może się wydarzyć? Co, jeśli Vlad ją dopadnie? I przede wszystkim: co zrobi Lau i, czy dotrzyma danego mi słowa. 

Powoli otarłem krew z twarzy i opuściłem rękę. 

-Cholera... Muszę pomyśleć...- zacząłem gorączkowo się zastanawiać.- Rafael wiedziałby, co robić- mruknąłem w zastanowieniu wpatrując się w wylot korytarza. 

Rafael J. White 

Dziesiąty dzień marca A. D. 1991. powitał mnie siedzącego w niewygodnej pozycji w ławce, w kaplicy. 

-Pierwszy raz przespałeś jutrznię, księże Rafaelu- zagadnął żartobliwym tonem siedzący obok mnie Jo. 

-A, co? Tobie się to nigdy nie zdarzyło?- Zapytałem uszczypliwie. 

Przewrócił oczami, ale po chwili spoważniał. 

-Słyszałem jak Victoria i Yennefer kłóciły się o coś wczoraj- zauważył z namysłem.- Wiesz coś na ten temat?- Zapytał z przyjacielską troską. 

-Nie rozmawiamy od jakiegoś czasu. Zresztą sam wiesz, że Vix obraziła się na mnie za te kłamstwa, które jej wcisnąłem. 

Joseph przeczesał dłonią siwe włosy w zamyśleniu. 

-Właściwie czemu to robisz, skoro nie jesteś Gabrielowi nic winny?- Zapytał powoli. 

Spojrzałem nań z boku. Jego ciemne oczy wpatrywały się w boczny ołtarz z wizerunkiem świętego Pawła oświetlony płomieniami świec, które odbijały się w jego kawowych tęczówkach uwydatniając zmarszczki na jego twarzy i sprawiając, że mimo swoich czterdziestu siedmiu lat wyglądał na o wiele starszego. 

-Nie powinienem- powiedział cicho, gdy po dłuższej chwili nie odpowiedziałem. 

-Powinieneś. Właściwie sam się zastanawiam, dlaczego robię to wszystko- odezwałem się w końcu.- Próbuję sobie wmówić, że robię to dla Vix, ale... Sam już nie wiem- westchnąłem z porażką. 

Joseph siedząc oparł dłonie na oparciu ławki i splótł palce. 

-Wiem, że kochasz Victorię jako kobietę i równocześnie nadal chcesz być księdzem, ale tak się nie da, Raf- powiedział jak cierpliwy przyjaciel, który nie pozwoli ci zrobić żadnej głupoty i zrujnować sobie życia, a jeśli już tak się stanie to będzie cię chronił i ci pomagał.- Wreszcie będziesz musiał wybrać pomiędzy jednym i drugim- poradził rozsądnie. 

-Wiem, ale nie jestem jeszcze na to gotowy, Jo- odparłem cicho, wpatrując się w obraz.

-Rafael. Przed niektórymi rzeczami nie możesz uciec- czując na ramieniu dłoń przyjaciela, uniosłem głowę i spojrzałem na niego, pytając wzrokiem, co chce przez to powiedzieć, ale Jo posłał mi tylko łagodny, braterski uśmiech i odszedł ku wyjściu z kaplicy. 

Gabriel, zwany więźniem 

 Trzy dni poźniej, trzynasty marzec A. D. 1991. 

Leżałem na swojej koi, czytając książkę. Moi współwięźniowie grali w karty i gadali o wszystkim i niczym, gdy nagle na korytarzu zrobił się dziwny szum. 

Rzuciłem tomik na materac i wstając podszedłem do małego, zakratowanego okienka w drzwiach celi. W każdej z cel stał jeden z osadzonych i obserwował korytarz, na którym pięciu strażników siłowało się z jednym z bardziej agresywnych więźniów. 

Wyrwał się i podbiegł wprost do mojej celi. 

Dieter. Przez długie minuty staliśmy wpatrując się w siebie w ciszy. Miał zakrwawioną twarz, ale to nie była jego krew. 

-Cuchniesz, D- odezwałem się, nie ukrywając wrogości. 

Dostrzegłem, że jego ręka wystrzeliła przez kraty, łamiąc dwa pręty; jakby zamierzał chwycić mnie za gardło. Odsunąłem się, a jego ręka manewrowała w powietrzu chcąc mnie dorwać. Wpatrywałem się w niego z politowaniem, kręcąc głową i ignorując jego groźby. 

Strażnicy, chcący opanować niebezpieczną sytuację, nagle się zatrzymali i wbili zdumiony wzrok w klucz w zamku mojej celi, który bardzo powoli wykonał cztery obroty. Po każdym z nich trzasnęła odskakująca zapadka zamka, a rygiel po drugiej stronie poruszył się jakby odciągnęła go niewidzialna dłoń. 

W ułamku sekund chwyciłem otwierające się drzwi celi i przyduszając nimi Dietera do ściany, kilka razy uderzyłem go nimi. 

-Twój smród i grymaszenie przeszkadza mi czytać- prychnąłem poirytowanym tonem. Lekko odsuwając drzwi butem, kopnąłem leżącego w twarz.- Przyzwyczaiłem się do spokoju, śmieciu; więc stul pysk- obłożyłem go jeszcze kilkoma kopniakami i spokojnie wróciłem do celi, mówiąc- koniec widowiska, chłopaki. 

Zaskoczony Anioł zamarł z dłonią wyciągniętą do pałki przy pasie munduru, a reszta strażników spoglądała po sobie z wyczuwalnym w powietrzu niepokojem. 

-Sam nie zamknę za sobą drzwi- stwierdziłem ironicznie, wpatrując się w najbliższego młodego strażnika, który podszedł rozedrgany i gapiąc się na mnie zamknął drzwi. Jego rozdygotane ze zdenerwowania dłonie długo męczyły się, by przekluczyć zamek, ale w końcu mu się udało. Chwast, Szef i trzech innych w celi wpatrywali się we mnie z przerażeniem w oczach. Na twarzy niskiego z kotwicą na przedramieniu widniał wyraz podejrzliwości, jakby zastanawiał się, jak udało mi się zrobić to wszystko. 

W milczeniu sięgnąłem po książkę i ułożyłem się wygodnie na dolnej koi, po czym wróciłem do lektury. 

Tomik był taki sobie. Opisywał historię i taktykę wojny, ale z braku lepszego zajęcia dało się go przełknąć, choć historia nie była ani trochę interesująca, to zagadnienia strategiczne ogromnie mnie zaciekawiły. 

Wtedy Szef rzucił karty na służący w celi za stolik, taboret i poczułem na sobie jego wzrok. 

-Jak to zrobiłeś?- Zapytał krótko. 

Podniosłem wzrok znad tomiku i spojrzałem mu w oczy, przybierając najbardziej zdziwiony wyraz twarzy, jaki potrafiłem. 

-Co takiego?- Zapytałem niewinnie. 

Tęgi i muskularny, najstarszy z nas podszedł do mnie i podnosząc mnie do pionu, przyciągnął mnie bardzo blisko siebie za kołnierz szarej więziennej bluzy z numerem i nazwiskiem. Zajrzał mi głęboko w oczy, mówiąc: 

-Nie udawaj głupka, Diablica- potrząsnął mną mocno. 

-Nie wiem, o co ci chodzi- oznajmiłem spokojnie, odwzajemniając wzrok niebieskich tęczówek.- Możesz mnie puścić?- Zapytałem uprzejmie, starając się nie przeciągać struny, bo wiedziałem, że Szef jako straszny nerwus mógłby wywołać burdę, a ja chodziłbym przez tydzień z ryjem w klapkach. 

Z wściekłą miną odsunął się i odepchnął mnie. Uderzyłem lekko o rurkę piętrowego łóżka i rozejrzałem się po dzielących ze mną celę kiciarzach. Wszyscy obserwowali mnie podejrzliwie. 

-Nie podoba mi się to wszystko- powiedział Szef chłodno.- Od kiedy tu trafiłeś, wszyscy omijają cię z daleka; jakbyś był tu Bogiem. Strażnicy też dziwnie się zachowują, a Naczelnik to już totalnie ohujał. Jakbyś był jego pupilkiem- wyrzucił mi pogardliwie. 

-Pupilkiem.! Dobre sobie- prychnąłem ostro.- Jeśli myślisz, że pijemy sobie kawkę i wpierdalamy ciasteczka, gadając o pierdolomento; to jesteś w błędzie- oznajmiłem zimno patrząc mu w oczy. 

-Uważaj bo ci uwierzę- syknął gniewnie.- Ci kitajcy z Recydywy. Jeszcze nikt nie wyszedł żywy z bójki z nimi. Nikt, poza tobą. Co ciekawsze, wszyscy zastanawiają się; skąd ich znasz i dlaczego nazwałeś ich.. Jak to było..?- dodał podejrzliwym tonem. 

-Smoki- podpowiedział Chwast. 

-Właśnie, Smoki- podjął Szef w zastanowieniu. 

Przeciągnąłem się i wyjmując zza pazuchy piersiówkę, odkręciłem ją i upiłem łyk Cerbera. Chowając ją spowrotem rozejrzałem się po ich twarzach i westchnąłem. 

-Chcecie wiedzieć skąd znam się z Shen'em i resztą... W porządku, opowiem wam; jak to się zaczęło- powiedziałem siadając na materacu. 


Kilka lat wcześniej, budynek organizacji Hydra. 

-To są ci nowi?- Zapytał głos z obcym akcentem, a ja poczułem aromatyczny dym roznoszący się po szerokim pomieszczeniu. Patrząc w lewo z trudem dojrzałem kilka kadzidełek. 

-Tak jest- potwierdził Azjata, który nas przyprowadził. Zobaczyłem, że właściciel pierwszego głosu przywołał go gestem i rzucił coś do ucha niższego rangą.- Rozkaz- odparł usłużnie, gdy tamten skończył mówić i ruszył ku wyjściu. 

W ciszy rozglądałem się po skąpanym w świetle świec pokoju, próbując dostrzec twarz siedzącego na podwyższeniu szefa organizacji, do której miałem wstąpić. Zrobiłem to z braku pomysłu na życie, a poza tym chciałem poczuć adrenalinę i pojeździć trochę na krawędzi. Niezmiernie mnie to kusiło. 

Po lewej, za podwyższeniem usłyszałem spokojne kroki, a z mroku wyłoniła się szczupła postać mężczyzny o krótkich czarnych włosach i oczach w kolorze węgla. 

-Lau, wybierz sobie jedną z ofiar- w głosie Szefa wyczułem wibrującą nutę śmiechu. 

Przybysz nazwany imieniem Lau przeszedł w tę i spowrotem przed naszą piątką, obserwując z zastanowieniem nasze twarze. 

-Ty- przystanął tuż przede mną i zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu.- Wystąp. Jesteś już mój- Oznajmił, a jego chłodny głos z identycznym, jak szefa organizacji, akcentem potoczył się echem po pokoju. Lau cofnął się umożliwiając mi wykonanie rozkazu, a po obu moich stronach usłyszałem westchnienia ulgi, jakby reszta cieszyła się, że nie została wybrana przez tego faceta. 

-Imię- nakazał mi się przedstawić. 

-Gabriel Damon- zarobiłem kijem i zachwiałem się lekko. 

-Od teraz masz się do mnie zwracać Egzekutorze. Zrozumiano?- Zapytał lodowato. 

-Tak jest- zacząłem. Gdy kij kolejny raz świsnął tuż obok, uchyliłem się mówiąc na wydechu- Tak, jest; Egzekutorze. 

-Reszta na bok- syknął Lau. Podszedł do jednej ze ścian i wybrał dwa długie kije o grubym przekroju. Jeden z nich rzucił w moją stronę, podchodząc. Chwytając broń poczułem jej ciężar i spojrzałem na nią z ukosa. 


-Do tamtego z R-ki powiedziałeś Shen, więc co ma z tym wszystkim wspólnego jakiś Lau?- Zapytał powoli Chwast, przywracając mnie do rzeczywistości. 

-Dowiecie się. Mimo, że był to tylko wysoki kawał drewna, był dość lekki i poręczny... Szef organizacji dał sygnał do walki- ciągnąłem opowieść. 


Nie zdążyłem przyjrzeć się dobrze zdobieniom broni, gdy musiałem robić uniki przed jego kijem. Mój przeciwnik, mimo swojej szczupłej, niemalże patykowatej budowy, był bardzo silny i zwinny. Przeskoczył nad moim kijem i zdzielił mnie swoją bronią w ramię tak mocno, że wypuściłem broń z rąk i wylądowałem na ziemi, koziołkując kilka metrów. 

Oszołomiony bólem w ostatniej chwili uniknąłem serii ciosów i zacząłem szukać własnego kija. Oberwałem okrągłym końcem jego broni między łopatki i padłem na podłogę półprzytomny, a w głowie tłukła mi się jedna myśl. 

Znajdź kij, zanim znowu ci przyłoży... 

Otarłem spoconą twarz i odbijając drugą ręką cios Lau'a obróciłem się na plecy i podciąłem mu nogi. Oparł się na  swoim kiju i zapierając broń na podłożu, przeskoczył ją, po czym z kobiecą gracją wylądował na podłodze i biorąc broń w rękę wprawił ją w wir. 

-Podnieś kij- rozkazał Lau wypranym z emocji tonem. 

Wtedy tuż przed sobą zobaczyłem wyglądający na ciężki, wysoki, wykonany z metalu świecznik z palącą się na nim świecą. Zapomniałem o kiju i chwytając przedmiot podniosłem go w powietrze i zacząłem odbijać nim ciosy i atakować Lau'a. 

Przez jego twarz przeszedł drapieżny uśmiech i zrobił coś, czego się nie spodziewałem. Przydepnął ciężki lichtarz i skierował go ku podłodze, po czym wytrącając mi go z rąk, zgasił butem świecę i przeskakując mnie znów zaatakował. Uderzył mnie końcem kija w krzyż, a gdy padłem na kolana założył mi broń na gardle. 

Z pogrążonego w ciemności podwyższenia usłyszałem oklaski i kilka słów w ich języku. 


-Szef organizacji nazwał mnie Tygrysem- odezwałem się po krótkiej chwili, rozglądając się po dzielących ze mną "kwaterę" mężczyznach.- Lau zaczął mnie szkolić, a jakieś kilka miesięcy później pojawił się on. Nazywał się Shen Zhou. 

-To ten Shen z Recydywy?- Zapytał zaskoczony Szef. 

-Tak. Lau zaczął szkolić nas obu równocześnie, więc zaczęliśmy rywalizować ze sobą o względy pierwszego Egzekutora Hydry- oznajmiłem.- Na początku działania organizacji, prócz lewych interesów i brutalności niższych członków specjalizowano nas w walce każdą bronią, jaką moglibyście sobie wyobrazić. Uczono nas zabijać wszystkim, nawet igłą do szycia. Najbardziej wytrzymali członkowie uczyli się przesłuchiwać osoby, które próbowały oszukać mafię... Shen i ja byliśmy w tym najlepszymi z najlepszych. 

Chwast wychylił się lekko do przodu patrząc na mnie z zaciekawieniem, ale zanim zdążył się odezwać, trzeci z mężczyzn, nazywany Szczurem, zapytał: 

-Co dokładnie znaczyło to przesłuchiwanie?- Zaciekawił się. 

-Zajmowałem się torturowaniem ludzi- wzruszyłem ramionami, a Szef wypalił kaszlącym śmiechem. 

-Bujasz w obłokach, Diablica- stwierdził z przekonaniem.- Zmyśliłeś tą historyjkę. 

Wyciągnąłem z kieszonki na piersi papierosy i wsuwając jednego w usta zapaliłem. Powoli i głęboko zaciągnąłem się dymem patrząc mu prosto w oczy. 

-Jesteś tego pewny?- Zapytałem poważnie wwiercając się w niego wzrokiem.- Od powstania Hydry zabiłem ponad trzysta osób. Przez prawie sześć lat, które spędziłem w organizacji za panowania pierwszego Węża o pseudonimie Lotos bez żadnego wahania wykryłem i zabiłem conajmniej trzydziestkę zdrajców. Aż przyszedł tamten dzień...- Powiedziałem w zamyśleniu. 

-Jaki dzień?- Podchwycił Szczur. 

-Dzień, kiedy Leah zabiła Lotosa i przejęła władzę w Hydrze. Myślałem wtedy, że widzę Lau'a i resztę Chińczyków ostatni raz- oznajmiłem powoli.- Wtedy Hydra przeobraziła się całkowicie, a ja... Ja stałem się pierwszym Egzekutorem i prawą ręką Lei oraz najbardziej poszukiwanym mordercą w dziejach Hydry. 

-Teraz to dojebałeś!- Zarechotał Chwast wesoło.- Babsko szefem mafii... Co za pierdolomento..!.- Dusił się ze śmiechu tarzając się po koi. 

-I tu się mylisz- powiedział z zastanowieniem Szef.- Kobiety potrafią być bardziej podłe i okrutne, niż niejeden facet. Znałem jedną taką, bo była moją żoną- powiedział powoli z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 

-To dlatego Shen tak się wkurzył, gdy nazwałeś go "maskotką Lau'a"- zauważył Chwast po długiej chwili. 

Skinąłem głową potakująco, paląc papierosa. W tym momencie cela otworzyła się a strażnicy zaczęli nas wyganiać. Nastała pora obiadu. 

***

Więzienna stołówka pękała w szwach. Biorąc swoją tacę zauważyłem, że przy stoliku; który zwykle zajmowaliśmy siedziała banda Shen'a. 

-Chłopaki, czuję bójkę- zauważył podejrzliwie Szczur. 

-Te łajzy zajęły nasz stolik, czy mi się popierdoliło?- Zapytał zaskoczony Chwast zacierając ręce z uciechą w oczach. 

-Nie popierdoliło ci się- rzucił nienawistnie Szef, obserwując spode łba grupę dziesięciu "recydywistów". 

-Ale spuszczę im wpierdol- zasyczał za nim szatyn z naszej celi, którego ochrzczono krótkim przezwiskiem Łoś. 

-Weźcie moją tacę, pogadam z nimi- oznajmiłem, podając tacę Chwastowi wyszedłem z kolejki i spokojnym krokiem szedłem do stolika. Przechodząc pomiędzy jedzącymi osadzonymi czułem na sobie ich zaciekawione spojrzenia. 

-Ni hao, Shen- rzuciłem wyluzowanym tonem opierając się dłońmi o węższy bok stolika. 

-Wynocha. Nie widzisz, że jem?- Warknął w odpowiedzi Shen. 

-Pewnie, że widzę, jak ze smakiem opierdalasz pieczonego kota- odparłem głośno, a po stołówce poniosły się wesołe śmiechy mężczyzn w szaraczkach.- Przechodząc do sedna: zająłeś z kumplami nie swój stolik. 

-Co z tego?- Zapytał bez entuzjazmu Shen świdrując mnie śliwkowymi oczami znad miski zupy. 

-To, że masz trzy sekundy, żeby stąd spadać- odparłem śmiało, a z ust osadzonych wydobył się jednogłośny jęk zdumienia i podziwu.- Więc, jak będzie..? 

Shen spokojnym ruchem odłożył miskę i prostując się spojrzał mi prosto w oczy. 

-Nie warcz, Tygrysie- zasyczał zimno, groźnym tonem; a jeden ze stojących najbliżej młodych strażników obserwował nas uważnie. 

-Bo co?- Zapytałem lekko.- Ukąsisz mnie, Smocza Żmijo?- Rzuciłem uśmiechając się kącikiem ust.- Ostatni raz grzecznie proszę, żebyś przeniósł się z kumplami gdzie indziej, bo inaczej...- W ostatniej chwili uchyliłem się przed frunącą w moją stronę miską gorącej zupy i obracając się posłałem ją kopniakiem w strażnika. Zaraz odbiłem pierwszy z serii morderczych ciosów i blokując ręce Shen'a przyłożyłem mu z głowy. Ogarnął mnie rozjuszony tłum jego kumpli, a osadzeni widząc, że coś się dzieje wstali i wokól nas rozległy się skandujące okrzyki. 

Strażnicy próbowali przepchnąć się przez osadzonych w sam środek wydarzeń, ale rozochoceni bójką więźniowie nie pozwalali zepsuć sobie radochy z emocjonującego widowiska. Szef i reszta jakoś przepchnęli się w pierwszy szereg i obserwowali, jak rozprawiam się z bandą Shen'a. 


Miękko  wskoczyłem na stolik i przechylając mebel, obróciłem go blatem do Kai'a , który szybkim kopniakiem wyrzucił stolik w powietrze. 

-Dalej, Tygrysie- sapnął półgłosem, używając zapraszającego gestu. 

Spokojnie podniosłem się z przyklęku, ale Shen przechodząc między nami wyciągnął rękę na wysokości torsu Kai'a mówiąc w swoim dialekcie: 

-On jest mój- oznajmił chłodno. 

-Deteike zasshu no musuko!.- Odparłem, a wśród osadzonych zapadła pełna napięcia cisza. 

Strażnicy wymienili między sobą zdziwione spojrzenia. 

-Będziesz bronić honoru swojego Mistrza?- Zapytałem Kai'a. 

Ruchem głowy odrzucił z oczu dłuższą grzywkę i uśmiechnął się pogardliwie. 

-Zabiję cię, Tygrysie- powiedział tonem przysięgi.- Każ im zrobić miejsce- warknął. 

-Jiyu-kumite! To lubię!- Zawołałem z uciechą.- Wreszcie zobaczę, czego nauczył cię Shen- zwróciłem się uprzejmie do przeciwnika. 

-Chłopaki, co to jest to coś tam- kumite?- Zapytał Chwast ze zdziwieniem. 

Spokojnie podszedłem do najbliższego starszego strażnika i zamieniłem z nim kilka słów. Celowo wybrałem Azjatę, bo tylko oni szanowali swoją tradycję. Ku zdziwieniu przyglądających się nam kiciarzy strażnik złożył ukłon. Odkłoniłem się uprzejmie, a on poprowadził mnie do Kai'a. 

-Nie powinni walczyć- zauważył Anioł, chwytając strażnika za rękaw. 

-Kumite to nie walka sama w sobie- oznajmił chłodno strażnik. Rzucił do nas jedno słowo. 


Wszyscy zrobili nam miejsce. 

-Sparing ma być uczciwy- oznajmił strażnik spoglądając kątem oka na nas obu. Skinąłem, gdy spojrzał na mnie. Zamierzałem użyć wszystkiego, czego nauczył mnie Lau; żeby wygrać. 

-Gotowi?- Zapytał krótko klawisz. 

-Gotów- rzuciłem w ich dialekcie, Kai skinął tylko głową. 

Azjata w mundurze służby więziennej usunął się i zaczęła się walka. 

-Diablica go rozwałkuje- mruknął Szczur. 

-Zobaczymy- odrzekł Szef, gdy strażnik tłumaczył zasady, które znałem niemal na pamięć.


Unikałem ciosów i kopnięć, niekiedy stosując bloki. 

-Ippon! Borgia- oznajmił klawisz rozdzielając mnie z przeciwnikiem. 

Splunąłem krwią i wybitym zębem odsuwając się. Strażnik dał znak do kolejnej walki. 

Kai natarł dobrze znanym mi stylem Shen'a, który dopingował swojego ucznia jednocześnie dając mu rady. 

-Ippon! Kai!- Oznajmił strażnik znów nas rozdzielając. 

-Ej, co znaczy to całe "pon"?- Zapytał wśród gwaru Chwast. 

-To punkty za dobrze wykonany atak lub blok- wyjaśniłem przez ramię, robiąc unik chwyciłem Kai'a za kostkę i wyrzuciłem go w powietrze. Wśród zdumionych okrzyków wylądował w przyklęku i uśmiechnął się drapieżnie. 

-Nieźle- skomentowałem obchodząc przeciwnika.- Shen jest dobrym mistrzem, ale Lau jest niedościgniony- oznajmiłem ze spokojem. Odbijając pierwszy atak, zablokowałem cios nogi i wyłożyłem przeciwnika na ziemię. 

-Ippon! Borgia- rzucił Azjata w mundurze służby więziennej. 


-Borgia, czterdzieści pięć. Kai, czterdzieści jeden. 

Ukłoniłem się przed pokonanym i w ostatniej sekundzie zdążyłem odbić cios stopy. Odbijając się od podłoża zrobiłem salto i podcinając Kai'a przywaliłem mu w żebra, a kiedy zaczął haustami nabierać powietrza, kantami dłoni go dobiłem. 

-Saigo no ippon. Borgia- wszyscy więźniowie zawyli z radochą. 

-Nie. On jest mój- oznajmił Shen. 

Azjata spojrzał na mnie. Skinąłem głową, mówiąc w ich języku: 

-Żadnych zasad. Tak, jak nas uczył; Shen- rzuciłem krótko.- Bez zasad, Chan!- Zwróciłem się do strażnika. 

-To grozi burdą, nie pozwalam- obaj ukłoniliśmy się składając recę jak do modlitwy.- Rozumiem. Męska walka- odkłonił się spokojnie- ale ma być uczciwie. 

-ŻADNYCH zasad. To nie jest uczciwa walka. To walka Mafii- oznajmiłem.- Jestem Tygrys- bezczelnie zapaliłem papierosa, a reszta bloku zawyła.

-Jestem Smocza Żmija- kitajcy z R-ki podnieśli wrzask. 

-To się źle skończy- powiedział "Bóg" z namysłem. 

-Czym się przejmujesz? Najwyżej obaj wylądują w izolatkach- oznajmił beznamiętnie Anioł. 

-W imię Mistrza, nigdy się nie poddam i nie przyniosę mu hańby. Nawet, jeśli przegram- powiedziałem w ich języku z powagą, a azjatycki strażnik był zaskoczony moją znajomością ich języka. 

-Zabiję cię Tygrysie- warknął Shen. 

-Witaj w piekle, Smocza Żmijo- rzuciłem uśmiechając się kątem ust. 

I się zaczęło... 

[***] 

Nie wiem, jak nasza walka wyglądała z perspektywy innych, ale nie skupiałem się na tym. Bardziej koncentrowałem się na ciosach, blokach i kontrach; bo "walka mafii" nie była już zwyczajnym sparingiem kumite. Dla znawców był to pojedynek na śmierć i życie. 

-DIA-BLI-CA! DIA-BLI-CA!- Skandowali więźniowie mojego bloku. 

Wyłożyłem Shen'a i przywaliłem mu pod żebra. 

-Odpuszczasz, dang fu?- Zapytałem. 

-Zanim skończymy przestaniesz warczeć, Tygrysie- odparł zimno, podnosząc się z trudem na nogi zaatakował 


Przeskoczyłem kolejny stół i tuż przed przerażonym strażnikiem wywróciłem go blatem do frunącego Shen'a. Wylądował na górnej krawędzi i przewrócił mebel do pierwotnej pozycji, po czym wisząc na rękach, zajrzał pod spód. 

Dosłownie sekundę wcześniej zdążyłem ślizgnąć po płytkach podłogi. Jadąc po śliskim podłożu, podniosłem się na nogi i wstałem hamując piętami, a strażnik, który sędziował kumite aż gwizdnął przez zęby z podziwu. 

-Tu jestem, dang fu!- Zawołałem wesoło, a Shen natarł na mnie z impetem. 

Rozłożyłem go w trzech ruchach 

-Pierwsza lekcja: pohamuj swój gniew- wyłożyłem go na płytki.- Druga lekcja: nie pozwól uczuciom nad sobą zapanować i obracaj je przeciwko temu, z którym walczysz- przycisnąłem go mocno kolanem do podłogi, zakładając mu jednocześnie chwyt unieruchamiający, czyli wykręcając jego wyprostowaną prawą rękę w tył.- Lekcja trzecia: jeśli masz okazję: zabij; a nie tylko o tym gadasz. Głównie przez to robisz się słaby, Shen- docisnąłem go mocniej do chłodnych płytek, uśmiechając się przekornie. 

-Jeszcze tego pożałujesz, Tygrysie- warknął lodowato. 

-Czekam na kolejny sparing; Smocza Żmijo- odparłem pozwalając strażnikom go przejąć. 


-To było zajebiste- skomentował Chwast.

-Totalnie zajebiste- poprawił Szef. 

-Totalnie popieram- stwierdził z przekonaniem Szczur. 

- Zwracam honor, Diablica- Szef spojrzał na mnie chwytając mocno moje ramię. Skinąłem głową w podziękowaniu. 

W tym momencie tuż za sobą usłyszałem miarowe oklaski. 

-Czy już kiedyś nie mówiłem, że cię rozszarpię, Dieter?- Zapytałem chłodno. 

-Po prostu, po koleżeńsku chciałem ci pogratulować rozjechania dwóch Smoków. Tak, wiesz; po starej znajomości- czułem, że D uśmiecha się pogardliwie. 

-Odpuść, bo i ciebie rozjadę, śmieciu- oznajmiłem lodowato.- Idź cuchnąć tam, gdzie mnie nie ma- odparłem tajemniczo. 

-Mam im powiedzieć, kim jesteś?- Odparł Dieter. 

Szybkim ruchem odwróciłem się wraz z krzesłem i zmierzyłem ex Węża długim spojrzeniem. 

-Wolę być kimś, niż czymś; jak ty- odparłem zimno.- Zjeżdżaj, Dieter. 

Strażnicy widząc, że znów robi się gorąco podeszli. 

-Przestańcie sprawiać problemy- Anioł spojrzał na D, a potem na mnie. 

-Bardzo proszę, żebyście trzymali to coś jak najdalej ode mnie- odpowiedziałem z odrazą, odchodząc wraz z resztą. 

-Damon- przystanąłem, a reszta celi spojrzała na mnie zaskoczona- Lau ma chrapkę na tę twoją sukę- zauważył uśmiechając się podle. 

Odwróciłem się i podchodząc szybkim krokiem przywaliłem mu mocno pięścią w zęby. Dieter wylądował na podłodze, a ja przycisnąłem go butem.  

-Nazwij ją w ten sposób jeszcze raz, a...- Warknąłem wściekle. 

-A co? Wypijesz mnie do sucha? Wyrwiesz mi serce?- Zapytał wesoło, a wśród strażników i najbliższych kiciarzy przeszedł szmer rozmów. 

-Nie tknąłbym takiego śmiecia, jak ty; cuchnąca imitacjo człowieka- oznajmiłem zimno, odwracając się zatoczyłem się mocno. Szef podtrzymał mnie w pionie. 


Cela. 

-O czym gadał ten facet?- Zapytał kwadrans później Szczur. 

Wiedziałem, że nie odpuszczą, póki nie dowiedzą się prawdy. Na pewno zauważyli, że więziennego żarcia prawie nie ruszam i wiedzieli, że coś tutaj nie gra. 

-Kto?- Udałem rozkojarzenie. 

-Ten Dieter- odezwał się Chwast podejrzliwie.- Diablica, coś tu nie pasuje... 

Spojrzałem nań, mówiąc: 

-Naczelnik zabronił mi o tym gadać- odparłem niechętnie. 

-Nie ufasz nam, to zjeżdżaj do innej celi- warknął Szef. Pchnął mnie mocno, a ja odbiłem się od zamkniętych drzwi. 

Przez dłuższy czas obserwowałem go w ciszy, zastanawiając się; czy... 

Oberwałem znowu, tym razem w żebra. 

-Jak ci mało, to dołożę. Dopiero się rozkręcam- syknął. 

-Nie prowokuj mnie, Szef- odpowiedziałem próbując się opanować. Głód znowu dawał o sobie znać, a głowę chciało mi po prostu rozsadzić. 

-Kto tu kogo prowokuje?- Warknął rozdrażnionym tonem, szykując się do kolejnego ciosu.- Gadaj o co chodzi. 

-Nie chcecie wiedzieć- powiedziałem, kręcąc głową. Uchyliłem się przed pięścią i unieruchomiłem go wciskając faceta w drzwi. 

-Puszczaj! Chłopaki... On jest lodowaty- zaczął zszokowany. 

Szef pachniał dziwnie słodko. Moje ciało zaczęło wariować z głodu. 

Odsunąłem się gwałtownie, puszczając go i opierając się o przeciwległą ścianę wstrzymałem na chwilę oddech. 

-Co ci jest..??- Szczur chciał podejść, ale warknąłem: 

-Nie zbliżaj się- poczułem słabość w nogach i z trudem utrzymałem równowagę. Zaciskając dłoń na rurze piętrowej koi, rozpiąłem lekko bluzę szaraczka.- Nie podchodź- zataczając się przeszedłem pomiędzy nimi i padłem na koję oddychając ciężko. 

-Jezu..- wymamrotał Rak, który zwykle trzymał się na uboczu, przechylił się z górnej koi- Patrzcie na jego oczy...- Wyszeptał zdumiony. 

-Co ty bredzisz?- Zaczął Szef.- O, KURWA- jęknął wystraszony. 

W tym momencie strażnik otworzył celę i stanął, jak wryty z pałką w dłoni. 

-No, nie... Tylko nie na mojej zmianie- jęknął Anioł.- Odsunąć się- rozkazał i rzucił po cichu kilka przekleństw podchodząc do mnie sięgnął pod koję i szybkim ruchem wysunął spod koca lodówkę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz