Mężczyzna.
Zarzuca sznur na konar drzewa chcąc się powiesić, a z jego dłoni...
Wypada sakiewka ze srebrnymi monetami.!
Wypada sakiewka ze srebrnymi monetami.!
Podniosłam się na nogi i otrząsnęłam.
-Nigdy więcej czegoś tak popieprzonego! Kurwa, mogłem zginąć przez tego twojego klechę!- Zwrócił się do mnie histerycznie.
Zarobił od Rafaela siarczysty policzek.
-Ostatni raz nazywasz mnie "klechą"- wiedziałam, że wcale nie o to chodzi. Mimo tych docinek Rafael chciał go chronić. Nie dlatego; że leżało to w jego obowiązku, ale bo tego chciał. Z własnej, nieprzymuszonej woli.
-To twoje miłosierdzie może nas kiedyś zgubić- stwierdził łagodny tembr.
-Zabierzmy go ze sobą- zauważyłam odwracając głowę przez ramię.
Zatrzymał się i odwrócił.
-Chyba cię pogięło- oznajmił właściciel tych przenikliwych, bladoniebieskich oczu.
-Jak wygada, będzie po nas. Kto pierwszy się nas wyprze? Pomyślałeś o tym? O, przepraszam: ty nie myślisz o niczym, poza robotą! I kto tu jest lekkomyślny? Raf, odpowiedz do jasnej cholery!
Ksiądz stał do nas, do mnie plecami i wpatrywał się w tunel, za którym znikał ostatni wagon pociągu.
-Masz rację. Weźmiemy go- podszedł i oberwałam w piersi- ale to TY będziesz go pilnować- nie byłam pewna, ale zdawało mi się, że dostrzegłam ten porozumiewawczy uśmieszek na jego twarzy.
***
-EJ... CO JEST GRANE???- Wypalił blondyn, którego imienia nadal nie poznałam.
-Spokojnie, owieczko. Żarcie- odezwał się leniwie Rafael znad gazety.
-Jestem niewierzący, księżulku- odparł blondyn.
Raf rzucił gazetę i wstał.
-Przestaniesz wreszcie mnie tak nazywać??- Zapytał cicho, ale to była przysłowiowa cisza przed burzą.
Rafael mimo swojej serdeczności potrafił czasami być zimny i bezduszny jak bryła lodu.
-Te, blondas. Odpuść. Lepiej go nie wkurwiać- szepnęłam.
-Victoria, morda.- No, jak zawsze mi się obrywa. Raf czasem potrafił być wyjątkowo nieuprzejmy. Bardzo nieuprzejmy. Wróć: zwyczajnie nieuprzejmy.
-Och, daj spokój księżulku. Zaczynam cię lubić- blondas był strasznie bezpośredni.
Rafael wyszedł trzaskając drzwiami.
-Słuchaj, blondas. Dam ci dobrą radę: nie właź mu w drogę przez najbliższy tydzień, bo twoja głowa znajdzie się rozgnieciona jak arbuz na jakimś chodniku- zauważyłam patrząc za Rafaelem.
-Słuchaj ładniutka: nie mam na imię Blondas. Jestem Gabriel- w końcu poznałam imię "chłopaka z pociągu"
-Bóg jest moją siłą- przetłumaczyłam w zastanowieniu to imię.-Co takiego?- Zapytał zaskoczony.
-"Bóg jest moją siłą" tak tłumaczą to imię. Gabriel był jednym z trzech Archaniołów- blondyn patrzył na mnie tępo- nie wiedziałeś- poddałam się.
-Zaczynasz gadać, jakbyś była jakaś nawiedzona- zauważył wolno.
W tej chwili od drzwi usłyszałam ten przepiękny, delikatny śmiech.
-Boże miłosierny!- Wypalił Rafael zanosząc się śmiechem.- To ci dociął! Niech to wszystkie Chóry Niebios- zarechotał znów.
-Już nie jesteś wściekły?- Zapytałam.
Uśmiech spełzł z twarzy księdza.
-Watykan chce go sprawdzić- ruchem głowy wskazał Gabriela.- Wracamy.
-A misja?
-Wyślą kogoś innego. To odgórny rozkaz- zauważył z równą niechęcią.
Zerwałam się na nogi i łapiąc go za sutannę potrząsnęłam nim.
-Czyj? Czyj kurwa mać??
-Il Papa- odparł.- Wracamy i bez dyskusji.
Stłumiłam cisnące się na usta kolejne przekleństwo.
-Już mnie lubią, w przeciwieństwie do ciebie, Raf- stwierdził Gabriel.
-Dla ciebie: Rafael- odparł chłodno ksiądz poprawiając koloratkę.
***
Stolica Apostolska, kilka godzin później.
Dwudziesty trzeci października A. D. 1989.
-Niech to... Znowu pada- burknęłam.- Och, na Boga, gdyby te kołki miały wbudowany parasol, nie musiałabym...
-Nie bluźnij!- Fuknął Rafael.
Przeżegnałam się pobożnie, mówiąc z przekąsem:
-Chyba przez te trzy dni nie zdążyłam tyle nagrzeszyć.
-Nie bluźnij, do jasnej cholery!- Powtórzył ze złością Raf.
Wzniosłam oczy ku niebu szepcząc:
-Boże miłosierny, przebacz mi, bo pieprzę głupoty.
Gabriel parsknął cicho i wyłapał groźne spojrzenie Rafaela.
-Boże, za jakie grzechy muszę z nią pracować...- mruknął poprawiając koloratkę.
-Wiem, jesteś ateistą; ale tu obowiązuje pewien ceremoniał- pouczył kwadrans potem Gabriela.- Gdy podchodzisz do Papieża (jeżeli wpuszczą takiego bezbożnika) klęknij i nie waż się podnieść tej tępej mózgownicy póki ci nie pozwoli. Poza tym odzywaj się tylko pytany, jasne?- Zapytał pogardliwie.
-Jak słoneczko. Nie popsuję ci reputacji, klecho- blondyn uśmiechnął się promiennie, a ja zdążyłam zablokować cios Rafaela.
-Boże... Tym razem, zamiast siły, daj mi cierpliwość; bo jeśli dasz mi ową siłę to go po prostu zabiję...- wymamrotał Rafael opuszczając rękę.
***
Gabriela trzymano ponad trzy godziny. Chodziłam w tę i nazad przed Gwardią Szwajcarską czuwającą przy drzwiach, gdy blondyn w końcu wyszedł.
-Nareszcie- powiedziałam z ulgą.
-Rafael, broń- zraniło mnie, że nawet nie spojrzał w moją stronę.
-To Victoria cię pilnuje- odparł ciemnowłosy.
-Ale to ty trzymasz wszelką broń- odciął się równie chłodno Gabriel.
-Po co ci kołki?- Zapytał obojętnie Rafael. Blondyn wcisnął mu coś w dłoń dziwnie dyskretnie, mój Partner spojrzał na przedmiot i ukrył go w palcach, nim dostrzegłam czym to coś jest.
Otworzyłam usta, żeby zapytać, ale... Zawahałam się. Raf rzucił to coś do jednego z gwardzistów, który poprowadził dokądś Gabriela.
-Chroń tego dzieciaka, Vix- Rafael dawno nie zwracał się do mnie w ten pieszczotliwy sposób.
-A ty?
Objął mnie tym mocnym, męskim uściskiem, mówiąc:
-Mam coś jeszcze do załatwienia- oznajmił odchodząc.
-Co takiego?
Lecz on zniknął za załomem korytarza nie odpowiadając mi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz