sobota, 23 listopada 2019

Watashi no Akuma Rozdział IX: Przyspieszony egzamin

Rafael J. White
Kardynałowie wezwali mnie na rozmowę. Siedzieliśmy teraz w kancelarii, a purpurat nazwiskiem Steward odezwał się po dłuższej ciszy:
-Czyli chłopak twierdzi, iż oblał wampira wodą święconą, mam rozumieć?- Zapytał, jakby chciał się upewnić.
-Tak jest, Wasza Ekscelencjo- potwierdziłem uprzejmie.- Gabriel powiedział, że podczas walki stracił kołek, więc bronił się tym, co miał pod ręką- dodałem.
-Nie widziałem, żeby kiedykolwiek się modlił- zauważył biskup Snow.
-Gabriel jest niewierzący, a przynajmniej za takiego się uważa- odpowiedziałem.
-To truchło. Bardziej wyglądało, jakby chłopak oblał go czymś żrącym- zauważył kardynał.
-Czy ma to jakieś znaczenie? Trup to trup; Ekscelencjo- stwierdził powoli Snow.
-To trochę dziwne, że pod wpływem "zwyczajnej" Świętej Wody, pół twarzy wampira po prostu się rozpuściło.. Może chłopak coś do flakonu dosypał?- Zastanowił się na głos.
-Niczego nie dosypałem- odezwał się głos od wejścia.
Trzej kardynałowie i biskup zwrócili wzrok na drzwi, w których stał...
-Miałeś czekać na korytarzu, Gabriel- warknąłem nań.
-Jeśli już ktoś mnie o coś podejrzewa, niech powie mi to prosto w oczy, Rafael- oznajmił chłodno.
Trzej purpuraci wymienili zaniepokojone spojrzenia.
-Skoro już wszedłeś chcielibyśmy posłuchać twojej wersji zdarzeń- oznajmił kardynał Lombardi.
-Dobrze. Opowiem wszystko po kolei- odparł Gabriel i zaczął mówić.
Gabriel, zwany Uczniakiem 
-Sam byłem zaskoczony, że stało się coś takiego- zakończyłem z zastanowieniem. 
-Jeśli mogę wiedzieć, po co pojechałeś do Velletri?- Zapytał Steward. 
-Nie mam nic do ukrycia: byłem odwiedzić rodziców- oznajmiłem. 
-Myślałem, że nie masz rodziny; chłopcze- zwrócił się do mnie Snow. 
-Jesteśmy skłóceni. Pojechałem porozmawiać z ojcem- powiedziałem cicho wlepiając oczy w podłogę. 
-Szczerze mówiąc szukaliśmy jakichś informacji o tobie, ale nic nie mogliśmy znaleźć- zauważył trzeci z kardynałów. 
-Nie dziwi mnie to- odpowiedziałem spokojnie.- Byłem kiedyś złym człowiekiem, wielebny. Należałem do Hydry- wyznałem. 
Tak, jak się spodziewałem duchowni cofnęli się o krok spoglądając po sobie z przerażeniem. 
-Kim byłeś w tej organizacji?- kardynał Lombardi zbladł jak ściana. 
-Prawą ręką Węża- odpowiedziałem zgodnie z prawdą. 
Duchowny opadł na jedno z krzeseł, jakby nagle zrobiło mu się słabo. Reszta księży zaczęła się żegnać pobożnie. 
Nie byłem tym zbytnio zdziwiony. Bardziej mnie to smuciło. Po tylu latach moje imię nadal budziło trwogę wśród zwykłych ludzi. 
Jeszcze siedem lat wstecz, ludzie widząc mnie zamykali się w domach drżąc ze strachu; że są na liście Hydry albo schodzili mi z drogi. Zdrajcy wpadali w popłoch i na każdym kroku oglądali się przez ramię. 
Kiedyś byłem z tego dumny; dziś brzydzę się tego, że jestem mordercą.
Do teraz nie mogłem zapomnieć błagalnych wrzasków tego nastolatka. Twarze ludzi, których zabiłem wracały w koszmarach.
Nagle usłyszałem znajome kroki na korytarzu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz