niedziela, 17 listopada 2019

Watashi no Akuma Rozdział VII: Kłamca i jeszcze większy kłamca

Rafael J. White
Musiałem stracić na chwilę przytomność, bo kiedy się ocknąłem wisiałem na jakimś sznurze, nieco nad ziemią. 
-Przywiążcie mu jeszcze nogi. Jest zbyt dobry w walce, a ja nie chcę oberwać, jak ten głąb. 
Nie będę się mógł bronić, taa jasne- przeszło mi przez głowę. 
W zaciśniętej dłoni trzymałem zamkniętą brzytwę. Czekałem aż ciasne węzły trochę się poluzują po torturach. 
Musiałem jakoś to przetrzymać. Z Bożą pomocą, dam radę ze wszystkimi Jego przeciwnikami. 
-Gotowe- oznajmił jeden z Hydr. 
-Wynocha- rzuciła do nich Constanza, opierając się na mnie spojrzała mi w oczy z zaciekawieniem.- Czas dobrać się do mojej słodkości...- zauważyła, gdy wyszli. 
***
Bolało, jak cholera. 
Musiałem przyznać, że była dobra w torturowaniu ludzi. 
-Zapomnij, że coś ci powiem- odpowiedziałem na kolejne pytanie kpiąco. 
-Och, skarbie... Naprawdę nie lubię dręczyć takich słodziaków- powiedziała uwodzicielskim szeptem. 
-Nie jesteś w moim typie, poza tym żyję w czystości- choć złamałem śluby, nadal ukrywałem ten sekret przed światem. 
-Zawsze ciekawiło mnie, czy księża mają upatrzony jakiś typ kobiety. Mają?- Spytała poza przesłuchaniem ogólnym. 
-Nigdy o tym nie myślałem, bo to grzech- znów łgałem. Miałem typ kobiety, która spełniała wszystkie moje upodobania, ale nadal wstydziłem się do tego przyznać... 
-Dobrze, nie chcesz gadać; to nie. Do jakiej grupy należysz?- Jej ton stwardniał. 
-Wypchaj się- odpowiedziałem z szerokim, ironicznym uśmiechem. Wrzasnąłem, gdy oberwałem w brzuch. 
-Krnąbrny jesteś, księżulku. Lubię takich facetów- zachichotała perliście. 
Poruszyłem dłonią. Sznury poluzowały się dostatecznie, bym mógł poruszać nadgarstkami. 
Teraz! 
Otworzyłem ostrą brzytwę i szybkim ruchem przeciąłem sznur. Odskoczyła gwałtownie, a ja lądując na cementowej podłodze uwolniłem kostki i zerwałem się na nogi gotów do walki wręcz.
Czarnowłosa o błękitnych oczach otworzyła usta głęboko zadziwiona.
-No, no, no- gwizdnęła przez zęby z podziwem.- Tego się nie spodziewałam- zauważyła, a na jej bladej twarzy zakwitł drapieżny wyraz.- Byłoby miło, gdybyśmy byli po jednej stronie barykady, bo nie lubię zabijać zdolnych ludzi- zaatakowałem ją, zanim zdążyła sięgnąć po jakąkolwiek broń zgromadzoną w sali kaźni.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Nastolatka ostrożnie podniosła się spod ściany wagonu i podeszła, by obejrzeć pozostałości trupa. Po chwili patrzenia, cofnęła się z cichym jękiem zasłaniając dłońmi usta. 
-C-Co to było?- Wyszedł z jej ust drżący głos. 
-Nieważne. Ciesz się, że jeszcze oddychasz- odparłem przyciskiem chowając kołek w rękojeści, schowałem go do kieszeni płaszcza, z której wyciągnąłem papierosy i zapalniczkę. Powoli zapaliłem i głęboko zaciągnąłem się dymem. 
Doskoczyła do mnie i wspinając się na palce, objęła mnie i dała mi lekkiego całusa. 
-Oddaj portfel- wyrwało mi się niespodziewanie. 
-Nie zabrałam go, przystojniaku- odpowiedziała z roześmianym spojrzeniem. Składem szarpnęło i sznur wagonów zatrzymał się. 

Spokojnie wyszedłem z pociągu i skierowałem się w stronę parkingu dla taksówek. 
-Gdzie podrzucić?- Spytała z jednego z aut pani taksówkarz. 
-Hotel Dolce Angelo- rzuciłem wsiadając.

Taksówkarz była bardzo rozgadana. Starałem się odpowiadać coś poza: "tak, mhm; czy okej"; ale nie za dobrze mi to wychodziło.
-Jest pan zamyślony, widzę- rzuciła na mnie kątem oka sprzed kierownicy.
-To nic takiego, miałem trochę męczący dzień- odparłem spokojnie.
-Męczący? O dziesiątej rano? Musi być pań bardzo zapracowany- zauważyła zaskoczona.
-Trochę- skwitowałem, ucinając temat. Organizacja, do której należeli Victoria i Rafael, była tajną grupą kościoła, więc nie mogłem powiedzieć; czym się zajmuję.
Kobieta, słysząc wiadomości, podgłosiła radio.
-W pociągu relacji Velletri-Rzym doszło do masowego morderstwa. Jeden z przedziałów zaatakowało dziwne zwierzę. Według nieoficjalnych informacji z wagonu wyszedł jeden pasażer- mówiła spikerka radiowa.- Podobno był to mężczyzna, ale nikt nie potrafi dokładnie go opisać, prócz tego, że z kieszeni płaszcza wystawała mu podejrzanie wyglądająca buteleczka..
-Skąd pan jest?- Spytała nagle.
-Pochodzę z Toronto, ale z powodu interesów mieszkam w Rzymie- skłamałem bez mrugnięcia, spokojnie zapinając kieszenie płaszcza.
Na moje szczęście, hotel był już kilkanaście metrów od nas. Przed frontem zatrzymała samochód, zapłaciłem za kurs i wysiadłem żegnając się, po czym ruszyłem do drzwi wejściowych hotelu.
Podszedłem do recepcji, żeby wziąć klucze do pokoju.
-Pan z trzysta dwójki?- Zapytała ładną kobieta. Skinąłem twierdząco, zbyt zdziwiony; żeby się odezwać.- Pewien ksiądz zostawił to dla pana- dodała przesuwając ku mnie złożony papierowy prostokąt z rysunkiem korony cierniowej. Sięgnęła po odpowiedni klucz, a ja szybko rozwinąłem kartkę.
"Gabrielu,
Nie znamy się, ale możesz mi zaufać. Obiecałem Rafaelowi, że jeśli nie wróci do rana zabiorę twoją Nauczycielkę do Watykanu.
Jako, że Raf poszedł na spotkanie, z którego nie wrócił, wyjeżdżamy. 
Będę wdzięczny, jeśli jak najszybciej do nas dotrzesz
ks. Joseph Torres" 

-W co ten głupi klecha znów się władował?- Mruknąłem ze złością, zgniatając kartkę porwałem klucz i ruszyłem na szóste piętro do pokoju. 
W środku w trybie natychmiastowym zacząłem się pakować. 
Victoria mogła być w niebezpieczeństwie. 
Zastanawiało mnie też, kim była owa Księżniczka Draculea...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz