Trzy tygodnie później, dwudziesty listopada A. D. 1990.
Odpoczywając po kolejnym polowaniu leżałem na wielkim łożu w swojej komnacie i oglądałem poranne wydanie lokalnych wiadomości.
Prezenter relacjonował właśnie sprawę znikających na terenie miasta dzikich zwierząt, które ostatnio stały się w Rzymie istną plagą. Sam nie byłem w związku z tym bez winy, ponieważ likwidowałem mniej więcej pięć, sześć zwierząt raz na dwa tygodnie. Ponieważ zwierzęca krew pomagała mi gasić głód, napełniałem nią butelki i gromadziłem zapas ukrywając go w umieszczonej w ścianie komnaty skrytce, którą odkryłem kilkanaście dni temu.
Początkowo musiałem sobie wmawiać, że zimna krew jest smaczna; a teraz przemogłem się do tego stopnia, że czasami nawet nie zważałem na smak i wlewałem w siebie krew zupełnie machinalnie.
-Będę musiał uważać- mruknąłem do siebie wyłączając tv. Ułożyłem się wygodniej na materacu i opierając głowę na poduszce postanowiłem się trochę zdrzemnąć.
***
Gwałtownie zerwałem się ze snu i zakląłem soczyście. Nadal śniły mi się dni spędzone w Hydrze. Uczenie nowych i łamanie charakteru werbowanych. Już od jakiegoś czasu tym rzygałem. Byłem idiotą, kochając Leę... Pieprzonym idiotą.
I jeszcze ten cholerny Dante, kurwa jego mać...
-Nie chcesz być pionkiem w wojnie między nami- zauważył z boku Pan Zarozumiały.
-Wiesz, że zrobię wszystko, żeby była bezpieczna- zacząłem; ale przerwał mi mówiąc:
-Bo Nicolae tobą kieruje.
Rafael J. White
-Nie. Bo ją kocham i nie mogę jej mieć; bo ona kocha ciebie, cholerny debilu!- Odwarknął zły.- Ona cię kocha, a ty... TY się z nią, kurwa, bawisz!!
To już był cios poniżej pasa i nie mogłem tego odpuścić. Nie z powodu mej przeciwstawnej natury lecz z gniewu, który rozgorzał we mnie po słowach Gabriela.
Wyprowadziłem cios, by zdzielić go w mordę. Odbijając wykręcił mi rękę w tył i przycisnął mnie do ściany.
-Dość łatwo cię przewidzieć, klecho- tym razem przemawiał przezeń stary Gabriel. Hydra, zwany w szeregach Królem.- Zapomniałeś, żeby w mojej obecności ukrywać własne uczucia i zamiary?- Zapytał szyderczo.
Uderzyłem obcasem buta w jego stopę. Syknął, a ja wyrywając się, sam złapałem go za ubranie i trzasnąłem nim o ścianę. Gabriel patrząc mi prosto w oczy uśmiechał się wyzywająco.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Od zawsze wiedziałem, że jesteś szurniętym psycholem, Gabriel- oznajmił nie tracąc swojego stoickiego spokoju, a te bladoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie w taki sposób, że zupełnie nie mogłem rozszyfrować; o czym Raf myśli. Na twarzy malował się nieodgadniony wyraz. Nic w nim nie poruszyło się nawet o milimetr. Nie drgnęły ani krzaczaste brwi, czy policzki z trzydniowym zarostem. Wargi także pozostały nieruchome, a oczy nie wyrażały nic, po czym mógłbym odgadnąć, o czym w danej chwili myśli.
Rafael nigdy nie był taki... Niedostępny. Od kiedy go znam, bywał irytujący, czasem nerwowy i surowy, ale był także dobrym i cierpliwym słuchaczem. Teraz to wszystko nagle zniknęło, jakby otworzył jakąś szufladę w swoim sercu i ukrył w niej te cechy, za które szanowałem i podziwiałem go jak małe dziecko.
Rafael J. White
-Nigdy się nie zmieniaj, Księżulku- powiedział Gabriel z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem. Słysząc te słowa zamarłem w bezruchu i zacząłem się zastanawiać, czy całkiem nie odbiło mu z głodu, a moje ręce powoli opadły do boków. To zabrzmiało tak, jakby się żegnał... Cofnąłem się dwa małe kroki w tył, a Gabriel po prostu poszedł swoją drogą. Co gorsze, przestał mi przypominać tego zagubionego młokosa, który bronił się sarkazmem i bezpośredniością, a także był wyjątkowo chamski i bezczelny. Nawet kolczyk w jego wardze wydawał się nie odbijać światła tak, jak zwykle.
Patrzyłem za nim aż nie zniknął za zakrętem, zastanawiając się; czego ten dzieciak właściwie chce od życia. Ilekroć próbowałem pomóc mu uporać się z tym, kim jest teraz, natrafiałem na gruby mur, za którym ukrywał swoje uczucia i obawy. Stał się inny, niż był kiedy go poznałem: z wkurzającego i bezczelnego przeistoczył się w małomównego i opanowanego młodzieńca.
Westchnąłem ciężko idąc sprawdzić, czy biskup nie ma dla nas kolejnych zleceń i odruchowo spojrzałem przez okno. Gabriel paląc papierosa rozmawiał z jakimś podejrzanym typem. Nie był dla mnie podejrzany z powodu ubioru, ale dlatego, że widziałem tę facjatę we wczorajszych wiadomościach, więc musiał być jednym z poszukiwanych przestępców. Nie sądziłem, że Gabriel nadal trzymał z kimkolwiek powiązanym z Hydrą lub inną bandą oprychów.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Zaciągając się dymem oparłem się w wyluzowanej pozie o ścianę i mrużąc oczy spojrzałem na Seamusa niechętnie.
-Nie wiem, gdzie jest Szpileczka, zresztą nawet gdybym wiedział, nie powiedziałbym ci- odparłem krótko.- Poza tym interesuje mnie ktoś zupełnie inny.
-Niby kto?- Zapytał wolno, ostrożnie sięgając pod płaszcz po spluwę.
-Zanim wyciągniesz broń, zdążę rozpłatać ci gardło- ostrzegłem, a jego dłoń opadła do boku.- Leah- wymówiłem chłodno to imię.
-Na głowę upadłeś?? Przecież ona nie żyje- odparował autentycznie zdumiony, obserwując mnie szeroko otwartymi oczami.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Za oknem dłoń zwinięta w pięść wystrzeliła do przodu, a rozmówca Gabriela zachwiał się i zszedł dwa stopnie w dół, próbując utrzymać równowagę.
-Vlad kazał ci tak słabo łgać, a ty i reszta skakacie i szczekacie jak wam zagra?- Zapytał blondyn, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmieszek. Powoli opuścił prawą rękę do boku i spojrzał na tamtego obojętnie.- Zarobisz drugi raz, jeśli znowu usłyszę jakiekolwiek kłamstwo. Gdzie jest Leah?
-Mówię ci, że ona nie żyje. Ktoś pewnej nocy podciął jej gardło- w tej samej chwili facet wylądował na kolanach.
-Będziesz gryźć schodek tak długo, dopóki nie powiesz, gdzie jest Leah- powiedział Gabriel opierając glan na karku rozmówcy.- Wiesz, że nie należę do przesadnie cierpliwych- przypomniał chłodnym tonem klęczącemu mężczyźnie.- Masz pięć minut, by wyszczekać; gdzie jest- dodał z groźbą.
Kilka bełkotliwych, niezrozumiałych dla mnie słów wystarczyło, by Gabriel podniósł obutą w ciężki, wojskowy but stopę, by wykonać zamach. Tamten odsunął się odrobinę od krawędzi kamiennego stopnia mówiąc szybko:
-Czekaj!. Musisz coś wiedzieć!.- Facet przerażony usiłował zaciekawić czymś Gabriela, który znów podniósł stopę i kopnął mocno klęczącego, który z impetem przyłożył twarzą w stopień. Gabriel wyciągnął broń i odbezpieczył. Przeładował z trzaskiem po czym wymierzył w zamroczoną postać na schodach.
-Nie interesuje mnie nic oprócz tego, gdzie jest moja była- powiedział bez entuzjazmu.
-Nie wiem, gdzie są jej zwłoki... Vlad kazał gdzieś je wywieźć, a dwa tygodnie później- Gabriel strzelił w schodek. Mimo, że nie usłyszałam odgłosu wystrzału zobaczyłam błysk z lufy- dwa tygodnie później- powtórzył tamten lekko drżącym tonem- pojawiła się ta krótko obcięta czarnowłosa i...
-I?- Podchwycił Gabriel nie pokazując po sobie żadnych emocji.
-Ona... Tydzień temu Dieter i kilku innych jej podpadło...
-Co mnie to obchodzi?- Przerwał Gabriel obojętnie, nadal mierząc do tamtego z klamki.
-Bo ta kobieta totalnie zwariowała na twoim punkcie!.- Wyznał tamten nieźle wystraszony.- Hydry gadają, że wie o tobie o wiele więcej, niż Leah. Jakby cię skądś znała.
-Wstawaj, Seamus- Blondyn powoli zabezpieczył broń i wsunął ją za połę płaszcza. Mężczyzna nazwany Seamusem powoli wykonał polecenie, a kiedy odwrócił się do Gabriela zobaczyłam w świetle pobliskiej latarni zakrwawiony nos i rozwaloną lekko głowę. Wtedy poczułam, że powietrze dziwnie zgęstniało i usłyszałam tamten usypiający ton z ust Gabriela.
-Teraz posłuchasz mnie uważnie. Wrócisz do Pieczary, a kiedy po wejściu do środka zobaczysz pierwszą osobę powiesz, żeby przekazała pozdrowienia Vladowi. Potem sięgniesz po broń i strzelisz sobie w łeb. Powtórz- nakazał blondyn.
-Wrócę do Pieczary i pierwszej napotkanej w domu osobie powiem, żeby pozdrowiła od ciebie Vlada. Potem wezmę broń i strzelę sobie w łeb.
-Wracaj- Gabriel zapalając następnego papierosa wydał kolejny rozkaz, a Seamus spokojnym krokiem wyminął blondyna i ruszył chodnikiem.
Przez chwilę patrzył za odchodzącym Seamusem, a jego twarz przybrała wyraz głębokiego zamyślenia.
Następnego dnia, z samego rana czytając artykuł na pierwszej stronie gazety niemal wyplułam na nią kawę.
-Stało się coś?- Zapytał niewinnie Gabriel opierając się ramieniem o futrynę.
-Nic takiego- skłamałam, powoli odkładając prasę na stolik wzięłam kubek z kawą i upiłam łyczek.
Gabriel wziął gazetę i rozłożył ją na biurku. Zaczął czytać artykuł opatrzony zdjęciem z pierwszej strony. Dostrzegłam, że czyta tylko pierwsze słowa z kilku górnych linijek. Jego twarz nawet nie drgnęła, jednak po chwili jego wargi rozchyliły się i zadrżały lekko. Wymamrotał pod nosem jakieś nieznane mi słowo i odwracając się na pięcie szybkim krokiem wyszedł z pokoju.
Sama znowu wzięłam gazetę i czytając pierwsze słowa starałam się złożyć je w jakieś zdanie. Nic z tego: ilekroć próbowałam; żadne słowo do siebie nie pasowało, bo ani jedno ułożone z tych słów zdanie nie miało sensu. Co Gabriel zrozumiał z ciągu nic nie znaczących słów? Czy była to zaszyfrowana wiadomość adresowana do niego? Kto ją napisał i skąd blondyn wiedział, jak ją odczytać?.
Usłyszałam, że chłopak wraca. W dłoni miał kartkę A5 z notatnika i kopertę, a zza ucha wystawał mu długopis.
-Co jest?- Zapytałam zaskoczona, gdy usiadł przy stoliku i wyciągając zza ucha długopis zaczął się zastanawiać przez chwilę.
-U siebie nie mogę się skupić- odparł, a po chwili jego dłoń zaczęła zapełniać kartkę szeregiem cyfr.
Rząd liczb, przerwa, dłuższy rząd liczb, kolejna spacja, jedna cyfra...
Starając się nie pokazywać po sobie fascynacji tym, co robił blondyn obserwowałam jego poczynania.
Gabriel przerwał na chwilę pisanie i poprawiając kolczyk w wardze rozmyślał przez dłuższą chwilę. Zaczął od nowego akapitu i zapełnił kolejne kilka linijek tekstu.
Po chwili podniósł głowę i spojrzał na drzwi. Nawet nie poczułam, że obserwował nas młodszy brat Gabriela, Cristian.
-Jedziesz do Vincenzo?- Zapytał brata zielonooki.
-Taaa, chciał, żebym się zajął jego chaszczami w doniczkach, a co?- Odparł pytaniem najmłodszy z braci Borgia.
Gabe umieścił pokrytą cyframi kartkę w kopercie i przesunął ją w stronę Cristiana bez słowa. Wilkołak wziął ją i wsuwając w wewnętrzną kieszeń bluzy skinął głową po czym zniknął w korytarzu, a chwilę później usłyszałam silnik motocykla.
-Nic z tego nie rozumiem- nie wytrzymałam i musiałam to powiedzieć.
Gabriel zmierzył mnie uważnym, a zarazem tajemniczym spojrzeniem. Jego nowe oczy z ciemnymi obwódkami wokół tęczówek obserwowały mnie przez kilka długich minut, po których wyznał niespotykanie spokojnie:
-Dzisiaj oddam się w ręce policji.
Zerwałam się na równe nogi i odstawiając kubek zajrzałam mu w oczy mówiąc podniesionym głosem:
-TY CHYBA CAŁKIEM OSZALAŁEŚ, GABRIEL- wypaliłam na równi zszokowana i przerażona.
-A tu co się dzieje?- Zapytał nagle Raf z korytarza.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Jego zapytaj. On już kompletnie z fiutem na głowy się zamienił- nie wiem, co w tamtej chwili tak mnie rozbawiło: pełne złości stwierdzenie Vix, czy mina Rafaela, ale po prostu wybuchnąłem śmiechem; zanim w ogóle pomyślałem, co robię.
-Wiedziałaś, że to się w końcu stanie, Vix. Nie mogę uciekać przed policją w nieskończoność, bo kiedyś popełnię jeden błąd za dużo i zamiast kajdanków dostanę kulkę w plecy- oznajmiłem ze spokojem.- Wiesz, że to nieuniknione. Poza tym Antonelli na pewno powiadomił swoich, gdzie jestem i jest tylko kwestią czasu, jak wpadnie tu uzbrojony oddział policji i zrobi mega bajzel, po czym olewając resztę, zabiorą mnie do pudła i oskarżą was o ukrywanie niebezpiecznego mordercy- dodałem poważnie.
-Nigdzie nie pójdziesz- rozzłościła się, gdy wstałem.
-Nie zabronisz mi, Victoria- odparłem z opanowaniem. Chciałem mówić dalej, ale dostałem tak mocny policzek, że moja głowa odskoczyła na bok. Popielatowłosa aż dygotała z wściekłości wpatrując się we mnie rozognionym spojrzeniem.
Rafael J. White
-Jeśli cokolwiek do mnie czujesz to tego nie zrobisz- powiedziała ostro, a te srebrzyste tęczówki ciskały błyskawice gniewu. Drżała i dyszała ze złości.
-Czy ty właśnie próbujesz mnie zaszantażować, Victorio?- Gabriel zajrzał jej głęboko w oczy.
-Gabriel, przemyśl to dobrze i nie przesadzaj.- Zauważyłem, chcąc uniknąć późniejszego stania między młotem i kowadłem; jeśli oboje skoczą sobie do gardeł.
-Już to przemyślałem Rafael. Sam wiesz, że powinienem to zrobić ponad osiem lat temu.
-Nie zapominaj, że przeszedłeś połowiczną przemianę. Pomyślałeś co będzie, jeśli odbije ci z głodu w celi; czy będziesz o tym myślał dopiero wtedy, gdy cię przypili?
-Szczerze mówiąc pomyślałem, że zjawi się wtedy jakiś heros w koloratce i zrobi, co trzeba- te słowa pozornie brzmiały jak żart, ale Gabriel mówiąc to był zupełnie poważny.
Tym razem ręce mi po prostu opadły. Przez pewien czas wlepiałem w niego pełem niedowierzania wzrok.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
-Boże Miłosierny... Dlaczego zesłałeś mi na głowę wariata??- Wyszeptał Raf wznosząc oczy ku sufitowi.- Dlaczego mnie tak doświadczyłeś, zamiast od razu wysłać go do jakiegoś szpitala dla umysłowo chorych?- Jęknął załamanym tonem z rękoma bezwładnie wiszącymi po bokach.
Jeśli Rafael się podda, to już nikt nie będzie w stanie wybić z głowy Gabriela tego chorego pomysłu. Na tę myśl ogarnął mnie paniczny strach.
-Boże Miłosierny, zlituj się nad tym głąbem patentowanym- dodał brunet z dłuższymi włosami z ciężkim westchnieniem- i uchowaj mnie od jemu podobnych kretynów w przyszłości...
W tym momencie usłyszeliśmy kilkanaście głosów i kroki ciężkich butów oraz dźwięki przeładowywanej broni oraz zdenerwowany ton głosu kardynała Lombardi, a także chłodny Antonelli'ego.
-Wiem, że on tu jest i, jeśli nam go nie wydacie odpowiecie za ukrywanie poszukiwanego mordercy- oznajmił ten ostatni chłodno.- Przeszukać teren- zwrócił się do kogoś.
Zwróciłam wzrok na Gabriela. Sama nie wiedziałam, co w tym momencie czułam: czy była to złość na całą tę sytuację, czy żal, że tracę kogoś, z kim zdążyłam tyle przeżyć. Blondyn wyciągnął z buta Krucyfiks, a z kieszeni kołek i kilka flakonów świętej wody i złożył to wsystko na stoliku.
-W twoje ręce, Rafael- zwrócił się do bruneta spokojnie.- Dzięki, że mogłem z wami pracować- rzucił wychodząc.
Raf opanował się i skinął Gabrielowi głową.
Gabriel złapał nas oboje za ramiona i uśmiechnął się po swojemu ściskając je z otuchą.
-Wszystko okej. Świat się jeszcze kręci, jak nieźle popieprzona karuzela- rzucił na pożegnanie, a ja próbowałam powstrzymać łzy.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Aż pełny oddział, żeby mnie odprowadzić? Czuję się doceniony, Antonelli- oznajmiłem odpinając i zdejmując szelki z bronią. Zdjąłem z paska również nóż widząc wymierzone we mnie lufy broni maszynowej.
-Jesteś, jak zawsze szyderczy; Borgia- odparł komisarz wyciągając mi z ręki broń.- Masz prawo zachować milczenie. Wszystko, co powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie- rzucił swoją starą formułkę, skuwając mi ręce za plecami. Spokojnie pozwoliłem się wyprowadzić obserwowany przez księży.
Paka policyjnego busa nie była zbyt wygodna, ale to nie miało dla mnie zbyt wielkiego znaczenia. Bardziej wprawiały mnie w zażenowanie spojrzenia pilnujących mnie kilku policjantów, pełne różnych odczuć od obrzydzenia i pogardy zaczynając, a na dziwnym podziwie kończąc. Poza tym czułem się opity zwierzęcą krwią, ponieważ wypiłem od razu cały zgromadzony przez siebie zapas.
Zastanawiałem się także, co ci ludzie sobie o mnie myśleli.
Żałowałem większości swoich czynów, ale najbardziej dwóch rzeczy: tego, że należałem do Hydry i miłości, którą darzyłem Leę.
Przymknąłem na chwilę oczy, a pod powiekami pojawił się przerażający obraz, który wyjątkowo mną wstrząsnął.
Po pierwszym skręcie w lewo. Atak Nocnych Hydr i cały konwój z rozszarpanymi gardłami.
Szybko otworzyłem oczy.
-Skręć w prawo- nakazałem kierowcy.
-Każcie mu się zamknąć- odwarknął ignorując moje słowa.
Wyrwałem się najbliższym dwóm i skupiając się użyłem mocy wpływu wobec kierowcy, mówiąc:
-Teraz sięgniesz po radio i nakażesz całemu konwojowi zmienić trasę. Na najbliższym zakręcie skręcisz w prawo. Powtórz.
Wszyscy pozostali wpatrywali się we mnie zaskoczeni. W ich oczach pojawił się szok, gdy kierowca powtórzył moje słowa i przystąpił do wykonania mojej woli. Sięgnął po radio i nadał komunikat o zmianie trasy i jazdę okrężną drogą do bazy, po czym sam skręcił w prawo i zamrugał zaskoczony.
-Zaraz... Co się stało...?- Zapytał ze zdumieniem samego siebie obserwując drogę przed sobą. Strażnicy spoglądając na siebie ukradkiem, szeptali między sobą.
***
-Coś ty zrobił temu chłopakowi?- Zapytał trochę później przerażony nie na żarty komisarz patrząc na bladego jak płótno kierowcę półciężarówki, która mnie wiozła.
Siedzieliśmy w pokoju przesłuchań a policjant którego zahipnotyzowałem siedząc na krześle pod ścianą wpatrywał się tępym wzrokiem w jeden punkt. Jego twarz wyglądała jakby spał z otwartymi oczami.
-Nie miałem wyboru. Zobaczyłem coś i wiedziałem, że muszę temu zapobiec- sam nie wiedziałem, jak to wyjaśnić.
-Nic, a nic z tego nie rozumiem, więc zacznij gadać z sensem- powiedział ostro Antonelli wpatrując się we mnie jak sroka w gnat.
-Pamiętasz, co się stało w pociągu?- Tym razem to ja zadałem pytanie patrząc mu w oczy. Antonelli zbladł i cofnął się o krok od stolika potrząsając głową z niedowierzaniem w oczach.
-To był tylko sen. To mi się śniło- oznajmił patrząc mi twardo w oczy.
-Wmawiasz to sobie. Wszystko działo się naprawdę, bo niby skąd wiedziałbyś, gdzie mnie szukać?- Zapytałem tym razem retorycznie.- Ty po prostu próbujesz wyprzeć fakty...
-To nie są żadne fakty, bo ludzie z wielkimi kłami nie istnieją- przerwał mi z naciskiem, nadal broniąc się przed tym, co wtedy widział.
-A pamiętasz tamten uścisk na gardle, gdy miałeś wrażenie, że się dusisz?- Zapytałem całkiem niewinnie.
Antonelli trzasnął obiema dłońmi w blat dzielącego nas stolika i odruchowo spojrzał na chłopaka, lecz ten nawet nie drgnął; warcząc:
-To był sen. Nie było mnie w żadnym pociągu- upierał się.
-Dobrze- rzuciłem, po czym zwróciłem się do chłopaka.- Pójdziesz do policyjnego archiwum i znajdziesz raport z dnia czternastego września bieżącego roku, podpisany przez komisarza Antonelli i dotyczący unieruchomionego na pustkowiu pociągu. Przyniesiesz go, powtórz- nakazałem spokojnie, a chłopak nadal pod moim wpływem wstał i powtarzając polecenia ruszył z miejsca, żeby je wykonać.
Komisarz wpatrywał się we mnie totalnie przerażony, nie rozumiejąc co się dzieje. Na pewno zadawał sobie pytanie, jakim cudem zmuszam ludzi, żeby robili, co powiem, jednak musiał porzucić swoje rozmyślania, bo niski chłopak nagle wrócił z kilkustronnicowym dokumentem policyjnego raportu, na którego widok Antonelli blady jak śmierć opadł na krzesło.
-Kim ty kurwa jesteś; Borgia??- Zapytał ochrypłym półgłosem. Wzdrygnął się słysząc moje pstryknięcie palców. Niski funkcjonariusz obudził się nagle ze swego apatycznego stanu i podskoczył pytając ze zdumieniem:
-Gdzie ja jestem? Dopiero co byłem w wozie- wypalił gapiąc się na nas obu.
Rozsiadłem się wygodniej i sięgnąłem za pazuchę, skąd wyjąłem piersiówkę. Odkręciłem i upiłem z niej potężny łyk.
-Napisałeś raport i nadal wypierasz z myśli to, co się stało w tamtym pociągu?- Zapytałem leniwie zakręcając piersiówkę.
-Co w niej jest?- Antonelli ignorując moje pytanie ruchem głowy wskazał płaski metal w mojej dłoni.
-To jest Cerber. Lek dla "ludzi z wielkimi kłami"; jak to ich nazywasz- odparłem obojętnie.- Teraz ty odpowiedz na moje pytanie.
Kryminalny zmierzył mnie spojrzeniem pełnym nieufności, po czym odparł:
-Po prostu nie wierzę w połowę tego, co się tam stało- wyznał cicho.- Zresztą to nie twoja sprawa- zauważył z chłodem.
-Być może- przytaknąłem- ale wypieranie tego tobie też nie pomoże. Będziesz nadal sobie wmawiać, że twój partner nie zginął tak, jak zginął i, że nic się nie stało? Dla mnie to kompletne tchórzostwo, Antonelli.
-Zamiast pyskować, zacznij odpowiadać na pytania.
-Siedzimy tutaj już od pięciu godzin. Potrzebowałbym co najmniej tygodnia, żeby streścić chociaż jedną czwartą tego; co robiłem jako Hydra- odparłem z niechęcią. Wyciągnąłem z rąk zaskoczonego niskiego dokument i mimo protestów chłopaka zagłębiłem się w lekturze.
-O!. Ten fragment jest ciekawy: "[...] przednie wagony pełne martwych podróżnych. Z oględzin wynika, że ofiary zaatakowało nieznane dotąd dzikie zwierzę." Ciekawa hipoteza: dzikie zwierzę chodzące w butach i rozszarpujące gardła ludziom- odłożyłem dokument.
-Więc niby, co to było według ciebie?- Antonelli starał się nie stracić głowy.
-Widziałeś to "dzikie zwierzę"- odparłem spokojnie.
-Nawet jeśli, to nikt by w to nie uwierzył- żachnął się, a niski funkcjonariusz skakał po nas oczami, próbując zrozumieć; o co tu chodzi.
-A założyłbyś się...?- Zapytałem wyzywająco.- Mają podobne "zwierzę" pod samym nosem, tylko jeszcze o tym nie wiedzą- odparłem z powagą patrząc mu w oczy. Antonelli chcący coś powiedzieć nagle zamknął usta, a chłopak zapytał:
-Niby gdzie to zwierzę...?- Zdziwił się.
-Patrzysz na nie- uśmiechnąłem się pokazując mu wydłużone kły. Odskoczył, pytając ze strachem w oczach:
-Kim ty jesteś, człowieku?? - Wybuchnął łapiąc się za serce. Antonelli był coraz bardziej roztrzęsiony.
-Ty... Kto ci to zrobił...?- Szepnął komisarz opadając na najbliższe krzesło.
-Nieważne kto- odparłem obojętnie.- W przeciwieństwie do tamtego z pociągu, jestem trochę inny. Mogę chodzić za dnia, a przede wszystkim brzydzę się tym, co zrobił w przedziale tej dziewczynie- przerzuciłem wzrok na Antonelli'ego.- Obaj wiemy, co mam na myśli.
-A to...?- Kryminalny spojrzał ukradkiem na niskiego.
Zawiesiłem zamyślone spojrzenie na młodszym z mundurowych, zastanawiając się, jak wyjaśnić im, co się stało, że młody nie pamięta kilkunastu minut tego dnia.
-Tacy jak ja, hm... Inaczej- zastanowiłem się przez chwilę.- Takich, jak ja nazywa się Nocnymi. Jak sama nazwa wskazuje większość może wychodzić tylko nocą, ponieważ dzienne światło powoduje u nich oparzenia. Mnie to nie dotyczy, przynajmniej póki nie... Przynajmniej na razie- zakończyłem wolno.- Poza tym, wracając do tego; co zrobiłem z tobą, że nie pamiętasz paru rzeczy- zwróciłem się do Młodego- nazywa się to "Mocą Wpływu". Jeśli bym chciał, chłopak mógłby nie pamiętać całego dnia, a nie tylko tego, o co go poprosiłem- wytłumaczyłem starszemu stopniem policjantowi.
-Poprosiłeś?? Ty go do tego zmusiłeś- wypalił wściekły komisarz.
-Poprosił to eufemizm. Powinien raczej powiedzieć, że w pewien sposób nakłonił młodzieńca do swojej woli- na dźwięk głosu zwróciłem twarz w kierunku drzwi, w których stał...
Dante.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz