Gabriel, zwany Uczniakiem
Kiedyś byłem jednym z Nich.
Kiedyś byłem karającym zdrajców Hydrą.
Aż wreszcie, po kilku latach zacząłem tego nienawidzić. Od ostatniej kary- dzieciak: miał ledwie czternaście lat. Może i nie wiedział, na co się pisze; a może był na tyle ogarnięty (w sensie: odpowiedzialny); że miał swoje powody by być jednym z nas.
-NIECH WAS SZLAG!- W środku nocy zerwałem się ze snu, jakby ktoś zdzielił mnie mocno w żebra...
Jej cichy pomruk...
-Rafael... Nie jesteś tu sam. Kołek. Rzuć mi ten cholerny kołek!- Zaczęła krzyczeć...
Wypadłem ze swojego pokoju i przysiadłem przy niej, szepcząc:
-Jestem tu.. Jestem, Mistrzyni.. Nie masz się czego bać.. Obaj- nagle, nie wiem dlaczego, urwałem.
Obaj jesteśmy po to; żeby Cię chronić...
-Miałeś mówić mi po imieniu..- powiedziała półgłosem przez sen. Ten głos był słodki, jak miód i jedwabiście miękki.
I piękny. Jak ona sama.
Czy obaj... Ja i Rafael możemy równocześnie ją kochać..?
Niech to..! Chyba nie mam z nim żadnych szans! Victoria kocha GO bardziej, niż nikogo innego na świecie.
Nie mam z Rafaelem żadnych szans. Żadnych. Jestem nikim- ma mnie za nikogo innego, oprócz swojego Uczniaka...
Mimo to sądzę, że Victoria... Że jest niewypowiedzianie zamknięta w sobie. Ukrywa własne uczucia- tak samo, kiedy zacząłem żartować w tej taksówce. Nie miałem nikogo konkretnego na myśli, ale coś mi mówiło; że jej serce biegnie za tym cholernym klechą.
-Niech to jasna cholera!- Przywaliłem pięścią w futrynę własnego pokoju.
Może księżulkowie mają słuszność; że nawet ateista ma nieśmiertelną duszę...?
Twierdzą, że miłość wobec konkretnej osoby to boski przymiot, więc dlaczego- skoro nie wierzę w nic- potrafię kogoś pokochać. Czy mi się to należy? Zasłużyłem na taką dobroć?
Mimo, że w Ciebie nie wierzę... Boże- jeśli istniejesz- czekam na twoją odpowiedź.
Na najmniejszy znak.
Cokolwiek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz