Zabolało.
Jakby ktoś wyrywał mi z ciała żyły.
Ta jedna woń... Zapach Naczelnika. Oni nie będą mogli mnie powstrzymać, jeśli oszaleję z głodu.
-Anioł... Pozwól mi stąd wyjść! CHRYSTE... TO BOLI!
Kilku strażników mnie unieruchomiło, a jeden z nich sięgnął po piersiówkę w mojej kieszeni...
-Nie chcę Cerbera!- Wytrąciłem klawiszowi z ręki butelczynę, która pofrunęła w powietrzu i odbiła się od ściany.
-No to, czego chcesz??- Wybuchnął naczelnik twierdzy rozzłoszczony.
Chociaż czułem rozrywający ból, wiedziałem; że nie mogę żądać zbyt wiele.
-Wepchnijcie mnie do pojedynki... Potrzebuję- z bólu zaryłem mordą w podłogę- potrzebuję... Zwierzęcej krwi... INACZEJ OSZALEJĘ...! ZWARIUJĘ- tym razem ból był o wiele gorszy, niż rozrywanie na strzępy, które przedtem porównywałem do agonii.
To była agonia.
W czystej postaci.
Jakby ktoś rozrywał mi ciało i duszę w tym samym czasie...
Powinno w końcu do ciebie dotrzeć to, iż jesteś w sytuacji bez wyjścia.
Już uzależniłeś się od Cerbera, a przyjdzie taki moment; że wreszcie twój organizm uodporni się na działanie narkotyku.
Będziesz szukał większego odlotu i wreszcie zapomnisz, że chciałeś za wszelką cenę pozostać człowiekiem.
Zatracisz się i przełamiesz swoje idiotyczne i niemniej żałosne opory...
Z trudem drugi raz postanowiłem odebrać sobie życie.
Prędzej zejdę, niż napiję się ludzkiej krwi..
Udław się, Dante.
Sięgnąłem do jednej z kieszeni więziennego łacha i wciskając przycisk, bez lęku nadziałem się na kołek.
[***]
I po raz drugi chybiłem.
Na stole operacyjnym podniosłem się do pozycji siedzącej.
-Jezu Chryste, on nie śpi??- Pytaniu zawtórował głuchy trzask mdlejącego pierwszego chirurga.
-O BOŻE... ON NIE MA PULSU- wyszeptała słabo anestezjolog.
-Nie mam pulsu, bo już jestem martwy. Przynajmniej dla was- odezwałem się nieco zamroczony.- Gdzie jestem?- Zapytałem całkiem rzeczowo. Anestezjolog wpatrywała się we mnie z trwogą.
-Teraz powiesz mi, gdzie jestem; Drino- oznajmiłem patrząc kobiecie prosto w oczy. Miałem zbyt mało Mocy, żeby utrzymać Wpływ przez dłużej, niż kilka sekund.- Odpowiedz, Drino.
-Jesteś w szpitalu, niecały kilometr od więzienia, w którym cię osadzono- oznajmiła drżącym tonem, więc połączenie się rwało.
-Rozumiem, dziękuję- w tym momencie, całkiem świadomie, zerwałem Moc Wpływu i opadłem na stół.
-Coś ty zrobił tym ludziom, Borgia???- Wyszeptał "Anioł".
-Masz zwierzęcą krew?- Zaczynałem odpływać. Już ledwie trzymałem się jawy.
Bez słowa wyciągnął z przenośnej lodówki butelkę. Powąchałem zawartość i odrzuciłem naczynie szybkim ruchem; sycząc przez zęby:
-To ludzka krew!!- Powiedziałem z nienawiścią.- Chciałem zwierzęcej! CZEGO, KURWA, NIE ROZRÓŻNIASZ??!
Anioł cofnął się o kilka kroków i oparty o ścianę, osunął się na podłogę, szepcząc:
-Spotkałem kogoś... Wyższy od ciebie, oczy jak zaschnięta krew... On.. Kazał ci coś powiedzieć- powiedział nieswoim głosem.
-DANTE.- Z trudem się uspokoiłem.- Mów.
Klawisz nabrał powietrza i rozpoczął tymi słowy:
-Witaj, Gabrielu- powiedział szeptem porównywalnym do głosu Dantego.- Podziwiam twą siłę i nieugiętość, ale ile jeszcze wytrzymasz tę pokusę?? Jesteś głupcem, myśląc; że nie zapragniesz ludzkiej krwii. Poczułeś już smak agonii i przedsmak piekła; które czeka cię, jeżeli nie zaczniesz pić?
-ZAMKNIJ SIĘ!- Krzyknąłem drżąc z bólu i wściekłości.- Cristo...!!
Strażnik nagle ocknął się ze swojego stanu.
-Dałem dupy...?- Zapytał. Jednak nagłe coś sobie przypomniał. Wyciągnął radiostację i rzucił coś do swoich.
Znowu odleciałem...
[***]
Godzinę lub dwie później.
-Świat się jeszcze kręci. Jak nieźle popieprzona karuzela- skomentowałem.
-Borgia- zwróciłem wzrok na Naczelnika twierdzy- nie wiem, jak to zrobisz; ale ci ludzie mają zapomnieć to wszystko- oznajmił tonem rozkazu.
Uśmiechnąłem się słabo.
-Już nie dołożycie mi do wyroku. Poza tym, żeby wymazać im wszystkim pamięć, potrzebowałbym chyba cysterny zwierzęcej krwi- zauważyłem obojętnie.
-Anioł powiedział...- zaczął, naczelnik Bonetti.
-To nie był Anioł. Przez niego mówił ktoś inny.- Jeden ze strażników przyniósł przenośną lodówkę i opierając ją na krańcu łóżka podał mi butelkę.
Odkręciłem i powąchałem zawartość.
-Zwierzęca. Niedźwiedzia- oznajmiłem z namysłem, a naczelnik mamra gapił się na mnie zszokowany.
-Skąd ty...?- Zaczął zatrwożonym szeptem.
-Im mniej pan wie, tym lepiej dla pana- oznajmiłem spokojnie.
-Co znaczyło, że "w końcu poddasz się pokusie"?- Zapytał po dłuższej ciszy.
-Naprawdę im mniej Naczelnik wie, tym lepiej- odparłem cicho i wlałem w siebie pół dwulitrowej butelki.- Słodka... I cuchnie rybami- zaśmiałem się cicho pierwszy raz od dawna. Mój własny śmiech wydał mi się strasznie pusty i obcy.
-Chcę wiedzieć, szurnięty psychopato- warknął, a najbliższy strażnik sięgnął po pałkę.
-Lepiej nie- zwróciłem wzrok w kierunku głosu i widząc postać w czarnej sutannie z koloratką przy szyi.
Te przydługie brązowe włosy i patrzące spod krzaczastych brwi bladoniebieskie oczy...
-Rafael- szepnąłem niemal.
-Cześć, Tępa Mózgownico- rzucił.
-Brakowało mi tego, Panie Zarozumiały- odparłem, a Bonetti gapił się na Rafa zaskoczony.
-Chcesz się wyspowiadać?- Mrugnął do mnie tak samo, jak wtedy podczas tamtych kręgli, gdy Vix była jeszcze szczęśliwa.
-Jak na ateistę, bardzo chętnie- odparłem krótko.
Raf zdjął kurtkę i wychylił się za drzwi, mówiąc:
-Jo, możesz podrzucić Sakrament?- Rzucił żegnając się odruchowo.
-W przeciwieństwie do ciebie, ja zawsze przygotowany- odrzekł ksiądz Joseph, a naczelnik i klawisze wymienili zaskoczone spojrzenia.
-Nie ma to jak kumple- Rafael przewrócił oczami ze śmiechem.
Jeszcze nie wiedziałem, że Raf i ksiądz Joseph są połączeni pewną specyficzną więzią.
***
Raf uprzejmie wyprosił zarówno strażników i naczelnika. Wyszli spokojnie i bez oporów.
-Nie powiedziałeś jej- zauważyłem ponuro.
-Wiesz, że nie mogłem- odparł cicho i smutno.
-Dokładam jej tylko bólu. Im częściej się ze mną widuje, tym bardziej cierpi, Raf. Obaj dobrze o tym wiemy- odpowiedziałem starając się utrzymać tę maskę pozornej obojętności.
-Ty też cierpisz- a jednak.! W pewien sposób obaj, mimo kłótni i odmiennych charakterów, byliśmy dla siebie otwartymi księgami, a Rafael potrafił wyczytać ze mnie o wiele więcej; niż ja z niego i wiedziałem, że nie ma sensu łgać.
-Cierpię, ale... Próbuję zapomnieć. To najlepsze wyjście..
-Ale nie potrafisz- wyrzucił mi z goryczą.
-To byłoby o wiele prostsze, gdybyś jej powiedział. Pokrzyczałaby, popłakała i w końcu..- Kolejny raz poczułem ten mroźny powiew w sercu.
-I w końcu co? Znienawidziłaby cię?- Przerwał mi ostro.
Upiłem łyk zwierzęcej krwi, mówiąc:
-Może to najlepsza droga, Rafael?- Zapytałem w zamyśleniu.- Najłatwiej nienawidzić kogoś, kogo się kiedyś kochało.
-Wmawiasz to zarówno sobie, jak i Vix.- Powiedział zimno.- Ona cierpi. Widziałeś jak wygląda? Przyjrzałeś się jej??
-Właśnie dlatego to robię, Rafael- powiedziałem cicho.- Im szybciej zapomni, tym lepiej...
-Dla kogo? Ciebie?- Przerwał mi zły.
-Dla nas wszystkich- odparłem poważnie.- Przesiedzę w twierdzy resztę życia, jeśli prędzej nie zejdę z pragnienia. I nie chcę, żeby Vix rozpaczała nad moim marnym losem. Dostałem to, na co zasłużyłem i ponoszę konsekwencje własnych głupich decyzji. Mam tego pełną świadomość- dodałem brutalnie.
-Boże Miłosierny... Ty naprawdę masz zakuty łeb, Gabriel- jęknął z porażką.- Jesteś pieprzonym durniem!
-Wiem o tym. Niepotrzebnie pozwoliłem Victorii na przywiązanie się do mnie. Przywiązała się do mnie tak samo, jak ja kiedyś do Lei- odpowiedziałem, próbując ukryć własne uczucia: ból, gniew, a przede wszystkim żal.- Myślisz, że byłbym taki, jaki jestem; gdybym nie związał się z Leą? Wątpię. Robiłem to wszystko dla niej, bo myślałem; że mnie kochała, ale ona...- Uśmiechnąłem się krzywo.- Leah podle mnie wykorzystywała. Owinęła mnie sobie wokół palca. Jako jej prawa ręka byłem jak posłuszny piesek biegnący na każdy gwizd, Rafael, ale zanim to zrozumiałem było już za późno- dodałem dobitnie.- Gdyby miłość była jedzeniem, zdechłbym na tych okruchach, które od niej dostawałem. Zresztą teraz to i tak nie ma znaczenia...
Rafael J. White
Gabriel odwrócił głowę i wbił wzrok w ścianę. Sam ogromnie cierpiał i dźwigał na barkach ten ciężar. Sprawiał wrażenie zwykłego, buntowniczego szczeniaka, ale pod tą skorupą krył się dojrzały i poważny młody mężczyzna, który naprawdę żałował tych wszystkich rzeczy, które zrobił.
Wzdrygnąłem się, kiedy nagle na mnie spojrzał.
-Mógłbym mieć do ciebie ostatnią prośbę?- Zapytał cicho patrząc mi w oczy.
-To zależy jaką- zauważyłem ostrożnie.
Zapadła długa cisza, a Gabriel zapatrzył się na zimowe niebo za oknem.
-Chciałbym, żebyś powiedział Victorii, że- jego głos drgnął- że nie żyję.
Dostał ode mnie w mordę, ale nawet nie drgnął.
-Nie każ mi o to błagać- powiedział szeptem, a gdy nie odpowiedziałem westchnął smutno.- Błagam cię... Zrób to dla jej dobra.. Proszę.
-Nie mogę i nie proś mnie o to- odparłem ponuro.
-Ja nie proszę. Ja cię błagam- szepnął z męką w oczach.- Nie rób tego dla mnie, tylko dla Vix.. Jeżeli ją kochasz..
Gabriel, zwany więźniem
-Szantażujesz mnie?- Zapytał z goryczą.
-Nie. Tak będzie po prostu lepiej, zrozum to- bolało gorzej, niż razy pały wartownika w kiciu. To było cholernie trudne i było mi ciężko. Z Leą pożegnałem się bez żadnych emocji, ale Victoria była inną bajką.
Rafael patrzył na mnie długo i w ciszy.
-Nie chcę być podły, ale będzie ci trudno pogodzić się z konsekwencjami, jeżeli to zrobisz- zauważył.
-Konsekwencje- wymówiłem to słowo jakby było najpaskudniejszym przekleństwem.- Wiesz, Raf... Miłość do Vix była jedynym dobrym skutkiem w moim pieprzonym życiu- wyznałem szczerze.- Rozgrzeszasz, czy dalej grasz księżulka zarozumialca?- Zapytałem próbując zdobyć się choć na słaby uśmiech; co na pewno zupełnie mi nie wyszło.
-Rozgrzeszam. Odpuszczam twoje grzechy w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego- naznaczył w powietrzu krzyż, a ja skłoniłem z szacunkiem głowę- Amen.
Rafael J. White
-Dziękuję, Rafael. Za wszystko- powiedział cicho wyraźnie spokojniejszy, lecz to mnie miało być o wiele trudniej; bo sam miałem się zmierzyć z rozpaczą Victorii.
Skinąłem głową, bo gardło ściskało mi uczucie, którego nie czułem od bardzo dawna. Chęć płaczu i rozwalenia wszystkiego w zasięgu wzroku. Musiałem wyjść.
-Rafael- mimo to głos Gabriela zatrzymał mnie w miejscu. Stałem jak głupi wpatrując się w zamknięte drzwi szpitalnej sali. - To nie jest żaden wstyd- dodał cicho, jakby wiedział, co w tamtej chwili czułem..
Jakby sam czuł to samo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz