piątek, 15 listopada 2019

Watashi no Akuma Rozdział VI: Nigdy nie ufaj osobie, którą ledwie znasz.

Z rozmów Hydr nic nie dało się wywnioskować. Gadali o wszystkim i niczym, a mnie nie chciało się czytać między wierszami. Zresztą byłem już trochę wstawiony, dlatego zdecydowałem się wrócić na najbliższą plebanię.

Jednak nie tędy droga. Pół kilometra od probostwa zawróciłem na pięcie i ruszyłem do hotelu, gdzie nocowała.
Pragnąłem Jej. Wszystko się we mnie gotowało i drżało na widok Victorii i, póki miałem odwagę, chciałem jej wyznać, co czuję... Powiedzieć całą prawdę i dowiedzieć się, jak to przyjmie.
Przekradłem się obok stanowiska recepcji i przemknąłem do windy.
Z ulgą usłyszałem dzwonek na piętrze docelowym, a serce w mojej piersi trzepotało jak ptak ze zdenerwowania, lecz nagle poczułem niepewność, jakbym miał być dla niej niebezpiecznym intruzem...
-Głupiś, przecież to twoja Partnerka- powiedziałem do siebie uspokajająco i w mig, pomimo krążących we krwi promili, to ukoiło moje rozdygotane nerwy.

Ostrożnie wszedłem do środka, a Vix uniosła głowę.
-Och, cześć Raf- widząc jej nagie ramiona przez chwilę zamarłem w bezruchu. Zdziwiona moją reakcją wyprostowała się i zwróciła twarzą ku mnie i...
Nagle wcześniejszy pomysł wydał mi się zwyczajnie żałosny i głupi.
Po prostu oniemiałem na jej widok.
-Rafael?- Pomachała mi dłonią przed nosem. Nawet kilka razy pstryknęła palcami przed moją twarzą.
Rzuciłem się jej na szyję i oboje wpadliśmy na coś.
-Co ci jest, Raf? Masz gorączkę?- Zapytała z troską, a w jej oczach zdołałem zobaczyć moje. Świecące w półmroku.
-Mam ją- na te słowa sprawdziła dłonią, czy jestem rozpalony; ale wziąłem jej rękę- w ramionach- powiedziałem półprzytomnym tonem.
-Bredzisz. Ty chyba na serio jesteś chory- odpowiedziała matczynym tonem.
-Vix, posłuchaj...- nie byłem jeszcze aż tak bardzo odurzony alkoholem, więc odwróciłem wzrok. Powoli się odsunąłem wypuszczając ją z objęcia.- Nie... To może jeszcze poczekać- stchórzyłem. Okazja przepadła bezpowrotnie.
Dziecko alkoholików prawie popełniło ten sam błąd, co rodzice. Prawie powiedziało najszczerszą prawdę.
Victoria powoli przeczesała dłonią popielate włosy. Lubiłem ten i wiele innych jej gestów- nawet nie miała pojęcia, jaka była seksowna. Kusiła mnie, jakby w swoim pięknie była najbardziej lubieżnym demonem piekielnym.
-Boże Miłosierny...- Wyszedł mi z ust pełen trwożnego podziwu szept.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
Jest czwarta rano. Za pół godziny na najbliższej stacji, której nazwy nigdy nie zapamiętam czeka mnie przesiadka. 
-Cholerne stare trupy- zakląłem mając na myśli tysiące ton grubego żelastwa, złożonego w całość i zwanego potocznie pociągiem. W porę chwyciłem niską nastolatkę za kaptur kurtki.- Oddaj mój portfel po dobroci- oznajmiłem wyciągając wolną dłoń po przedmiot. 
-A co, jeśli nie?- Zapytała bezczelnie, burkliwym tonem. 
Szybkim ruchem otworzyłem okiennicę na korytarzu i wystawiłem szarpiącą się przez okno na zewnątrz. Krzyknęła przeraźliwie, a ja trzymając ją za nogi czekałem aż zapuka, poddając się. 
Przynajmniej jedno podłe przyzwyczajenie zostało: krzywdź innych, zanim to oni odważą się skrzywdzić ciebie. 
-Mimo to nie ochroniłem tym ojca- mruknąłem z tłumiącym dech w płucach poczuciem winy. 
Usłyszałem wymowny, potrójny stuk. Wciągnąłem dziewczynę do środka i wyciągnąłem rękę po swoją własność. 
Wcisnęła mi w palce przedmiot i czmychnęła ze źrenicami rozszerzonymi z przerażenia. 
-Zapamiętaj, że nie lubię złodziei, dziewczynko!- Zawołałem za nią ostrzegawczo. 
Rzadko robiłem coś takiego. Według policji byłoby to usiłowanie zabójstwa, według mnie: zastosowanie przymusu bezpośredniego, albo inaczej mówiąc perswazji siłowej. 
Chciałbym jednak już nigdy- przenigdy- nie wracać do tego, jak podłym i wynaturzonym człowiekiem kiedyś byłem... 
Bardzo się bałem, że ojciec znów każe mi się wynosić, przeklinając dzień moich narodzin- mnie samego za to, co zrobiły mu Hydry- za to, że w wieku trzydziestu dziewięciu lat z winy własnego syna został kaleką do końca życia. 
Byłem winny tej sytuacji i czułem się za to odpowiedzialny; ale chciałbym- po tych siedmiu latach, aby mi w końcu wybaczył... Żeby przyjął moje przeprosiny i nie przeklinał mnie już więcej. Mimo jego złości i nienawiści... Chciałem mu udowodnić, że się zmieniłem i nie jestem już tamtym okrutnym mordercą. 
Może i powinienem oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości, ale najpopularniejszy wyrok dla zwyrodnialca mojego pokroju to dożywocie w więzieniu o zaostrzonym rygorze, bez prawa do wcześniejszego zwolnienia. Z jednej strony potrafiłbym to zrozumieć, ale z drugiej byłem tym sfrustrowany. Dlaczego nikogo z Nich jeszcze nie złapano- przecież w szeregach "Trójgłowych Bestii" było więcej o wiele bardziej popierdolonych ludzi, niż ja. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz