Victoria, partnerka księdza Rafaela.
Mimo to jakaś dziwna siła ciągnęła mnie również w stronę blondwłosego Gabriela. Jakby wbrew sobie zaczynałam mu ufać, ale nie bardziej, niż Rafowi.
Spojrzałam nań. Spał w swoim pokoju, a z jego delikatnie rozchylonych ust rozlegało się głośne chrapanie. W zasadzie byłam do tego przyzwyczajona- ciemnowłosy też pochrapywał jak lokomotywa. Było to równocześnie słodkie i wkurzające.
Pukanie. Z nawyku wzięłam z torby wodę święconą, uzbrajając się w twardy flakon z płynem, którego 'kroczący ścieżką nocy' nienawidzą. Z wahaniem otworzyłam trzymając rękę z buteleczką za drzwiami.
Odetchnęłam z ulgą widząc jednego z pracowników hotelu.
-Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia od szefostwa i obsługi, proszę pani- odezwał się chłopak po uprzednim powitaniu wręczając mi szampana. Szybko zmieniłam wyraz twarzy z zaskoczonego na ucieszony.
-Och, dziękuję w imieniu swoim i męża- odparłam z promiennym uśmiechem, zastanawiając się komu zawdzięczam ten nieciekawy żarcik. Boy odszedł, a ja zamknęłam drzwi z trzaskiem.
Usłyszałam głośny szelest. Gabriel zerwał się ze snu i zaklął soczyście. Zaraz sięgnął na szafkę nocną po papierosy i benzynową zapalniczkę, po czym usłyszałam, jak głęboko zaciąga się dymem.
Westchnęłam ciężko odstawiając butelkę gdzieś na blat i usiadłam na jednym z foteli.
Po kilkunastu minutach Gabriel wyszedł ze swojego pokoju, tym razem w koszulce.
-Skądś wytrzasnęła szampana?- Spytał unosząc brwi zdziwiony.
-Przynieśli, mężusiu- liczyłam, że to on zrobił mi ten kawał.
-Mężusiu??- Patrzył na mnie totalnie skołowany, jakby nie wiedział; o co mi chodzi.
-Nie mów, że to nie twoja sprawka- zaczęłam odrobinę podejrzliwie, ale on spoglądał na mnie z ogromną dezorientacją.
-O czym ty bredzisz? Przecież nie jesteśmy żadnym małżeństwem- wychrypiał gapiąc się na mnie zbaraniały, a szlug niemal wypadł mu zza warg.
-No, to kto wykręcił nam ten numer??- Zapytałam wyczekująco.
Wzruszył ramionami wzdychając:
-Sam chciałbym to wiedzieć- przyznał.
Spojrzałam nań. Spał w swoim pokoju, a z jego delikatnie rozchylonych ust rozlegało się głośne chrapanie. W zasadzie byłam do tego przyzwyczajona- ciemnowłosy też pochrapywał jak lokomotywa. Było to równocześnie słodkie i wkurzające.
Pukanie. Z nawyku wzięłam z torby wodę święconą, uzbrajając się w twardy flakon z płynem, którego 'kroczący ścieżką nocy' nienawidzą. Z wahaniem otworzyłam trzymając rękę z buteleczką za drzwiami.
Odetchnęłam z ulgą widząc jednego z pracowników hotelu.
-Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia od szefostwa i obsługi, proszę pani- odezwał się chłopak po uprzednim powitaniu wręczając mi szampana. Szybko zmieniłam wyraz twarzy z zaskoczonego na ucieszony.
-Och, dziękuję w imieniu swoim i męża- odparłam z promiennym uśmiechem, zastanawiając się komu zawdzięczam ten nieciekawy żarcik. Boy odszedł, a ja zamknęłam drzwi z trzaskiem.
Usłyszałam głośny szelest. Gabriel zerwał się ze snu i zaklął soczyście. Zaraz sięgnął na szafkę nocną po papierosy i benzynową zapalniczkę, po czym usłyszałam, jak głęboko zaciąga się dymem.
Westchnęłam ciężko odstawiając butelkę gdzieś na blat i usiadłam na jednym z foteli.
Po kilkunastu minutach Gabriel wyszedł ze swojego pokoju, tym razem w koszulce.
-Skądś wytrzasnęła szampana?- Spytał unosząc brwi zdziwiony.
-Przynieśli, mężusiu- liczyłam, że to on zrobił mi ten kawał.
-Mężusiu??- Patrzył na mnie totalnie skołowany, jakby nie wiedział; o co mi chodzi.
-Nie mów, że to nie twoja sprawka- zaczęłam odrobinę podejrzliwie, ale on spoglądał na mnie z ogromną dezorientacją.
-O czym ty bredzisz? Przecież nie jesteśmy żadnym małżeństwem- wychrypiał gapiąc się na mnie zbaraniały, a szlug niemal wypadł mu zza warg.
-No, to kto wykręcił nam ten numer??- Zapytałam wyczekująco.
Wzruszył ramionami wzdychając:
-Sam chciałbym to wiedzieć- przyznał.
Rafael J. White
Budzę się w szpitalu i widząc twarz biskupa Snow'a wiem, że czeka mnie niemiła rozmowa.
-Nikomu o niczym nie wspominaj- ciemne oczy omiotły mnie spokojnie.
-A broń...?- Zapytałem słabo.
-Nie było przy tobie żadnej broni- odpowiedział krótko.- I, żeby było jasne: ostatni raz ratuję twoją dupę- dodał z naciskiem.
-Jestem ci wdzięczny, Eminencjo- zacząłem, ale przerwał mi mówiąc:
-Nie Eminencjuj mi tu teraz. Masz się wylizać i zdać potem raport- powiedział znikając w drzwiach sterylnej sali.
Szczerze mówiąc prawie nie czułem bólu, choć leki przestały już działać. Moje myśli wróciły spowrotem do Vix. Jeśli ów 'Nocny' był tym, którego miałem na myśli, to Victoria była w ogromnym niebezpieczeństwie.
Podniosłem się i opuściłem stopy na podłogę.
-Nie może ksiądz wstawać- pouczyła mnie krzątająca się przy innym pacjencie pielęgniarka.
-Nic mi nie jest- wstałem i, gdyby nie jej refleks, wylądowałbym na ścianie.- Co mi jest...?
-Jest ksiądz otępiony lekami- spojrzałem w prawo. W pionie, prócz siostry oddziałowej, podtrzymywała mnie ładna, krótkowłosa lekarka o orzechowych oczach. Zaniemówiłem na chwilę, ale w porę odzyskałem zdolność mówienia.
-Jak tu trafiłem?- Ta informacja zdawała mi się wyjątkowo cenna.
-Grupa studentów znalazła księdza na ulicy- odparła uprzejmie.
-Grupa studentów. Nieźle- mruknąłem zamyślony nad czymś zupełnie innym.
-Na pewno ktoś księdza zaatakował, dlatego musiałam powiadomić policję- ostatnie słowo wybudziło mnie z letargu.
-Policję? Po co mi oni?- Zapytałem próbując zachować resztki spokoju.
-Mam taki obowiązek, niestety- oznajmiła.- Po badaniach zajrzą do księdza- i zwróciła się do pielęgniarki w tym swoim medycznym żargonie.
Cholera... Gorzej już być nie mogło.
Pierwszy raz, od lat, nie wiedziałem; co robić. Musiałem szybko wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. Coś im nakłamać. Tylko co...?
I, co jeżeli będą wypytywać; co robiłem tak późno w nocy poza swoją parafią?
-Niech to jasny czart...- mruknąłem z irytacją, mrużąc oczy przed światłem jarzeniówek na szpitalnym korytarzu.
-Proszę księdza..- Wypaliła oburzona pani doktor- jak można tak przeklinać...?
Zwróciłem na nią wzrok i uśmiechnąłem się anielsko.
-Kapłan też człowiek grzeszny- skwitowałem zaskakująco spokojnie.- Nie udaję świętoszka, bo nim nie jestem- chciało mi się śmiać z jej miny, ale nie wypadało mi, jako boskiemu emisariuszowi.
-Boże Miłosierny, jakbym wjechał do grobowca- mruknąłem, gdy wyjechałem z maszyny określanej mianem tomografu komputerowego.
-Wszyscy mają to skojarzenie, proszę księdza- zauważył stażysta z lekkim rechotem.
-Milutko- prychnąłem parskając cicho. Obaj spojrzeliśmy na się i, jakby dopadła nas nić porozumienia, znów zaczęliśmy rżeć; jak kretyni.
-Cristiano, co tu się dzieje?- Zdziwiła się lekarka.
-Och, rozładowanie atmosfery. Pacjent określił 'Tammy' mianem grobowca- wyjaśnił potulnie student medycyny.
-Przepraszam, to wina mojego dziwnego poczucia humoru- powiedziałem cicho.
-Co ksiądz, jest w sam raz- odpowiedział zaskoczony blondyn. Trochę przypominał mi Gabriela. Nawet bardziej, niż trochę, mówiąc szczerze.
-Ma pan w rodzinie jakiegoś Gabriela?- Wymknęło mi się niespodziewanie.
-Miałem brata o takim imieniu, skąd ksiądz wie?- Pracownicy szpitala zdawali się zadziwieni.
-Wydawało mi się, że spotkałem kogoś podobnego do pana. Najmocniej przepraszam- odpowiedziałem po chwili.
Nie wydawało mi się. Miałem też sporo wątpliwości i pytań co do Gabriela.
Co ukrywa? Kim był wcześniej? Czy upozorował własną śmierć, a jeśli tak, to z jakiego powodu? I, czy...? Czy mógłby skrzywdzić Victorię? Czy zjawił się tam celowo?
Jednak moje rozmyślania musiały trochę poczekać, bo na horyzoncie pojawili się dwaj mundurowi.
-Nikomu o niczym nie wspominaj- ciemne oczy omiotły mnie spokojnie.
-A broń...?- Zapytałem słabo.
-Nie było przy tobie żadnej broni- odpowiedział krótko.- I, żeby było jasne: ostatni raz ratuję twoją dupę- dodał z naciskiem.
-Jestem ci wdzięczny, Eminencjo- zacząłem, ale przerwał mi mówiąc:
-Nie Eminencjuj mi tu teraz. Masz się wylizać i zdać potem raport- powiedział znikając w drzwiach sterylnej sali.
Szczerze mówiąc prawie nie czułem bólu, choć leki przestały już działać. Moje myśli wróciły spowrotem do Vix. Jeśli ów 'Nocny' był tym, którego miałem na myśli, to Victoria była w ogromnym niebezpieczeństwie.
Podniosłem się i opuściłem stopy na podłogę.
-Nie może ksiądz wstawać- pouczyła mnie krzątająca się przy innym pacjencie pielęgniarka.
-Nic mi nie jest- wstałem i, gdyby nie jej refleks, wylądowałbym na ścianie.- Co mi jest...?
-Jest ksiądz otępiony lekami- spojrzałem w prawo. W pionie, prócz siostry oddziałowej, podtrzymywała mnie ładna, krótkowłosa lekarka o orzechowych oczach. Zaniemówiłem na chwilę, ale w porę odzyskałem zdolność mówienia.
-Jak tu trafiłem?- Ta informacja zdawała mi się wyjątkowo cenna.
-Grupa studentów znalazła księdza na ulicy- odparła uprzejmie.
-Grupa studentów. Nieźle- mruknąłem zamyślony nad czymś zupełnie innym.
-Na pewno ktoś księdza zaatakował, dlatego musiałam powiadomić policję- ostatnie słowo wybudziło mnie z letargu.
-Policję? Po co mi oni?- Zapytałem próbując zachować resztki spokoju.
-Mam taki obowiązek, niestety- oznajmiła.- Po badaniach zajrzą do księdza- i zwróciła się do pielęgniarki w tym swoim medycznym żargonie.
Cholera... Gorzej już być nie mogło.
Pierwszy raz, od lat, nie wiedziałem; co robić. Musiałem szybko wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. Coś im nakłamać. Tylko co...?
I, co jeżeli będą wypytywać; co robiłem tak późno w nocy poza swoją parafią?
-Niech to jasny czart...- mruknąłem z irytacją, mrużąc oczy przed światłem jarzeniówek na szpitalnym korytarzu.
-Proszę księdza..- Wypaliła oburzona pani doktor- jak można tak przeklinać...?
Zwróciłem na nią wzrok i uśmiechnąłem się anielsko.
-Kapłan też człowiek grzeszny- skwitowałem zaskakująco spokojnie.- Nie udaję świętoszka, bo nim nie jestem- chciało mi się śmiać z jej miny, ale nie wypadało mi, jako boskiemu emisariuszowi.
-Boże Miłosierny, jakbym wjechał do grobowca- mruknąłem, gdy wyjechałem z maszyny określanej mianem tomografu komputerowego.
-Wszyscy mają to skojarzenie, proszę księdza- zauważył stażysta z lekkim rechotem.
-Milutko- prychnąłem parskając cicho. Obaj spojrzeliśmy na się i, jakby dopadła nas nić porozumienia, znów zaczęliśmy rżeć; jak kretyni.
-Cristiano, co tu się dzieje?- Zdziwiła się lekarka.
-Och, rozładowanie atmosfery. Pacjent określił 'Tammy' mianem grobowca- wyjaśnił potulnie student medycyny.
-Przepraszam, to wina mojego dziwnego poczucia humoru- powiedziałem cicho.
-Co ksiądz, jest w sam raz- odpowiedział zaskoczony blondyn. Trochę przypominał mi Gabriela. Nawet bardziej, niż trochę, mówiąc szczerze.
-Ma pan w rodzinie jakiegoś Gabriela?- Wymknęło mi się niespodziewanie.
-Miałem brata o takim imieniu, skąd ksiądz wie?- Pracownicy szpitala zdawali się zadziwieni.
-Wydawało mi się, że spotkałem kogoś podobnego do pana. Najmocniej przepraszam- odpowiedziałem po chwili.
Nie wydawało mi się. Miałem też sporo wątpliwości i pytań co do Gabriela.
Co ukrywa? Kim był wcześniej? Czy upozorował własną śmierć, a jeśli tak, to z jakiego powodu? I, czy...? Czy mógłby skrzywdzić Victorię? Czy zjawił się tam celowo?
Jednak moje rozmyślania musiały trochę poczekać, bo na horyzoncie pojawili się dwaj mundurowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz