Rafael J. White
Starszy z policjantów, wąsaty jegomość o czarnych oczach przysiadł przy moim łóżku. Przedstawiali się, ale szybko zapomniałem ich nazwisk- w sumie nie były mi do niczego potrzebne.
-Pamięta ksiądz, kto jest odpowiedzialny za ten atak?- Zadał kolejne pytanie, a młodszy notował moje słowa w kołonotatniku.
-Nie widziałem twarzy. Było ciemno- skłamałem bez zająknięcia.
-Ma ksiądz jakichś wrogów? Może ktoś ostatnio księdzu groził?- Wyrwało się młodszemu funkcjonariuszowi o patykowatej figurze i bladej twarzy, czarnowłosemu z brązowymi tęczówkami; a starszy posłał mu pełne reprymendy spojrzenie.
-Nie, raczej wątpię; co nie zmienia faktu; że ktoś mógłby chować do mnie jakąś urazę- odparłem udając zamyślonego.
-Co chce ksiądz przez to powiedzieć?- Zdziwił się wąsacz.
-Po prostu to, że każdy ma swoją Nemezis, nawet kapłan- odrzekłem spokojnie, a nawet z lekkim uśmiechem, a chudy, jak patyk policjant uniósł brwi widocznie nie znając niecodziennego terminu.
-To by było, chyba, na tyle- odezwał się wąsaty, wstając.- Dziękujemy za rozmowę, ojcze. Z Bogiem- pożegnali się.
-Idźcie z Bogiem- odpowiedziałem, a nerwowość uleciała ze mnie, jak powietrze z przebitej opony.
Popołudnie spędziłem na gapieniu się w okno i rozmyślaniach na temat tego, kim naprawdę jest Gabriel...
Nie ufałem mu ani trochę. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy nie jest podstawiony przez jakiegoś Cienia. Obawiałem się o bezpieczeństwo Victorii, bo bałem się; że on chce ją w jakiś sposób skrzywdzić, albo- co gorsza- zabić.
No właśnie, Vix... Od ponad roku ukrywałem swoje uczucia wobec niej, bo była dla mnie kimś więcej, niż ex uczennicą i zwykłą partnerką. Odczuwałem wobec niej niezwykły pociąg; który czasami pchał mnie na granicę szaleńczej wręcz odwagi.
Była z nim. Sam na sam. Jeżeliby coś w tym momencie się jej stało, za żadne skarby nie mógłbym jej obronić...
-Ma ksiądz jakichś wrogów? Może ktoś ostatnio księdzu groził?- Wyrwało się młodszemu funkcjonariuszowi o patykowatej figurze i bladej twarzy, czarnowłosemu z brązowymi tęczówkami; a starszy posłał mu pełne reprymendy spojrzenie.
-Nie, raczej wątpię; co nie zmienia faktu; że ktoś mógłby chować do mnie jakąś urazę- odparłem udając zamyślonego.
-Co chce ksiądz przez to powiedzieć?- Zdziwił się wąsacz.
-Po prostu to, że każdy ma swoją Nemezis, nawet kapłan- odrzekłem spokojnie, a nawet z lekkim uśmiechem, a chudy, jak patyk policjant uniósł brwi widocznie nie znając niecodziennego terminu.
-To by było, chyba, na tyle- odezwał się wąsaty, wstając.- Dziękujemy za rozmowę, ojcze. Z Bogiem- pożegnali się.
-Idźcie z Bogiem- odpowiedziałem, a nerwowość uleciała ze mnie, jak powietrze z przebitej opony.
Popołudnie spędziłem na gapieniu się w okno i rozmyślaniach na temat tego, kim naprawdę jest Gabriel...
Nie ufałem mu ani trochę. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy nie jest podstawiony przez jakiegoś Cienia. Obawiałem się o bezpieczeństwo Victorii, bo bałem się; że on chce ją w jakiś sposób skrzywdzić, albo- co gorsza- zabić.
No właśnie, Vix... Od ponad roku ukrywałem swoje uczucia wobec niej, bo była dla mnie kimś więcej, niż ex uczennicą i zwykłą partnerką. Odczuwałem wobec niej niezwykły pociąg; który czasami pchał mnie na granicę szaleńczej wręcz odwagi.
Była z nim. Sam na sam. Jeżeliby coś w tym momencie się jej stało, za żadne skarby nie mógłbym jej obronić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz