Rafael J. White
-Ciekawe co masz nam ciekawego do zaoferowania- zauważył głos.
Zdawało mi się, że skądś go znam, ale nie byłem do końca pewien.- Coś zbladłeś- zauważył z udawanym współczuciem.
-Snow, ty..!- Zasyczałem wściekle.
-Jak niemiło, że przypomniałeś mi mojego starszego brata- burknął niezadowolony.- Aaaano tak, nie mówił o mnie... W sumie jakoś nigdy nie chwalił się rodziną- słowom zawtórował drwiący chichot.
-Nie dziwię się. Hydry to ostatnia rzecz, z którą mógłby mieć coś wspólnego- zauważyłem z ironią.
-I tu się mylisz, katabasie- nieznosząc tej obelgi, odruchowo rzuciłem w niego mieczem. Trafił celnie przybijając go za ubranie do drewnianej szafy.- Od zawsze był Hydrą, bo pochodzi z rodziny.
-Z rodziny podłych skurwieli, chciałeś powiedzieć- odciąłem się, ale nagle naszą kłótnię przerwał przeraźliwy, mrożący krew w żyłach skowyt.- Ścierwo na sterydach się zbliża. Zwęszyło świeżutkie mięsko- zachichotałem ucieszony, jak typowy masochista, przed seansem najgorszych i najbardziej bolesnych okrucieństw, jakie wymyślił ten podły świat. Spuściłem buta z karku "czarnej wdowy" i zacząłem oglądać zgromadzone w pokoju przedmioty.
Nic, co przydałoby mi się w walce z Wilkołakiem. Kurwa mać... Otworzyłem najbliższą szafę, w której znalazłem jakieś papiery.
-Niech to szlag- zakląłem rozdrażniony, podchodząc do biurka, zacząłem je obmacywać w poszukiwaniu tajemnej skrytki, jakiegoś guzika lub czegokolwiek innego. Tonący brzytwy się chwyta; jak to mówią.
-Czego właściwie szukasz?- Zapytał ktoś z tłumku ocalałych.
-Najbardziej marzyłbym o srebrnym proszku, który perfidnie mi zajebaliście, ale może być nawet srebrna zastawa- rzuciłem z wyjątkowym niezadowoleniem.
Wszyscy w panice, rozbijając się o siebie zaczęli szukać jakiegokolwiek srebra...
-Wężowe panikary- uśmiechnąłem się pod nosem.
Jakieś pół godziny później znalazła się pełna szuflada łyżeczek, widelców i noży. Wziąłem jeden, żeby się przyjrzeć.
-Dobra, niemiecka robota- wymruczałem patrząc na ostrze pod kątem. Podrzuciłem go i szybkim ruchem posłałem go w szafę obok przybitego "kolegi bezczela".- Ha! Nawet wyważone; jakby specjalnie przygotowane bei einem Attentat. Niemcy to jednak potrafią pozabijać się wszystkim, co jest pod ręką- dodałem mając frajdę jak małe dziecko.
-Ty naprawdę jesteś zdrowo pierdolnięty- zauważyła dziewczyna w glanach.
-Miejmy nadzieję, że tak, jak mówiłaś, Bóg kocha wariatów- stwierdziłem jednocześnie układając w głowie plan szybkiej ucieczki.
-Z rodziny podłych skurwieli, chciałeś powiedzieć- odciąłem się, ale nagle naszą kłótnię przerwał przeraźliwy, mrożący krew w żyłach skowyt.- Ścierwo na sterydach się zbliża. Zwęszyło świeżutkie mięsko- zachichotałem ucieszony, jak typowy masochista, przed seansem najgorszych i najbardziej bolesnych okrucieństw, jakie wymyślił ten podły świat. Spuściłem buta z karku "czarnej wdowy" i zacząłem oglądać zgromadzone w pokoju przedmioty.
Nic, co przydałoby mi się w walce z Wilkołakiem. Kurwa mać... Otworzyłem najbliższą szafę, w której znalazłem jakieś papiery.
-Niech to szlag- zakląłem rozdrażniony, podchodząc do biurka, zacząłem je obmacywać w poszukiwaniu tajemnej skrytki, jakiegoś guzika lub czegokolwiek innego. Tonący brzytwy się chwyta; jak to mówią.
-Czego właściwie szukasz?- Zapytał ktoś z tłumku ocalałych.
-Najbardziej marzyłbym o srebrnym proszku, który perfidnie mi zajebaliście, ale może być nawet srebrna zastawa- rzuciłem z wyjątkowym niezadowoleniem.
Wszyscy w panice, rozbijając się o siebie zaczęli szukać jakiegokolwiek srebra...
-Wężowe panikary- uśmiechnąłem się pod nosem.
Jakieś pół godziny później znalazła się pełna szuflada łyżeczek, widelców i noży. Wziąłem jeden, żeby się przyjrzeć.
-Dobra, niemiecka robota- wymruczałem patrząc na ostrze pod kątem. Podrzuciłem go i szybkim ruchem posłałem go w szafę obok przybitego "kolegi bezczela".- Ha! Nawet wyważone; jakby specjalnie przygotowane bei einem Attentat. Niemcy to jednak potrafią pozabijać się wszystkim, co jest pod ręką- dodałem mając frajdę jak małe dziecko.
-Ty naprawdę jesteś zdrowo pierdolnięty- zauważyła dziewczyna w glanach.
-Miejmy nadzieję, że tak, jak mówiłaś, Bóg kocha wariatów- stwierdziłem jednocześnie układając w głowie plan szybkiej ucieczki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz