sobota, 16 listopada 2019

Watashi no Akuma Rozdział VI: Nigdy nie ufaj osobie, którą ledwie znasz.

Gabriel, zwany Uczniakiem 
Pociąg leniwie wtoczył się na końcową stację. Zegar na peronie wskazywał wpół do szóstej rano, a ja byłem wyczerpany nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. 
Nie mogłem przestać myśleć o ojcu. O tym, że jego obecny, paskudny los kaleki, był moją haniebną zasługą. Zaczynałem czuć to samo, co w tamtej chwili; kiedy odmówiłem ukorzenia się przed Trzema Łbami i "symbolicznie" Wężem, bo ten nigdy nie opuszczał kwatery Hydr: gniew, ból i nienawiść, która w końcu przeszła w rozpacz.
Wąż w ostatniej chwili zmienił zdanie i zamiast mnie zabić (jak wiele bym teraz dał, by było inaczej!); nakazał wstrzymanie wykonania egzekucji, wydając wyrok na osobę, która była ze mną tamtego dnia- na mojego ojca. Trzymany przez kilku silniejszych ludzi, krzycząc i wyrywając się, patrzyłem jak katują mi ojca.
W tym samym momencie ocknąłem się że złych wspomnień wpadając na kogoś. Zaraz przeprosiłem tę osobę i poszedłem swoją drogą.
-Przeklęte Hydry- Warknąłem spluwając na tory. Zeskoczyłem z nasypu i ruszyłem starym skrótem.

Mglisty brzask nadawał temu miejscu specyficzny urok nawiedzonego miasteczka z horroru, gdzie wszystko, co się rusza w każdej chwili może cię zabić- wliczając w to bezpańskiego kota o łaciatej sierści, oraz witającego cię z miłym uśmiechem sąsiada z naprzeciwka.
-Aż dziwne, że nikt nie chodzi tu z siekierą w rękach- mruknąłem paląc papierosa- albo w plecach- dorzuciłem ironicznie omiatając wzrokiem zabytkowy, drewniany kościół, jakbym liczył, że ktoś został przybity do jego drzwi.
Wracając tutaj, zawsze odnosiłem to kuriozalne wrażenie. Może duży wpływ na to miało stare budownictwo typu chatki z ponurymi i zaniedbanymi, drewnianymi werandami, czy kilka domów stylizowanych na coś w rodzaju pseudo-pałacu. Właściwie wszystko tutaj wyglądało na strasznie ponure i zaniedbane, jakby celem mieszkańców było jak najszybsze odstraszenie przyjezdnych tego swoistego zadupia.
Z mgły wyłoniła się niewyraźna sylwetka z łopatą na ramieniu. Rozpoznałem miejscowego grabaża, starego Paolo- wiecznie zapijaczonego i nieco szajbniętego, ale nieszkodliwego typa. Jak zawsze szedł zataczając się i w drugiej dłoni trzymał butelkę absyntu.
-Kogo tym razem zakopałeś; Pao?- Rzuciłem doń, wyciągając rękę z paczką w jego stronę.
Przystanął zdejmując łopatę z ramienia i oparłszy ją o obojczyk sięgnął po szluga. Przypaliłem mu i sam zrobiłem to samo.
-Stara kurwa przeżarta Królową wreszcie odjebała kitę, Cloe Fairchild- odparł z niechęcią.- Zresztą ty też oficjalnie nie żyjesz, Gabriel. Mam dla ciebie nawet ładną trumnę- stwierdził przyglądając mi się.
-Jak zawsze. Nic się nie zmieniłeś; staruszku- uśmiechnąłem się z lekką kpiną.- Dzięki, ale nie. Chciałbym jeszcze trochę "postraszyć" niektóre osoby.
Paolo pociągnął spory łyk z butelki i znów zaciągnął się dymem.
-Przyjechałeś do ojca- stwierdził z beznamiętną miną.
-Skąd to wiesz?- Pao od kiedy pamiętam był pewną ikoną miasteczka. Zawsze wiedział więcej, niż inni; przez co tutaj miał ksywkę Wyrocznia i gdyby go zabrakło, skończyłaby się jakaś era w historii tego zadupia.
-Tylko ty z całej czwórki tu przyjeżdżasz- wzruszył ramionami i znów upił potężny łyk z flaszki.- Reszta twoich braci chyba chciała się stąd wyrwać i już nie wracać- dodał nadal pijąc absynt. Sztachnął się szlugiem.
Byłem wstrząśnięty tą informacją. Żaden z moich trzech braci nie odwiedzał rodziców od lat..
-Nie pomyliło ci się coś, Pao?- Zapytałem zdumiony tym faktem.
-Wszystkich was znam od kiedy byliście szczawami. Tutaj, chociaż raz na ruski rok, pojawiasz się wyłącznie ty.
Skończyłem papierosa i szybko pożegnałem się z grabażem. Mimo, że bałem się reakcji ojca na mój widok, szybko ruszyłem na drugi koniec miasteczka.
***

Rafael J. White 
-Cześć, Joseph- rzuciłem krótko, widząc przed hotelem przyjaciela z czasów seminarium.
-Siemanko. Co nie gra?- Zapytał lekko.
Westchnąłem ciężko patrząc na niebo.
-Chodzi o to, że nie mam z kim zostawić Vix. Jej uczeń wyjechał, a ja muszę się z kimś spotkać- odpowiedziałem krótko.
-Na pewno musisz? Wiesz, że spotkania z ledwie poznanymi ludźmi bywają niebezpieczne- Chryste, znał mnie jak własną kieszeń!
Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć, więc przez chwilę milczałem.
-Jeśli nie wrócę na noc, zabierz ją do Watykanu i zostaw wiadomość chłopakowi. Ma na imię Gabriel- odparłem szykując się do odejścia.
Siwowłosy ciemnooki klepnął mnie w bark, a kiedy się odwróciłem wepchnął mi w palce pistolet i dwa magazynki wypełnione nabojami.
-Weź przynajmniej to do obrony- poprosił cicho.
-Dziękuję, Jo- odparłem przez dłuższy moment patrząc mu w oczy. Obaj objęliśmy się po bratersku.- Jeszcze jedna przysługa: przysięgnij mi, że Vix będzie bezpieczna.
-Nie wypłacisz się z tych "swoich przysług"; Raf- uśmiechnął się do mnie ciepło.
-Masz u mnie więcej długów- szturchnąłem go przyjaźnie i odszedłem.
Do Piazza di Trevi nie było daleko, dlatego postanowiłem się przejść. Zawsze nosiłem przy sobie brewiarz z wsuniętą między stronice koloratką, którą- kiedy nie nosiłem jej na szyi- zastępowałem medalikiem będącym pamiątką święceń kapłańskich.
Celowo wyszedłem z hotelu wcześniej, żeby poczekać na nadawcę liściku podpisującego się jako G. i, przy okazji, trochę pomodlić się w samotności. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz