wtorek, 10 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIII Niebezpieczne uczucie

Dwa dni później.
Grupa księdza Josepha liczyła dziesięć osób w tym trzech seminarzystów i jedną (nawet całkiem całkiem) zakonnicę.
-To jest Gabriel. Tymczasowo będzie z nami pracować- oznajmił na odprawie Joseph Torres, poprawiając koloratkę.
-Miło mi- rzuciłem spokojnie, poprawiając kabury z bronią. Zabrałem broń Bellotto i przywłaszczyłem ją sobie po tamtej nocy. Dokupiłem kilka pełnych magazynków na czarnym rynku, więc na razie nie musiałem się niczym przejmować.
-Jesteś w seminarium?- zaciekawił się, starszy z księży, imieniem Giaccomo.
Nie miałem pojęcia, jak wybrnąć, więc powiedziałem prawdę:
-Jestem ateistą- odparłem uprzejmie.
-Ateista. Niezłe ziółko wyhaczyłeś, Jo- rzucił ironicznie do Torresa.
-Raf i Mistrz jednogłośnie stwierdzili, że jest dobry- rzucił przez ramię dowódca tego specyficznego oddziału. Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem.- Podczas swojego egzaminu ocalił dziewczynę- stwierdził z podziwem.
-Szczerze mówiąc, to ciekawe, co z nią- ostatnio coraz częściej myślałem, co się właściwie stało z tą dziewczyną. Sam odpaliłem szluga i zaciągając się dymem zapatrzyłem się na ulicę.
Wtedy zauważyłem pięcioosobową grupę.
-Smoki- sapnąłem, z przyzwyczajenia sięgając do boku.
Mijali nas, gdy nagle jeden z nich odłączył się od grupy i podszedł, rzucając:
-Gdzie diabeł nie może, tam Króla pośle- zauważył.
-Lau cię przysłał, Cheng?- Zapytałem obojętnie.- Czego chcesz?
-Szef chce pogadać- oznajmił, a księża i zakonnica wpatrywali się we mnie.
-Powiedziałem już, że odmawiam. Pozdrów Lau'a i zjeżdżaj- syknąłem.
Zaatakował mnie. Po chwili leżał poskładany na chodniku z bronią przy skroni.
-Jesteś głuchy, czy po prostu nie wiesz, co znaczy: zjeżdżaj?- Zapytałem chłodno, odpychając go.- Deteike, zasshu no musuko! (Zjeżdżaj, synu kundla)- Choć dość łatwo uczyłem się języków to ich szczekanie było wręcz paskudne.
Zmierzył mnie rozwścieczonym spojrzeniem i odszedł naburmuszony.
-Kim był ten żółtek?- Zapytała zakonnica.
-Członkiem chińskiej mafii- odpowiedziałem patrząc za Chengiem.
Po reszcie przeszedł szmer szeptów, a ja nagle drgnąłem, jakby kopnął mnie prąd i bez słowa wyjaśnienia puściłem się biegiem za Chińczykiem, ponieważ zrozumiałem, że w półświatku dzieje się coś, co mogłoby mi być wyjątkowo nie na rękę.
-Przeklęte Hydry- złorzeczyłem z bronią w rękach, za sobą usłyszałem biegnących księży i zakonnicę. Wówczas zupełnie bez namysłu zahamowałem i w ostatniej chwili szybkim ruchem wciągnąłem Giaccomo za załom budynku i wyjrzałem dyskretnie.
Miałem dobrego nosa. Pomiędzy Chengiem i jego bandą, a Trzema Łbami Hydry toczyła się burzliwa rozmowa pełna wyrafinowanych przekleństw.
-Szefa to nie obchodzi- odwarknął poirytowany Cheng.- Jeśli ta dostawa się nie znajdzie, wszyscy gorzko tego pożałujecie. Macie na to godzinę- zagroził chłopiec na posyłki, czyli Cheng.
-Skąd on wziął broń?- Zapytał szeptem ksiądz Torres tuż za mną.
-Śmiesz grozić Hydrze, ty zawszony, chiński brudasie?- Warknęła Katie ostro, a Smoki podniosły automaty.
Zacisnąłem zęby, ale jej głos sprawił, że ostatnie wspomnienia wróciły. Ręce, w których trzymałem klamki zaczęły mi drżeć, jak nałogowemu alkoholikowi, myśli pędziły w głowie, a ja miałem tę zdzirę i...
Tylko wziąć ją na celownik i pociągnąć za cyngiel..
W tym momencie zdążyłem się ukryć przed spojrzeniem Katie. Przylgnąłem do muru i podniosłem ręce z bronią, ale...
Zawahałem się.
-Gabriel, wszystko w porządku?- Szepnął jeden z seminarzystów.
Zmierzyłem go zamyślonym spojrzeniem, zastanawiając się. Kusiło mnie odpłacić się Hydrze za to, że odważyła się tknąć moją rodzinę, ale...
Poprawiłem chwyt i znów wyjrzałem, a wtedy...
Katie, jakby zmieniła się w zwierzę. Cheng w ostatniej chwili odskoczył, a ciszę rozdarł terkot broni maszynowej.
Opadła mi szczęka. Zupełnie nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć wypadłem zza węgła i zacząłem strzelać.
-Nażryj się ołowiu, potworze- Syknąłem lecz nagle świat zakręcił mi się przed oczami i leżałem na ziemi unikając kłów innego z Hydr.
-Pachołki Vlada, kurwa wasza mać- podrzuciłem broń w dłoni i chwytając za lufę zdzieliłem wampira kolbą w skroń i odrzucając go od siebie zrobiłem unik. Uciekając przed gradem kul wstałem i doskoczyłem do jednego ze Smoków, po czym wytrąciłem mu automat z ręki.
-Co ty, kurwa, robisz?!- Wrzasnął rozwścieczony.
-To nic nie da, więc przestańcie, kurwa, strzelać!- Odkrzyknąłem odpychając go.
Schowałem klamki i wyciągnąłem z buta krzyż, a z kieszeni kołek, który wyskoczył po wciśnięciu zapadki.
Kopniakiem odrzuciłem Chenga i przywaliłem paskudzie z pięści.
Giaccomo przeleciał obok i wpadł na kolejną z tych piekielnych istot zmiatając ją z nóg. Zaraz odciął poczwarze łeb jakąś kosą.
-To jest GLEWIA! Ludzie!- Poprawił niecierpliwie i zajął się kolejnym.
***
-Skąd wiedziałeś, że to na nich polujemy?- Zapytał zaskoczony Torres.
-Nie wiedziałem- zaprzeczyłem cicho, wsuwając złożony Krucyfiks w but. Kołek ukryłem w kieszeni płaszcza i przez chwilę obserwowałem płonący stos, po czym poszedłem w stronę Chińczyków.
Cheng i dwójka ocalałych Smoków siedzieli pod ścianą ściskając kurczowo broń palną i rozglądając się z niepokojem na boki, jakby chcieli przygotować się do odparcia kolejnego ataku Nocnych. Cheng patrzył na księży, którzy znacząc w powietrzu krzyż mruczeli coś przez chwilę.
-Czym oni byli, Borgia?- Zapytał dziwnym tonem.
Błękitny ogień wystrzelił w górę, a Cheng spojrzał w tamtą stronę ze strachem mrucząc coś pod nosem.
-Nawet jakbym Ci powiedział, nie uwierzyłbyś- stwierdziłem.
Ksiądz Joseph podszedł do nas i spojrzał na trzech kitajców.
-Co to było?- Zapytał jeden z towarzyszy Chenga roztrzęsiony.
-Kim oni byli?- Odpowiedział pytaniem Joseph.
-Hydra. Konkurencja w naszej profesji- odparł Cheng podnosząc się spod ściany.
-Wiem, że jesteście z Triady- ksiądz wyciągnął z kieszeni papierosa i odpalając go zapatrzył się na dogasający ogień.
Do jego skroni przykleiła się lufa automatu, zaraz wymierzyłem w Azjatę swojego Glocka.
-Opuść broń, Cheng- nakazałem lodowato i groźnie, z palcem opartym na spuście. Zero reakcji.- Wiesz, że ja nie chybiam...- Palec przez chwilę zadrżał na spuście, ale cudem się opanowałem.
Wtedy zobaczyłem coś, co sprawiło, że poczułem ogromny strach.
Z powoli dogasających płomieni podniosło się jedno z ciał. Przyłożyło osmalone kości palców do czaszki i poruszyło nią. Zawtórował temu upiorny trzask nastawianych kręgów szyjnych, a nagie kości zaczęły pokrywać się w wybrakowanych fragmentach mięsem. Stawy zyskały nowe ścięgna, a ciało na końcu przyoblekło się w skórę.
Oczy Nocnej Istoty błysnęły szkarłatem, a ta skierowała kroki wprost ku mnie i po chwili stanęła przede mną w pełnej okazałości: zupełnie tak samo, jak wyglądała przed spaleniem.
Rozpoznałem ją od razu.
-Katie- wyszeptałem porażony zdumieniem, zwracając ku niej drugą lufę.
-On jest mym Panem. On też moim Bogiem- zaczęła powtarzać trzeszczącym głosem.
Proboszcz Joseph splunął z pogardą, mówiąc:
-Nie przyrównuj go do Boga- powiedział zimno, głosem pełnym furii.
Księża i seminarzyści zaczęli odmawiać coś po łacinie.
-[...]sicut in caelo et in terra- z każdym wersem mówili z coraz większą mocą i wiarą w swoje zwycięstwo.
Skojarzyłem modlitwę.
-Chleba naszego, powszedniego daj nam dzisiaj- kontynuowałem cicho, zaniepokojony- i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy- równocześnie opuściłem obie klamki- naszym winowajcom...- wypuściłem z rąk pistolety i w ciągu kilku sekund uzbroiłem się w kołek i Krucyfiks.- W Imieniu Najwyższego Boga; uwolnić dusze od Wiecznego Ognia i Potępienia- szybkim ruchem rozłożyłem Krzyż i zamachnąłem się mocno.- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, jeśliś grzesznikiem: sam do Piekła wrócisz- kołek jakby bez udziału mojej woli po raz drugi przebił serce kobiety.- Przebaczam ci, Łbie...- Przekładając kołek do lewej ręki, podbiłem butem broń i chwytając gnata wpakowałem w nią jeszcze pół magazynka, mówiąc cicho- przebaczenie jest najtrudniejsze: pozdrów Hydry w Piekle, Katie Carlson...
Truchło wylądowało na ziemi, a kilka uderzeń serca potem zmieniło się w popiół.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz