-Kim jesteś?- Zapytałem krótko, chcąc się upewnić czy to naprawdę ta sama kobieta. Czy to naprawdę Posłaniec Cienia, którego poznałem kilkanaście lat temu.?
-Poluję na nich, to jedyne, co powinieneś wiedzieć- oznajmiła sięgając do kieszeni cienkiego, czarnego płaszcza skąd wyciągnęła kartonik. Otwarła go i przysuwając do ust wyciągnęła z niego zębami papierosa. Zapaliła i zaciągnęła się mrużąc oczy.
Zapadła cisza, a wszyscy nieufnie obserwowali nieznajomą.
-Z tego, co widzę wy też o nich wiecie, panie..- spojrzała na mnie pytająco.
-Nie muszę ci się przedstawiać, tak jak ty nie musisz się mi- powiedziałem obojętnie.
Vix niezauważalnie znalazła się tuż obok mnie.
-Jesteś jedną z nich- powiedziała z odrazą przyglądając się kobiecie.
-Tak, w połowie- po tym stwierdzeniu wszyscy jęknęli ze strachu odsuwając się.
Cofnąłem się z kołkiem i mieczem w rękach, Victoria w obu dłoniach miała flakony z koroną cierniową.
Zaciągnęła się i wypuszczając dym nosem, wolnym gestem opuściła dłoń z papierosem, wzdychając ciężko.
-Jestem odporna na srebro i święconą wodę- powiedziała cicho.
-Ciekawe jakim cudem- warknęła pełna nieufności Victoria.
Obca uśmiechając się, znowu zaciągnęła się dymem.
-Mój ojciec to sanguisuga nocte, a matka jest człowiekiem- wyjaśniła po chwili ze stoickim spokojem.
Zanim zdążyłem zareagować Vix otworzyła flakon i chlusnęła zawartością w twarz rudej. Nic się nie stało.
-To nie było miłe- zauważyła wolno czarnooka otwierając oczy. Po jej twarzy spłynęła ciecz skapując na podłogę.- Sądzę, że oni znowu zaatakują. Szukają kogoś.
-Niby kogo?- Zapytałem ostro.
-Księżniczki Draculea- oznajmiła, a ja cofnąłem się o krok.
Księżniczka Draculea. Gabriel już kiedyś o tym mówił. Powiedział mi, że może to być Vix, w co nie chciałem zbytnio wierzyć.
-Boże Miłosierny!- Kopnąłem w najbliższy stół, który pojechał kilka metrów naprzód i roztrzaskał się na ścianie.
-Rafael!- Victoria odciągnęła mnie, zanim rozwaliłbym kolejny mebel. Moja niepokorna dusza znowu chciała przejąć władzę nad rozsądkiem.
Czarnooka obserwowała nas w ciszy.
Gabriel, zwany Uczniakiem
Przedpołudnie, tego samego dnia.Trzeci kwiecień A. D. 1990.
Ocknąłem się i pod wpływem światła słonecznego z moich ust wydostał się skowyt cierpienia.
Szarpnąłem łańcuchy, choć wiedziałem, że nie będę mógł się uwolnić- poprzedniego wieczora sam sprawdzałem, czy są dobrze zamocowane...
Z bólu...
Majaczyłem. Wrzeszczałem.
Z trudem doczołgałem się do metalowych drzwi. Wstając na kolana, dyszałem ze zmęczenia, a gdy w końcu mój oddech w miarę się uspokoił, zacząłem walić pięściami w blachę, krzycząc błagalnie:
-ZABIJCIE MNIE! NIE POKONAM TEGO!- Prosiłem.- ZABIJCIE MNIE, ZANIM SIĘ TYM STANĘ- Atak okropnego bólu sprawił, że zesztywniałem i upadłem na plecy.- ZLITUJCIE SIĘ!! TO BOLI...!!- Zwinąłem się, podkulając nogi.
Bolało. Skręcało mnie bardziej, niż wczorajszego dnia...
-Otwórz drzwi.- Drgnąłem słysząc głos Cristiana.
-NIE... PROSZĘ, NIE!!- Łańcuch u lewej ręki upiornie zadzwonił, kiedy nim szarpnąłem.
Trzask rygla. Kroki. Ta okropna woń padliny..
-Gabriel..- Jego dłoń. Ten dotyk na mojej twarzy.. Zdarta od krzyku krtań wydobyła z siebie mój ostatni wrzask.- Gabrielu Damonie. Braciszku...
Ostatkiem sił otworzyłem oczy i poruszając drżącymi wargami szepnąłem bezgłośnie:
-Zabij mnie... Zrób to, zanim się zmienię.. Zanim zwariuję...- w jego oczach widziałem, że nie chce tego zrobić.- Giaccomo! Ktokolwiek! BŁAGAM WAS...! ZABIJCIE MNIE!
-Cristian, proszę wyjdź- ten pełen słodyczy zapach, którego nie mógłbym pomylić z żadnym innym. Siostra Anastazja...
-To mój brat. Jeśli chce umrzeć, chcę być przy nim- powiedział twardo Cristian.
Drasnęła go spojrzeniem.
-Gabriel nie umrze- oznajmiła lodowato.- ON go ochroni, choć w NIEGO nie wierzy. ON nie zostawia swoich dzieci- nawet w tym strasznym stanie byłem pełen podziwu wobec ogromu wiary tej siostry zakonnej. Wyjęła z kieszeni habitu różaniec i zakładając go na prawą dłoń zaproponowała- Cristianie, pomodlisz się ze mną?
Mój brat podniósł na nią oczy.
-Jeśli to może mu pomóc, zrobię to..- powiedział cicho, z wahaniem.
Anastazja poprawiając kornet spojrzała nań uważnie.
-Będzie cierpiał. Każde wspomnienie Boga- w tym momencie przeszły mnie spazmatyczne dreszcze- zadaje mu ból. Masz na tyle siły, żeby to znieść?- Szepnęła cicho.
Cristian zwrócił na mnie wzrok.
-To mój starszy brat. Chcę mu pomóc. Muszę pomóc Gabrielowi- powiedział półgłosem i zdejmując z szyi łańcuszek okręcił go wokół dłoni.
Rozpoznałem go. Był to krzyżyk, który podarowałem bratu na dziewiętnaste urodziny.
Cristian klęknął obok zakonnicy i spokojnie się przeżegnał.
-Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego, Pana Naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł. Trzeciego dnia zmartwychwstał; wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga, Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen- z każdym ich słowem rozrywający, piekielny ból nie dawał mi spokoju.
Wypowiadane przez nich słowa modlitwy zadawały mi katusze. W myślach prosiłem o śmierć... Chociaż byłem ateistą, nie mogłem znieść wezwania Boga.
-Przestańcie...- Wyjęczałem z trudem.- Błagam, przestańcie! Duszę się!
Cristian się zawahał, ale siostra Anastazja lekko ścisnęła pięść w której trzymał łańcuszek.
***
-Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj- szeptał z prośbą Młody, lecz nagle zgarbił się i jęknął cicho.- Nie mogę... Dłużej nie zniosę jego krzyków... Siostro, nie potrafię- szepnął załamany.- Boże... Nie potrafię..-A potrafisz go stracić?- Zapytała głosem pełnym rozpaczy i smutku.
Podniósł głowę i ze łzami w oczach spojrzał na zakonnicę.
-Gabriel cierpi. Czy Bóg- zadrżał, słysząc mój wrzask- czy tego właśnie chce?- Zapytał żałośnie.
Zakonnica poprawiła habit, mówiąc cicho:
-Niezbadane są ścieżki Pana- ta niezachwiana wiara.. Ilekroć słyszałem ten twardy i niezłomny ton, byłem pełen szacunku dla tej zakonnicy.
Chwyciłem dłoń brata i patrząc mu w oczy, otarłem jego łzy, mówiąc:
-Jesteś twardy, Cristi- zwróciłem się do brata pieszczotliwie.- To może mi pomóc.. Bierz przykład z siostrzyczki Anastazji... Gdybym... Wiedz, że bardzo cię kocham, Cristian..- Byłem zbyt słaby, żeby powiedzieć coś więcej, ale wiedziałem, że on wie. Zawsze łączyła mnie z nim jakaś mocna więź. Mocniejsza, niż z resztą moich braci.
Druga dziesiątka, tajemnice światła.
Myślałem, że zwariuję z bólu; ale nie zamierzałem się poddać. Kiedy byłem członkiem Hydry... Nawet po zdradzie i skatowaniu ojca.. Pomimo wszelkich niepowodzeń, nie poddałem się.
Na przekór wszystkim i wszystkiemu nadal żyłem.
Z moich ust wyrwał się stłumiony wrzask. Zwijając się z udręki oddychałem spazmatycznie, a ciało przechodziły narastające z każdą sekundą dreszcze.
Bałem się śmierci. Cholernie.
Jednak jeszcze bardziej bałem się- mimo naszych wzajemnych relacji- stracić kogokolwiek z rodziny, bo cokolwiek by się działo wskoczyłbym za nimi w ogień.
***
W trakcie trzeciej części różańca, Cristian wypuścił z dłoni wisiorek i ku mojemu zdumieniu przemienił się w olbrzymiego wilka.Jego jasnoszara sierść mieniła się w blasku dnia, oczy płonęły, a z rozwartego pyska wydobyło się przepełnione smutkiem, rozpaczliwe wycie.
Ten skowyt... Na samym początku przeszły mnie miłe ciary. W swojej wilczej formie Cristian wyglądał naprawdę imponująco. Dostojnie, jakby był jednym z najpiękniejszych Wilkołaków na ziemi.
-Rany...- wyszeptała zakonnica wpatrzona z trwogą w wielkie cielsko.
Cristian zamilkł. Szczęki zamknęły się, a on sam w tej wilczej odsłonie zwrócił ślepia w stronę okna. Odsłonił zębiska warcząc wrogo. Okręcając jeden z łańcuchów wokół przedramienia, dźwignąłem się z trudem. Podążyłem za wzrokiem brata i z rozdrażnieniem jęknąłem:
-Znowu to cholerne ptaszysko..?- Zacisnąłem palce na kamyku i rzuciłem nim w szybę z gniewem.- Wypierdalaj, ty pierzasta kurwo- zakląłem wściekły.
Rafael J. White
-Raf, co się dzieje?- Zapytała Victoria cicho.-Co o tym wiesz? Co wiesz o tej Księżniczce Draculei?- Zapytałem ostro.
Zapaliła kolejnego i podchodząc do szczątków stołu który kopnąłem wyciągnęła spod sterty drewna czarny plecak, skąd wzięła butelkę. Głownią wyjętego z buta sztyletu wprawnie otworzyła szkło i wyjmując szluga z ust upiła łyk, a jej oczy na ułamek sekundy błysnęły szkarłatem.
-Sabat mówi, że to bogini Wampirów- oznajmiła.
Cofnąłem się o pół kroku, jakby była osobą conajmniej niebezpieczną. Właściwie poniekąd była, bo wreszcie potwierdziły się moje przypuszczenia.
To była ona.
Wróg Watykanu numer jeden.
Półwampir, imieniem Giulia.
Posłaniec Cienia.
-Muszę się napić- powiedziałem odrobinę nieprzytomnie, starając się oswoić z faktem, że pojawiła się znowu po piętnastu latach. Podszedłem do barku i sięgnąłem po butelkę rumu.
Splunąłem korkiem i bez wahania przechyliłem butelkę do ust po czym upiłem kilka łyków.
-Co jeszcze mówi wasz pieprzony Sabat?- Zapytałem zupełnie nie wiedząc, czego mogę się jeszcze spodziewać.
Victoria, partnerka księdza Rafaela
Ruda opierając się tyłem o jakąś małą szafkę przy ścianie wsparła na niej ręce i wskoczyła na górę, po czym usadowiła się w wygodnej i wyluzowanej pozie pijąc czerwony napój z butelki. Spojrzała na Rafaela nie kryjąc niechęci.-Wiesz, że Sabat niewiele mówi- zauważyła.
Rafael rzucił butelkę w moją stronę. Z przyzwyczajenia ją złapałam, nie dostrzegając, że odwrócił moją uwagę, by zaatakować tą dziwną laskę.
Trzask tłuczonego szkła.
Chwilę potem ona miała miecz przy gardle, a on rozbitą butelkę tuż przy tętnicy. Oboje patrzyli sobie prosto w oczy.
-Chcesz zagrać w tę grę? Jestem w niej najlepszy- powiedział Rafael tajemniczo.
-Nie mogę zabić Posłańca Światła i dobrze o tym wiesz- warknęła zimno, opuszczając dłoń z "tulipanem" do boku.
Nie wiedziałam, o co tutaj chodziło. Czyżby Rafael ukrywał przede mną coś ważnego?
-Powinnaś im powiedzieć, że przebudzili potwora- oznajmił wśród szeptów ludzi.
-Nikt Go nie przebudził- zaprzeczyła, mówiąc z czcią drugie słowo.- bo Vlad nigdy nie zasnął.
Wymówiła to miano z namaszczeniem.
To imię było mi dziwnie znajome, jakbym już wcześniej gdzieś je słyszała...
-Widzę, że wy koniecznie chcecie wojny- powiedział Rafael nieufnie.
-Mamy dosyć wojen i użerania się z bandą Worków Krwi- odpowiedziała pogardliwym tonem.
-Swoją matkę też tak nazywasz, jak cię wkurzy?- Spytał Raf z wyzywającym uśmieszkiem.
W ostatniej chwili zdążył odskoczyć i zewrzeć z nią broń. Nieznajoma atakowała, jakby dostała furii, a długie sztylety wirowały w jej rękach jak dziecięce wiatraczki.
-Raf...!- Zaczęłam chcąc mu pomóc.
-Nie wtrącaj się, Vix: to sprawa między nami- nakazał nieznoszącym sprzeciwu tonem, odbijając kolejną serię ciosów uchylił się i lądując w przyklęku podciął jej nogi i wykręcając jej rękę, wyłożył się na podłoże i oplótł jej nogi wokół karku.
-Grzeczne zwierzątko- skomentował z nutą drwiny brunet o bladoniebieskich oczach.- Teraz gadaj, co wiesz, albo skręcę ci kark, a już chyba się przekonałaś, że to dopiero jest niemiłe- rozkazał zarówno zimno, jak i sarkastycznie.
Bez słowa wykonała szybki ruch, a po chwili Rafael przefrunął nad nią i z hukiem wylądował na ziemi, a ona wyswobodziła się z jego chwytu. Kilka uderzeń serca potem już jej nie było.
Nie mogłam pojąć, jakim cudem nieznajoma wywinęła się z chwytu Rafaela. Zastanawiało mnie też, skąd Raf i ona się znają...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz