poniedziałek, 18 listopada 2019

Watashi no Akuma Rozdział VII: Kłamca i jeszcze większy kłamca

Rafael J. White
Widać było, że wszyscy byli przerażeni. Siedzieli cicho, jak mysz pod miotłą. 
-Opuśćcie spluwy- odparłem spokojnie, z nudów obracając w dłoniach dwa miecze. 
-Wolę zginąć od tej Bestii, niż przez ciebie- warknął jakiś facet. 
-Nie wiem, o co ci chodzi- zauważyłem niewinnie. 
Prychnął ostentacyjnie. 
-Constanza nikogo nie puści żywcem. Skoro wyszedłeś o własnych siłach, to znaczy, że Czarna Zdzira jest martwa- zauważył. 
-Niby jak ją załatwił?- Zakpiła jakaś młoda dziewczyna. 
-Nie ja, stolik z bronią. Konkretnie spadł na nią Morgenstern- wzruszyłem ramionami obojętnie. Trzask odbezpieczanych klamek.- Nie radziłbym. 
-Niby dlaczego nie? Możemy rzucić cię na pożarcie temu czemuś- zauważył inny Hydra, szarooki, czarnowłosy i niski facet. 
Uśmiechnąłem się szeroko, zamykając drzwi z buta i, wiedząc, że każda lufa nadal mnie śledzi, przeszedłem do upatrzonego przez siebie barku sięgnąłem po rum i upiłem potężny łyk. 
-Dam ci prostą odpowiedź- oparłem się tyłkiem o blat- tylko ja, spośród was wszystkich wiem, jak to zabić, więc będę wam potrzebny- dokończyłem z dość wyzywającym promiennym uśmieszkiem. 
W pokoju rozległ się szum szeptów. Wszyscy po cichu wymieniali uwagi. 
-Gadasz, jakby zależało ci tylko na własnej dupie- stwierdził mój rozmówca. 
Parsknąłem cichym śmiechem. 
-Poniekąd, ale.. Jako tępe mózgownice nie zrozumiecie, iż zabijając mnie; automatycznie podpiszecie na siebie wyrok śmierci- wyzerowałem flaszkę i usiadłem na chwilę. 
Zza całej tej bandy wyszedł chłopaczek o niewieścim typie urody, wysoki o ciemnozielonych oczach i długich włosach. 
-A gdzie wasze siódme: nie zabijaj; klecho?- Zakpił. 
Przewróciłem oczami z irytacją. 
-"W Imieniu Najwyższego Boga; uwolnić dusze od Wiecznego Ognia i Potępienia. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz: jeśliś grzesznikiem- sam do Piekła wrócisz"- Zacytowałem nasze motto.- Jakby nie patrzeć: to wy jesteście w dupie, a nie ja- sięgnąłem po kolejną butelkę, ale zanim tknąłem trunek, spojrzałem na nią. Wino.- Chryste, co wy żłopiecie? Zapytałem z obrzydzeniem, odstawiając to świństwo spowrotem na blat. 
-Zabijmy go. Nudzę się- rzucił szarooki ziewając. 
-Pierwsza tępa mózgownica na pokładzie. Gratulacje dla idioty- prowokowałem wesoło się śmiejąc. 
Doszedł do mnie i przystawił mi klamkę do czoła. 
Siedziałem obojętnie..
Z mieczem przy jego gardle. 
-Zagramy w grę? Nazywa się: kto umrze jako pierwszy- powiedziałem, lekko dociskając ostrze.- Zanim zdążysz pociągnąć za spust, zrobię ci z gardła drugą pizdę. Być może podobną do ciebie. 
Huk strzału. Odsunąłem miecz, i spojrzałem z zaciekawieniem w sufit, w którym utknął pocisk. 
-Nie możemy go zabić, on coś o tym cholerstwie wie- warknął chłopak o wyglądzie nadobnej panny. 
-Wiem. I to dość sporo- przytaknąłem leniwie, przeciągając się. 
-Więc czym to jest?- Zaczęło pytać kilkoro. 
-To proste: to Lupus excelsa silvarum; inaczej Wilkołak, zwany także Wilkiem przerośnietym. Prywatna nazwa: Ścierwo na sterydach- rzuciłem kpiąco.
-Wilkolaki nie istnieją, nikt ich nigdy nie widział- zaczął jakiś głos w ciżbie.
-Nie musisz dziękować- przerwałem mu butnie.
-Jesteś dobrze szurnięty. Chyba ten cały wasz Bóg, uwielbia wariatów- stwierdziła dziewczyna, blondynka z dziwną fryzurą, ubrana na czarno, ze stopami obutymi w glany i asymetrią kolczyków w uszach (z lewej pięć w tym trzeci wiszący, z prawej dwa małe: perełka i metalowe kółko).
Rozległy się gwizdy i wycie, a dziewczyna w czarnych przylegających spodniach i gorsecie założonym na koronkową bluzkę podeszła do mnie i opierając but na krańcu blatu, wygięła się i spojrzała mi prosto w oczy.
-Wyglądasz, jak drugi z popularnych stworów; które sprzątam: sanguisuga nocte, inaczej Wampir, albo "idący ścieżką Nocy"- ciche śmiechy.- Spoko, uważajcie mnie dalej za swira. Kto na ochotnika do przywitania się z tym przeuroczym zwierzątkiem z korytarzy waszej chatki?- Spoważniałem.- A co do Boga i świrów: lepszy świr, niż Hydra.
Zaatakowała. Prześliznąłem się na bok na blacie i kopiąc ją w brzuch oparłem drugą nogę na jej karku, robiąc ten sam numer, co z Giorgio.
-Twój kolega ci nie mówił, co potrafię?- Przemyślałem przez krótką chwilę.- O, przepraszam najmocniej: trudno szczekać z zadrutowanym pyskiem- wciskając butem jej zęby w kant blatu uśmiechnąłem się lekko.- Gryź i morda, jeśli chcesz żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz