Rafael spadając z krzesła wylądował na parkiecie. Zbladł, jak kostucha z wyrazem bezgranicznego szoku na twarzy.
-C-Co takiego..?- Zapytał ochrypłym głosem.
-To, co słyszałeś: zakochałam się w tobie- odparłam nadal ukrywając drżące z nerwów dłonie w kieszeniach bluzy.- No, więc... O czym chciałeś pogadać?- Zapytałam unikając kontaktu wzrokowego.
Rafael powoli wstał. Podszedł bardzo blisko i objął mnie, ale jakoś tak... Inaczej.
-Victoria...- jego głos drżał ze skrywanych emocji. Pocałował mnie w czoło, tak samo; jak tamtej nocy, kiedy spotkaliśmy się poraz pierwszy.- Ja... To już nieważne- powiedział cicho.
-Ważne. Wyduś to z siebie wreszcie- szturchnęłam go w bok.
Jego serce waliło, jak młot; a on sam trząsł się mocno, jakby miał dreszcze.
-Victoria- oparł czoło na moim ramieniu i westchnął ciężko.- Ja też... Też...
-Co też..?- Nie rozumiałam jego zachowania. Przecież on niczego się nie bał, więc co mu nie pozwalało powiedzieć tego, co miał do powiedzenia?
-Jestem niezłym Cykorem- roześmiał się cicho sam z siebie.- Chciałem ci tylko powiedzieć, że... Jesteś najlepszą partnerką pod słońcem...
Rafael J. White
Jaki ze mnie pieprzony tchórz!
Nadal nie wierzyłem, że ona pierwsza powiedziała to, co sam czuję..
To szaleństwo. Muszę wyjść, bo zaraz zwariuję przez nią...!
Mimo, że- z perspektywy bycia osobą duchowną- to grzech darzyć ją miłością; nie potrafiłem inaczej. Gdybym temu zaprzeczył to okłamywałbym samego siebie.
Wypuściłem ją z rąk i wyszedłem szybkim krokiem.
Wypuściłem ją z rąk i wyszedłem szybkim krokiem.
***
Nie mogłem zasnąć.
Wpatrzony w sufit rozmyślałem nad wszystkim, co wydarzyło się w ciągu tego półtora roku.
Wydarzenia tamtej nocy były ciągle żywe w moich wspomnieniach.
Po skończonej mszy, szykowałem się do powrotu na plebanię.
Wychodząc z kościoła, coś; a raczej ktoś zwrócił moją uwagę.
Ludzie mijali siedzącą na schodach postać bez słowa. Siedziała skulona z głową opartą na kolanach oplecionych ramionami. Miała na sobie tylko rozdartą koszulkę i poszarpaną spódnicę, a na stopie jeden but. Trzęsła się z zimna. Bez wahania zdjałem płaszcz i podchodząc do niej chciałem ją nim okryć, ale spojrzała na mnie z przerażeniem i chciała uciec.
-Nie zrobię ci krzywdy- przemówiłem cicho, wyciągając do niej rękę.
Patrzyła na mnie nieufnie, płacząc bezgłośnie.
-Chodź, ogrzejesz się. Zjesz coś, bo na pewno jesteś głodna- podjąłem drugą próbę.
Wyciągnęła drżącą rękę. Chwyciłem ją i pomogłem wstać dziewczynie. Wtedy ujrzałem zza rozczochranych włosów te niesamowite oczy o niespotykanej barwie płynnego srebra.
Okryłem ją płaszczem i obejmując ramieniem poprowadziłem na plebanię.
Kiedy gospodyni podała jedzenie, dziewczyna rzuciła się na nie łapczywie, jakby od kilku dni nic nie jadła.
-Uważaj, oparzysz się- powiedziałem łagodnie.
Popatrzyła na mnie zdziwiona. Wyglądała okropnie. Obdarta, brudna i wychudzona- typowy obraz nędzy i rozpaczy.
-Gdzie jestem? Kim w ogóle jestem?- Zapytała słabo. Była zdezorientowana i wystraszona.
-Pamiętasz, jak tu trafiłaś?- Na to pytanie powoli pokręciła głową.
-Biedactwo... Pewnie ma amnezję- odezwała się Amelia.
Nieznajoma zaczęła jeść spokojniej. Nadal się trzęsła, ale dreszcze spowodowane wychłodzeniem powoli ustępowały.
-Zostanie tutaj, dopóki czegoś sobie nie przypomni- powiedziałem wtedy.
-Przygotuję kąpiel i ubrania- Amelia zniknęła w drzwiach kuchni.
-Dzię..kuję- wypowiedziała to słowo bardzo ostrożnie, jakby bała się, że to nie to, co chciałaby powiedzieć.
Uśmiechnąłem się do niej i obserwowałem jak je.
Kiedy wyszła z łazienki była odmieniona, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Miała ładną, owalną twarz o alabastrowej cerze, z malinowymi ustami i dużymi oczami w kształcie elipsy w kolorze srebra. Zielony, odrobinę na nią za duży, t-shirt i sprane czarne jeansy sprawiały, że wyglądała uroczo. Wysuszone popielate włosy lekko opadające na jej ramiona uwydatniały głębokie spojrzenie jej nieco wystraszonych oczu, przez co postrzegałem ją jako równocześnie żałosną i cudowną dziewczynę.
Powoli podniosłem powieki. Od tego czasu minęło niespełna półtora roku, a ona z każdym dniem była coraz piękniejsza. Podczas szkolenia nabierała nie tylko umiejętności, ale i hartu ducha, aż w końcu stała się zupełnie śmiałą i silną kobietą, zupełnie inną od tamtej przerażonej "bezdomnej"...
Kobietą, w której zakochałem się bez pamięci...
Powoli podniosłem powieki. Od tego czasu minęło niespełna półtora roku, a ona z każdym dniem była coraz piękniejsza. Podczas szkolenia nabierała nie tylko umiejętności, ale i hartu ducha, aż w końcu stała się zupełnie śmiałą i silną kobietą, zupełnie inną od tamtej przerażonej "bezdomnej"...
Kobietą, w której zakochałem się bez pamięci...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz