Mimo tego wszystkiego na razie miałem powód, żeby z czegoś się cieszyć.
Przemierzając ciemne i kręte, włoskie uliczki moje myśli zniosło wstecz do czasu, gdy byłem jeszcze młodym seminarzystą.
Usłyszałem wtedy o elitarnej, watykańskiej sekcji włączającej w swe szeregi księży, zwącej siebie "Księżmi Judasza". Najbardziej wybitni z uczniów seminarium dostawali fioletową kopertę. Podczas zajęć z teologii poczułem zazdrość, gdy otrzymał ją jeden z nas, którego wręcz nienawidziłem. Jednak nic straconego, ponieważ sam otrzymałem ją rok później i pamiętam...
Pamiętam, jak dziś swoje szkolenie. Pełne wyrzeczeń i złorzeczeń. Właśnie: czasem przeklinałem mojego nauczyciela, bo traktował mnie najgorzej, a przynajmniej wtedy tak myślałem. Po kolejnym roku z dziesiątki Jego kandydatów zostałem tylko ja.
Cofnąłem się myślami do swego pierwszego zlecenia. Pięćsetletnia Istota Cienia, zwana inaczej 'Idącą ścieżką nocy'; którą dopadłem i, przez którą omal nie zakończyła się moja kariera, nim na dobre się zaczęła. Prócz słodkich słówek zwiodło mnie jej demoniczne piękno.
Zanim zobaczyłem jej kły. Wtedy bez wahania wbiłem jej w serce srebro, odciąłem łeb i polałem zwłoki święconą wodą, a te zapłonęły ogniem.
Mistrz był szczerze zaskoczony. Obserwował z ukrycia moje poczynania i miał wkroczyć, jeśli coś się wydarzy, jeśli bym sobie nie poradził, ale... Po skończonym pewnego rodzaju egzaminie podszedł i rzucił ironicznie:
-No, Uczniak. Już myślałem, że będziemy musieli zeskrobywać cię z tego bruku- powiedział i przepchnął mnie lekko.
-Dzięki wielkie za pokładaną we mnie wiarę, Nauczycielu- odparłem wówczas niepokornie.
-Giaccomo- na wezwanie z uliczki za mną wylazł brunet o bezdennych stalowych oczach. Opierał o ramię długi drzewiec, na którego końcu lśniło ostrze nieco podobne do sierpu.
-Jest gotów- oznajmił cicho.- I dla twojej informacji, to nie sierp, tylko glewia- spojrzał na mnie dziwnie. Z jakimś takim strachem pomieszanym z podziwem- i kurewsko lubi wyzwania, Ojcze.
-Nie bluzgaj- pouczył Mistrz.
Giaccomo wzniósł oczy ku niebu, mrucząc:
-Wybacz, Miłosierny... Bredzę od rzeczy- zwrócił wzrok na mistrza i uśmiechnął się przepraszająco.
Wszedłem w kolejną uliczkę, ściskając w rękach srebrny kołek i miecz.
Zdążyłem uskoczyć, nim rzucony trup zwalił mnie z nóg. Zawsze miałem to dziwne wyczucie unikania niespodzianek. Zwłaszcza takich.
-Bezbożne nocne potwory...- mruknąłem zniesmaczony. Obejrzałem sponiewierane zwłoki dziewczyny..
Chwila... Jeszcze słabo oddychała. Zacisnęła dłoń na mojej dłoni. Lewej, w której trzymałem srebro.
-Proszę księdza... Spowiedzi...- wydyszała w agonii.
Przymknąłem na chwilę powieki, by odciąć się od tego makabrycznego widoku.
-Odpuszczam twoje grzechy, W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen- odłożyłem na chwilę miecz, by naznaczyć nad ofiarą krzyż.
I to był mój błąd.
-Wstawaj, Klecho- znałem skądś ten głos. Od rozpoczęcia mojej kariery prześladował mnie w sennych koszmarach.
Męski, ochrypły; ale dość przyjemny dla ucha. Cichy.
Nie usłuchałem, jak to niepokorna dusza. Złapał mnie za gardło i trzasnął mną o mur z taką siłą że oprócz krzyku z moich ust wydostało się nieco krwi.
Połamał mi żebra, skurwysyn..
-Niech cię...- chciałem powiedzieć 'diabli'; ale wiedziałem, że to go jeszcze ucieszy- ...Bóg ocali!- Warknąłem zamachnąwszy się kołkiem.
Zniknął i pojawił się kilka metrów dalej.
-On nie ma już nade mną żadnej władzy- oznajmił odchodząc.
Chciałem go gonić, ale ból w płucach był nie do wytrzymania.
Potem nicość...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz