poniedziałek, 2 marca 2020

Watashi no Akuma Rozdział XXII: Wilkołacza delegacja

Snow nagle wypuścił z palców łuskę, która z trzaskiem upadła na blat biurka i potoczyła się ku wyciągniętej dłoni Grossa.
Blady jak ściana biskup miał szeroko otwarte oczy i poruszał drżącymi wargami, jakby odmawiał jakąś modlitwę. Rafael widząc to poprosił wszystkie wilki o opuszczenie na chwilę kancelarii.
Zamierzałem iść za nimi, ale zatrzymał mnie.
-O, Quam Misericors est Deus, Pius et lustus- Snow będąc w ogromnym szoku ciągle powtarzał to znajome mi skądś zdanie.
-Raf, co jest grane?- Zapytałem, starając się nie pokazywać po sobie niepokoju.
To zdanie...
Rafael przetrząsał biurko i szafki, szukając czegoś.
-Nie wiem, ale cholernie mi się to nie podoba- odparł Pan Zarozumiały, zaciskając na czymś dłoń. Tym przedmiotem okazał się być słoiczek z jakąś dziwnie brzmiącą nazwą. Cristian wszedł do środka niezauważony. Bezszelestnie znalazł się za Rafem i wyciągnął z palców księdza pojemnik wpatrując się w nazwę w zastanowieniu.
-Choruje na serce- powiedział. Zastanowił się nagle.- To bierze się z... Z...- usilnie starał się sobie przypomnieć nazwę drugiego leku. Oddał zaskoczonemu Rafowi opakowanie i sam zaczął przeszukiwać szafki. Trwało to jakiś czas, po którym znalazł mały kartonik z kolejną medyczną nazwą.
-Podaj mu jeszcze to- sięgnął po czarny kubek i wlał do niego trochę wody.- No, na co czekasz?
Rafael drgnął i postąpił tak, jak kazał mu mój młodszy brat.
Po czterdziestu minutach biskup Snow czuł się już lepiej i ochłonął z szoku. 
Rafael J. White 
-Wszystko w porządku?- Zapytał uprzejmie Christian, przyglądając się badawczo biskupowi.
-Nic mi nie jest- cały Jonathan.! Zawsze olewał swoje zdrowie.- To nic poważnego...
Cristian widocznie nie miał ochoty zgrywać "dobrego doktorka"; więc nie odpowiedział.
-Nie chciałbym być wścibski, ale wyglądał ksiądz biskup, jakby był w dużym szoku- zauważył po chwili.
Snow podniósł wzrok i zlustrował chłopaka uważnym spojrzeniem, jakby zastanawiał się, czy jednak powinien powiedzieć, o co chodzi.
-Poproś resztę swoich- oznajmił cicho Snow.

Grupa osmiorga wilków rozsiadła się gdzie popadnie. Dziewiąty, ich przywódca przysiadł obok Cristiana i rozejrzał się po swoich, a wówczas zapadła niczym niezmącona cisza.
Były to osoby w różnym wieku. Dwóch nastolatków, pięciu mężczyzn w kwiecie wieku i młodzieniec w podobnych latach, co Cristian. Natomiast Gross był niemal staruszkiem.
-Zatem, wie ksiądz biskup; kto do nas strzelał?- Zapytał z opanowaniem przywódca tej zgrai.
-Nadal niezbyt w to wierzę, ponieważ organizacja ta dawno temu została zlikwidowana. Był to Zakon Smoka, a napis zamieszczony na łusce jest jego dewizą- powiedział z zastanowieniem Snow.
Zdołałem wychwycić spojrzenie Gabriela i utwierdziło mnie ono w przekonaniu, że ta sprawa nie podoba mu się tak samo, jak i mnie. Nie było mowy, żeby był to przypadek lub zbieg okoliczności.
-Jaka to organizacja?- Zapytał ostrożnie Gross.
-Zakon Smoka- odpowiedział grobowo niski duchowny, a Gross zamrugał szybko zaskoczony.
-"Zakon" został rozwiązany stulecia temu. Na pewno chodzi o ten Zakon Smoka?- Zapytał szczerze zdziwiony.
-Wszystko na to wskazuje, choć nie ma stuprocentowej pewności- oznajmił Snow, jednak zarówno Gabriel, jak i ja wiedzieliśmy, że jest.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Od kiedy Rafael i Gabriel wrócili, nie przespałam spokojnie ani jednej nocy. Koszmary znowu wróciły i to ze zdwojoną siłą. Było w nich pełno przerażających wrzasków, jakby ktoś zatrudnił chór potępieńców wprost z samego dna Piekła.
Starałam się o tym nie myśleć, ale coraz bardziej bałam się, że kiedy odzyskam pamięć, wydarzy się coś okropnego w skutkach i, choć z jednej strony pragnęłam wiedzieć, kim jestem to czułam przerażenie, że mogę potem nie być zadowolona z tej wiedzy.
Starałam się również dociec, kim jest Nicolae, czyli alter ego Gabriela i skąd właściwie go znam.
Te ciemnoniebieskie oczy, pełne ekspresyjności kroki i niski, melodyjny oraz łagodny ton głosu były tak bardzo znajome, jakbym już wcześniej gdzieś je spotkała. Nie miałam jednak pojęcia gdzie i kiedy się to wydarzyło, ale za każdym razem, gdy Jego obecność się ujawniała czułam smutek i przejmujący chłód tęsknoty, lecz nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje.
Gabriel nie kryjąc niechęci nie powiedział mi prawdy o tym, co zdarzyło się w jego rodzinnym domu. Rafael również milczał na ten temat, jak zaklęty.
Właśnie. Rafael...
Czy naprawdę ma zamiar odejść z posługi duszpasterstwa? A jeśli tak, to czy naprawdę robi to dla mnie? Byłby zdolny do takiego poświęcenia dla zwykłej przybłędy spod kościoła, która właściwie od samego początku przysparza mu jedynie kłopotów?
-Nie przysparzasz mi kłopotów, Vix- odezwał się tuż za mną ten łagodny tembr, a ja niemal oblałabym się gorącą kawą. Wyciągnął mi z rąk kubek i odstawiając go na stolik przesunął wargami po ledwie widocznej bliźnie na prawej skroni- śladzie po bójce z pewną barmanką.
Wahałam się przez pewien czas, ale w końcu zdecydowałam się o to zapytać.
-Naprawdę chcesz odejść?- Spytałam cicho wpatrując się w okno.
Rafael westchnął ciężko i usiadł w drugim fotelu. Długo milczał i nie patrząc na mnie zastanawiał się, co powinien odpowiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz