Rafael J. White
Siedziałem w pobliskim barze i nad szklaneczką rumu, rozmyślałem.
Być może źle osądziłem Gabriela. Może wcale nie był złym człowiekiem, a miał tylko trudne i straszne przejścia.
-Boże Miłosierny- mruknąłem i jednym haustem opróżniłem naczynie.- Jeszcze raz to samo- zwróciłem się do barmana.
Sam nie byłem święty. Pochodziłem z patologicznego środowiska. Kradłem, żeby przeżyć, bo rodzice przepijali każde pieniądze.. Czułem się nikim i nieraz pragnąłem ze sobą skończyć. Zasnąć i już się nie obudzić.
Przestałem myśleć w ten sposób dopiero, kiedy na mojej drodze stanęła pewna zakonnica. Dzięki niej odnalazłem powód do dalszego życia. Miałem niespełna dziesięć lat, gdy ojciec zapił się na śmierć. A matka..? Nie chciałem jej ani znać, ani widzieć.
Pamiętam, gdy raz przyszła do seminarium, gdzie się uczyłem. Wyszła z tego podłego nałogu, ale nie potrafiłem z nią rozmawiać. Zmarnowała te wszystkie lata. Zwyczajnie spieprzyła mi życie. Nawet nie było o czym z nią rozmawiać. Po prostu chciałem, żeby raz na zawsze zniknęła z mojego życia.
-Czy Vix ma rację, że obaj jesteśmy do siebie podobni.?- Zastanowiłem się na głos. Parsknąłem cichym śmiechem.- Pieprzenie.. To samo- rzuciłem głośniej.
-Nie uważasz, że masz już dosyć?- Zapytał opryskliwie barman z tej spelunki.
-Nie uważasz, że wystarczy jedno moje pstryknięcie palcami i żegnasz się z robotą?- W takim stanie, jak dziś, zawsze byłem pierdolonym kutafonem.
-Myślisz, że z miłą chęcią nie wyprowadzę kilku twoich zębów na spacerek?- Zapytał odsłaniając w uśmiechu połamane, żółte i gdzieniegdzie krzywe zęby.
-Chcesz spróbować?- Odpowiedziałem wyzywająco.
Słysząc szum od wejścia barman nagle odpuścił. Rzucił spojrzenie w tamtym kierunku i zbladł, jak kostucha.
-Trzygłowe Bestie- syknął z niezadowoleniem.- Czego znowu chcecie?- Zapytał wychodząc zza baru.
-Jeszcze raz nazwiesz nas w ten sposób a tak cię urządzę, że zajrzysz do własnej dupy, Esposito- warknęła groźnie czarnowłosa kobieta.
-Środkowy Łeb, pani Constanza. Co to cię przywiało w moje skromne progi?- Zaśmiał się wyjątkowo paskudnie.
-Chcemy czegoś na rozgrzewkę, na zewnątrz zimno jak diabli- burknął jeden z jej towarzyszy.
-Hydry, jak zawsze spragnione. Dziwne, że nie pijecie krwi własnych ofiar- skomentował, a kilku stałych bywalców zaczęło coś szeptać między sobą wesoło.
-To, że pozwolił ci odejść; nie znaczy, że długo nacieszysz się świeżym powietrzem- zagroził chłopak po prawej owej Constanzy.
-Właśnie: świeżym, choć sądzę, że wykąpałeś się w tym tygodniu, Giorgio- zakpił właściciel z uprzejmą miną.
Rozgniewany Giorgio chciał się rzucić na tamtego, ale kobieta powstrzymała go wyciągnąwszy rękę na wysokości torsu młodzieńca.
-Jest Meritato- rzuciła Constanza z naciskiem, jakby barmanowi należał się swego rodzaju szacunek.- Podaj to, co zawsze; jeśli łaska- rzuciła do barmana.
-Zwyrodnialcy- mruknął cicho wracając za bar. Przywołał gestem jednego z pracowników.- Zajmij się tym przy barze, a ja sprawdzę; czego naprawdę chcą- rzucił doń przygotowując "to, co zawsze" dla dziesięcioosobowej zgrai.
-Chcesz spróbować?- Odpowiedziałem wyzywająco.
Słysząc szum od wejścia barman nagle odpuścił. Rzucił spojrzenie w tamtym kierunku i zbladł, jak kostucha.
-Trzygłowe Bestie- syknął z niezadowoleniem.- Czego znowu chcecie?- Zapytał wychodząc zza baru.
-Jeszcze raz nazwiesz nas w ten sposób a tak cię urządzę, że zajrzysz do własnej dupy, Esposito- warknęła groźnie czarnowłosa kobieta.
-Środkowy Łeb, pani Constanza. Co to cię przywiało w moje skromne progi?- Zaśmiał się wyjątkowo paskudnie.
-Chcemy czegoś na rozgrzewkę, na zewnątrz zimno jak diabli- burknął jeden z jej towarzyszy.
-Hydry, jak zawsze spragnione. Dziwne, że nie pijecie krwi własnych ofiar- skomentował, a kilku stałych bywalców zaczęło coś szeptać między sobą wesoło.
-To, że pozwolił ci odejść; nie znaczy, że długo nacieszysz się świeżym powietrzem- zagroził chłopak po prawej owej Constanzy.
-Właśnie: świeżym, choć sądzę, że wykąpałeś się w tym tygodniu, Giorgio- zakpił właściciel z uprzejmą miną.
Rozgniewany Giorgio chciał się rzucić na tamtego, ale kobieta powstrzymała go wyciągnąwszy rękę na wysokości torsu młodzieńca.
-Jest Meritato- rzuciła Constanza z naciskiem, jakby barmanowi należał się swego rodzaju szacunek.- Podaj to, co zawsze; jeśli łaska- rzuciła do barmana.
-Zwyrodnialcy- mruknął cicho wracając za bar. Przywołał gestem jednego z pracowników.- Zajmij się tym przy barze, a ja sprawdzę; czego naprawdę chcą- rzucił doń przygotowując "to, co zawsze" dla dziesięcioosobowej zgrai.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz