czwartek, 2 stycznia 2020

Watashi no Akuma Rozdział XIX: "Korona Cierniowa"

Rafael J. White
Siedziałem w swojej komnacie rozmyślając, dlaczego Mistrz postanowił przyjechać właśnie teraz. Dawno temu rozstaliśmy się w niezgodnie i dziś bałem się spotkania po latach i słów, jakie mógłbym usłyszeć od księdza Bordeaux.
Zwłaszcza, że teraz moje życie przypominało rozpędzoną karuzelę...
Sięgnąłem do szafki biurka po gazowany napój i otworzyłem puszkę z psyknięciem.
-Czasami potrzeba nam słodyczy w tym gorzkim życiu- odezwał się ten głos.
Starszy proboszcz siedział w półmroku na fotelu i obracał w palcach starą monetę. Widząc, że chcę wstać powstrzymał mnie ruchem dłoni.
Minęło dziesięć lat i bardzo się zmienił od tamtego czasu. Był niskim, siwym staruszkiem, z pomarszczoną twarzą, w której tylko czekoladowe oczy zawierały dawną iskierkę życia.
-Byłem u twojej dziewczyny- zagadnął przyglądając mi się, chciałem mu przerwać i zaprzeczyć, ale nie pozwolił mi na to, kontynuując- mnie nie musisz oszukiwać, Rafaelu.
Wbiłem wzrok w swoje buty. Każda nasza rozmowa zaczynała się podobnie. Odkryta tajemnica, słowa, że nie ma sensu kłamać i jego chęć pomocy... Nigdy nie potrafiłem pojąć, skąd wie o wszystkim, a nawet; gdybym próbował ta wiedza byłaby pewnie poza moim zasięgiem..
-Victoria nie jest moją dziewczyną- mimo wszystko próbowałem ją chronić.
-Nie byłaby, gdybyś nic do niej nie czuł- przerwał mi cicho i spokojnie. Bez pełnego potępienia i złości tonu: bardziej ze zrozumieniem.
Odwróciłem wzrok. Nadal myślałem, że jeśli odejdę z posługi to wszystko zniszczę, albo jeszcze bardziej skrzywdzę tym Vix... Miałem totalny mętlik w głowie i nie wiedziałem, co miałbym teraz zrobić i na co się zdecydować.
Zacisnąłem usta, próbując nie pokazywać po sobie uczucia bezradności. Od kiedy pamiętam, zawsze musiałem radzić sobie ze wszystkim sam. Tylko dzięki klasztorowi, nie stałem się takim samym wrakiem człowieka, jak.. To siostrzyczki wyprostowały moje życie i ukształtowały charakter.
-Widziałeś już swojego kandydata?- Zapytałem, nagle zmieniając temat.
-Nie, ale trochę o nim słyszałem. Od Victorii- wyjaśnił widząc mój wyraz twarzy.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Stojąc w ciemności i paląc kolejnego papierosa, zastanawiałem się, czy zdam ten egzamin. Nie wiedziałem, co może się wydarzyć i, jakie będą czekać na mnie pułapki.
Walka z Idącymi ścieżką nocy czasami budziła we mnie wiele sprzecznych emocji: strach, nienawiść, litość i wiele innych; z których uczuciem nie do zniesienia była konieczność zabijania istot, które dawniej były takimi samymi ludźmi, jak i ja.
-Cholera- mruknąłem i zaciągając się głęboko spojrzałem na granatowe, pełne gwiazd niebo. Zimny wiatr sprawiał, że dłonie mi skostniały i przenikał nawet przez gruby materiał płaszcza.
Byłem ciekaw, co sądzi o tym wszystkim mój szafirowooki sobowtór; czyli Nicolae, lecz on od kilku dni milczał ukryty gdzieś w moim wnętrzu.
Nigdy nie wierzyłem, że samodzielnie wydostawałem się z każdej opresji i dosyć często sądziłem, że ktoś podpowiadał mi, co w danej chwili powinienem robić. Wydawało mi się to dziwaczne, ale w końcu tajemnica wyszła na jaw.
-Szkoda tylko, że nie pomaga mi w odpowiednim momencie- mruknąłem.
-Sam wiesz, co masz robić, Gabriel- odezwał się w tym momencie Nicolae Bordeyan.
-Właśnie, że wcale nie wiem- odpowiedziałem ponuro.
-Chcesz chronić Victorię i wszystko, co kocha.
Miał rację. Victoria była dla mnie ważną osobą. Kochałem ją, chociaż nie miałem pojęcia, jaki to sposób miłości. 
Czy była dla mnie piękną kobietą? Jak najbardziej.
Czy poświęciłbym coś dla jej bezpieczeństwa? 
Wszystko.
Kim dla mnie jest? 
Poza tym, że kimś bardzo ważnym, nie wiem..
-Ty też coś do niej czujesz, prawda? - Zapytał po dłuższej chwili.
-Coś, ale nie do końca wiem co- westchnąłem cicho, gasząc szluga w stojącej na murku popielniczce wszedłem do budynku i ruszyłem do komnaty, żeby się przygotować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz