niedziela, 29 listopada 2020

Watashi no Akuma 2 Rozdział VIII: Pragnienie

Zabolało.
Jakby ktoś wyrywał mi z ciała żyły. 
Ta jedna woń... Zapach Naczelnika. Oni nie będą mogli mnie powstrzymać, jeśli oszaleję z głodu. 
-Anioł... Pozwól mi stąd wyjść! CHRYSTE... TO BOLI! 
Kilku strażników mnie unieruchomiło, a jeden z nich sięgnął po piersiówkę w mojej kieszeni... 
-Nie chcę Cerbera!- Wytrąciłem klawiszowi z ręki butelczynę, która pofrunęła w powietrzu i odbiła się od ściany. 
-No to, czego chcesz??- Wybuchnął naczelnik twierdzy rozzłoszczony. 
Chociaż czułem rozrywający ból, wiedziałem; że nie mogę żądać zbyt wiele. 
-Wepchnijcie mnie do pojedynki... Potrzebuję- z bólu zaryłem mordą w podłogę- potrzebuję... Zwierzęcej krwi... INACZEJ OSZALEJĘ...! ZWARIUJĘ- tym razem ból był o wiele gorszy, niż rozrywanie na strzępy, które przedtem porównywałem do agonii. 
To była agonia. 
W czystej postaci. 
Jakby ktoś rozrywał mi ciało i duszę w tym samym czasie... 

Powinno w końcu do ciebie dotrzeć to, iż jesteś w sytuacji bez wyjścia. 
Już uzależniłeś się od Cerbera, a przyjdzie taki moment; że wreszcie twój organizm uodporni się na działanie narkotyku. 
Będziesz szukał większego odlotu i wreszcie zapomnisz, że chciałeś za wszelką cenę pozostać człowiekiem. 
Zatracisz się i przełamiesz swoje idiotyczne i niemniej żałosne opory... 

Z trudem drugi raz postanowiłem odebrać sobie życie. 
Prędzej zejdę, niż napiję się ludzkiej krwi..
Udław się, Dante. 

Sięgnąłem do jednej z kieszeni więziennego łacha i wciskając przycisk, bez lęku nadziałem się na kołek. 
[***] 
I po raz drugi chybiłem. 
Na stole operacyjnym podniosłem się do pozycji siedzącej. 
-Jezu Chryste, on nie śpi??- Pytaniu zawtórował głuchy trzask mdlejącego pierwszego chirurga. 
-O BOŻE... ON NIE MA PULSU- wyszeptała słabo anestezjolog. 
-Nie mam pulsu, bo już jestem martwy. Przynajmniej dla was- odezwałem się nieco zamroczony.- Gdzie jestem?- Zapytałem całkiem rzeczowo. Anestezjolog wpatrywała się we mnie z trwogą. 

-Teraz powiesz mi, gdzie jestem; Drino- oznajmiłem patrząc kobiecie prosto w oczy. Miałem zbyt mało Mocy, żeby utrzymać Wpływ przez dłużej, niż kilka sekund.- Odpowiedz, Drino. 
-Jesteś w szpitalu, niecały kilometr od więzienia, w którym cię osadzono- oznajmiła drżącym tonem, więc połączenie się rwało. 
-Rozumiem, dziękuję- w tym momencie, całkiem świadomie, zerwałem Moc Wpływu i opadłem na stół. 

-Coś ty zrobił tym ludziom, Borgia???- Wyszeptał "Anioł". 
-Masz zwierzęcą krew?- Zaczynałem odpływać. Już ledwie trzymałem się jawy. 
Bez słowa wyciągnął z przenośnej lodówki butelkę. Powąchałem zawartość i odrzuciłem naczynie szybkim ruchem; sycząc przez zęby: 
-To ludzka krew!!- Powiedziałem z nienawiścią.- Chciałem zwierzęcej! CZEGO, KURWA, NIE ROZRÓŻNIASZ??! 
Anioł cofnął się o kilka kroków i oparty o ścianę, osunął się na podłogę, szepcząc: 
-Spotkałem kogoś... Wyższy od ciebie, oczy jak zaschnięta krew... On.. Kazał ci coś powiedzieć- powiedział nieswoim głosem. 
-DANTE.- Z trudem się uspokoiłem.- Mów. 
Klawisz nabrał powietrza i rozpoczął tymi słowy: 
-Witaj, Gabrielu- powiedział szeptem porównywalnym do głosu Dantego.- Podziwiam twą siłę i nieugiętość, ale ile jeszcze wytrzymasz tę pokusę?? Jesteś głupcem, myśląc; że nie zapragniesz ludzkiej krwii. Poczułeś już smak agonii i przedsmak piekła; które czeka cię, jeżeli nie zaczniesz pić? 
-ZAMKNIJ SIĘ!- Krzyknąłem drżąc z bólu i wściekłości.- Cristo...!! 
Strażnik nagle ocknął się ze swojego stanu. 
-Dałem dupy...?- Zapytał. Jednak nagłe coś sobie przypomniał. Wyciągnął radiostację i rzucił coś do swoich. 
Znowu odleciałem... 
[***]
Godzinę lub dwie później. 
-Świat się jeszcze kręci. Jak nieźle popieprzona karuzela- skomentowałem. 
-Borgia- zwróciłem wzrok na Naczelnika twierdzy- nie wiem, jak to zrobisz; ale ci ludzie mają zapomnieć to wszystko- oznajmił tonem rozkazu. 
Uśmiechnąłem się słabo. 
-Już nie dołożycie mi do wyroku. Poza tym, żeby wymazać im wszystkim pamięć, potrzebowałbym chyba cysterny zwierzęcej krwi- zauważyłem obojętnie. 
-Anioł powiedział...- zaczął, naczelnik Bonetti.
-To nie był Anioł. Przez niego mówił ktoś inny.- Jeden ze strażników przyniósł przenośną lodówkę i opierając ją na krańcu łóżka podał mi butelkę. 
Odkręciłem i powąchałem zawartość. 
-Zwierzęca. Niedźwiedzia- oznajmiłem z namysłem, a naczelnik mamra gapił się na mnie zszokowany. 
-Skąd ty...?- Zaczął zatrwożonym szeptem. 
-Im mniej pan wie, tym lepiej dla pana- oznajmiłem spokojnie. 
-Co znaczyło, że "w końcu poddasz się pokusie"?- Zapytał po dłuższej ciszy. 
-Naprawdę im mniej Naczelnik wie, tym lepiej- odparłem cicho i wlałem w siebie pół dwulitrowej butelki.- Słodka... I cuchnie rybami- zaśmiałem się cicho pierwszy raz od dawna. Mój własny śmiech wydał mi się strasznie pusty i obcy. 
-Chcę wiedzieć, szurnięty psychopato- warknął, a najbliższy strażnik sięgnął po pałkę. 
-Lepiej nie- zwróciłem wzrok w kierunku głosu i widząc postać w czarnej sutannie z koloratką przy szyi. 
Te przydługie brązowe włosy i patrzące spod krzaczastych brwi bladoniebieskie oczy... 
-Rafael- szepnąłem niemal. 
-Cześć, Tępa Mózgownico- rzucił. 
-Brakowało mi tego, Panie Zarozumiały- odparłem, a Bonetti gapił się na Rafa zaskoczony.
-Chcesz się wyspowiadać?- Mrugnął do mnie tak samo, jak wtedy podczas tamtych kręgli, gdy Vix była jeszcze szczęśliwa. 
-Jak na ateistę, bardzo chętnie- odparłem krótko. 
Raf zdjął kurtkę i wychylił się za drzwi, mówiąc: 
-Jo, możesz podrzucić Sakrament?- Rzucił żegnając się odruchowo. 
-W przeciwieństwie do ciebie, ja zawsze przygotowany- odrzekł ksiądz Joseph, a naczelnik i klawisze wymienili zaskoczone spojrzenia. 
-Nie ma to jak kumple- Rafael przewrócił oczami ze śmiechem. 
Jeszcze nie wiedziałem, że Raf i ksiądz Joseph są połączeni pewną specyficzną więzią. 
***
Raf uprzejmie wyprosił zarówno strażników i naczelnika. Wyszli spokojnie i bez oporów.
-Nie powiedziałeś jej- zauważyłem ponuro. 
-Wiesz, że nie mogłem- odparł cicho i smutno. 
-Dokładam jej tylko bólu. Im częściej się ze mną widuje, tym bardziej cierpi, Raf. Obaj dobrze o tym wiemy- odpowiedziałem starając się utrzymać tę maskę pozornej obojętności. 
-Ty też cierpisz- a jednak.! W pewien sposób obaj, mimo kłótni i odmiennych charakterów, byliśmy dla siebie otwartymi księgami, a Rafael potrafił wyczytać ze mnie o wiele więcej; niż ja z niego i wiedziałem, że nie ma sensu łgać.
-Cierpię, ale... Próbuję zapomnieć. To najlepsze wyjście.. 
-Ale nie potrafisz- wyrzucił mi z goryczą. 
-To byłoby o wiele prostsze, gdybyś jej powiedział. Pokrzyczałaby, popłakała i w końcu..- Kolejny raz poczułem ten mroźny powiew w sercu. 
-I w końcu co? Znienawidziłaby cię?- Przerwał mi ostro. 
Upiłem łyk zwierzęcej krwi, mówiąc:
-Może to najlepsza droga, Rafael?- Zapytałem w zamyśleniu.- Najłatwiej nienawidzić kogoś, kogo się kiedyś kochało. 
-Wmawiasz to zarówno sobie, jak i Vix.- Powiedział zimno.- Ona cierpi. Widziałeś jak wygląda? Przyjrzałeś się jej??
-Właśnie dlatego to robię, Rafael- powiedziałem cicho.- Im szybciej zapomni, tym lepiej... 
-Dla kogo? Ciebie?- Przerwał mi zły. 
-Dla nas wszystkich- odparłem poważnie.- Przesiedzę w twierdzy resztę życia, jeśli prędzej nie zejdę z pragnienia. I nie chcę, żeby Vix rozpaczała nad moim marnym losem. Dostałem to, na co zasłużyłem i ponoszę konsekwencje własnych głupich decyzji. Mam tego pełną świadomość- dodałem brutalnie. 
-Boże Miłosierny... Ty naprawdę masz zakuty łeb, Gabriel- jęknął z porażką.- Jesteś pieprzonym durniem! 
-Wiem o tym. Niepotrzebnie pozwoliłem Victorii na przywiązanie się do mnie. Przywiązała się do mnie tak samo, jak ja kiedyś do Lei- odpowiedziałem, próbując ukryć własne uczucia: ból, gniew, a przede wszystkim żal.- Myślisz, że byłbym taki, jaki jestem; gdybym nie związał się z Leą? Wątpię. Robiłem to wszystko dla niej, bo myślałem; że mnie kochała, ale ona...- Uśmiechnąłem się krzywo.- Leah podle mnie wykorzystywała. Owinęła mnie sobie wokół palca. Jako jej prawa ręka byłem jak posłuszny piesek biegnący na każdy gwizd, Rafael, ale zanim to zrozumiałem było już za późno- dodałem dobitnie.- Gdyby miłość była jedzeniem, zdechłbym na tych okruchach, które od niej dostawałem. Zresztą teraz to i tak nie ma znaczenia...
Rafael J. White
Gabriel odwrócił głowę i wbił wzrok w ścianę. Sam ogromnie cierpiał i dźwigał na barkach ten ciężar. Sprawiał wrażenie zwykłego, buntowniczego szczeniaka, ale pod tą skorupą krył się dojrzały i poważny młody mężczyzna, który naprawdę żałował tych wszystkich rzeczy, które zrobił. 
Wzdrygnąłem się, kiedy nagle na mnie spojrzał. 
-Mógłbym mieć do ciebie ostatnią prośbę?- Zapytał cicho patrząc mi w oczy. 
-To zależy jaką- zauważyłem ostrożnie. 
Zapadła długa cisza, a Gabriel zapatrzył się na zimowe niebo za oknem. 
-Chciałbym, żebyś powiedział Victorii, że- jego głos drgnął- że nie żyję. 
Dostał ode mnie w mordę, ale nawet nie drgnął. 
-Nie każ mi o to błagać- powiedział szeptem, a gdy nie odpowiedziałem westchnął smutno.- Błagam cię... Zrób to dla jej dobra.. Proszę. 
-Nie mogę i nie proś mnie o to- odparłem ponuro. 
-Ja nie proszę. Ja cię błagam- szepnął z męką w oczach.- Nie rób tego dla mnie, tylko dla Vix.. Jeżeli ją kochasz..
Gabriel, zwany więźniem
-Szantażujesz mnie?- Zapytał z goryczą. 
-Nie. Tak będzie po prostu lepiej, zrozum to- bolało gorzej, niż razy pały wartownika w kiciu. To było cholernie trudne i było mi ciężko. Z Leą pożegnałem się bez żadnych emocji, ale Victoria była inną bajką. 
Rafael patrzył na mnie długo i w ciszy. 
-Nie chcę być podły, ale będzie ci trudno pogodzić się z konsekwencjami, jeżeli to zrobisz- zauważył. 
-Konsekwencje- wymówiłem to słowo jakby było najpaskudniejszym przekleństwem.- Wiesz, Raf... Miłość do Vix była jedynym dobrym skutkiem w moim pieprzonym życiu- wyznałem szczerze.- Rozgrzeszasz, czy dalej grasz księżulka zarozumialca?- Zapytałem próbując zdobyć się choć na słaby uśmiech; co na pewno zupełnie mi nie wyszło. 
-Rozgrzeszam. Odpuszczam twoje grzechy w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego- naznaczył w powietrzu krzyż, a ja skłoniłem z szacunkiem głowę- Amen. 
Rafael J. White
-Dziękuję, Rafael. Za wszystko- powiedział cicho wyraźnie spokojniejszy, lecz to mnie miało być o wiele trudniej; bo sam miałem się zmierzyć z rozpaczą Victorii. 
Skinąłem głową, bo gardło ściskało mi uczucie, którego nie czułem od bardzo dawna. Chęć płaczu i rozwalenia wszystkiego w zasięgu wzroku. Musiałem wyjść. 
-Rafael- mimo to głos Gabriela zatrzymał mnie w miejscu. Stałem jak głupi wpatrując się w zamknięte drzwi szpitalnej sali. - To nie jest żaden wstyd- dodał cicho, jakby wiedział, co w tamtej chwili czułem.. 
Jakby sam czuł to samo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz