piątek, 8 listopada 2019

Watashi no Akuma Rozdział IV: Każdy ma swoje wady i sekrety

Uderzam pięścią w drzwi.
-Szlag!- Przeklinam głośno. Nie dbam o to, czy ktoś mnie usłyszy. Obecnie nie noszę koloratki.
Jestem księdzem, ale w cywilu.- Niech to...- osunąłem się na kolana przy tych drzwiach.- Boże Miłosierny..! Za co mnie to wszystko spotyka? Jak bardzo nagrzeszyłem, że tak mnie karzesz?!.- Wyszeptałem z żalem.
Oparłem czoło na rzeźbionym drewnie. Czułem się strasznie. Jakbym był chory i miał gorączkę, a tą gorączką była...
Tą gorączką była Victoria.
Z trudem oparłem ręce na drzwiach i wstałem. Wyszedłem z pokoju i ruszyłem korytarzem.
***
Podziemia Watykanu... 
Po długich poszukiwaniach odnalazłem księdza biskupa. 
-Eminencjo. Potrzebuję roboty, dłużej już nie wytrzymam- oznajmiłem próbując opanować swoją buntowniczość. 
-Jesteś na urlopie, White. Nie mogę cię wysłać- jak zawsze Snow był nieugięty.
-Boże Miłosierny...- wyrwało mi się zza warg.- Choć jeden stoczony... Na Boga, pozwól mi..! 
-Ciszej.!- Warknął biskup. 
-Proszę- ściszyłem głos do szeptu.- Chcę przestać na chwilę myśleć... 
-O kim? O Vix?- Jej imię. Bolało, gdy tylko ktoś je wspomniał. Cierpiałem, bo jej potrzebowałem albo to ona teraz potrzebowała mnie. 
Upadłem na kolana biorąc jego prawą dłoń. 
-Eminencjo miej nade mną litość.. Pozwól mi ocalić choć jedną stoczoną duszę- wyszeptałem słabo. 
Snow rozejrzał się dyskretnie. 
-W porządku, byle nikt cię nie zobaczył- ustąpił, podając mi jakieś zdjęcie. Ugiął się po raz pierwszy od mojego prezbiteriatu. 
-Dziękuję, Eminencjo...- z radością zerwałem się na nogi i odszedłem. 

W pokoju klęknąłem przed krzyżem  i zacząłem się modlić. 
-[...] i dziękuję Ci, Ojcze Wszechmogący za wszystko, co do tej pory dostałem. Amen- zakończyłem cicho. 
Przeżegnałem się i zrywając się z kolan zacząłem się pakować. 
Jak zawsze w takich chwilach opanowywała mnie dziwna ekscytacja. Cholera, uwielbiałem tę robotę. Zabijanie wampirów było jak balsam dla duszy. 
-Kurwa mać... Boże, bluźnię i wybacz mi to; ale... Ja po prostu tę robotę uwielbiam- wymamrotałem  wznosząc oczy ku sufitowi i pakując kilka flakonów święconej wody do plecaka. Poprawiłem srebrny łańcuszek z krzyżykiem na szyi.- Boże, jeszcze jedna prośba: pozwól mi wrócić niepostrzeżenie i miej nade mną swą Opatrzność... Jeśli to dla Ciebie niezbyt wiele- wbrew sobie uśmiechnąłem się. 
Było mi tak bardzo lekko na sercu, lecz nie wiedziałem; że w końcu przyjdzie cierpienie, którego nie będę mógł udźwignąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz