Victoria, partnerka księdza Rafaela
Siedząc w komnacie Gabriela ciekawsko sprawdzałam, czy coś go zaciekawiło.
Nie znałam go zbyt dobrze- nie powiedział, co lubi, a czego nie znosi. Jedyne, co o nim wiedziałam to to, że odszedł z organizacji przestępczej o nazwie Hydra, że miał ojca kalekę i to, że potrafił zabijać bez mrugnięcia okiem.
Gabriel swoim zachowaniem czasami przypominał mi Rafaela, ale był trochę inny: był bardzo dojrzały, jak na swój wiek (choć nawet nie wiem, ile ma lat) i potrafi być nieugięty. Chyba ta jego dojrzałość ciągnęła mnie ku niemu.
Rafael J. White
-Powinieneś zostać i powiedzieć jej prawdę- zauważyłem powoli.
Nie za bardzo rozumiałem motywy jego postępowania, ale nie chciałem, żeby Vix cierpiała jeśli on odejdzie.
Victoria bardzo szybko przywiązywała się do ludzi. Roztaczała wokół siebie taką aurę, że każdy ją lubił. Była z niej dobra dziewczyna; szybko wybaczała i nie potrafiła się długo gniewać po kłótni. Może i była trochę zamknięta w sobie, ale nawet ona czasami się zwierzała.
On nie zasłużył na jej zaufanie. Był podłym kłamcą, którym gardziłem. Bez mrugnięcia zastrzelił dwoje ludzi. Dłoń, w której trzymał broń nawet nie zadrżała i, choć w pewnym sensie rozumiałem jego nienawiść do tych ludzi, sam nie potrafiłbym zabić innego człowieka.
Spojrzałem z boku na Gabriela. Patrząc przed siebie szedł z dłońmi w kieszeniach płaszcza, rozmyślając nad czymś głęboko.
-Zrozumiem, jeśli nie będzie chciała mnie znać- odezwał się po dłuższej chwili.
Drgnąłem szybko z zaskoczonym wyrazem twarzy.
-Vix bardzo cię lubi- odparłem cicho.
-Powiedziała ci to?- Zapytał ponuro.
-Nie, ale bardzo dobrze ją znam- oznajmiłem otwierając puszkę gazowanej oranżady. Pociągnąłem spory łyk.
-Taaa, jasne. I niby po czym poznajesz, że Vix kogoś lubi?- Wrócił Gabriel złamas, o którego mogłem być zazdrosny.
-Mylisz się- powiedziałem cicho.- Jesteś idiotą, jeśli myślisz; że... Ona się o ciebie zamartwiała, kiedy zniknąłeś- wściekłem się.
Westchnął.
-Myślałem, że ma ważniejsze sprawy na głowie- zauważył, jakby celowo chciał wytrącić mnie z równowagi.
-Ważniejsze, czyli kogo?- Zapytałem przez zaciśnięte zęby.
-Ciebie- zrobił szybki unik przed moim ciosem.
-Nie unoś się, Gabriel- odpowiedziałem ze spokojem.- Chciałem popracować trochę sam, bo zrobiłem... Myślę, że oboje zrobiliśmy coś głupiego- puściłem blondyna i oparłem się o mur przystanku autobusowego.
Rafael wyciągnął z kieszeni kolejną kolorową puszkę i otworzył ją z psyknięciem.
-Przespałem się z Victorią- wyznał to, co od kiedy znalazłem ten liścik, podejrzewałem.
Stłumiłem wybuch zazdrości, mówiąc:
-Rozumiem, ale... Nie, nie rozumiem- zaprzeczyłem samemu sobie.
-Czego w tych czterech słowach nie kapujesz?- Zapytał rozdrażnionym tonem.- Jestem księdzem. Przez to, co zaszło między nami, złamałem śluby- przerwał mi siarczysty policzek.
-Jeśli wolisz te swoje śluby, niż ją; to jesteś pieprzonym frajerem- oznajmiłem opuszczając rękę do boku.
Zapadła między nami cisza, w której Rafael, pijąc napój, pogrążył się w rozmyślaniach.
-Już dawno chciałem porzucić kapłaństwo, ale nigdy nie miałem na to dostatecznej odwagi- wyznał w końcu cicho.
Spojrzałem z boku na Gabriela. Patrząc przed siebie szedł z dłońmi w kieszeniach płaszcza, rozmyślając nad czymś głęboko.
-Zrozumiem, jeśli nie będzie chciała mnie znać- odezwał się po dłuższej chwili.
Drgnąłem szybko z zaskoczonym wyrazem twarzy.
-Vix bardzo cię lubi- odparłem cicho.
-Powiedziała ci to?- Zapytał ponuro.
-Nie, ale bardzo dobrze ją znam- oznajmiłem otwierając puszkę gazowanej oranżady. Pociągnąłem spory łyk.
-Taaa, jasne. I niby po czym poznajesz, że Vix kogoś lubi?- Wrócił Gabriel złamas, o którego mogłem być zazdrosny.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Nie tęskni za mną- uśmiechnął się wzruszając ramionami.-Mylisz się- powiedziałem cicho.- Jesteś idiotą, jeśli myślisz; że... Ona się o ciebie zamartwiała, kiedy zniknąłeś- wściekłem się.
Westchnął.
-Myślałem, że ma ważniejsze sprawy na głowie- zauważył, jakby celowo chciał wytrącić mnie z równowagi.
-Ważniejsze, czyli kogo?- Zapytałem przez zaciśnięte zęby.
-Ciebie- zrobił szybki unik przed moim ciosem.
Rafael J. White
-Nie jestem pionkiem w twojej śmiesznej gierce, klecho- warknął, atakując. Szybko pochwyciłem jego nadgarstek i wykręcając mu rękę, przydusiłem Gabriela do ceglanego słupka.-Nie unoś się, Gabriel- odpowiedziałem ze spokojem.- Chciałem popracować trochę sam, bo zrobiłem... Myślę, że oboje zrobiliśmy coś głupiego- puściłem blondyna i oparłem się o mur przystanku autobusowego.
Gabriel, zwany Uczniakiem
-Do czego zmierzasz?- Zapytałem, choć coś mi mówiło, że znam odpowiedź.Rafael wyciągnął z kieszeni kolejną kolorową puszkę i otworzył ją z psyknięciem.
-Przespałem się z Victorią- wyznał to, co od kiedy znalazłem ten liścik, podejrzewałem.
Stłumiłem wybuch zazdrości, mówiąc:
-Rozumiem, ale... Nie, nie rozumiem- zaprzeczyłem samemu sobie.
-Czego w tych czterech słowach nie kapujesz?- Zapytał rozdrażnionym tonem.- Jestem księdzem. Przez to, co zaszło między nami, złamałem śluby- przerwał mi siarczysty policzek.
-Jeśli wolisz te swoje śluby, niż ją; to jesteś pieprzonym frajerem- oznajmiłem opuszczając rękę do boku.
Zapadła między nami cisza, w której Rafael, pijąc napój, pogrążył się w rozmyślaniach.
-Już dawno chciałem porzucić kapłaństwo, ale nigdy nie miałem na to dostatecznej odwagi- wyznał w końcu cicho.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz