-Boże Miłosierny przebacz i zlituj się nad mą duszą za ten podły występek- mruknąłem z prośbą, modląc się.
-Brzmi interesująco. Ciekawe, co to za grzeszek- zauważył głos za mną.
Podniosłem brewiarz i zamykając go szybkim ruchem prawie przyciąłem delikwentowi nos.
-Zbiór modlitw?- Zapytał zdegustowany unosząc brew.
Poznałem ten głos. Był to Giorgio, jeden z członków Hydr.
-O kogo ci chodziło?- Zapytałem wsuwając książeczkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
-Myślisz, że tak szybko coś ze mnie wyciągniesz? Zapomnij.- Zakpił sobie, dlatego zastosowałem rzeczy, których mnie nauczono i chwilę później młodzieniec stał w strasznie niewygodnym skłonie z zębami zaciśniętymi na drewnie ławki.
-Ciesz się, że nie klęczysz w tej pozycji na kamiennych schodach, bo bardzo chętnie kopnąłbym cię wtedy w tył głowy- odparłem lodowato.
-Anielski głosik, a dusza sprzedana pewnie diabłu- zauważył kobiecy głos.- Puść go.
-Środkowy Łeb, zwany Constanza. Twój piesek działa mi na nerwy, więc z przyjemnością pozbawię go czegoś, co lubi kobieta- zza pół płaszcza wyciągnąłem długi nóż i przystawiłem go do spodni chłopaka (tak, właśnie w to miejsce).- Czego ode mnie chcecie?.- Zapytałem z naciskiem.
Czarnowłosa uśmiechnęła się podchodząc jak najbliżej mnie.
-Metr w tył, bo zrobię mu krzywdę- zagroziłem twardo. Podeszła jeszcze bliżej, a ja podniosłem nogę opartą na jego karku i zdzieliłem nią w jego łeb.
Zza warg prócz wrzasku cierpienia polała się krew. Giorgio runął na bruk trzymając dłonie przy twarzy wyjąć z bólu.
-Milczący na temat, który mnie interesuje, na zbyt wiele mi się nie przyda. Może to nauczy cię pokory- skomentowałem obojętnie.
Constanza cofnęła się jeszcze o mały kroczek. Próbowała nie okazywać tego, że się mnie boi.
Wściekłość mogła być dla mnie zbawienna. Czasami, gdy za długo nie mam zwierzyny i muszę się hamować; rozwala mnie od środka. Muszę coś przeskrobać, jak to niepokorna dusza, bo inaczej chyba bym oszalał.
-Na pewno nie jesteście sami-zauważyłem cicho patrząc jej w twarz.- Frapujące jest też to, że podstępnie zaatakowaliście mnie akurat, gdy nie ma w mieście tego zdrajcy- jej oczy rozszerzyło zaskoczenie, jakby pytała, skąd wiem.
***
Gabriel, zwany Uczniakiem
O poranku dotarłem do szarego budynku ze spadzistym dachem, porośniętym w niektórych miejscach mchem. Znowu ogarnęło mnie tłamszące uczucie strachu i żal za wyrządzone krzywdy.
Ojciec zawsze dużo wobec mnie oczekiwał. Liczył, że wychował mnie na porządnego człowieka, a ja sprawiłem mu ogromne rozczarowanie. W sumie to rozumiałem, dlaczego mnie przeklinał i odrzucał- nie chciał zawieść się na mnie drugi raz.
Przez chwilę coś zatrzymało mnie w miejscu. Spojrzałem na okno poddasza i wpatrzony w nie, odzyskałem na chwilę spokój.
-Powinienem siedzieć w pudle o zaostrzonym rygorze...- Sam niekiedy kląłem na własny los, bo w jednej sekundzie straciłem bliskich i kontrolę nad swoim życiem.
Zdeterminowany podszedłem do wejścia i zadzwoniłem dzwonkiem.
-Kogo tym razem diabli przynieśli??- Usłyszałem głos ojca.
-Jeśli Istniejesz, daj mi jakiś znak- poprosiłem szeptem.
Drzwi się otworzyły. Stała w nich moja matka: wątła kobieta o ciemnoczekoladowych, nieco przyprószonych siwizną włosach i oczach tak samo zielonych jak moje.
-Dlaczego ciągle tu wracasz, Gabriel?- Zapytała ze zmęczeniem opierając się bokiem o drzwi.- Znowu tylko zdenerwujesz ojca...
-Sama wiesz, że tego nie chcę- to, jak zawsze, było cholernie trudne.
-Więc czego chcesz, dziecko..?- Wyglądała na znużoną życiem, była blada i miała cienie pod oczami.
-Pozwolisz mi wejść?- Zapytałem cicho patrząc na deski altany.
Usłyszałem, jak ktoś pcha wózek ojca. Przednie kółka wynurzyły się zza framugi drzwi.
-Chrystusie Nazareński czego on znów chce?- Zapytał z wściekłością matki.
Zakłuło mnie w sercu na jego widok, bo za każdym razem, gdy go widziałem, on... Wyglądał coraz gorzej.
-To był zły pomysł.. Nie powinienem był tu przyjeżdżać- powiedziałem cicho i odwracając wzrok zacząłem schodzić po schodkach, ale nagle jego pytanie sprawiło, że zatrzymałem się raptownie.
-Dlaczego od tylu lat ciągle tu wracasz?
Podniosłem głowę i pierwszy raz od tamtej pory przygryzłem wargę, by wstrzymać łzy.
-Wiesz, dlaczego; tato- powiedziałem cicho wlepiając oczy w pożółkłą trawę nieco dalej.- Wiesz, że mam ku temu powód!.- Nie wiedziałem, czemu to wyznanie tak mocno zabolało.
-Tak, jak miałeś powód, żeby być członkiem tak podłej organizacji, jak Oni?- Zapytał mnie z pogardą.- By być tak samo wynaturzonym, żeby nie powiedzieć: bydlęciem?
Nie protestowałem, bo wiedziałem; że on ma rację. Wolałem, żeby przyniosło mu chociaż częściową ulgę wyładowanie się na czarnej owcy rodziny, niż żebym znowu musiał być przezeń wyrzucony za drzwi.
Ciągnął dalej swoją tyradę, a ja wsłuchując się uważnie w każde słowo płakałem bezgłośnie, jak zwykły dzieciak.
Tama siedmiu wiosen rozpaczy, trzymająca mnie w jakiejkolwiek formie całości pękła i uleciała ze mnie w postaci gorzkich łez żalu.
-Masz rację, tato- powiedziałem, gdy umilkł, zważając na to, by mój ton nie był płaczliwy. Poczekałem aż chłodny wiatr osuszy choć trochę łzy. Czułem dziwny chłód w sercu.- Zmieniłem się. I to nieprawda, że tacy; jak ja się nie zmieniają: wiem, że popełniłem błąd, ale... Nie mogę od nich odejść...- w jakiś sposób wiedziałem, że ojciec chciał mi przerwać.- Wysłuchaj mnie do końca: zagrozili, że jeśli odejdę zabiją Cristiana- wyznałem z goryczą, zwracając się w jego kierunku- a ja... Tato, ja nie chcę, żeby ktoś więcej przeze mnie ucierpiał! Nie chcę tego, rozumiesz...?- Wpatrując się w niego liczyłem, że nie potępi mnie jeszcze bardziej.- Chcę jedynie, żebyś mi wybaczył to wszystko.. Tylko tego chcę, niczego więcej.
Ojciec zawsze dużo wobec mnie oczekiwał. Liczył, że wychował mnie na porządnego człowieka, a ja sprawiłem mu ogromne rozczarowanie. W sumie to rozumiałem, dlaczego mnie przeklinał i odrzucał- nie chciał zawieść się na mnie drugi raz.
Przez chwilę coś zatrzymało mnie w miejscu. Spojrzałem na okno poddasza i wpatrzony w nie, odzyskałem na chwilę spokój.
-Powinienem siedzieć w pudle o zaostrzonym rygorze...- Sam niekiedy kląłem na własny los, bo w jednej sekundzie straciłem bliskich i kontrolę nad swoim życiem.
Zdeterminowany podszedłem do wejścia i zadzwoniłem dzwonkiem.
-Kogo tym razem diabli przynieśli??- Usłyszałem głos ojca.
-Jeśli Istniejesz, daj mi jakiś znak- poprosiłem szeptem.
Drzwi się otworzyły. Stała w nich moja matka: wątła kobieta o ciemnoczekoladowych, nieco przyprószonych siwizną włosach i oczach tak samo zielonych jak moje.
-Dlaczego ciągle tu wracasz, Gabriel?- Zapytała ze zmęczeniem opierając się bokiem o drzwi.- Znowu tylko zdenerwujesz ojca...
-Sama wiesz, że tego nie chcę- to, jak zawsze, było cholernie trudne.
-Więc czego chcesz, dziecko..?- Wyglądała na znużoną życiem, była blada i miała cienie pod oczami.
-Pozwolisz mi wejść?- Zapytałem cicho patrząc na deski altany.
Usłyszałem, jak ktoś pcha wózek ojca. Przednie kółka wynurzyły się zza framugi drzwi.
-Chrystusie Nazareński czego on znów chce?- Zapytał z wściekłością matki.
Zakłuło mnie w sercu na jego widok, bo za każdym razem, gdy go widziałem, on... Wyglądał coraz gorzej.
-To był zły pomysł.. Nie powinienem był tu przyjeżdżać- powiedziałem cicho i odwracając wzrok zacząłem schodzić po schodkach, ale nagle jego pytanie sprawiło, że zatrzymałem się raptownie.
-Dlaczego od tylu lat ciągle tu wracasz?
Podniosłem głowę i pierwszy raz od tamtej pory przygryzłem wargę, by wstrzymać łzy.
-Wiesz, dlaczego; tato- powiedziałem cicho wlepiając oczy w pożółkłą trawę nieco dalej.- Wiesz, że mam ku temu powód!.- Nie wiedziałem, czemu to wyznanie tak mocno zabolało.
-Tak, jak miałeś powód, żeby być członkiem tak podłej organizacji, jak Oni?- Zapytał mnie z pogardą.- By być tak samo wynaturzonym, żeby nie powiedzieć: bydlęciem?
Nie protestowałem, bo wiedziałem; że on ma rację. Wolałem, żeby przyniosło mu chociaż częściową ulgę wyładowanie się na czarnej owcy rodziny, niż żebym znowu musiał być przezeń wyrzucony za drzwi.
Ciągnął dalej swoją tyradę, a ja wsłuchując się uważnie w każde słowo płakałem bezgłośnie, jak zwykły dzieciak.
Tama siedmiu wiosen rozpaczy, trzymająca mnie w jakiejkolwiek formie całości pękła i uleciała ze mnie w postaci gorzkich łez żalu.
-Masz rację, tato- powiedziałem, gdy umilkł, zważając na to, by mój ton nie był płaczliwy. Poczekałem aż chłodny wiatr osuszy choć trochę łzy. Czułem dziwny chłód w sercu.- Zmieniłem się. I to nieprawda, że tacy; jak ja się nie zmieniają: wiem, że popełniłem błąd, ale... Nie mogę od nich odejść...- w jakiś sposób wiedziałem, że ojciec chciał mi przerwać.- Wysłuchaj mnie do końca: zagrozili, że jeśli odejdę zabiją Cristiana- wyznałem z goryczą, zwracając się w jego kierunku- a ja... Tato, ja nie chcę, żeby ktoś więcej przeze mnie ucierpiał! Nie chcę tego, rozumiesz...?- Wpatrując się w niego liczyłem, że nie potępi mnie jeszcze bardziej.- Chcę jedynie, żebyś mi wybaczył to wszystko.. Tylko tego chcę, niczego więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz