Gabriel, zwany Uczniakiem
Mój plan wypalił w stu procentach, teraz tylko czekać aż "zakochane gołąbki" wyjadą w podróż, która miała odbyć się za kilka dni i trwać bite dwa tygodnie, co dawało mi czas na rozprawienie się z Vladem i ewentualną liczbą przerobionych na jego posłuszne pachołki Hydr. Zamierzałem w tym czasie dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe i w odpowiednim momencie wyciągnąć z rękawa asa, czyli moje Alter ego oraz przy odrobinie szczęścia, spróbować pozbyć się Vlada.Nicolae Bordeyan, jak dotąd, nie ujawnił się Vladowi w całości. Tymczasowo działał z ukrycia, czego nie potrafiłem zrozumieć.
-Boisz się go, czy co...?- Mruknąłem w zastanowieniu. Sięgnąłem po butelkę absyntu i przytknąłem wylot do ust lecz zanim zdążyłem się napić, mój wewnętrzny bliźniak postanowił się odezwać.
-Gdybyś znał go osobiście, a nie tylko z opowieści, również bałbyś się księcia- stwierdził.
-Kto to się wreszcie odezwał?- Zakpiłem.
-Jeszcze nie wiesz, do czego Książę jest zdolny się posunąć, żeby dojść do celu- zignorował mój przytyk kontynuując, jednak kiedy nie odpowiedziałem, rozmowa się urwała.
Podniosłem się z łóżka do pozycji siedzącej, poczułem piekący gorąc i sięgnąłem do obandażowanego ramienia zaciskając zęby z sykiem bólu. W zamieszaniu podczas sprzątania Hydr zmienionych w Nocnych, przypadkowo dostałem kulkę z broni Chenga.
Wyciągnąłem z szufladki ciemną saszetkę wyglądem przypominającą kosmetyczkę i sięgnąłem do niej po środki opatrunkowe. Zmyłem krew i zdezynfekowałem ranę absyntem, po czym założyłem nowy opatrunek.
Zaraz potem narzuciłem na siebie koszulkę i cienką, czarną bluzę. Opuszczając nogi na podłogę sięgnąłem po spodnie i skarpetki. Tydzień temu glany poszły w odstawkę i zmieniłem buty na sportowe (obowiązkowo czarne) adidasy, które właśnie wsunąłem na stopy i zabrałem się za wiązanie sznurówek.
Wtedy usłyszałem otwierające się drzwi. Drgnąłem i szybko ukryłem zużyty opatrunek w folii, którą wepchnąłem do kieszeni. Spokojnie zamknąłem zamek saszetki i wrzuciłem ją na dno szuflady.
-Gabriel, możemy pogadać?- Głos Rafaela sprawił, że prawie odetchnąłem z ulgą.
-O czym to Pan Zarozumiały chce ze mną gadać, hm?- Zapytałem prostując się, i ukrywając zaciekawienie pod maską zdziwienia.
Rafael zdecydował się wejść wgłąb komnaty. Stanął pod ścianą i oparty o nią spojrzał na mnie kątem oka nieco bardziej podejrzliwie, niż zwykle.
-Nie wiesz?- Udał swobodny ton nadal przyglądając mi się. Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi, przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było mnie stać, tym samym nie pokazując; że doskonale wiem, czego ma dotyczyć ta rozmowa.
-Ktoś- Rafael starał się mówić spokojnym tonem- wysłał nasze zdjęcie: moje i Vix na konkurs dla par- powiedział nadal siląc się na spokój.
-Cooo takiego??- Wybuchnąłem najbardziej zdziwiony tonem, jakim umiałem wpatrując się w Rafa rozszerzonym ze zdumienia wzrokiem, perfekcyjnie grając, że nie mam o niczym pojęcia.
Rafael nadal obserwował mnie podejrzliwie.
-Wydaje mi się, że tylko ty mogłeś wpaść na taki szalony pomysł- oznajmił, poprawiając mankiety sutanny wwiercał się we mnie bladoniebieskimi oczami próbując wywrzeć na mnie presję, żebym się przyznał.
Zachowując się zupełnie normalnie, sięgnąłem po absynt i upiłem potężny łyk.
-Nic o tym nie wiem- powiedziałem po krótkiej chwili wpatrując się w okno.
-Nie próbuj udawać świętoszka...- zaczął groźnie.
-Niczego nie udaję, zarozumiały księżulku- przerwałem mu nieco ostrzej, niż miałem zamiar, zrywając się z łóżka na równe nogi.
Rafael nadal obserwował każdy mój ruch, jakby sądził, że w pewnym momencie się zdradzę. Po dłuższej chwili westchnął ciężko i skierował się do drzwi mówiąc:
-Nie myśl, że ci wierzę; Gabriel- oznajmił odchodząc.
-Rób, co chcesz; Rafael. I tak nie macie wyjścia- wymamrotałem z uciechą, gdy jego kroki ucichły.
Wyszedłem z pokoju i poszedłem na dół, kierując się do refektarza na śniadanie.
***
Pocieszony toną różnorodnych kanapek i mocną, czarną kawą, zapatrzyłem się w korytarz, rozmyślając nad tym, jak pozbyć się wszystkich polujących na Vix.Po dłuższej chwili wstałem i dziękując za śniadanie zniknąłem w korytarzu, czując na swoich plecach wzrok Victorii.
-Niedługo wszystko, czego się boisz zniknie- mruknąłem idąc z dłońmi w kieszeniach bluzy.
Zapatrzyłem się na coś za oknem i wpadłem na kogoś. Zaskoczony szybko odskoczyłem i omiotłem oczami postać, z którą się zderzyłem.
Ładna młoda kobieta, o krótkich czarnych włosach i kontrastujących z nimi oczach w barwie intensywnie niebieskiej. Szczupła i sięgająca mi wzrostem do brody.
Rozpoznałem ją natychmiast i wytrzeszczyłem oczy. Zamierzałem ją przeprosić, ale głos uwiązł mi w krtani. Potrafiłem tylko gapić się na nią, jak idiota.
To była ONA. Dziewczyna, której podczas swojego egzaminu ocaliłem życie.
Patrząc na nią poczułem się bardzo dziwnie. Jakby to spotkanie było w jakiś sposób odrealnione, a zawstydzona, młoda kobieta, którą widziałem przed sobą była utkana z dymu i mgły...
-Niech mnie wszyscy diabli- wyszeptałem zdumiony.
-Przepraszam, że na pana wpadłam- powiedziała cicho.
-Nic się nie stało- odpowiedziałem nadal stłumionym z zaskoczenia głosem.- To ja przepraszam. Nie patrzyłem, gdzie idę...- szybko przesunąłem się na bok i pozwoliłem jej przejść.
Obejrzała się na mnie jeszcze przez ramię dziękując mi uprzejmym uśmiechem, a ja miałem wrażenie, jakby jej widok przykuł mi nogi do podłoża.
Dopiero, gdy zniknęła za zakrętem odzyskałem kontrolę nad swoim ciałem i ruszyłem dalej w stronę swego pokoju.
W ciągu dnia niewiele się działo. Z rękoma za głową leżałem w poprzek łóżka oglądając poranne wydanie wiadomości i układając w głowie plany A i B, z których ten drugi miał być na wypadek pierwszego niepowodzenia i zastanawiając się nad swoim dotychczasowym życiem.
Byłem świadomy, że je schrzaniłem i rozumiałem, że mojej rodzinie będzie trudno wybaczyć mi to, co robiłem dawno temu- sam wielu rzeczy nie potrafiłem sobie wybaczyć.
Zwłaszcza tamtego dnia.
-Gdybym cię udusił...- Warknąłem cicho rozzłoszczony, oczami wspomnień widząc czwartego Egzekutora, Azjatę zwanego Shin'ichi.
W tej samej chwili na ekranie telewizora pojawiły się zakłócenia, a po pewnym czasie pojawił się zupełnie inny obraz.
Obraz, który bardzo dobrze znałem.
Wnętrze Domu Hydry.
Ta sama kobieta z dwoma pistoletami maszynowymi w gotowości i zaciętym wyrazem twarzy szła pewnym krokiem korytarzem.
Odliczała.
Od stu w tył.
-Znowu mam zwidy, czy co; do diaska...?- Zapytałem sam siebie zamyślony.
-To nie zwidy- podskoczyłem na łóżku słysząc głos Victorii- Na wszystkich kanałach leci to samo.
Zerwałem się na nogi i podchodząc do biurka wziąłem broń i zakładając szelki wsunąłem klamki w kabury. Ubierając skórzaną kurtkę wypchałem kieszenie flakonami święconej wody oraz wziąłem kołek i Krucyfiks.
-Dokąd idziesz?- Zapytała popielatowłosa z niepokojem.
-Zostań tu- odparłem nie odpowiadając na jej pytanie. Minąłem ją szybkim krokiem.
Chwyciła mnie za ranne ramię. Z trudem zdławiłem bolesny syk i wyrwałem jej się. Odwracając się na pięcie wymierzyłem w nią lufę broni mówiąc:
-Ani się waż za mną iść, Victoria- powiedziałem groźnym tonem, a potem odszedłem.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a ja powoli otworzyłam dłoń, którą usiłowałam zatrzymać Gabriela.Widniała na niej rozmazana plama krwi. Był ranny, a mimo to zdecydował się iść do "Pieczary"; gdziekolwiek to jest.
Nie wiedziałam, co robić. Posłuchać go, czy...?
-Niech to szlag- zaklęłam niepewna, co mam robić.
Zależało mi na Gabrielu, ale kiedy wymierzył we mnie broń, zobaczyłam w jego oczach coś, co ogromnie mnie zmroziło.
Jego zielone tęczówki na kilka sekund zastąpił ten dziwnie mi drogi, ciemny błękit, a kiedy znów pojawiła się w nich zieleń, w ich wnętrzu tkwiło uczucie, jak gdyby mówił: nie będę miał żalu, jeśli zginę w twojej obronie.
Sama nie do końca wiedziałam, co konkretnie czuję do Gabriela. Był dla mnie bardzo ważną osobą, choć nie za bardzo rozumiałam, dlaczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz