wtorek, 31 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXV Izolacja

Musiałem paść ze zmęczenia, bo kiedy znów otworzyłem oczy, za wielkim oknem powoli zapadał zmrok.
Odetchnąłem głębiej, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Zapada noc- szepnąłem do siebie. Poprawiłem rozczochraną czuprynę i przecierając twarz zrozumiałem coś, co bardzo mnie zaskoczyło.
Zmęczenie zniknęło. Wraz z zachodzącym słońcem ból ustąpił, a ja poczułem się silniejszy i mniej otępiały.
Podszedłem do szyby i spojrzałem w dół. Niebo pokrywało się fioletem i purpurą, słońce powoli znikało za horyzontem aż wreszcie wszędzie zapanowała ciemność upstrzona światłami miasta.
Przesunąłem kolczyk językiem i z dziecięcym zaciekawieniem obserwowałem kręcących się na dole ludzi. Nie musiałem wytężać wzroku, bo widziałem o wiele lepiej, niż zwykle. Słuch również się wyostrzył: uszy wychwytywały każdy, nawet najdrobniejszy szmer. To było ciekawe, ale i równocześnie czułem przed tym lęk.
Jednak moje pragnienie nadal rosło z minuty na minutę.
Przygryzłem wargę i nagle poczułem ostry ból. Syknąłem i przyłożylem palce do wargi przeklinając cicho, a gdy je odsunąłem na dłoni widniała rozmazana kropla krwi.
Na ten zapach aż zakręciło mi się w głowie z pragnienia. Niepewnie podniosłem zakrwawione palce i...
Z równowagi wybił mnie trzask odryglowywanych drzwi. Obróciłem się na pięcie i przejechałem językiem po zębach.
-Kurwa mać- zakląłem czując rażący piorun bólu w górnej szczęce.
Zapach osoby zza drzwi był jeszcze słodszy i o wiele bardziej przyjemny...
Instynktownie, gotów do ataku czekałem aż otworzą się drzwi....

Nie dałem przeciwnikowi szansy i, gdy wszedł do środka rzuciłem się nań. Przygniatając go do ściany wyszczerzyłem kły zamierzając zatopić je w nim.
Zatopić w kimś kły...?
Zaskoczony ogarniającymi mnie myślami powoli puściłem siostrę Anastazję i cofnąłem się z rozchylonymi ze zdziwienia ustami.
Oparłem się plecami o gołą ścianę i patrzyłem na nią zdumiony własnym kompletnie nieracjonalnym zachowaniem.
-Gabrielu...?
-Ja...- przerwałem, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. W tym momencie moje serce przeszył rozdzierający ból, a w żyłach poczułem przejmujący chłód, jakby ktoś przetoczył mi lodowatą krew. Zachwiałem się na nogach i zamrugałem zaskoczony.
Spojrzenie zakonnicy świdrowało mnie na wskroś. Podchodziła do mnie powoli. Przylgnąłem mocno do muru, mówiąc szeptem:
-Nie podchodź...- Zacząłem powtarzać błagalnie nie spuszczając z niej wzroku.- Proszę... Nie zbliżaj się... Nie podchodź...
Zakonnica nie posłuchała mnie. Zacisnąłem kurczowo dłoń na wbitym w ścianę haczyku, prosząc, żeby przestała iść w moją stronę.
-Pragnienie odbiera ci rozum- powiedziała ze współczuciem, obserwując moje oczy.
-Odsuń się- woń krwi zaczęła mnie oszałamiać. Próbowałem to w jakiś sposób kontrolować, ale wiedziałem, że przegrywałem tę swoistą walkę z samym sobą.
Pachniała... W obecnym położeniu przyrównywałem ten aromat do najbardziej odurzających perfum. Upajałem się nim, choć przeżywałem niesamowite tortury, jakbym zamiast żył miał w sobie gałązki cierni.
Nadal z plecami przyklejonymi do ściany panicznie przesunąłem się w bok usiłując zwiększyć dystans między nami. Zagoniła mnie w róg pokoju i odcięła mi drogę ucieczki.
-Musisz to przezwyciężyć, Gabriel- powiedziała cicho delikatnym i śpiewnym głosem, a mnie ogarnęło znienawidzone uczucie osaczenia.
Jęknąłem, zaciskając powieki; gdy jej ciepła dłoń dotknęła mojej twarzy, a siostra Anastazja lekko głaskała opuszkami mój policzek.
-Nie dam rady- szepnąłem ze smutkiem i rezygnacją odwracając wzrok.- Już dłużej nie wytrzymam.. Pić...- Wyszeptałem z jękiem bólu, bo każdy centymetr ciała palił mnie, jakbym płonął żywcem...
Powolutku uniosłem powieki i zaciskając dłoń na jej nadgarstku, wykonałem obrót i przycisnąłem ją do muru, przysuwając twarz do jej dłoni i wdychając chciwie tę pełną słodyczy woń.
-Pić... Umieram...- zupełnie straciłem kontak z otaczającą mnie rzeczywistością. Potrafiłem wykrztusić z siebie tylko te dwa słowa. Wariowałem. Miałem wrażenie jakbym miał gorączkę i majaki. Pragnąłem tego zapachu i równocześnie dusiłem się nim. Wszystko we mnie skręcało się z bólu, który był już nie do wytrzymania.
Żeby się otrzeźwić oparłem czoło o zimną ścianę i uderzyłem w nią kilka razy dłonią. Odsunąłem się od zakonnicy.
-Idź stąd... Błagam cię, odejdź- wyjęczałem odpychając ją od ściany i od siebie. Zdążyła objąć palcami moją twarz i przytknąć czoło do mojego. Była tak blisko, że mógłbym się napić...
-Walcz z tym- powiedziała cicho, z naciskiem, zaglądając mi w oczy.
Sięgnąłem do boku jej habitu i zacisnąłem na czymś dłoń. Zaczęło parzyć, ale nie poddałem się i wyjmując to z jej kieszeni wepchnąłem przedmiot w rękę siostry zakonnej.
-Zrób to- powiedziałem świszczącym szeptem, zaciskając jej palce na srebrnym kółku i kierując szpic w stronę swojej piersi.- Dłużej nie wytrzymam...
-Nie mogę. Nadal jesteś jeszcze jednym z nas- oznajmiła krótko. Potrząsnęła mną i uderzyła mocno moimi plecami o ścianę.- Weź się w garść i walcz- powiedziała z chłodem, odchodząc. Trzasnęła zasuwa drzwi.
Znów zostałem sam na sam ze swoim pragnieniem. W dużej celi z doskonałym widokiem na miasto.
I śladem słodkiego zapachu krwi, który doprowadzał mnie do szaleństwa...
***
Coraz bardziej poirytowany krążyłem po celi. Pełne udręki godziny wlokły się w nieskończoność, a ja próbowałem walczyć z suchością w ustach i torturami ciała, gdy nagle drgnąłem, a moje plecy wygięły się w łuk, jakby coś mi w kręgosłupie trzasnęło. Zza moich warg wyrwał się wrzask.
Oparłem czoło na zimnej szybie oddychając głęboko. Przez te kilka godzin już kilka razy wykręcało mnie z pragnienia.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdybym chciał mógłbym stąd wyjść bez wysiłku, bo wiedziałem że po ugryzieniu Lei mam więcej siły fizycznej, ale od biskupa wiedziałem, że jeśli wytrzymam pragnienie przez trzy dni nie skończę tak, jak Pachołki Vlada.
-Chłopak ciągle wrzeszczy- usłyszałem tuż zza drzwi mojej celi głos Snowa.
-Właściwie dlaczego tak ci na nim zależy, Jack?- Zapytał nagle Torres.
-Zależy? To po prostu miły szczeniak, lubię go- odparł Snow spokojnym tonem.
-A może lubisz jego talent?- Zapytał dziwnym tonem kapłan Joseph.
-Nie o to chodzi- zaprzeczył Snow.- Zwyczajnie kogoś mi przypomina.
-On? Niby kogo?- Torres był szczerze zdziwiony.
Na długą chwilę zapadło milczenie.
-Mnie- oznajmił w końcu Snow cichym głosem.
-Myślisz, że ma aż tak silną duszę?- Zapytał Joseph z niedowierzaniem.
-Ma, jestem tego prawie pewien- oznajmił biskup.
[***]
Poranek, drugiego dnia zamknięcia wdarł mi się pod powieki kłując mnie w oczy. Byłem słaby, obolały i zwyczajnie wyczerpany, a każdy zapach krwi wdzierający się do celi strasznie kusił, doprowadzając mnie do granic obłędu.
Leżałem na podłodze i przez szparki w powiekach patrzyłem w sufit.
Słońce leniwie wytaczało się na niebo, a ja czułem już powoli ogarniającą mnie przemożną senność. Powieki zaczynały robić się coraz cięższe.
Uciekałem w sen, by chociaż na krótką chwilę odpocząć od rozrywającego mnie bólu. Kiedy jednak nie spałem, całym sercem pragnąłem śmierci... Może to nieracjonalne, ale nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi takiego cierpienia.
Wszystko nagle zniknęło, a mnie odcięło zupełnie...

Sen...
Dryfuję w lodowatym morzu. W trakcie sztormu. Woda marszczy się i układa we wzburzone, spienione fale. Próbuję płynąć, znaleźć jakikolwiek brzeg; ale to niemożliwe, bo jestem...
Jestem na środku morza. Chłód przenika mnie do kości i jestem coraz bardziej zmęczony...
Gdzie jestem? Nie mam bladego pojęcia, ale wiem jedno. Jeśli nie utonę, to zabije mnie wychłodzenie.
Patrzę na niebo, chmura przeszła na bok. Na lodowatą toń padł mglisty blask księżyca, a z moich ust wyrwał się okrzyk zaskoczenia.
Morska woda nie była taka, jak zwykle.
Jej barwa... To nawet nie była woda!
Ale, jeśli nie woda, to co takiego??
Rozejrzałem się wokół z niepokojem. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć ten sam odcień czerwieni- tak intensywnie czerwony, że niemal czarny...
-Kto raz zasmakował krwi, nigdy się nie nasyci- usłyszałem we śnie jękliwy głos z oddali.- Wieczne pragnienie, którego nie sposób ugasić..- Zawodził głos.- Krzycz. Cierp. I czekaj na Dzień Sądu...
Na skraju snu usłyszałem głos Cristiana...
Rozmawiał z pilnującym mnie księdzem.
-Co z moim bratem? Gdzie go zamknęliście?- Pytał rozdrażniony.
Z moich ust wyrwał się jęk obrzydzenia. Krew Cristiana, jako jedyna, cuchnęła i to tak okropnie, że mnie obrzydzało.
-Nie możesz tam wejść- mówił pilnujący mnie dzisiejszego dnia Giaccomo. Zawtórowały temu szelest i szuranie butów.
-Co się dzieje z Gabe'em?- Cristian wręcz wysyczał pytanie. Im bliżej był metalowych drzwi, tym mocniejszy smród czułem.
Mój młodszy brat...
Cuchnął padliną.

Zanim Giaccomo odciągnął zasuwę drzwi, byłem gotów do tego, żeby rozszarpać tego, przerośniętego kundla...
W tamtej chwili popełniłem błąd. Przestałem walczyć z tym czymś we mnie i zacząłem uznawać ową morderczą naturę za sprzymierzeńca.
Drzwi otworzyły się z przeraźliwym skrzypieniem.
-Gabriel- mój młodszy brat wpatrywał się we mnie z troską.- Boże, nie... Wypuśćcie go.
Giaccomo powstrzymał go od wejścia do celi, a z moich ust, na sam dźwięk wezwania Boga, wyrwał się pełen wrogości syk.
-Jeśli Watykan wypuści Gabriela, będzie za późno- w ostatnim momencie wyciągnął swoją kosę i powstrzymał mnie od ataku.- Chcesz, żeby twój brat zmienił się w To i zaczął zabijać?
Nie obchodziły mnie żadne próby perswazji. Pragnienie chyba już całkowicie mną zawładnęło. Piekący ból przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Stałem się drapieżnikiem, a to; co wcześniej uważałem za udrękę, teraz mogło mi pomóc w cierpliwym polowaniu na zwierzynę.
Księżulkowie nie mają racji. Jeśli nie będę pić, to chyba się wykończę. ZwariujęNiepotrzebnie się poddałem. Pragnienie może mnie zabić.
Miliardy myśli przechodziły przez mój umysł i, choć głód krwi był nie do wytrzymania, drżąc czekałem na odpowiednią okazję do ataku i ucieczki.
-Gabriel...- Cristian chciał podejść, ale Giaccomo próbował mu na to nie pozwolić. Z wyjątkowym opanowaniem czekałem na to, aż wybuchnie między nimi szarpanina.

Teraz!.
Szarpiąc drzewiec glewii pociągnąłem go gwałtownie ku szybom i jak oparzony pędem wybiegłem z celi.
-Muszę się stąd wydostać- szepnąłem biegnąc korytarzem. Moje nowe zmysły znów były przytępiałe, a ból z każdym krokiem rozrywał mnie od środka.

Potrzebuję krwi... 
Natychmiast..
Inaczej oszaleję.

W ostatniej chwili przekradłem się pod nosem księży i z impetem naparłem na drzwi.
Zamknięte.
-Niech to szlag!- Warknąłem z pasją słysząc za sobą kroki kilku par butów. Panicznie szukałem rygla, klucza, czegokolwiek, by otworzyć bramę.
-Gabriel, poddaj się. Nie uciekniesz- Zamarłem, gdy zza grupy Księży Judasza wyszedł kardynał Lombardi z dwoma mieczami w rękach.

Wszystko nagle stało się odrealnione, jakbym stał gdzieś z boku i przyglądał się tym wydarzeniom.
Co ja, do cholery, robię? Dlaczego tak się zachowuję? Przecież jeszcze nie minęły trzy dni... Nadal jestem zakażony...! Niebezpieczny! 

-Gabrielu, dobrze wiesz, że żaden z nas nie chce tego robić- Lombardi podjął drugą próbę przekonania mnie, żebym nie robił nic głupiego.
Jednak moje ciało zupełnie przestało mnie słuchać. Spiąłem się i ruszyłem na kardynała.
Grupa uzbroiła się. Dostrzegłem mojego brata. Biegł z prawego korytarza, a ja musiałem zaatakować zanim...
Łup!
Zawirowało mi w oczach i z impetem uderzyłem bokiem o podłoże. Zaraz przewróciłem się na plecy, by wstać, ale nie zdołałem wykonać żadnego ruchu czując na piersiach potężne łapska i przykrą woń padliny w nozdrzach.
Podniosłem wzrok z łap i niemal tuż przed moimi oczami pojawił się wielki wilczy łeb z szarą sierścią i ślepiami w znajomym kolorze. Z kufy wydobywał się cichy, ostrzegawczy warkot.
Przestając szczerzyć kły ostrożnie podniosłem drżącą rękę i wplotłem palce w sierść na karku Cristiana, który wpatrywał się we mnie pod zmienioną postacią. Futro wilka nastroszyło się lekko i zaskomlił cicho patrząc na mnie ze smutkiem.
Otoczony wplotłem drugą dłoń i spojrzałem w ślepia wilkołaka smutno.
-Zwiążcie mnie i zamknijcie, kardynale Lombardi- poprosiłem cicho.
***
Cela.
Usiadłem pod ścianą, w której zamontowane były haki i wyciągnąłem rękę, by sprawdzić, jak dobrze są zamocowane w murze. Metal sparzył mi palce.
Oparłem się o mur i spojrzałem na Giaccomo:
-Przygotowali już łańcuchy?- Zapytałem krótko, ignorując zmartwienie w oczach młodszego brata.
-Tak- potwierdził cicho.
Wśród ciszy, która zapadła w zamyśleniu obserwowałem zachód słońca. Już wiedziałem, że nie chcę taki być; że cokolwiek by się działo wolę iść do piachu, niż być Nocnym.
-Na pewno tego chcesz?- Z rozmyślań wyrwało mnie pytanie księdza.
Spojrzałem na niego z determinacją.
-Wolę to, niż bycie jednym z Nich- powiedziałem patrząc mu w twarz.
Łysol w sutannie zastanowił się przez chwilę, ale zdecydował się zadać kolejne pytanie:
-Łączyło cię coś z osobą, która ci to zrobiła?- Zapytał.
Słysząc podzwanianie idących łańcuchów przesunąłem palcami po śladach na szyi, mówiąc cicho:
-Tak. Byłem kiedyś w związku z tą kobietą- odpowiedziałem z niechęcią, widząc jak ksiądz Joseph i kilku zakonników wchodzą z łańcuchami. Torres trzymał w palcach Biblię, a na jego ramionach wisiała stuła.
Po zamocowaniu łańcuchów wyciągnąłem ręce na boki i pozwoliłem założyć sobie bransolety. Ksiądz Torres zaczął swoją modlitwę, a ja szarpnięciem jeszcze raz sprawdziłem haki.
-No, to do zobaczenia pojutrze- rzuciłem spokojnie, pogodzony z losem.
-Gabriel- kiedy księża wyszli, Cristian przyklęknął przy mnie i wziął mnie za rękę.- To naprawdę konieczne?- Zaniepokoił się.
-Tak. Jeśli przeżyję bez krwi jeszcze tę i jutrzejszą noc będę zdrowy- wyjaśniłem mu.
Szczerze mówiąc sam chciałem w to wierzyć.
Od kiedy dowiedziałem się, że Cristian jest wilkołakiem, nie potrafiłem normalnie rozmawiać z nim na ten temat. Bałem się w ogóle poruszać tę kwestię, ponieważ sądziłem, że mój brat nie do końca ma nad tym kontrolę.
-Wiesz, że nie o to mi chodzi- odpowiedział cicho.
Skinąłem głową w milczeniu i uśmiechnąłem się słabo, mówiąc:
-Jestem twardy, Młody. Wytrzymam- klepnąłem go pocieszająco w ramię.
-Na razie- pożegnał się wcale nieuspokojony.

Późnej nocy zaczęły się męczarnie. Ich początek był całkiem niewinny- do niegroźnego kłucia w piersi i głowie, oraz przyspieszonego bicia serca zdążyłem się już przyzwyczaić. Ból głowy też nie robił na mnie większego wrażenia.
Jednak dzisiejsza noc była zupełnie inna i to nie, dlatego że nie było gwiazd na niebie. Powietrze było dziwnie stojące, gęste i ciężkie; a księżyc przeszedł z ostatniej kwadry do pełni.
Oddychając głęboko próbowałem nabrać normalnego powietrza. Czułem, jak się duszę i to nie tylko z powodu głodu krwii. Moje ciało na każdy nawet najmniejszy dźwięk instynktownie sztywniało, przedramiona pokrywała gęsia skórka podnosząc mi włosy na rękach, a oczy nie tracąc czujności obserwowały miasto w dole.
Odczuwałem niepokój. W stojącym powietrzu kłębił się czyjś strach.
Choć nadal bolało i chciałem krzyczeć, teraz nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Kolejny szelest sprawił, że drgnąłem szybko. Na zewnętrznej stronie okna wylądowała sowa. Zaczęła stukać dziobem w szybę...
-Wynoś się.!- Zasyczałem ze złością, szukając wokół siebie czegoś, czym mógłbym przegonić ptaszysko. Moja dłoń namierzyła garść kamyków.- Zjeżdżaj.!- rzuciłem jednym w szybę, podzwaniając kajdankami.
Ptak wbił we mnie żółte ślepia o przerażająco ludzkim wyrazie. Cisnąłem w okno kolejnym kamykiem, a on znowu zaczął uderzać dziobem w szkło.
-Damonie, wrócisz do domu. Prędzej, czy później- ten głos... Usłyszałem go w samym centrum swojej głowy, jakby Leah potrafiła mówić do moich myśli. Do mnie samego na odległość. a ten irytujący, dziobaty szkodnik zaczął walić w szybę coraz mocniej.
Łomotanie przebiło się do mojej bolącej głowy, jeszcze bardziej potęgując wcześniejszy ból. Ze zdławionym wyciem zasłoniłem dłońmi uszy kładąc się na starym materacu i błagając, żeby to wredne ptaszysko przestało jebać w tę pieprzoną szybę.

Musiałem stracić przytomność, bo kiedy otworzyłem oczy, zaczynało świtać.
Wreszcie ta cholerna sowa odleciała w diabły- pomyślałem starając się nie myśleć o pragnieniu.
W ustach miałem sucho jak na arabskiej pustyni. Wstający dzień przywrócił u mnie uczucie głębokiej ospałości i ociężałości. Potrzebowałem rozprostować kości, ale nie mogłem się zebrać, by wstać z materaca. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz