środa, 11 grudnia 2019

Watashi no Akuma Rozdział XIV: Kawałki utraconych wspomnień..

Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Dwudziesty luty A. D. 1990
Stanęłam przy oknie i obserwowałam zatłoczoną ulicę. Byliśmy w kraju, którego nazwy nie potrafiłam wymówić, a podczas pytania o jakąkolwiek ulicę było jeszcze gorzej.
Owo miasto, do którego przyjechaliśmy wczoraj wyglądem przypominało pamiątkę czasów, których nikt nie chciał pamiętać. Twarze ludzi były jakby zmęczone życiem. Dzieci trzymały się matek. Mężczyźni (nawet ci o wiele starsi) byli bardzo przystojni, zresztą pięknych kobiet też nie brakowało.
Kilkuosobowa grupka stała przy pobliskim sklepie rozmawiając. Każdy z ośmiu mężczyzn w różnym wieku trzymał w ręku zieloną lub brązową butelkę i popijał z gwinta w trakcie rozmowy. Dwóch może trzech z nich paliło papierosy.
Podszedł do nich jakiś chłopaczek, koło czternastu lat, niski brunet o piwnych oczach i zapytał o coś jednego z mężczyzn, prawdopodobnie swojego ojca bo byli do siebie nieco podobni. Tamten zaciągając się dymem jednym srogim spojrzeniem uciszył nastolatka i mówiąc coś rozdrażnionym tonem w swoim szeleszczącym jezyku, machnął dłonią z papierosem w bliżej nieokreślonym kierunku.
-Mama kazała powiedzieć, żebyś wrócił wcześnie- dodał dzieciak.
-Powiedz matce, żeby zajęła się gotowaniem i resztą, bo tym zajmuje się kura domowa- odburknął poirytowany facet.
-Powiedziała, że będziesz spał na wycieraczce- odpowiedział odważnie chłopiec. Rozbrzmiały śmiechy, a facet warknął:
-Won, do domu, bo nogi z dupy powyrywam, szczeniaku!- Zagroził ostro, a przestraszony dzieciak czmychnął na drugą stronę drogi i uśmiechając się do ojca zniknął między budynkami.
-Toś sobie wychował najmłodszego, Stefan- zarechotał jeden z mężczyzn i reszta zaczęła dogryzać ojcu piwnookiego.
-To wina mojej. Jakby dostał profilaktycznie w ryj zanim nabroił, wyszedłby na ludzi- odparł ów człowiek, zwany Stefanem z lekkim uśmiechem.
-Huja, w życiu byś go nie sprał- łysy facet szturchnął go lekko w pierś.
-Zajmij się swoim kwiatem młodzieży, Jarek- obaj odstawili butelki na wnękę okna i zaczęli się przepychać i szturchać w akompaniamencie śmiechów reszty kumpli.
-Za to, że szlag trafił komunizm- rzucili równo i kolejny raz przechylili butelki.
Odwróciłam wzrok od okna i spojrzałam na Rafaela. Jak zawsze spod lekko rozczochranych włosów i krzaczastych brwi na świat patrzyły te przenikliwe bladoniebieske oczy. Stał w wyluzowanej pozie przeszukując torbę podróżną w poszukiwaniu koszulki. Na jego lewym obojczyku widniała stara blizna w kształcie łuku.
Rafael J. White 
Dostrzegłem, że Vix na mnie patrzy i zastanawiałem się, o czym myśli. 
Byłem ciekawy, czy coś między nami się zmieniło; bo ostatnio coraz częściej przyłapywałem ją na gapieniu się na mnie. 
Zwróciłem na nią nieprzytomny wzrok, zaraz odwróciła oczy, udając że zaciekawił ją stary obraz przedstawiający Żyda liczącego pieniądze. 
Postanowiłem przerwać milczenie, mówiąc: 
-Gapisz się na mnie- zauważyłem powoli wyciągając z wnętrza torby szarą koszulkę. 
Victoria odstawiła kubek z kawą i przeczesała dłonią popielate włosy. 
-Wcale się nie gapiłam- powiedziała niezbyt przekonująco. 
-O co chodzi, Vix?- Zapytałem wprost. Nie lubiłem takich dziecinnych uników, jakbyśmy oboje byli nastolatkami. 
Victoria znów odwróciła oczy. 
-To jakiś problem, że lubię patrzeć na przystojnych facetów?- Burknęła nagle obrażonym tonem. 
Odebrało mi mowę. Zupełnie nie dotatrło do mnie to, co powiedziała. W tej chwili kompletnie nie wiedziałem, co mam robić. Coś odpowiedzieć? Spróbować obrócić to w żart? Ten swego rodzaju komplement sprawił, że mnie zamurowało. 
Victoria nie doczekawszy się reakcji z mojej strony znów zabrała się za kawę. Miała nieodgadniony wyraz twarzy, jakby nie chciała powiedzieć za dużo. 
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Rafael milczał wpatrując się we mnie. Jego twarz wyrażała bezgraniczne zaskoczenie. Nadal trzymał w dłoni szarą koszulkę z nadrukiem bomby i jakimś napisem. 
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytał w końcu ochrypłym głosem rzucając ciuch na łóżko. 
Źle zaczęłam. W ogóle nie powinnam tego mówić...
-Nie przejmuj się tym. Czasami wygaduję głupoty- odparłam wzruszając ramionami.
Skłamałam. Nie chciałam, żeby uznał mnie za kokietkę, albo, żeby- co gorsze- pomyślał, że go podrywam.
Poza tym, od kiedy zrozumiałam, że kocham Rafa nie chciałam już nic wiedzieć o swojej przeszłości.
-Naprawdę sądzisz, że jestem przystojny?- Zapytał po dłuższej chwili.
Jego pytanie wybiło mnie z równowagi. Poczułam w ciele dziwne drżenie świadczące o zdenerwowaniu. Jak on mógł o tym nie wiedzieć?! A może po prostu sobie że mnie żartuje??
Rafael J. White 
Victoria poderwała głowę i wbiła we mnie dziwne spojrzenie: coś w stylu skrzyżowania złości z zaskoczeniem. Zaśmiała się nerwowo. 
-No, wiesz... Myślałam, że dużo dziewczyn ci to mówi i w ogóle- zauważyła. 
Tym razem już totalnie mnie zagięła- nie wiedziałem, czy mówi poważnie; czy stroi sobie że mnie żarty. 
-Victoria, mogłabyś przestać?- Zniecierpliwiłem się. 
-Co przestać?- Zapytała zdziwiona. 
-Czemu robisz sobie ze mnie jaja?- Zapytałem zły, zakładając koszulkę. 
Zapadła cisza, w której słychać było tylko odgłosy miasta i tykanie starego zegara wiszącego w pokoju. 
Vix ruszyła do drzwi wejściowych burcząc: 
-Jesteś głupi- powiedziała rozdrażniona i trzasnęła drzwiami. 
Długo patrzyłem na zamknięte drzwi, próbując zrozumieć to wszystko. 
Nie rozumiałem jej wybuchu, ostatnimi czasy zachowanie Vix uległo zmianie- zachowywała się po prostu dziwnie. Jakby nie była sobą. Zaczęła się inaczej ubierać, trochę eksperymentowała z ubraniami i fryzurą.
-Może ona jednak wcale nie żartowała?- Mruknąłem do siebie zamyślony.
Victoria, partnerka księdza Rafaela 
Biorąc płaszcz zbiegłam schodami i napierając na drzwi wyszłam ze stancji. Musiałam się przespacerować, żeby uspokoić zdenerwowanie. 
Postanowiłam, więc zwiedzić miasto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz