środa, 25 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXV: Izolacja

Wróciłem do pokoju i skierowałem się do łazienki. Marzyłem o gorącym prysznicu i równie gorącej kawie, ale najpierw musiałem się ogolić...
Spojrzałem w lustro. Mimo, że spałem całą noc czułem się wyjątkowo zmęczony. Ostrożnie dotknąłem małych ranek na szyi, ale zaraz z sykiem cofnąłem palce.
Czułem się dziwnie. Odkręciłem kran i chciałem nabrać dłońmi wody, ale nagle i zupełnie wbrew sobie cofnąłem je gwałtownie.
W pierwszej chwili nie zrozumiałem własnego zachowania. Przecież nie bałem się wody.! Niepewnie znowu zbliżyłem palce ku chłodnej cieczy, płynącej z kranu i wsunąłem je w nią.
Wtedy poczułem okropny, kłujący ból i zdławiłem cisnącą się na usta wiązankę przekleństw patrząc w oszołomieniu na swoje ręce. Na palcach pojawiły się czerwone plamy, jakbym zanurzył je we wrzątku.
-Co jest, do...?- Zapytałem sam siebie zdumiony.
Wtedy spojrzałem w okno, a dzienne światło zaczęło palić. Zakląłem soczyście przez zaciśnięte zęby i cofnąłem się w cień, za wnękę.
Przez kilka minut próbowałem zrozumieć, co się ze mną dzieje...
Zaschło mi w gardle i strasznie rozbolała mnie głowa. Poczułem się ciężki jak blok ołowiu. Nadal oszołomiony mrugałem oczami patrząc na swoje odbicie w lustrze.
-To nie jest normalne- powiedziałem do siebie, zakręcając szybko kran.
Na widok wody czułem nieuzasadniony strach, graniczący niemal z panicznym przerażeniem. Światło słoneczne doprowadzało mnie do szału. Głowa pulsowała bólem, jakby ktoś wciskał mi oczy do środka. Zachwiałem się i starając się trzymać w cieniu wyszedłem z łazienki. W pokoju w sekundzie doskoczyłem do okna i chwytając zasłonę szarpnięciem zaciągnąłem ją odcinając dostęp światła do komnaty.
Usiadłem na łóżku i ukrywając na chwilę twarz w dłoniach usiłowałem pojąć, co mi jest.

Wodowstręt.
Nagła wrogość do dziennego światła..

Usłyszałem otwierające się drzwi i zerwałem się na równe nogi wlepiając wzrok w jedną z zakonnic. Przełknąłem głośno, czując niespotykany wcześniej i jednocześnie przyjemny zapach, i wyraźnie dostrzegłem w ciemności jej postać, a także...
Usłyszałem dziwne, miarowe dudnienie.
Zmarszczyłem czoło, starając się uspokoić, jakoś ogarnąć to wszystko...
Mimo pogrążonego w mroku pokoju widziałem ją bardzo wyraźnie. Każdy szczegół był niesamowicie wyrazisty, choć staliśmy kilka metrów od siebie.
W ostatniej chwili ominąłem wzrokiem krzyż, jakbym miał na ten symbol uczulenie.
Ten zapach sprawił, że poczułem niepokojący i porażający ciało głód. Starałem się za wszelką cenę opanować to niecodzienne odczucie.
-Wszystko w porządku?- Zapytała siostra Anastazja, przyglądając mi się uważnie.
-Nic mi nie jest- odparłem bardzo zachrypłym głosem, ale ta smakowita woń zaczynała mnie rozpraszać.
Minęła mnie i podchodząc do okna wyciągnęła palce w stronę tkaniny na karniszu. Nie wiem, dlaczego; ale chwyciłem ją za ramię i szybkim ruchem odciągnąłem siostrę od okna. Poczułem identyczne dudnienie, jak to, które słyszałem przez ten cały czas.
Moja dłoń zadrżała, a ja poczułem przechodzący mnie dreszcz.
-Nie odsłaniaj- zacząłem odsuwając się szybko.
Odwróciła się zaskoczona.
-Przecież jest piękny dzień- zaczęła zaskoczona.
-Ani się waż- przerwałem jej z rozdrażnieniem, ale nagle uspokoiłem się i przeprosiłem że wstydem.
-Dziwnie się zachowujesz, na pewno wszystko z tobą dobrze, Gabrielu?- Zapytała bardzo ostrożnie.
-Ja...- Zza moich warg wydobył się jęk.
Jeszcze nigdy w swoim życiu nie czułem tak okropnego bólu. Oparłem się bokiem o ścianę. Nogi ugięły się pode mną i osunąłem się na podłogę zaciskając powieki. Dziwny, bolesny głód rozrywał mnie od środka.
-Gabrielu...- przyklęknęła przy mnie i wyciągnęła rękę, ale warknąłem ostro:
-Nie dotykaj mnie.!- Nagle zamilkłem widząc w jej oczach swoją twarz.
Moje oczy...
Stały się czarne i bez dna.
Zakonnica szybko pobiegła do drzwi.
***
Po kwadransie kilku księży pojawiło się w komnacie.
Któryś złapał mnie za twarz i odwrócił moją głowę na bok.
-Ma ślady- oznajmił, przyglądając mi się. Między resztą duchownych przeszedł szmer cichej rozmowy, z której zdołałem jedynie wychwycić pojedyncze słowa.
Był to głos biskupa Snowa.
-Jesteś pewny, że może być zakażony, Jack?- Zapytał ksiądz Joseph.
-Niewykluczone. Musimy go odizolować- oznajmił z niepokojem.
Poderwałem głowę i wbiłem zdziwiony wzrok w biskupa, starając się cokolwiek z tego zrozumieć.
Jestem czymś zakażony? To znaczy, że jestem chory? Czy to wyjaśnia moje zachowanie? 
Szybkim ruchem chwyciłem go za sutannę i przyciągając mocno do siebie, zapytałem:
-Co mi jest?? Co się ze mną dzieje?- Poczułem przy skroni lufę pistoletu i rozluźniłem uścisk.
-Od kiedy masz rany na szyi?- Odpowiedział pytaniem.
-Od wczoraj- odparłem zgodnie z prawdą.- Co mi jest?
Snow przez jakiś czas obserwował mnie w milczeniu.
-Opuść broń, Damien i zostawcie nas na chwilę samych- zwrócił się do mierzącego do mnie księdza i reszty duchownych. Kątem oka dostrzegłem, że dłoń z bronią opadła do boku. Biskup zwrócił oczy spowrotem na mnie.
Księża skinęli głowami i opuścili komnatę.
-Zostałeś ugryziony, wiesz co to znaczy?- Zapytał z niepokojem obserwując mnie uważnie.
Pokręciłem odmownie głową wpatrzony w niego pytająco.
Odetchnął głębiej.
-Widzę, że już masz światłowstręt- zauważył spoglądając na zaciągniętą zasłonę.- Coś jeszcze ci dolega?
Zastanawiałem się, czy powinienem powiedzieć mu o tych dziwacznych objawach i, czy nie wpędzi mnie to w większe kłopoty.
-Woda... Ona...- odezwałem się szukając w głowie odpowiedniego określenia.- Jakby mnie od niej odrzucało- wyznałem z namysłem.- Wszystko mnie boli i widzę... Zbyt wyraźnie. Jakby- wzruszyłem ramionami, nie do końca wiedząc, jak to ująć.
Wyciągnął ze mnie wszystko o moim obecnym stanie, a kiedy skończyłem mówić, odezwał się cicho:
-Musimy cię odizolować, Gabrielu. Będzie to trwało trzy dni. Szczerze mówiąc wiele rzeczy może ci się nie spodobać- zauważył spokojnie.
-Róbcie, co musicie- odparłem próbując opanować przechodzące mnie dreszcze.

Zabrano mnie do pustej komnaty oświetlonej dziennym światłem.
Stanąłem w progu i ze strachem cofnąłem się gwałtownie, pytając ochryple:
-Co wy chcecie zrobić??- Byłem zdezorientowany. Chcieli, żebym znowu musiał czuć ból. Ostrożnie cofnąłem się o kolejny krok i wpadłem na Giaccomo, który pilnował, żebym nie mógł uciec. Wykręcił mi ramię do tyłu. Broniłem się przed wejściem do skąpanego w świetle dnia pokoju.
-Musisz pokonać zakażenie- oznajmił popychając mnie w stronę wejścia. Siłowałem się z nim i choć wiedziałem, że księża chcą mi pomóc, sam widok światła budził we mnie olbrzymie, niepohamowane obrzydzenie.
-Nie wejdę tam. W życiu- odwarknąłem z panicznym przerażeniem.
-Powiedziałeś, że zrobisz, co będzie trzeba- oznajmił Giaccomo.
-Ale nie to...!- Warknąłem protestująco.
-Wybieraj: albo poddasz się odosobnieniu; albo jutro się zmienisz i będę musiał cię zabić- oznajmił Snow ostro.
Oddychałem ciężko. Głowa chciała mi pęknąć, a suchość w ustach była nieznośna. Umierałem z bólu i pragnienia, a na widok wody odczuwałem tylko i wyłącznie odrazę...
Spojrzałem na swoje buty i przestałem się wyrywać. Z trudem zdołałem zacisnąć zęby i zrobić pierwszy krok...
Zatoczyłem się i oparłem ramieniem o framugę drzwi... Z ogromnym wysiłkiem przeszedłem próg, oddychając ciężko z bólu... Tuż za nim potknąłem się o własne nogi i wylądowałem na podłodze, słysząc zamykające się drzwi, którym zawtórował szczęk rygla.
*** 
Z całych sił próbowałem powstrzymać się od wrzasków, ale nic z tego.
Byłem słaby i spragniony, a moje gardło zdarte od krzyku.
Leżąc w niemal całkowitym bezruchu, podniosłem ręce i ukryłem głowę w ramionach.
-Dopa...dnę cię i zabi...ję, Le..ah- wyszeptałem boleśnie.
Wiedziałem, że to było jedyne słuszne rozwiązanie; bo gdybym w moim obecnym stanie kogoś zaatakował, gdybym chociażby zasmakował krwi...
Doczołgałem się do ściany.
Jeszcze nie miałem pojęcia, że to nocą będzie się działo najgorsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz