środa, 6 listopada 2019

Watashi no akuma Rozdział II: Czerwony Pociąg - Szkarłatna Noc

Gdzieś słychać wrzaski...
Gdzie, u diabła, jesteś?!!
Kim jesteś??

Budzę się. Słychać terkot kół sunącego po szynach pociągu.
-Znów ten sen?- Pyta ksiądz Rafael. Mój partner.
W pewnym sensie, bo.. Nigdy- nawet przed samą sobą- nie mogłam (a może i nawet nie chciałam) się przyznać, że bardzo (strasznie bardzo) go kochałam.
-Kolejny raz. Ciągle to samo...

Jakiś czas później, pewien kościół, którego wezwania nie musicie znać.
-Przebacz mi Ojcze, bo zgrzeszyłam przeciw niebiosom i Tobie. Ostatni raz spowiadałam się dwa tygodnie temu, pokutę wypełniłam; grzechu nie zataiłam...
-Mów, moje dziecko- usłyszałam przez kratę konfesjonału szept mojego prywatnego spowiednika.
Prywatnego, bo kazałam mu przysiąc, że mnie nie zdradzi. Rzekłam; że jeśli to zrobi poderżnę mu gardło i skurwiela podpalę.
-Ciągle mam jeden sen- mówię niepewnie.- W tym śnie. Widzę pewnego mężczyznę, on jest... Niby jest młody, a jednak o wiele ode mnie starszy. Nazywa mnie swoją córką. Boże... Zlituj się nade mną. Bądź miłościw grzesznej duszy mojej...
-Od kiedy masz te sny?- Pyta ksiądz.
-Nie potrafię powiedzieć... Chyba od kiedy odzyskałam pamięć...
Watykan. Dwa tygodnie później.
 17. października A. D. 1989.
-Rafael. Victoria. Jego Świątobliwość was oczekuje- oznajmił jeden z arcybiskupów.
-Dobrze, Jego Eminencjo- odpowiedziałam, jako kobieta, z lekkim dygnięciem.

-Wasza Świątobliwość- odezwał się cicho Rafael.
-Niech dziewka mówi- oznajmił Papież.
-Wasza Świątobliwość. Głos kobiety jest tutaj nieważny, więc chcę oddać głos mojemu Partnerowi- odpowiedziałam cicho, uniżenie.
-Jak sama stwierdziłaś, Victorio; twój głos jest nieważny...
-Wybacz, Wasza Świątobliwość; ale czy to nie znaczy, że powinnam milczeć?- Spytałam spokojnie, lecz dyplomatycznie.
Papież roześmiał się. Chciałam wziąć to za dobrą monetę; ale nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.
-Księże Rafaelu, ta twoja Partnerka to, wbrew pozorom, mądra kobieta.
-Bardzo mądra; Wasza Świątobliwość- przyznał ciemnowłosy o bladoniebieskich oczach.
-Niech to Ona decyduje przy następnej Misji.
-Jak sobie życzysz, Wasza Świątobliwość- odparł Rafael.

Jakiś czas później...
-Kurwa twoja mać! Po cholerę się odzywałaś?- Warknął rozdrażniony.
-Odwal się, Raf. Pierdol się na ryj!. Kazał: to odezwałam tę swoją niewyparzoną mordę- odpowiedziałam z ironicznym uśmieszkiem.
Siedzieliśmy w jakiejś włoskiej knajpce, popijając caffe coretto. Sama wlepiałam zamyślony wzrok za szybę.
-Nadal masz te sny?- Zapytał jakby z innej beczki a jego bladoniebieskie oczy o przenikliwym wyrazie wwierciły się w moje jasnosrebrne, niemal białe.
-Ciągle mi się to śni, jak już chcesz wiedzieć- próbowałam zamaskować złość; że o to pyta ale wiedziałam że wie o moim strachu po tym, co powiedział.
-Jestem tu tylko po to; żeby ci pomóc- oznajmił cicho.
-Nie potrzebuję twojej pomocy, Raf!- Wstając wywróciłam filiżankę i szybkim, zamaszystym krokiem wyszłam z kawiarni i...
I wpadłam na niego.
Tego blondyna.
Chłopaka z pociągu.
-Hej. Skądś cię znam- zaczął zaskoczony.
-Odwalcie się wszyscy ode mnie- odwarknęłam wściekła.- I ty też! Ty też się odjeb!- Odchodząc wpadłam na kogoś i odepchnęłam go mocno warcząc- jak leziesz zawalidrogo?!
***
Rafael wiedział, gdzie mnie znaleźć. 
Zawsze wiedział, bo przecież bardzo dobrze mnie znał.
Byliśmy dla siebie nawzajem otwartymi księgami...

Jak zawsze; siedziałam na jednym z przykościelnych cmentarzy. Było mi obojętne, czyj to grób. Jakbym wiedziała; czym się w końcu stanę... 
Nienawidziłam tego stale powtarzającego się snu. Tego, że straciłam pamięć. Od kiedy znalazłam się pod tym kościołem.. Boże, nie! Od kiedy ujrzałam Rafaela, reszta zniknęła. Przestała się liczyć... Nic więcej, prócz niego, nie miało znaczenia.
-To ktoś bliski?- Jednak nie spodziewałam się usłyszeć tego głosu. Ostrego. Innego, niż ten słodki i nadzwyczaj łagodny tembr Rafaela.
-Nikt nie jest mi bliski, bo nie pamiętam nic z poprzedniego życia- właściwie nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Nie miałam pojęcia, czemu zwierzyłam się zupełnie nieznanej mi osobie. Kolejny raz podniosłam głowę i spojrzałam na przeświecający przez koronę jesionu księżyc.
Był czerwony.
Lubiłam ten kolor, by później- po wielu wiekach- go znienawidzić...
Siedząc w cieniu drzewa oparta o mogiłę odchyliłam głowę i spojrzałam w koronę drzewa. 
Jesion. Zawsze trafiam na jesion. Nie wiem dlaczego. 
Wtedy scena ze snu... 
Ktoś
Mężczyzna. 
Zarzuca sznur na konar drzewa chcąc się powiesić, a z jego dłoni...
Wypada sakiewka ze srebrnymi monetami.!
DLACZEGO TO TAKIE WAŻNE???

Na chwilę przestałam o tym myśleć.
-Jak masz na imię? Nie zdążyłam cię zapytać... no wiesz, w tym pociągu..
-Eeeej. To ty byłaś z tym klechą- bardziej stwierdził, niż zapytał.
-Victoria- kochałam ten łagodny głos Rafaela.
Czy wiecie, że to imię nosił pewien Archanioł? Znaczyło "Bóg uzdrawia". I w pewnym sensie tak było- moja miłość do niego była (chwilowym) uzdrowieniem. 
-Nie jesteś na mnie wściekły?- Spytałam uszczypliwie.
-Mamy robotę, rusz dupę- odpowiedział enigmatycznie i równie wrednie.
-Hej, księżulku! Niby jaką robotę?- Blondyn wypadł za nami za cmentarną bramę.
-Nie interesuj się- nie lubiłam tego chłodnego, obojętnego tonu. Raf zawsze mówił w ten sposób, kiedy chciał się kogoś pozbyć.
-Rafael, czekaj! pieprzony proboszcz...-zaklęłam idąc za nim. Dostrzegłam jego czerwone ze wstydu policzki. Nigdy nie potrafił przede mną ukrywać uczuć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz