środa, 25 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXIV Dhampir Leah

Ukrywając Glocka w kaburze, przeskoczyłem schody i chwytając za barierkę wyhamowałem ostro, zanim grad kul zrobiłby ze mnie sito.
Vix wrzasnęła raz jeszcze, a po chwili usłyszałem okrzyk bólu jednego z Hydr i zdławione przekleństwo z jego ust.
-Ty dziwko...!- Zasyczał, a Victoria przeleciała tuż przed moimi oczami i uderzyła w jeden z posągów.
Terkot automatów ucichł, a tamten szedł w stronę półprzytomnej popielatowłosej. Ze skroni i draśniętych kulami ramion Vix spływała czerwona ciecz.
Kiedy był w moim zasięgu, moja ręka, zwinięta w pięść- totalnie wbrew mojej woli- wystrzeliła do przodu i zdzieliła delikwenta prosto w zęby. Zatoczył się i oparł na ścianie odzyskując równowagę.
-Król powrócił- zarechotał paskudnie Egzekutor zwany Bianco, którego walnąłem.
-Jak śmiałeś nazwać ją w ten sposób, ty żałosny, zawszony, bezużyteczny, obmierzły psiarku?!- Moje ciało... Aż poczułem dygotanie, spowodowane wściekłością mojego alter ego.
Szafirowe oczy omiotły Hydry lodowatym spojrzeniem, a członkowie oddziału cofnęli się o krok.
Tym razem Nicolae już niepodzielnie panował nad moim ciałem. Lżył, kopał i zupełnie na oślep okładał Bianco, póki ten nie wyzionął ducha.
Po wszystkim leżący trup wyglądał koszmarnie. Jego twarz była zmasakrowana tak, że nikt (prócz świadków) nie mógłby go rozpoznać.
Hydry wpatrywały się we mnie w milczeniu, kilku z dwudziestu pięciu ludzi podniosło broń. Mimo, że nie mogłem się odezwać, ani kontrolować swojego ciała, byłem w pełni świadomy tego, co się działo.
-Jeszcze nie zrobił z was wszystkich swoich psów- Wydobył się zza moich warg niski i melodyjny głos Nicolae.
-Kim jesteś?- Zza grupki facetów wyłoniła się szczupła sylwetka nastolatki. Blondynki o zielonych oczach. Miała ona na imię Francesca i była szpiegiem organizacji.
Moje nogi poruszyły się.
Kilka kroków potem stałem tuż przed niższą od siebie dziewczyną i trzymałem ją mocno za gardło.
-Waszym koszmarem- oznajmił moimi wargami Nicolae Bordeyan, zaciskając mocniej  moje palce na gardle blondynki.
Nagle wykonał ręką zamach i rzucił nią o ścianę. Zawtórował temu trzask rozbijanej czaszki, a z jej ust wraz ze strużką krwi wydobyło się ostatnie tchnienie.
Bordeyan wykrzywił moje wargi w drwiącym uśmiechu rozglądając się po pełnych trwogi twarzach wrośniętych w podłogę Hydr.
Dwóch najmłodszych rangą rzuciło pistolety maszynowe cofając się przezornie.
-Zejdźcie mi z oczu, pókim dobry- rozkazał rozgniewany Bordeyan.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Wiedziałam, że to nie jest Gabriel.
Ta osoba, kimkolwiek była i skądkolwiek ją znałam, była naładowana gniewem i okrucieństwem.
Spanikowane Hydry uciekły w popłochu, a on podszedł i przyklęknął przy mnie.
Ciemnobłękitne tęczówki zastąpiła świetnie znana mi zieleń, a ciało młodego mężczyzny odzyskało te pełne gracji i pewności  kocie ruchy. Szybkim ruchem wcisnął broń w kabury i przyklęknął przy mnie.
-Krwawisz- powiedział ten zachrypły ton, zdejmując kurtkę.
Zdjął koszulkę i przyciskając ją do mojej skroni założył spowrotem kurtkę. Oderwał dwa skrawki i opatrzył resztę moich zranień.
-Przytrzymaj- nakazał biorąc mnie na ręce. Uśmiechnął się po swojemu, dodając- znając Rafaela na pewno palnie mi obszerne kazanie. Gorsze jest to, że nie do końca będzie ono dotyczyło "wiary i boskiego planu"- zauważył kwaśno opuszczając willę.

Mijający nas ludzie, a w szczególności kobiety, z wyraźnym zaciekawieniem obserwowały widoczny zza rozpiętej skóry skrawek torsu młodzieńca.
Gabriel idąc nie przejmował się tym zbytnio, raz po raz pytając, czy dobrze się czuję.
-Rany... Łeb nie szklanka- westchnęłam słabo, obserwując go uważnie spod półprzymkniętych powiek.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Dostrzegłem, że na mnie patrzy; ale starałem się nie zwracać na to uwagi, chociaż przypuszczałem, że będzie chciała wiedzieć, czego była świadkiem.
Jednak pytanie, które usłyszałem z jej ust prawie ścięło mnie z nóg z zaskoczenia.
-Mówiłeś poważnie to o tym "fetyszu z paskami"?- Odwróciła wzrok czerwieniąc się jak piwonia.
Przystanąłem zaskoczony tym, że z tych wszystkich niewiarygodnych rzeczy, Victoria zapytała akurat o tę najmniej ważną.
Wbrew sobie parsknąłem wesołym śmiechem.
-Co, jak co; ale myślałem, że wiesz, kiedy kłamię, a kiedy mówię całkiem serio- zauważyłem, gdy przestałem się śmiać.- Oczywiście, że kłamałem; żeby rozwścieczyć Leę- wyjaśniłem spokojnie- co nie zmienia faktu, że to byłoby ekstra doświadczenie.
Podniosła rękę i znowu zarobiłem plaskacza.
-Zjeżdżaj, obrzydliwy zboczeńcu!- Wypaliła głośno z wyrzutem, a mijani przez nas przechodnie spoglądali na nas z niemałym zainteresowaniem.- Jesteś naprawdę obrzydliwy...- Dodała ciszej, zniesmaczona.
Ruszyłem z miejsca.
-Czuję się dotknięty...- powiedziałem, próbując uspokoić drżenie spowodowane tłumionym śmiechem.
***
-Na Miłosiernego Stwórcę; w coś ty ją znów wpakował??- Warknął na wstępie Pan Zarozumiały.
Wzniosłem wzrok w górę mrucząc wymownie:
-No, zaczyna się- powiedziałem ironicznie.
-Zadałem pytanie, Tępa Mózgownico- Rafael nie miał zamiaru ustąpić.
-To moja wina- odezwała się zbolałym głosem Vix- nie powinnam śledzić Gabriela...
Rafael J. White
Gabriel miał równie zbaraniały wyraz twarzy, co mój.
-Chyba za mocno uderzyłaś się w głowę- powiedział z troską do Vix.
Starałem się nie skomentować tego, że jest półnagi i nie pytać o to, gdzie jego ubranie, ale wtedy usłyszałem z boku chichoty i szepty.
Młode nowicjuszki spoglądając dyskretnie na blondyna komentowały szeptem, chichocząc.
-Muszę coś na siebie założyć. Gorszę siostrzyczki- zauważył mierząc grupkę zakonnic zamyślonym wzrokiem. Przekazał mi Vix i ruszył do swojego pokoju, a siostry bezwstydnie wlepiały oczy w jego odsłoniętą klatkę piersiową i wyrzeźbiony na kształt sześciopaka brzuch.
-Cholerna łajza- westchnąłem kręcąc głową z niedowierzaniem, gdy Vix, przyciskając dłonią do skroni tkaninę, oparła głowę na mojej piersi. Rozpoznałem w niej porozrywany czarny t-shirt Gabriela.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Zamknąłem drzwi komnaty i podszedłem do torby.
Wiedziałem, że Leah, skoro w jakiś sposób żyje, będzie próbowała się na mnie mścić i zamierzałem jej to uniemożliwiać jak tylko się dało.
Rzucając kurtkę na fotel rozpiąłem torbę i wyciągnąłem z niej podkoszulek.
Wtedy drzwi uchyliły się lekko i usłyszałem chichoty przeplatane szeptami.
Wciągnąłem na siebie ubranie poprawiając kolczyk i nagle odwróciłem się ku drzwiom.
Śmiechy, piski i szybkie kroki uciekających spod nich zakonnic sprawiły, że i mnie naszła ochota na śmiech.
-Siostrzyczki- prychnąłem trzęsąc się z tłumionej wesołości.
-Boże Miłosierny... Nawet zakonnice powariowały, Eminencjo- Rafael, który miał wyjechać z Vix następnego dnia, dobrze grał zwyczajnego księżulka.
-Ciekawe, przez kogo; White- zauważył biskup Snow.
-Hmmm. Na pewno to blondyn, z kolczykiem w wardze, a imię jego- zaczął Raf z udawanym zastanowieniem.
-Gabriel- Wypaliło kilka męskich głosów rżąc wesoło.
-Bóg szerokich barów i kaloryfera- zakpił głos księdza Josepha.
-A ty skąd to niby wiesz?- Zdziwił się Snow.
-Tajemnica- odpowiedział wymownie Torres, zza drzwi dostrzegłem, że puścił oczko do Rafa, który w odpowiedzi przewrócił oczami.
***
Po obiedzie.
Jakoś nie mogłem znaleźć sobie miejsca.
Spacer. Książki. Łóżko, czy nawet absynt nie pomagały mi stłumić dziwnego niepokoju, który czułem od kiedy ponownie ujrzałem Leę.
-Jak mogłem cię kiedyś pokochać?- Zapytałem wpatrując się w pogniecione zdjęcie wyjęte z portfela. Kolejny raz przechyliłem do ust butelkę z absyntem i przełknąłem łyk, krzywiąc się.
Kochałem ją z całego serca, dopóki jedno jej słowo nie skrzywdziło mojego ojca.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
-Zaborcza suka- powiedział cicho. Uniósł wzrok znad kartonika, który trzymał w dłoni i zapatrzył się na przeciwległą ścianę.
Gabriel siedział na łóżku, a zielone oczy i wyraz twarzy ukazywały jego głębokie zamyślenie. W prawej ręce trzymał opartą na materacu butelkę zielonego płynu, z lekko startą etykietą opatrzoną napisem: "absynth, kraj pochodzenia: Czechosłowacja, alk. 70% obj."
-Niech cię diabli- upił potężny łyk i skrzywił się, na pewno nie tylko z powodu mocy i goryczy trunku, ale i, dlatego, że nadal jeszcze posiadał jakieś uczucia.
Chociaż wydawałoby się, że Gabriel z wierzchu jest osobą twardą, zimną i nieczułą jak lodowa bryła; to czasami potrafił- mimo tego, kim był- okazać się bardzo dobrym i ciepłym w usposobieniu człowiekiem.
Nagle zamrugał i spojrzał wprost na mnie. Z zaskoczenia aż podskoczyłam.
-Boisz się mnie- odezwał się po długiej chwili odwracając wzrok. Wbił oczy w stertę książek leżących na blacie biurka.
Podeszłam i usiadłam obok niego mówiąc:
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Nie ciebie. Jego- powiedziała cicho. Zabierając mi absynt, strzeliła dość duży łyk i przełknęła nawet się nie krzywiąc.- Właściwie nie wiem, czemu on tak mnie przeraża; skoro mam wrażenie, że skądś go znam i mogę mu zaufać- zwierzyła się cicho.
Zabrałem jej butelkę i napiłem się.
-Na pewno możesz mu zaufać- oznajmiłem, jednocześnie zdając sobie sprawę, że mówię coś bardzo dziwnego.
-Tak sądzisz?- Zapytała z nutą wątpliwości w głosie, przeczesując dłonią napuszone włosy popatrzyła na mnie niepewnie.
-Zdążyłem już trochę poznać moje Alter ego, więc myślę, że tak- przyznałem upijając kolejny łyk zielonej wróżki.
-To dosyć dziwnie brzmi- powiedziała dokładnie to samo, co sam o tym wszystkim myślałem.
-Racja- przytaknąłem z zastanowieniem, przechylając butelkę z zamiarem napicia się, ale Vix znowu wyciągnęła mi ją z ręki i golnęła sobie. Po przełknięciu trunku przez jej twarz nie przemknął żaden grymas.
-Nie krzywisz się. Piłaś kiedyś absynt?- Zapytałem patrząc na nią z boku ze zdziwieniem.
-Nie mam pojęcia. Może w poprzednim życiu- zauważyła oddając mi flaszkę.
Zapadła dłuższa cisza, w której oboje pogrążyliśmy się we własnych myślach. Po jakimś czasie poczułem jej długie palce na mojej szyi, dokładnie w miejscu dwóch małych ranek.
-Powinieneś je opatrzyć- powiedziała z troską i zakłopotaniem.
-Nic mi nie będzie- zbyłem spoglądając na popielatowłosą.- Naprawdę- zapewniłem widząc jej zatroskany wyraz oczu.

Następnego dnia.
-Pogoda pod psem- mruknął, Rafael ziewając.
-Właśnie, psiaczku- zakpiłem wychodząc z komnaty.
Raf zmierzył mnie rozdrażnionym spojrzeniem, mówiąc złośliwie:
–Wpół do piątej rano, a nasz śpioch tryska niesamowitą energią? Dziwnie to podejrzane- zauważył, zarzucając sportową torbę na ramię.
-Wyjeżdżasz dokądś na urlop?- Zapytałem zupełnie niewinnie.
-Wyjeżdżamy- na dźwięk potwierdzenia Vix z trudem stłumiłem cisnący się na wargi tryumfalny uśmieszek i rzuciłem:
-Farciarze. Ci to się nigdy nie nudzą- skomentowałem wyluzowanym tonem z dłońmi w kieszeniach bluzy.
Rafael J. White
Obserwując zielonookiego blondyna, doszedłem do bardzo dziwnego wniosku- coraz bardziej podejrzewałem, że maczał palce w ostatnich wydarzeniach bezpośrednio związanych ze "zdjęciem konkursowym" i ową kopertą.
Gorsze było to, że nie miałem nawet nikłych dowodów, a tym bardziej żadnej pewności, czy faktycznie to właśnie Gabriel jest w to wszystko zamieszany.
-Powiedział ten farciarz, który z powodzeniem zwiewa nie tylko przed policją, ale i z każdej opresji- stwierdziłem przewracając oczami.
Vix z zaskoczeniem skakała po nas oczami, a Gabriel odparł:
-Jakiś ty troskliwy, Księżulku- powiedział z przekąsem mrużąc lekko oczy.- Życzyłbym miłego wolnego, ale z tobą to raczej niemożliwe- odciął się swobodnym tonem.
-Podziękowałbym, gdyby nie to, że mam wrażenie jakbyś coś o TYM wiedział- powiedziałem to celowo, żeby zobaczyć, jak zareaguje.
Jednak zielonooki uśmiechnął się z wyjątkowym politowaniem, mówiąc w odpowiedzi:
-Jesteś jak zawsze wredny i zarozumiały.
-Odezwał się ten tępy i skromny- rzucił, odchodząc przeciągnął się z lubością.
-Dupek- mruknąłem patrząc za nim i Vix.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz